Wpisy z tagiem: Prószyński i S-ka

niedziela, 20 maja 2012

Ależ mnie wciągnęło! Od pierwszych stron niemalże. Wciągnęło, zainteresowało, zaskoczyło, poruszyło i wywołało ogrom emocji, nie zawsze tych pozytywnych. Ja się w ogóle zastanawiam, jak to się stało, że do tej pory nie trafiłam na żadną inną książkę tej autorki, bo teraz na pewno sięgnę po więcej.

Wiecie do czego doprowadzić może fatalne zauroczenie? Ano na przykład do tego, że ciapowaty facet, weźmie się w końcu w garść, zechce zmienić swoje życie i chcąc poderwać całkiem niebrzydką starszą (od siebie, bo ogólnie nadal młodą) kobitkę zamieni się w detektywa... co niekoniecznie będzie jego najlepszym pomysłem. Jaro zostaje bowiem przez ową kobitkę, Ilonę, poproszony o odnalezienie jej byłego męża i odzyskanie jej własności, która pozwoli na poprawienie życiowych standardów jej i dwóch uroczych córek. I Jaro, owszem, znajduję jej męża (noo, nie sam oczywiście, bo fajtłapa z niego straszna, ale przy pomocy kochanej babci) tyle, że znajduje go przywiązanego do krzesła i w kałuży krwi. Niedługo potem dostaje też kolejne zadanie. Ginie bowiem matka jednej z koleżanek Ilony i dobrze by było, gdyby ktoś ją w końcu odnalazł, skoro policja sobie nie radzi. W dodatku ktoś zaczyna znęcać się nad podwórkowymi kotami, które babcia Halinka z watahą koleżanek regularnie dokarmiają. Na pozór nic nie łączy tych trzech spraw. Na pozór...

Niewątpliwą zaletą powieści Fryczkowskiej są postacie przez nią stworzone. Oczywiście, prym wiodą główni bohaterowie. Siedemdziesięcioletnia Halina z miejsca wzbudza naszą sympatię, a ciapowaty Jarcio, pielęgnujący w sobie wciąż małe, odrzucone dziecko, sprawia, że mamy ochotę się nim zaopiekować. Ale warto też zwrócić uwagę na postacie drugoplanowe, zwłaszcza na kobiety i szereg problemów z jakimi muszą się one zmagać. Bo tego znajdziemy w powieści multum, bowiem jej karty zajmują kobiety samotne, porzucone, żyjące w związkach bez miłości, romansujące w tajemnicy przed światem i najbliższymi przyjaciółmi, szukające ciepła i zrozumienia, rozwiedzione, opuszczone, zmuszone do podejmowania zgubnych w skutkach decyzji. One właśnie są siłą tej książki i sprawiają, że jest ona czymś więcej niż zwykłym kryminałem.

Mimo lekkości stylu, dzięki któremu po kolejnych stronach mknie się z prędkością światła, fabuła już wcale taka lekka nie jest. Pojawia się tu bowiem problem znęcania się nad zwierzętami, a nawet ich zabójstw i ja przy każdej takiej wzmiance odczuwałam niemalże fizyczny ból. Chciałabym wierzyć w to, że wszystko zostało wymyślone przez autorkę, że to tylko czysta fikcja, ale przecież wszyscy wiemy, jak jest i naprawdę ostrzegam osoby kotolubne, bo w książce znajduje się kilka dość drastycznych opisów, przy których zaciska się zęby ze złości i bezsilności.

Można by powiedzieć, że najnowsza powieść Fryczkowskiej to po prostu bardzo dobry, ale typowy kryminał z trupem w tle. Można. Ale dla mnie to też po trochu książka o tym, by nie patrzeć na świat przez pryzmat stereotypów oraz by, już z całą pewnością, nie stać z założonymi rękami i z milczącym przyzwoleniem traktować zło, które nas otacza.

