Wpisy z tagiem: Zysk i S-ka
poniedziałek, 19 marca 2012
Zazdroszczę przeogromnie tym ludziom, którzy mając w domu już jednego psa i jednego półkota (dzielonego właściwie z sąsiadka zza płotu) mogą sobie pozwolić na przygarnięcie jeszcze jednego stworzenia. I to jakiego! Chyba każdy kojarzy wygląda doga niemieckiego. No właśnie. Otóż Fijałkowscy zdecydowali się na przygarnięcie zaledwie dwuletniego psiaka, który na zbliżeniu wyglądał jak piętrowa kamienica z pyskiem zamiast bramy*. W ten sposób w domu Jędrzeja i PAni śmierdząc wiec jak śmierdzi sfermentowana bieda ze śmietnika**, pojawił się Emil. Najpierw była długa droga nad morze, potem przeprawa z tym śmierdzącym czymś w samochodzie przez kilkaset kilometrów, a w końcu to, co wysiadło, było tak rozpaczliwie smutne i zrezygnowane, patrzące z żałością na świat, zdeptane, zgaszone, z pokoślawionymi nogami, wpadniętymi, niedowidzącymi oczami, z ogonem ciągnącym się po ziemi niczym zszargany tren, ze śladami pogryzienia na grzbiecie, chude, zaniedbane... i cuchnące jak zatkany rynsztok***. Trzeba więc było się jakoś zająć tym zwierzęciem, żeby na powrót odzyskało radość z życia, przysługującą każdego boskiemu stworzeniu. Początki były ciężkie. Brak akceptacji między psami, które nagle nie wiadomo dlaczego zmuszone były nawzajem się chociażby tolerować. Drzwi odrapane do granic możliwości. Przeraźliwe wycie po każdym wyjściu właścicieli z domu, choćby zniknęli na zaledwie pięć sekund. Strach Emila przed tym, że znów zostanie opuszczony. I kończąca się powoli cierpliwość właścicieli... Pochłonęłam tę książkę (dosłownie!) w kilka godzin. Na przemian śmiałam się w głos i ocierałam łzy wzruszenia. Raz nawet wybuchnęłam płaczem, gdy w którymś z rozdziałów autor wspomniał o suczce collie, która tak długo czekała w schronisku, bez żadnej nadziei, że gdy w końcu ktoś postanowił ją przygarnąć zwyczajnie pękło jej serce, z tej radości. Emil to mimo łatwej formy, bardzo mądra książka. Pokazująca to jak bardzo zależne są od nas zwierzęta. Pokazujące to, jak bardzo oddani są ludzie pracujący czy to w schroniskach, czy w fundacjach zajmujących się ratowaniem zwierząt, w jakikolwiek sposób skrzywdzonych. Mimo zapewnień autora, jakoby za zwierzętami zbytnio nie przepadał, a do styczności z nimi, był przymuszany tylko i wyłącznie przez słynącą ze swego miłosierdzia PAnię, z każdej strony tej książki wyziera też przeogromna dawka miłości. Miłości jak najbardziej odwzajemnionej zresztą, bo nie tylko Fijoł kocha Emila, ale i Emil darzy swojego pana tak wielkim uczuciem i oddaniem, że gotowy jest za nim łazić krok w krok, nawet jeśli zmierzają właśnie w kierunku toalety. Dla pewności, dodam tylko, że książkę polecam z całego serca. To dobry humor, mnóstwo ciepła i optymizm w najczystszej postaci. Ach... i jeszcze jedno! Wiecie, jaki jest szczyt niemożliwości? Ujrzeć Emila bez gila****. Jędrzej Fijałkowski, Emil, czyli kiedy szczęśliwe są psy - szczęśliwy jest cały świat, Poznań, Zysk i S-ka 2009. *s. 23 **s. 9 ***s. 27 ****s. 154
wtorek, 20 września 2011
Dzięki perfekcyjnie przedstawionym przez Adichie obrazom poznajemy nie tyle Afrykę, nie Nigeryjczyków nawet, ale ludzi. Zwykłych ludzi, ich lęki, niepewności, cierpienia. Bo autorka zdaje się doskonale przenikać ludzką psychikę, bez problemu wczuwać się w takich bohaterów jacy tylko przyjdą jej do głowy, bez względu na ich płeć czy wiek. Młody człowiek, który niesłusznie zostaje aresztowany. Więzienie, w którym katują starszego człowieka, bo nie potrafią zrobić nic, by znaleźć prawdziwego winnego. Samotna, choć zamężna kobieta, która tęskni za ukochanym, podejrzewając go jednocześnie o zdradę. Kobieta pracująca w charakterze niani, niezadowolona z prywatnego życia. Dwóch starszych panów, wspominających życie sprzed kilkunastu lat. Dwie siostry odwiedzające niewidzianą dawno babcię. Kobieta, która po osiemnastu latach wraca do miejsca, w którym ostatni raz widziała brata. Wszystkich ich łączy pogoń za lepszym życiem. A wśród tego wszystkiego tęsknota za ojczyzną, rozczarowanie, gdy okazuje się, że Ameryka nie jest jednak miejscem z bajki, spalona słońcem ziemia, miłość, która nie ma racji istnienia, katastrofa lotnicza, zamieszki, rynek wypełniony spalonymi ciałami, aranżowane małżeństwo i przeogromna, paraliżująca chęć cofnięcia czasu, postąpienia inaczej, naprawienia błędów. To tylko niektóre ze scen, które Adichie przed nami maluje. A każda kolejna zdaje się zachwycać czytelnika coraz bardziej i przy każdej wnikamy w głowy bohaterów na tyle głęboko, na ile pozwala nam na to autorka. Nie