Wpisy z tagiem: 4
czwartek, 17 maja 2012
Opowiadaczka filmów brzmi dziwnie. Zwłaszcza, gdy pomyślimy o tym, że dla kogoś funkcja ta może stać się pewnym źródłem utrzymania. Bądźmy szczerzy, ilu z nas zrezygnowałoby dziś z wizyty z kina, na rzecz dziewczynki, która posługując się jedynie gestami, mimiką twarzy, kilkoma ręcznie zrobionymi rekwizytami oraz słowem próbowałaby nam ten sam film opowiedzieć? Inna sprawa, ilu z nas byłoby w stanie opowiedzieć choć jedną scenę z filmu pełnego akcji, w taki sposób, by ruszyć publiczność, by uchwycić każdy najmniejszy szczegół, by ludzie chcieli nas słuchać? Maria Margarita opanowała tą umiejętność niemal do perfekcji. Stała się najpierw najlepsza opowiadaczką w swej rodzinie, potem w całej wiosce i mogłaby żyć z tego zajęcia do końca swych dni, gdyby nie pewne, dla niej tragiczne w skutkach wydarzenie. Obok opisu rozwoju jej kariery jako opowiadaczki filmów, dowiadujemy się też prosto z ust Marii Margarity właściwie o jej całym życiu. O odejściu matki, kalectwie ojca, jej czterech braciach czy starszym kochanku, który w najgorszych chwilach pomógł jakoś jej przetrwać. Króciutkie rozdziały, prosty styl, brak zbędnych opisów. To wszystko sprawia, że Opowiadaczkę filmów pochłania się niemalże błyskawicznie, ale też pozbawia ją możliwości dostarczenia jakichkolwiek głębszych emocji. Sprawia, że nie porusza nas już śmierć, nie oburza gwałt, nie cieszy sława. Tego mi tu trochę zabrakło, to uważam za największy minut powieści, ale mimo wszystko myślę, że po książkę warto sięgnąć. Bo od zawsze wierzę w to, że trzeba mieć talent, by nie ulec pokusie nadmiernego rozgadania się i żeby w niewielu słowach zawrzeć jednak tak wiele. Hernán Rivera Letelier, Opowiadaczka filmów, Warszawa, Muza SA 2012.
poniedziałek, 14 maja 2012
Życie Emily wydaje się być tak typowe, że aż nudne. Po zniknięciu matki, mieszka i zdaje się opiekować własnym ojcem, pomaga siostrze Agacie w domu dziecka, założonym przez jej prababkę, studiuje i pisze pracę na temat żywotów świętych. Właściwie można by przyjąć, że jest wzorem godnym naśladowania. A jednak, ma jedną dość dziwną przypadłość, mianowicie zbiera wycinki dotyczące kobiet-zbrodniarek. Już samo to może brzmieć groźnie, ale, gdy ją poznajemy w dodatku w jej domu zaczyna się dziać coś dziwnego. Dziewczyna czuje, że ktoś ją śledzi, że ktoś ją obserwuje, a różne przedmioty nagle, podczas jej nieobecności, zaczynają zmieniać miejsce. Zaś niedługo później pojawia się u niej dawno zapomniany kuzyn Santiago, z którym połączy dziewczynę żarliwe uczucie. Akcja powieści toczy się powoli i leniwie. Na tyle leniwie, że były takie momenty, gdzie na chwilę traciłam czujność, a w powietrzu wręcz zaczynałam wyczuwać oszałamiający zapach melonów i rozgrzanych do czerwoności ulic Meksyku. I tylko od czasu do czasu autorka pozwalała sobie podnieść na chwilę napięcie, które zmuszało mnie do ponownego skupienia i przewrócenia kolejnych stron. Mimo tego pozornego rozleniwienia, książka ani nie nuży, ani nie dłuży się niepotrzebnie. Wręcz przeciwnie, troszkę się odprężamy, troszkę się odurzamy tymi zapachami i powoli, powoli zapoznajemy się z motywami zabójcy. Bo o tym, co się wydarzy i że ktoś koniec końców zginie, wiemy już od samego początku, a nawet wcześniej, bo przecież wystarczy spojrzeć na wymowny tytuł. Nie wiemy tylko kiedy dokładnie to nastąpi, kto się zabójstwa dopuści i dlaczego właściwie podejmie taką, a nie inną decyzję. Każdy rozdział jest oddzielony od kolejnego krótką notką o co rusz innej zabójczyni. Możemy się domyślać, że są to wycinki zbierane przez Emily i faktycznie mogą one nieco urozmaicać całość powieści, a jednak... Coś mi tu w nich nie zagrało i zastanawiam się, czy pełnią jeszcze jakąkolwiek inną funkcję prócz tej, właściwie dekoracyjnej. Początkowo próbowałam sobie je jakoś połączyć, może wspólnym motywem, może wspólną techniką, myślałam, że z samych tych notek coś się też ułoży, ale jednak mam wrażenie, że nie. Choć może coś istotnego zupełnie nieświadomie przeoczyłam. Jennifer Clement, Trucizną mnie uwodzisz, Piastów, Mała Kurka 2012.