Anna Fryczkowska, Starsza pani wnika, Warszawa, Prószyński i S-ka 2012.

czwartek, 26 kwietnia 2012

Przyciągnęła mnie klimatyczna okładka i wiele mówiący tytuł, który obiecywał pochłaniającą bez reszty treść. A co znalazłam między okładkami?

Lise Dion po śmierci swojej adopcyjnej matki, która jednocześnie była najbliższą jej osobą, odkrywa w niebieskim kufrze, do którego nigdy nie miała prawa wstępu, cztery niebieskie zeszyty. Zeszyty, w których spisane jest właściwie całe życie jej matki, a które pozwolą Lise spojrzeć na tę najważniejszą dla niej kobietę z zupełnie innej perspektywy.

Do Lise należy więc zaledwie pierwszy rozdział, przez resztę książki głos zabiera Armande, która opisuje swoje losy od momentu, gdy jako sześcioletnia dziewczynka, po śmierci własnej mamy, trafiła do zakonu. Mamy okazję pokrótce przyjrzeć się jej życiu w tym miejscu. Ekscytacji związanej z przyjęciem święceń, niepewności co do tego, czy naprawdę tak chce spędzić resztę swoich dni, a jeśli nie, to co innego mogłaby robić, skoro życia poza klasztorem właściwie nie miała okazji poznać? Te jej rozmyślania przerywa wybuch drugiej wojny światowej i jej wywiezienie do jednego z obozów koncentracyjnych, gdzie została obdarta z jakichkolwiek przejawów ludzkiej godności i gdzie dane jej było przetrwać, tylko dzięki wielkiemu sercu współtowarzyszy niedoli. 

Czyniąc się jednocześnie jedną z narratorek powieści autorka trochę zagrała mi na nosie. Od początku bowiem nastawiałam się na powieść, najzwyklejszą powieść i głównie przez formę, jaką Dion tej książce nadała, tak ją właśnie odebrałam. Nie nazwałabym Tajemnicy niebieskiego kufra biografią w ścisłym tego słowa znaczeniu, jak dla mnie, mimo ważnego tematu jest napisana w sposób zbyt lekki, powierzchowny, taki wręcz... czytadłowy.  I w tym chyba tkwi problem, bo tak właściwie, do końca nie wiedziałam, co tu jest prawda, a co fikcją literacką, wymysłem autorki, dodatkiem mającym zapewnić fabule odrobinę urozmaicenia. Niemniej jednak autorka zwraca uwagę na ważny problem, bo jakoś ja myśląc o obozach nigdy nie zastanawiałam się nad tym, że trafiały do nich także osoby duchowne, że największą traumą było dla nich na przykład rozebranie się do naga, że to się całkowicie kłóciło z ich przekonaniami, że musieli poprzestawiać całe swoje myślenie, żeby po prostu przetrwać i że dla nich to wszystko mogło częstokroć okazywać się jeszcze trudniejsze niż dla ludzi świeckich. 

Dodatkowo książkę czyta się nadzwyczaj szybko, kolejne kartki właściwie same się przewracają, a historia wciąga od pierwszej strony. Wzbudza też w czytelniku pewne emocje, momentami wzrusza, momentami powoduje oburzenie czy niekłamaną złość wywołaną przez dość drastyczne zasady rządzące instytucją Kościoła. Ale... No właśnie. Ale lepiej, łatwiej mi się ją czytało mając w głowie takie przeświadczenie o tym, że to tylko powieść oparta może w pewnej części na faktach, ale jednak nie dokładnie je odzwierciedlająca. 

Lise Dion, Tajemnica niebieskiego kufra, Warszawa, Prószyński i S-ka 2012.

wtorek, 06 marca 2012

- Aniu, co dla ciebie znaczy "kochać"?
Bawię się koronką przy rękawach.
- To znaczy, że nie czuje się strachu.