czwartek, 26 kwietnia 2012
Przyciągnęła mnie klimatyczna okładka i wiele mówiący tytuł, który obiecywał pochłaniającą bez reszty treść. A co znalazłam między okładkami? Lise Dion po śmierci swojej adopcyjnej matki, która jednocześnie była najbliższą jej osobą, odkrywa w niebieskim kufrze, do którego nigdy nie miała prawa wstępu, cztery niebieskie zeszyty. Zeszyty, w których spisane jest właściwie całe życie jej matki, a które pozwolą Lise spojrzeć na tę najważniejszą dla niej kobietę z zupełnie innej perspektywy. Do Lise należy więc zaledwie pierwszy rozdział, przez resztę książki głos zabiera Armande, która opisuje swoje losy od momentu, gdy jako sześcioletnia dziewczynka, po śmierci własnej mamy, trafiła do zakonu. Mamy okazję pokrótce przyjrzeć się jej życiu w tym miejscu. Ekscytacji związanej z przyjęciem święceń, niepewności co do tego, czy naprawdę tak chce spędzić resztę swoich dni, a jeśli nie, to co innego mogłaby robić, skoro życia poza klasztorem właściwie nie miała okazji poznać? Te jej rozmyślania przerywa wybuch drugiej wojny światowej i jej wywiezienie do jednego z obozów koncentracyjnych, gdzie została obdarta z jakichkolwiek przejawów ludzkiej godności i gdzie dane jej było przetrwać, tylko dzięki wielkiemu sercu współtowarzyszy niedoli. Czyniąc się jednocześnie jedną z narratorek powieści autorka trochę zagrała mi na nosie. Od początku bowiem nastawiałam się na powieść, najzwyklejszą powieść i głównie przez formę, jaką Dion tej książce nadała, tak ją właśnie odebrałam. Nie nazwałabym Tajemnicy niebieskiego kufra biografią w ścisłym tego słowa znaczeniu, jak dla mnie, mimo ważnego tematu jest napisana w sposób zbyt lekki, powierzchowny, taki wręcz... czytadłowy. I w tym chyba tkwi problem, bo tak właściwie, do końca nie wiedziałam, co tu jest prawda, a co fikcją literacką, wymysłem autorki, dodatkiem mającym zapewnić fabule odrobinę urozmaicenia. Niemniej jednak autorka zwraca uwagę na ważny problem, bo jakoś ja myśląc o obozach nigdy nie zastanawiałam się nad tym, że trafiały do nich także osoby duchowne, że największą traumą było dla nich na przykład rozebranie się do naga, że to się całkowicie kłóciło z ich przekonaniami, że musieli poprzestawiać całe swoje myślenie, żeby po prostu przetrwać i że dla nich to wszystko mogło częstokroć okazywać się jeszcze trudniejsze niż dla ludzi świeckich. Dodatkowo książkę czyta się nadzwyczaj szybko, kolejne kartki właściwie same się przewracają, a historia wciąga od pierwszej strony. Wzbudza też w czytelniku pewne emocje, momentami wzrusza, momentami powoduje oburzenie czy niekłamaną złość wywołaną przez dość drastyczne zasady rządzące instytucją Kościoła. Ale... No właśnie. Ale lepiej, łatwiej mi się ją czytało mając w głowie takie przeświadczenie o tym, że to tylko powieść oparta może w pewnej części na faktach, ale jednak nie dokładnie je odzwierciedlająca. Lise Dion, Tajemnica niebieskiego kufra, Warszawa, Prószyński i S-ka 2012.
niedziela, 08 kwietnia 2012
Ethan, główny bohater, a jednocześnie jeden ze strażników Veridianu, ma taki sen. Powtarzający się odkąd tylko sięga pamięcią. Za każdym razem przerażający coraz bardziej. I związany z jego siostrą, której wspomnienie powoli zaczyna się zacierać w jego pamięci. To wszystko jednak na moment przycicha, gdyż na barki naszego bohatera spada spora odpowiedzialność. Ethan jako strażnik przechodzi bowiem na wyższy szczebel, z Ucznia staje się Nauczycielem, a pod opiekę dostaje Isabel, młodszą siostrę swojego niegdyś najlepszego przyjaciela. Dziewczynę kiedyś obsesyjnie w nim zakochaną, którą będzie musiał nauczyć walczyć, władać mieczem i... przenosić się w czasie. I przyznać trzeba, że większość fabuły skupiona jest właśnie wokół tego nauczania, choć pojawia się też kilka podróży w czasie, mających na celu zapobiegnięcie jakimkolwiek zmianom w historii, które mogłyby mieć dla nas tragiczne skutki. Wydaje się, że to wszystko gdzieś już było. Podróże w czasie. Motyw ucznia i nauczyciela. Walka dobra ze złem. Ostateczna bitwa, w której czeka bohaterów rozliczenie z demonami z przeszłości i lęk przed utratą tego, co dla nich najważniejsze. A jednak... Jednak czuć w powieści Curley pewną świeżość, a połączenie tych wszystkich elementów wychodzi jej na tyle zgrabnie, że Straż pochłania się z przyjemnością. Ale nie ma co tu się doszukiwać czy rozbudowanej intrygi czy pełnych portretów psychologicznych postaci. Nie, trzeba pamiętać o tym, że Straż jest właściwie zwykłą młodzieżówką, stojącą na dobrym poziomie i owszem, ale jednak nie wybitną. Gdzieś tam po drodze napotykamy na problemy rodzinne, na odejście ojca alkoholika, na depresje matki po utracie córki, ale to wszystko mam wrażenie pobrzmiewa tylko w tle, może odrobinę dla urozmaicenia fabuły, dla wyjaśnienia postępowania bohaterów w niektórych momentach, ale nie ma chyba kluczowego znaczenia. Curley postawiła sobie za cel raczej zapewnienie nam po prostu świetnej rozrywki. Interesującej, choć opartej na sprawdzonym schemacie walki dobra ze złem, z trzymającą w napięciu akcja, przyspieszającą na każdej kolejnej stronie i prowadzącą czytelnika do zakończenia, które sprawia, że chętnie sięgnęłoby się po drugi tom... gdyby tylko był pod ręką. Marianne Curley, Straż, Warszawa, Wydawnictwo Jaguar 2011.
piątek, 30 marca 2012
Oriana Fallaci, jedna z najbardziej znanych dziennikarek XX wieku, korespondentka wojenna i kobieta, którą ja mogę tylko podziwiać po dziesięciu latach milczenia została zmuszona do ponownego zabrania głosu. Zamach z 11 września spowodował, że znów zaczęła krzyczeć, efektem czego stała się Wściekłość i duma. Książka, za którą zresztą w efekcie nieźle jej się oberwało. I ja się wcale temu nie dziwię. Ale na wojnach zawsze widziałam, jak ludzi zabijano. Nigdy nie widziałam, jak ludzie zabijają się sami, jak rzucają się bez spadochronów z okien osiemdziesiątego czy dziewięćdziesiątego czy setnego piętra...* Wściekłość i duma została właściwie w całości poświęcona islamowi, zagrożeniom płynącym z jego praktykowania oraz tym, na które narażeni są obywatele krajów goszczących u siebie bliskowschodnich emigrantów. Na Boga! Czy nie rozumiecie, że ci wszyscy Osamowie bin Ladenowie uważają się za uprawnionych do zabijania was i waszych dzieci, bo pijecie alkohol, bo nie nosicie długich bród, czadoru czy burki, bo chodzicie do teatru i do kina, bo kochacie muzykę i śpiewacie piosenki, bo tańczycie i oglądacie telewizję, bo nosicie minispódniczki albo szorty, bo na plaży i na basenie opalacie się nago, czy prawie nago, bo kochacie się wtedy, kiedy chcecie i z tymi, z którymi chcecie, czy też dlatego, że nie wierzycie w Boga?!? Jestem ateistką, chwała Bogu. I nie mam zamiaru dać się ukarać tym niedorozwiniętym bigotom, którzy zamiast wnieść swój wkład w ulepszenie ludzkości, salamują i gdaczą modlitwy pięć razy dziennie.