Z wielką niecierpliwością czekałam na tę książkę. W końcu wiedziałam już czego mniej więcej mogę się po Wardzie spodziewać. I przez tą wiedzę, nie ukrywajmy, bardzo mocno podniosłam jej poprzeczkę. A autorka? No cóż, mało tego, że ją przeskoczyła. Ja w dodatku mam wrażenie, że zrobiła to bez najmniejszego wysiłku. 

Aaron i Ania to rodzeństwo właściwie idealne. Takie, które poszłoby za sobą, nie tylko na koniec świata, ale nawet i w ogień. Takie, które byłoby w stanie dla siebie nawzajem zrobić wszystko. Takie, które każdy z nas chciałby mieć.

I na tym wszystkie plusy się kończą, bo ich życie okazuje się jednym wielkim pasmem nieszczęść. I nawet poświęcenia, jakich są w stanie dokonać nie mogą tego zmienić. Matka, tkwiąca w depresji odkąd pamiętają, nieżyjący ojciec, który swoją drogą też miał swoje za uszami, ciotka, z jednej strony pragnąca nieść pomoc, a z drugiej patrząca na krzywdę z tak brutalną obojętnością, że serce się kraja i jej facet, najgorszy koszmar. 

Warda mocno gra na emocjach czytelnika. Wywołuje wstręt, oburzenie, współczucie, złość i taką beznadziejną bezradność. Wywołuje okropne wyrzuty sumienia, gdy zaczynamy sobie przypominać, że tak, gdzieś tam, kiedyś i w naszym otoczeniu był ktoś kto wyglądał i zachowywał się dziwnie, ktoś kto zawsze stał na uboczu. Jej opisy są bardzo sugestywne i choć nie o wszystkim pisze wprost to jednak robi to w taki sposób, że bez problemu byłam w stanie wyobrazić sobie najgorszą ze scen.  

Autorka stworzyła swe postacie w tak doskonały sposób, że aż chciałoby się, żeby gdzieś tam coś zazgrzytało, bo niemalże wchodzimy w skórę bohaterów, czujemy ich lęk, ich przerażenie, czujemy przejmujący ból, chcemy uwolnić się od tego wszystkiego, co ich spotyka. 

Wiem już, jak to jest, kiedy boli. Wiem, jak to jest, kiedy twoje ciało uderza o ścianę, kiedy nie masz nad nim kontroli, kiedy w gardle więźnie ci krzyk, łamiesz paznokcie, szorując nimi po podłodze, kiedy chcesz się bronić i nie moższ. Albo wtedy, gdy ktoś wbija ci kolano w plecy tak, że nie można się ruszyć, bije pięścią między łopatki, aż huczy ci w głowie, szarpie za włosy i wydaje komendy, których nie chcesz, naprawdę nie chcesz wykonać, ale musisz, bo inaczej wszystko będzie boleć o wiele bardziej. Już wiem.*

Pozwolę sobie pominąć zachowania zarówno Cecylii Budzisz, matki rodzeństwa, jak i ich ciotki Gabrysi, bo jakby mimochodem zwróciłam uwagę też na coś zupełnie innego. Uderzyło mnie to, jak mało w gruncie rzeczy mogły zrobić osoby postronne, nawet jeśli w jakiś sposób próbowały rodzeństwu pomóc. Jak wybrać co byłoby dla nich odpowiednie? Czy lepiej byłoby pozostawić Aarona i Anię w chorej sytuacji czy zgłosić ich przypadek do odpowiednich władz i rozdzielić ich, być może na zawsze?  

Jeszcze długo po skończeniu czytania, ile razy pomyślałam o tej książce, chciało mi się płakać. Nad losem tych dzieciaków, których ktoś z ogromną łatwością pozbawił tego, co w życiu najpiękniejsze. Ale też najbardziej dlatego, że choć Dziewczynka, która widziała zbyt wiele jest czystą fikcją, to ta historia mogła zdarzyć się naprawdę.