** Od autorki obrywa się właściwie wszystkim po kolei. Poczynając oczywiście od muzułmanów, których religię, którą uważa za zło samo w sobie, poprzez jej rodzinne Włochy, kończąc na każdym jednym narodzie Europy, który pozwala na rozwój tak powszechnie chwalonej wielokulturowości, prowadzącej w efekcie tylko do zagłady. Oto jest zatem moja odpowiedź na pytanie o to, co nazywanie "różnicami między dwoma kulturami". Jest na tym świecie miejsce dla każdego. W swoich własnych domach, swoich własnych krajach ludzie robią, co chcą. Jeśli zatem w krajach muzułmańskich kobiety są tak głupie, że noszą czadory i burki, jeśli są tak niemądre, że akceptują fakt, iż są mniej warte od wielbłąda, jeśli są tak tępe, że wychodzą za mąż za rozpustnika, który chce mieć cztery żony, tym gorzej dla nich. Jeśli ich mężczyźni są tak niemądrzy, że odmawiają kieliszka wina czy szklanki piwa, to samo. Ja nie zamierzam mieszać się do ich wyboru. Mnie wychowano w zrozumieniu wolności, do cholery, a moja matka zawsze mówiła: "Świat jest ciekawy, bo jest różnorodny". Ale jeśli próbują narzucić te szaleństwa mnie, mojemu życiu, mojemu krajowi, jeśli chcą zastąpić moją kulturę swoją kulturą czy swoją rzekomą kulturą... A chcą. Osama bin Laden oświadczył, że cały ziemski glob musi stać się muzułmański, że po dobroci czy nie on nas nawróci, że aby osiągnąć ten cel, zabija nas i nadal będzie zabijał.*** Nie muszę się z Fallaci zgadzać we wszystkim i nie we wszystkim się zgadzam. Na przykład, nie wierzę w to, że żaden inny naród nie potrafi się w obliczu wielkiej tragedii zjednoczyć tak jak Stany Zjednoczone. W ogóle w swoich poglądach autorka jest dla mnie trochę zbyt... pro-amerykańska, jeśli wiecie co mam na myśli. Nie zgadzam się też absolutnie z tym, że nie ma umiarkowanej formy islamu. Może to głupie porównanie, ale to dla mnie tak, jakby każdego katolika nazywać inkwizytorem, gotowym spalić na stosie, każdego kto w jakikolwiek sposób sprzeciwi się jego religii. Inna sprawa, że razi mnie momentami ten jej krzyk, ta jej wściekłość, ta pretensja żywiona do świata i ludzi wkoło. To wszystko jednak nie zmienia faktu, że podziwiam ją jako kobietę, jako dziennikarkę i jako osobę. Zazdroszczę jej wiedzy, obeznania i przede wszystkim odwagi, tego, że potrafiła wykrzyczeć to co myśli każdemu w twarz. Dosłownie każdemu, bez względu na jego rangę. Że umiała krzyczeć, gdy powinna siedzieć cicho. Chciałabym kiedyś mieć w sobie choć połowę jej pewności i tego głębokiego przekonania, że moje poglądy są słuszne. Powiedziałam więc, że nie będę pisać kłamstw, a dyrektor naczelny (gruby i nadęty chrześcijański demokrata) wrzasnął, że dziennikarz jest maszyną do pisania i że ma obowiązek pisać to, za co mu płacą. "Nie pluje się na talerz, z którego się je". Płonąc z oburzenia, odpowiedziałam, że może sobie zatrzymać taki talerz dla siebie, że jeśli mam się stać maszyną do pisania, to wolę umrzeć z głodu, a on zwolnił mnie natychmiast".**** Za zarzucenie cytatami przepraszam, i tak nie przytoczyłam wszystkich, które bym chciała. Mimo wszystko Wściekłość i dumę polecam, chyba każdy powinien wyrobić sobie pewne własne poglądy, na rzeczywistość, która nas otacza. Widzisz, kiedy byłam małą dziewczynką, sypiałam w "bibliotece", taką niewłaściwą nazwę nadali moi ubodzy rodzice pokoikowi, który był dosłownie od podłogi do sufitu wyłożony książkami kupowanymi na raty. Na półce ponad miniaturową kanapą, którą nazywałam moim łóżkiem, stała ogromna książka z zakwefioną damą uśmiechającą się do mnie z okładki, więc pewnego wieczora odwzajemniłam jej uśmiech, zaspokajając swoją ciekawość. To znaczy, czytając pierwsze strony. Matka nie chciała, żebym czytała tę książkę. Jak tylko zobaczyła ten klejnot w moich rękach, skonfiskowała go, jakby to był słownik grzechów i deprawacji. "Wstydź się, wstydź się - to nie jest dla dzieci". Ale potem zmieniła zdanie i udzieliła pozwolenia. "Dobrze, przeczytaj ją, przeczytaj I tak cię czegoś nauczy". W ten sposób "Baśnie z tysiąca i jednej nocy" stały się opowieściami mojego dzieciństwa, a od tamtej pory - częścią mojego książkowego dzieciństwa.***** Oriana Fallaci, Wściekłość i duma, Warszawa, Wydawnictwo Cyklady 2003 *s. 54 **s. 78-79 ***s. 89-90 ****s. 46 *****s. 43-44
wtorek, 28 lutego 2012
Właściwie nie wiem co mnie podkusiło, by sięgnąć po tę książkę. Ale gdy o niej usłyszałam czytałam akurat Motyla i ten Defekt pamięci, choć ujęty pod całkiem innym kątem, choć zupełnie różny od choroby Alzheimera, wydał mi się nad wyraz ciekawy. Co prawda, nie dostałam dokładnie tego czego się spodziewałam, ale to może nawet i lepiej, bo dzięki temu było jeszcze bardziej interesująco. Kool Autobee podczas remontu znajduje stare wypracowanie, które sprawiło, że znienawidził czytać i pisać. Wraca myślami do tego wydarzenia, ale szybko o nim zapomina, a ową kartką zapycha rurę. Problem pojawia się, gdy wypracowanie zwyczajnie znika, a zamiast niego na nocnym stoliku naszego bohatera pojawia się wiadomość o tym, że każdego dnia powinien zapisać przynajmniej dwie strony tekstu. Początkowo robi to, co zrobiłby każdy z nas, ignoruje tę dziwną wiadomość. Niestety, z dnia na dzień dowiaduje się o coraz gorszych wypadkach, a to gdzieś zawalił się wiadukt, a to zginęło kilka osób. Zaczyna się zastanawiać czy to nie jest przypadkiem jego wina i... dostosowuje się do wskazówek pozostawianych na tajemniczych karteczkach. Dawno nie czytałam tak pokręconej książki. Tak oryginalnej, szalonej, nieprzewidywalnej. Cokolwiek by na jej temat napisać, nie można autorowi odmówić jednego: przeogromnej wyobraźni. Nie podobały mi się te wtręty dotyczące BN82. Wiem, że w jakiś sposób były istotne dla całości fabuły, a jednak myślę, że można by to było rozegrać odrobinę inaczej. Prawda jest też taka, że mimo niewielkiej objętości, zbliżając się do końcówki, poczułam odrobinę zmęczenia. Ja jestem spokojnym człowiekiem, dla mnie wszystko musi być w miarę spójne i logiczne i po prostu przyszedł czas, kiedy przestałam nadążać za tokiem myślenia autora i jego szalonymi pomysłami. A pomysłów ma bez liku, nie mam nadal pojęcia jak to zmieścił na stu pięćdziesięciu stronach. W każdym razie czytałam do końca, bo wiedziałam, że na koniec Bielecki na pewno zostawił coś wyjątkowego i nie myliłam się, faktycznie zakończenie może zaskoczyć, zmienić całkiem naszą wizję i sprawić, że zaczniemy wszystkie wydarzenia analizować pod zupełnie innym kątem. Nie wiem czy słusznie, o to trzeba byłoby podpytać autora, ale dostrzegam tu też pewne inspiracje Podziemnym kręgiem. Nawet nie pewne, bo w naprawdę wielu momentach na myśl przychodziła mi właśnie ta książka. I takie porównania, jakoby Piszący i ich ruch oporu odzwierciedlali Fight Club, Kool Autobee jego założyciela, Motywatory ten ich regulamin, no i w dodatku gdzieś tam się jeszcze pojawił motyw zniszczenia własnego mieszkania. Może ktoś z czytających miał podobne wrażenia, a może to tylko ja próbuję sobie dorabiać coś na siłę... Co by nie pisać, Defekt pamięci z pewnością nie jest książką dla każdego. Niektórych zmęczy pokręconą fabułą, innych zniechęci absurdalnością widoczną od pierwszych stron, ale jeśli ktoś lubi taką niekonwencjonalność i dobrze czuje się w tych klimatach, to ja tę książkę serdecznie polecam. Z całą pewnością otrzymacie coś zupełnie innego od tego, do czego zdążyliście się przyzwyczaić. Krzysztof Bielecki, Defekt pamięci, Warszawa 2012. Książka wydana własnym nakładem poprzez działalność w ramach Akademickich Inkubatorów Przedsiębiorczości.