Małgorzata Warda, Dziewczynka, która widziała zbyt wiele, Warszawa, Prószyński i S-ka 2012.

*s. 36.

**s. 157.

wtorek, 15 listopada 2011

Pewna psycholog prosi o pomoc parę prywatnych detektywów: Patricka Kenzie i Angelę Gennaro. Okazuje się, że wszystko zaczęło się od pojawienia się w jej życiu pewnej kobiety, podającej się za studentkę, która odkąd dowiedziała się o pewnej zbrodni mogącej mieć związek z bostońską mafią, boi się o własne życie. Sama doktor zaś od anonimowego nadawcy otrzymuje zdjęcie swojego syna, zaczyna się więc obawiać o jego los. Kenzie i Gennaro podejmują się obserwacji chłopaka, nie zdając sobie sprawy, do czego ich to wszystko doprowadzi. Nie wiedzą jeszcze, że jedna zbrodnia pociągnie za sobą szereg kolejnych. Może gdyby wiedzieli co ich czeka w ogóle nie przyjęliby tego zgłoszenia...

Rozpoczyna się więc prawdziwa jazda bez trzymanki. Jedna zbrodnia nakręca drugą, trup ściele się gęsto, akcja nie zwalnia nawet na minutę i okazuje się, że nic nie jest takie jakie się początkowo wydaje. 

Obok wątku czysto kryminalnego śledzimy również losy dwójki głównych bohaterów. Ciemności, weź mnie za rękę to druga powieść z cyklu o Patricku Kenzie i Angeli Gennaro, nic więc dziwnego, że mamy okazję poznać pewne szczegóły z ich przeszłości, jak i przyglądać się relacjom między nimi. Zresztą, przeszłość, szczególnie Patricka odgrywa w tej książce wielką rolę, bo właściwie wszystko będzie krążyć wokół niej, a popełniane zbrodnie nie będą wolne od związku z wydarzeniami sprzed kilkunastu lat. 

Lehane bez najmniejszego zawahania odkrywa przed nami tajniki ludzkiej psychiki, szczególną uwagę zwracając na najciemniejsze zakamarki naszych dusz, od których żaden z ludzi nie jest wolny. Zło tkwi w każdym z nas, a to czy damy mu dojść do głosu zależy nie tylko od nas samych, ale także od środowiska czy okoliczności w jakich akurat się znajdziemy.

Ciemności, weź mnie za rękę to świetnie napisany kryminał. Autor sprawnie poprowadził akcje, co rusz dokładając nam nowych zagadek, odpowiednio dawkując napięcie i doprowadzając do tego, że momentami czujemy ciarki na plecach. Nie jest jednak aż tak groźnie jak mogłoby się wydawać, bo w tej stworzonej przez niego, dość mrocznej powieści, prześwitują jednak malutkie promyki, w postaci zabawnych, często mocno ironicznych, dialogów bohaterów. 

Choć to jedna z wcześniejszych powieści stworzonych przez Lehana trzyma dość wysoki poziom. To nie było moje pierwsze spotkanie z tym autorem, i mam wielką nadzieję, że nie będzie ostatnim.

Recenzja opublikowana na kobieta20.pl

Dennis Lehane, Ciemności, weź mnie za rękę, Warszawa, Prószyński i S-ka 2011.

piątek, 04 listopada 2011

Gdy Garet od tajemniczego jubilera otrzymuje szkatułkę, mającą pieczęć z identycznym wzorem, co sygnet otrzymany od dawno zmarłej matki, nie wie jeszcze, że jej życie obróci się o sto osiemdziesiąt stopni. Przy czym niekoniecznie będzie to zmiana na lepsze... Nagły napad na jej ojca i kradzież obrazów, które miały pomóc w spłaceniu ich długów to zaledwie początek lawiny tragicznych wydarzeń.