wtorek, 10 stycznia 2012
E-booków czytać nie lubię, nie mam odpowiedniego sprzętu (jeszcze! bo liczę na to, że kiedyś się w końcu go dorobię), czytam więc z komputera. Właśnie ze względu na to miałam dawkować sobie ten zbiorek powolutku, po jednym do maksymalnie dwóch opowiadań dziennie, żeby oczy zbyt się nie męczyły. Włączyłam więc... i jak zaczęłam, tak wsiąkłam całkowicie i w dwa dni przeczytałam całość. To opowiadania ściśle lub nieco luźniej związane z Bożym Narodzeniem. Mamy tu więc odrobinę magii, świąteczne przemiany, Święta spędzone w gronie rodzinnym, kręcenie nosem na komercje czy, co najbardziej mnie zasmuciło, przejmującą samotność w te wyjątkowe dni. Zastanawiałam się czy warto pisać o pojedynczych utworach, czy skupić się raczej na całości, ale uznałam w końcu, że ci, którzy w jakiś sposób mnie poruszyli zasługują choć na małe wyróżnienie. Tak więc: Krzysztof Maciejewski totalnie mnie zaskoczył swoim Wigilijnym K., na tyle, że pod koniec opowiadania uśmiech nie schodził mi z twarzy. Bielszy niż śnieg Anny Klejzerowicz całkowicie mnie zachwycił, pewnie przez wprowadzenie puszystej, białej kulki jako jednego z bohaterów. Taki czas Karoliny Dyji wywołał u mnie ukradkiem ocieraną łezkę. Ewa Bauer zdecydowanie lepiej wypadła w opowiadaniach niż w nie tak dawno czytanej przeze mnie powieści. Przez cały Cud narodzin trzymała mnie w napięciu, w Polowaniu zaś nieźle zagrała na moich emocjach, pozostawiając mnie z poczuciem niesprawiedliwości tego świata i beznadziejnej bezradności. Michał Stonawski miał fenomenalny pomysł na Najcenniejszy prezent, zupełnie nie spodziewałabym się tego co zaoferował czytelnikom. Szkoda tylko, że zakradł się w jego opowiadanie przebrzydły błąd ortograficzny, w który wgapiałam się przez dobrą chwilę, zastanawiając się czy możliwe jest jeszcze to co widzę czy już mam serio jakieś omamy. Antonina Kostrzewa całkowicie mnie kupiła swoją Opowieścią wigilijną, całkowicie. Wizją bez Świąt, ostatnim zdaniem, przesłaniem utworu. Dziecko Marka Ścieszka wprowadziło mnie w cudowny klimat, poruszyło wyobraźnie. To naprawdę świetny utwór, chyba najlepszy ze zbioru i jeśli kiedyś stałby się częścią albo punktem wyjścia do większej całości to ja bardzo chętnie po tę całość sięgnę. Co do reszty utworów - jest różnie. Raz lepiej, raz gorzej, czasami fatalnie (przyznam się, jednego z opowiadań nie byłam w stanie doczytać, zupełnie nie mój klimat), generalnie widać pewne nierówności, ale przecież nie da się ich uniknąć przy wydawaniu antologii wielu autorów. Swoją drogą, mam też małą nadzieję, że teraz, ponad miesiąc po premierze, wszystkie literówki i inne błędy zostały wyłapane i poprawione, bo momentami mocno rażą. Niemniej jednak, cieszę się, że zdecydowałam się na przeczytanie całości i że poznałam kilku nowych autorów. Na pewno będę o nich pamiętać w przyszłości. Książkę można pobrać tutaj, całkowicie za darmo, do czego zachęcam.