Królestwo czarnego łabędzia to sprawnie poprowadzona powieść z gatunku urban fantasy. Mogłaby się zagubić gdzieś w gąszczu podobnych sobie, przejść niezauważona, bo właściwie opiera się na tych samych schematach. Ot, nagle główna bohaterka ma uratować świat (a przynajmniej własnych bliskich) przed zagładą, odkrywa więc w sobie niezwykłe moce, do których użycia nie potrzeba jej właściwie żadnego wysiłku.

Całe szczęście pojawia się tu jednak coś co ją na tle innych powieści wyróżnia. Są to mianowicie liczne nawiązania, głównie do dzieł Szekspira, ale też mitologii czy legend. Znajdziemy tu więc wróżki i ich króla Oberona, Meluzynę panującą nad wodami i wiele innych barwnych postaci, a znajdzie się nawet miejsce dla jednego wampira. Zadziwiające, że przy tej wielości, nie tylko nietypowych stworzeń, ale też różnych wydarzeń, nic tu nie zgrzyta. Całość książki sprawia wrażenie w pełni przemyślanej i świetnie dopracowanej. 

Bardzo spodobał mi się motyw miłości rozkwitającej pomiędzy Willem i Garet. Miłości wciąż niespełnionej, wciąż wymykającej się z rąk, wiecznej, stałej a jednocześnie wciąż nieodkrytej, wciąż odradzającej się, spontanicznej i niespodziewanej.

Niestety, mam wrażenie, że autorzy do końca nie mogli się zdecydować na odbiorcę. Nie wiadomo właściwie dla kogo jest ta książka. Stworzenie dorosłej, bo dwudziestosześcioletniej, bohaterki, która swoje już w życiu przeszła, a aktualnie boryka się z problemami finansowymi wskazywałoby na starszego odbiorcę. Tyle, że Garet, mimo wieku, okazuje się bardzo podobna do szesnastoletnich bohaterek tego typu książek. 

Mimo tego książkę czytało mi się bardzo szybko, bardzo wciągająco, a tym samym bardzo dobrze. Jeśli pojawią się kolejne części bardzo chętnie po nie sięgnę, ciekawa czy autorzy znów inspirować się będą Szekspirem czy zwrócą się może w stronę innego klasyka. Ciekawa czy główna bohaterka dojrzeje. Ciekawa dalszych losów Garet, Willa i Oberona.

Lee Carroll, Królestwo czarnego łabędzia, Warszawa, Prószyński i S-ka 2011.

niedziela, 23 października 2011

Każda rodzina ma swoją historię. Najpiękniejsze jest to, że te historie są nakreślone na piasku, nie wykute w granicie. To cudowne – ponieważ możemy je zmieniać. Możemy uwolnić się od kłamstw i spojrzeć w oczy prawdzie. I żyć dalej.*

Diane Chamberlain rozpoczęła swą książką tak mocnym akcentem, że po przeczytaniu prologu nie sposób odłożyć jej na półkę, by nie dowiedzieć się co dalej. Bo cała akcja rozpoczyna się zabójstwem rodziców Mayi i Rebecki , wówczas jeszcze nastolatek, przerażonych, nie wiedzących co ich dalej czeka, zastanawiających się co zrobią jeśli los rozdzieli ich na zawsze. To świetnie nakreślona scena, pełna emocji, napięcia, pełna tego czego spodziewamy się od najlepszych kryminałów. Z tym, że sama książka kryminałem nie jest…

Mija kilkanaście lat, każda z sióstr ma ułożone po swojemu i na jakimś poziomie zadowalające życie. Obie zostają lekarkami. Maya zostaje pediatrą, żyje w szczęśliwym małżeństwie, a jedynym cieniem na jej idealnym życiu okazuje się niemożliwość utrzymania ciąży, co wkrótce okazuje się efektem błędu popełnionego w przeszłości. Rebecca spełnia się w ochotniczej służbie ratunkowej, pomagając ofiarom katastrof i przygotowując się na przejęcie stanowiska kierowniczego MMOR.