niedziela, 08 stycznia 2012
Samotny mężczyzna (2009) - reż. Tom Ford Bardzo lubię Colina Firtha, Julianne Moore znałam dotąd właściwie tylko z Godzin, gdzie zrobiła na mnie niesamowite wrażenie. Pomyślałam więc, że ta dwójka w rolach głównych, wysoka ocena filmu i zachwalające a to książkę, a to film recenzję tu i tam niewątpliwie okażą się gwarancja sukcesu. Samotny mężczyzna właściwie samą fabułą także skojarzył mi się z Godzinami. Bo tu również mamy ukazanie jednego dnia z życia Georga Falconera (w tej roli Colin Firth właśnie), profesora uniwersyteckiego, który zmaga się z utratą najbliższej osoby, spotyka dawną miłość i... flirtuje z kim popadnie. Piękny jest ten film, nie da się ukryć, piękna jest scenografia, piękna muzyka, piękne kostiumy i sami bohaterowie też są piękni. Tyle, że nic poza tym. Od początku wszystko posuwa się tak ospale i bez życia, że aż samej zachciało mi się spać. Zaś mniej więcej w połowie doszłam do wniosku, że zupełnie nie interesuje mnie to co dzieje się na ekranie, co się dalej stanie z głównym bohaterem, jego odczucia są mi zupełnie obojętne, szukam sobie innych zajęć, błądzę wzrokiem po ścianach. Brak zainteresowania pozwalam sobie zrzucić na ignorancję i brak zrozumienia dla ambitnego kina. Czy cokolwiek. W każdym razie książkę, choć wcześniej tego nie planowałam, teraz chciałabym przeczytać, bo sam temat jest niezwykle ciekawy, a może w wersji papierowej lepiej mi się przyjmie.
Już ponad rok temu miałam okazję przeczytać Charlie'go St. Cloud (jeśli ktoś nie kojarzzy fabuły to odsyłam właśnie tam). Książka zrobiła na mnie niesamowite wrażenie, więc kwestią czasu pozostawało obejrzenie filmu. Choć nie powiem, Zac Efron, kojarzony głównie z High School Musical odrobinę mnie odstraszał. W gruncie rzeczy niepotrzebnie, bo choć do najlepszych mu jeszcze daleko to i do najgorszych nie należy, mało tego, całkiem nieźle poradził sobie z odtworzeniem głównej roli. W przeciwieństwie zresztą do Amandy Crew, która niestety wypadała dość sztucznie. Ogólnie film uważam za niezły, choć do pierwowzoru mu nieco brakuje. Tym razem skończyło się u mnie na kilku wzruszeniach, nie było tylu emocji co przy czytaniu. Niemniej jednak, przyjemnie się to wszystko oglądało, przyjemnie było spojrzeć na wyobrażenie reżysera, które momentami było zupełnie różne od mojego. Swoją drogą i tu zostaniemy uraczeni cudownymi widoczkami pobliskich lasów, oceanu, a nawet cmentarza, który wieczorem, zamiast przyprawiać o gęsią skórkę, zwyczajnie urzeka.
Nie miałam pojęcia, że Drew Barrymore wzięła się za reżyserowanie. Dowiedziałam się dopiero po obejrzeniu filmu, gdy zaglądnęłam sobie na filmweb i jestem mile zaskoczona. Naprawdę. Bliss Cavendar (w tej roli świetna Ellen Page) to dziewczyna z małego miasteczka, z którego jak najszybciej chciałaby się wyrwać. Sytuacji nie poprawia jej wymagająca matka, próbująca na siłę wręcz wciskać ją w pewne normy i udowodnić jakiej to idealnej córki się dorobiła. Bliss średnio zadowolona z przypisywanej jej roli i konkursów piękności, na które co rusz się ją wysyła, trafiając pewnego dnia na ulotkę reklamującą organizowane w pobliskim miasteczku derby na rolkach postanawia, w tajemnicy przed rodzicami, zacząć realizować własne marzenia. Nie jest to może żadne arcydzieło, ale opcja na miły wieczór z całą pewnością. Kilka zabawnych scen, odrobina wzruszeń pod koniec, prawdziwa przyjaźń, pierwsze zauroczenie i dążenie do sukcesu na własną rękę. Jak dla mnie wystarczy. |
Archiwum
Zakładki:
*
Całkowita liczba wyświetleń
Dla czytelnika
Mole książkowe
Strony autorów
Współpracuję
Wyzwania
Tagi
Czytadełko on Google+ |