I tak żyłyby sobie obydwie, jedna spokojnie, druga mniej spokojnie, gdyby nie tragiczny bliźniaczy huragan, na miejsce którego udają się w trójkę, wraz z Adamem – mężem Mayi. Los sprawia, że Maya zostaje wysłana do pomocy przy transporcie rannych osób i ulega wypadkowi, który odmieni życie ich wszystkich.

Koniec końców Rebecca i Adam nie mają pojęcia czy ktoś owy wypadek przeżył, ekipa ratunkowa po znalezieniu zwłok pilotki i kolejnych pasażerów zaczyna tracić nie tylko nadzieje, ale i zapał do dalszych poszukiwań, Maya z dala od ludzkości, odnaleziona przez młodą parę i uwięziona na wyspie będzie szukała sposoby na kontakt z rodziną, a na jaw zaczną wychodzić wszystkie rodzinne tajemnice, tak skrzętnie skrywane od lat.

Chamberlain zestawiając ofiary huraganu, ranne, przerażone, skumulowane w ciasnych salkach, nie wiedzące co ze sobą zrobić z Mayą, odciętą od najbliższych oraz Adamem i Rebeccą zamartwiających się o siostrę i żonę, pokazuje, że choćby nie wiem co się działo na świecie nasza prywatna tragedia zawsze będzie ważniejsza i trudniejsza do zaakceptowania. Mogą diametralnie różnić się rozmiarem i skutkami, ale w każdym z nas jest taka odrobina egoizmu i choć na ogół myślimy, czasem w jakikolwiek sposób staramy się pomagać ludziom zupełnie nam obcym to zawsze na pierwszym miejscu staną nasi najbliżsi.

Za obydwiema bohaterkami ciągnie się widmo przeszłości, skupione głównie wokół zabójstwa ich rodziców. Każda z nich w jakiś sposób czuje się winna tej tragedii, każda z nich widzi w niej swój udział, każdej z nich jest na swój sposób ciężko i choć są dla siebie tak bliskie ciężko im o pewnych sprawach mówić. Oczywiście, życie staje się lepsze, gdy nie trzymamy wszystkiego w sobie, gdy z kimś w końcu podzielimy się tym co leży nam na sercu, tyle że kolejny raz okazuje się, że łatwiej jest podzielić się swoimi tajemnicami, skrywanymi czasem bardzo głęboko, z ludźmi zupełnie obcymi, czasem z takimi, których widzimy pierwszy raz w życiu, niż z osobą znającą nas od lat.

Styl Chamberlain porównywany jest do stylu Picoult. Ciężko mi to oceniać, bo jestem dopiero po lekturze jednej z książek każdej z nich, ale faktycznie widzę pewne podobieństwa. Chamberlain także prowadzi narracje z różnych punktów widzenia, skupiając się jednak tylko na dwóch osobach. Tak więc przez całą powieść raczy nas naprzemiennie rozdziałami poświęconymi Mayi i Rebecce, w dodatku co rusz zmieniając typ narracji, w przypadku Mayi jest ona pierwszo-, w przypadku Rebecci trzecioosobowa. Początkowo myślałam, że będzie mi to utrudniać odbiór, ale nie, choć mam wrażenie, że dzięki temu zabiegowi autorka bardziej stara się jednak skupić uwagę na młodszej siostrze.

Kolejnym podobieństwem między autorkami jest poruszanie dość trudnych tematów. W Kłamstwach mamy ich też całe mnóstwo: gwałt, aborcja, okłamywanie najbliższych, zabójstwo, skrywanie tajemnic, budzenie się uczucia, które nie powinno mieć prawa zaistnieć, życie na odludziu, strach przed śmiercią. Widać, że autorka nie boi się poruszać żadnej z kwestii. I dobrze, bo wbrew temu co można by przypuszczać nie czuć tu zbędnego przeładowania, za to lektura zyskuje w moich oczach ze względu na to, że nie nachalnie, ale jednak zmusza czytelnika do zastanowienia się co ja bym zrobił(a) w tej sytuacji?.

Chamberlain zrobiła na mnie bardzo pozytywne wrażenie, wprowadza napięcie tam gdzie powinno się ono znaleźć i sprawnie gra na emocjach czytelnika.  Zakończenie co prawda odrobinę mnie rozczarowało, na tle całej powieści wypada bardzo blado, bo wszystko kończy się zbyt łatwo, zbyt szybko, i niestety, ale zbyt słodko. Miałam troszkę nadzieję, że autorka czymś mnie zaskoczy jeszcze na sam koniec. Co oczywiście nie zmienia faktu, że książkę polecam, z całego serca.

Recenzja opublikowana na kobieta20.pl

Diane Chamberlain, Kłamstwa, Warszawa, Wydawnictwo Prószyński i S-ka 2011.

*Tamże, s. 348

poniedziałek, 12 września 2011

Dawno już nie byłam aż tak rozdarta po zamknięciu jakiejkolwiek książki. Dawno nie miałam wątpliwości co do moich odczuć. Podobało mi się czy nie... Nie wiem. Po prostu nie wiem, bo Prosektorium mogłoby być książka rewelacyjną, wybijającą się z tłumu. To mogłaby być powieść, którą polecałabym bez zawahania, ale nią nie jest. I ja strasznie nad tym ubolewam.

Natasza Woronowa to młoda dziewczyna uciekająca przed swą przeszłością, której szczegółów nie dane nam będzie poznać, jeśli nie doczytamy powieści do ostatniej strony. To modelka o niezwykłej urodzie, która pod wpływem dziwnego impulsu zgłasza się do pracy w prosektorium, gdzie jak się wkrótce okazuje szuka równocześnie schronienia przed całym światem. Niedługo też otrzymuje propozycję pracy na pełny etat w szpitalu, na którą bez namysłu się zgadza. W końcu im więcej człowiek ma zajęć, tym mniej czasu na siedzenie, myślenie i niepotrzebne użalanie się nad własnym losem.

Akcja jest wciągająca, styl autorki bardzo mi sę spodobał, a pomysł na fabułę wydaje się fenomenalny. Przynajmniej się wydaje, bo gdy już się zagłębimy w lekturę okazuje się, że może połączenie świata szpitalnego, ludzi chorych i zmęczonych życiem, ze słodkim i głupiutkim życiem modelek nie wypada aż tak dobrze. Dlatego za wielki plus uważam wprowadzenie do powieści postaci Karoliny, modelki, która w swojej jednej osobie właściwie łączy oba te światy. Zastanawiam się czy to nie jej historia właśnie wybija się na pierwszy plan. Zmaganie się z własnymi słabościami, walka z demonami przeszłości, ucieczka w świat pełen kolorów i radości. Drugą z doskonale zarysowanych postaci okazał się Mirosław Sokół, współpracownik Nataszy, który będąc osobąą zupełnie odmienną niż głupiutka Karolina okazuje się do niej zadziwiająco podobny.

Tak więc bohaterów kreowanych przez Paluchowską-Świecką oceniam jak najbardziej na plus. Nie tylko te dwie, właściwie całość postaci poza jedną jedyną, której mądrości zaczęły w pewnym momencie doprowadzać mnie do szału. I szkoda, że autorka na taką osobę się zdecydowała, szkoda, że wsadziła w usta Hasmika, sprzedawcy herbaty, tak wiele mądrości, że aż się robi mdło. Filozoficzne rozważania o życiu w małych ilościach jeszcze jestem w stanie przeżyć, ale przy takiej ilości dodając do tego rozmowy o Bogu, religii i tym co ten na górze dla nas przygotował zaczynają mnie przerastać.

Inna sprawa, że aż śmiesznie było stawianie przy sensie życia rzeczy tak błahych jak odwieczny problem kobiet typu nie mam się w co ubrać, chodźmy na zakupy. I to właśnie mój kolejny zarzut. Totalny przesyt. Mam wrażenie, że autorka chciała zbyt wiele zmieścić na tych trzystu stronach. Lepiej by to wypadło, gdyby rozłożyć wszystkie kwestie przez nią poruszane (homoseksualizm, związki międzyludzkie, śmierć, radość z życia, problemy psychiczne, seksualność, istnienie Boga, przyjaźń, radzenie sobie z własnymi emocjami itp. itd.) rozłożyć na przynajmniej dwie książki. Owszem, czasem takie nagromadzenie wielu problemów wypada w literaturze bardzo korzystnie. Tutaj to po prostu nie wyszło, bo mam wrażenie, że choć autorka dużo chciała czytelnikowi przekazać to nie bardzo wiedziała jak to zrobić.

No tak, czepialstwo czepialstwem, ale prawda jest taka, że jednak jestem bardziej na tak. Wciągnęłam się, zaczytałam, uśmiechnęłam, a nawet wzruszyłam. Szkoda tylko, że zamiast lećcie w te pędy do księgarni, bo to prawdziwa perełka! mogę tylko napisać jeśli będziecie mieli okazję - sięgnijcie

Olga Paluchowska-Święcka, Prosektorium, Warszawa, Prószyński i S-ka 2011.

piątek, 05 sierpnia 2011

Jak wiadomo od niedawna jestem szczęśliwą posiadaczką kota. Na ile ten kot okaże się prawdziwy dowiemy się pewnie za jakiś czas.

Piszę o tym, bo Kot w stanie czystym to książka napisana właśnie w imieniu członków Kampanii na rzecz Prawdziwych Kotów, która o tę prawdziwość właśnie bezustannie walczy. Choć nie sięgnęłam po tę książkę tylko dlatego, że w moim domu nagle pojawiła się Sofi. Od dawna miałam ją w planach. Ja generalnie lubię książki o zwierzętach. Te poważne i te pisane z przymrużeniem oka. Te pisane z punktu widzenia zwierzaka i te w których właścicielom oddaje się głos. Właściwie spora część mojej biblioteczki składa się z takich książek, no ale... ja nie o tym przecież miałam.

Pratchett w imieniu rzeczonych członków pisze więc o rasach kotów, i nie są to bynajmniej rasy o których słyszymy na co dzień. Przedstawia też możliwości zdobycia sierściucha, imiona którymi posługują się właściwie wszyscy właściciele kotów. Poznamy też zabawy mruczków i sposoby ich tresury. A także krótką historię i spojrzenie na koci seks. No i wiele innych rzeczy, bo Kot w stanie czystym składa się z 19 rozdziałów, z których każdy obejmuje osobne zagadnienie.

Całość książki uzupełniona jest świetnymi ilustracjami Graya Jolliffe'a. 

 

Wszystko to jest niby zabawne, niby napisane z przymrużeniem oka i choć początkowo faktycznie tak było to pod im dalej, tym bardziej robiło się drętwo, a pod koniec już miałam wrażenie, że może objętość została z góry określona i jakoś trzeba te strony zapełnić?

Żeby nie było: uśmiechnęłam się, kilka razy. Owszem, momentami nawet zaśmiałam się głośno, dlatego uważam, że książka jest dobra. Trzyma poziom. Z drugiej strony myślę, że może jeszcze zbyt krótko mam kota, żeby wyłapać wszystkie smaczki? Żeby docenić pomysły autora i jego humor? A może to po prostu z Pratchettem mi nie po drodze?

Ocena: 4/6

Terry Pratchett, Kot w stanie czystym, Warszawa, Wydawnictwo Prószyński i S-ka 2005.

 
1 , 2 , 3 , 4
Tagi
Teksty umieszczone na stronie są mojego autorstwa,proszę o niekopiowanie ich bez mojej zgody!

Czytadełko
on Google+