wszystkie utwory, które znajdziemy w najnowszej książce afrykańskiej pisarki są równie dobre. Zdaje się, że niemożliwością jest połączenie kilku opowiadań tak, by sprawiały wrażenie równych. To chyba tak jak z powieściami jednego autora, wśród których zdarzają się tak lepsze, jak i gorsze książki. Z tym, że mam wrażenie, że teksty zawarte akurat w tym zbiorze jakoś się jednak obroniły. Zdaje się, że wrażenie po tych gorszych, których swoją drogą znajdziemy niewiele, zostaje całkowicie wymazane przez zachwyt nad tymi lepszymi. Albo najlepszym może, które zrobiło na mnie piorunujące wrażenie. Tak, mam swojego faworyta. To tytułowe opowiadanie, w którym autorka zwraca się bezpośrednio do czytelnika, przez co całkowicie tracimy kontakt z rzeczywistością, stawiając się na miejscu głównej bohaterki. To dziewczyna, która dosłownie i w przenośni wygrała los na loterii. Dostała szansę na rozpoczęcie nowego życia w innym lepszym świecie. Ma możliwość zamieszkania w kraju kojarzonym przez jej rodzinę i znajomych z bogactwem i szczęściem. W tym jednym, jakby nie patrzeć krótkim utworze, Adichie zawarła taki ogrom emocji, że ciężko się nim nie zachwycić. Jest tu miejsce i na miłość, i na odrobinę strachu, na tęsknotę i żal, rozczarowanie i trudne decyzje. Chyba spokojnie mogę przyznać, że to jedno z najlepszych, o ile nie najlepsze, opowiadań jakie dotąd czytałam. Można nie lubić opowiadań, można się czuć zrażonym czy uprzedzonym, ale To coś na Twojej szyi z pewnością warto przeczytać. Bo to nie są zwykłe opowiadania, to strzępki obrazów, ludzkie charaktery, czasem dość skomplikowane relacje międzyludzkie, dzięki którym Adichie buduje swój obraz współczesnej Afryki. Obraz, który koniecznie trzeba poznać. Recenzja opublikowana na kobieta20.pl Chimamanda Ngozi Adichie, To coś na Twojej szyi, Poznań, Wydawnictwo Zysk i S-ka 2011.
niedziela, 20 marca 2011
Tajemnice kawy zostały podzielone na sześć rozdziałów. Znajdziemy tu więc miejsce zarówno na historię, botanikę, jak i sposoby przyrządzania czy wpływ picia kawy na nasze zdrowie. Krótko pisząc dla każdego coś dobrego, choć szczerze proponowałabym nie omijać żadnego z rozdziałów, bo wiedza z pierwszych z pewnością przyda się przy czytaniu ostatnich, choćby po to by wiedzieć czy jest french press lub co odróżnia arabicę od robusty. Co do samej treści zaś, dla mnie fascynująca i niech najlepszym dowodem na to będzie powtarzane przeze mnie co chwilę a czy wiesz, że…? kierowane w stronę M. Gdzie powstały pierwsze kawiarnie, jak rozpoznać różnice gatunkowe, jakie miejsce wybrać pod uprawę kawy, jak najlepiej ją przechowywać, na co zwracać uwagę przy kupnie i przed jakimi chorobami chroni nas spożywana regularnie filiżanka tego napoju. Tego wszystkiego i szeregu innych rzeczy dowiedzieć możemy się z Tajemnic kawy. Dodatkowo dostaniemy także istotne wskazówki, dzięki którym być może odważymy się na samodzielne palenie ziaren kawy, a także spróbujemy zwykłą kawę przerobić na rozpuszczalną. Na pochwałę zasługuję rzecz jasna wydanie. Staranne, szyte, na kredowym papierze, z masą fantastycznych zdjęć. Urozmaiceniem stały się również osie czasu, na których zaznaczono co ważniejsze przełomy związane chociażby z konsumpcją czy obróbką kawy, mnóstwo tabelek, a także przydatny indeks umieszczony na końcu. Warto zaznaczyć, że przy tym wszystkim książką nie przekracza ceny 40 zł, za co naprawdę wielkie brawa dla wydawcy. Jestem zauroczona i polecam nie tylko smakoszom, ale i tym, którzy po kawę sięgają, tak jak ja, tylko od czasu do czasu. Ocena: 5/6 Sara Magdalena Woźny, Tajemnice kawy, Poznań, Wydawnictwo Zysk I S-ka 2011.
piątek, 12 listopada 2010
Grzegorz Brzozowicz książkę swą rozpoczyna od przedstawienia nam przodków WC i to tych z dość odległych czasów, bo sięga aż do XVII wieku. Powiem szczerze, że przy tej części przeżywałam chwile zwątpienia, bo pradziadkom, dziadkom, a w końcu ojcu Cejrowskiego, który swoją drogą, był również dość znaną i cenioną osobistością autor poświęcił mniej więcej jedną trzecią całej książki. A przecież siegając po tą pozycję wcale nie o nich chcemy czytać, bo o ile o rodzicach WC dobrze byłoby wiedzieć, o tyle już XVII-wieczny dziadzia, choćby nie wiem co zrobił dla historii obchodzi mnie średnio i wolałabym, żeby dalsze wątki dotyczące już bezpośrednio bohatera biografii były dużo bardziej rozwinięte. Zwłaszcza wątek podróżniczy, bo on interesował mnie najbardziej, a przy tym biorąc pod uwagę ilośc krajów, które odwiedził uważam, że został on naprawdę zbyt mocno okrojony. Co nie znaczy oczywiście, że autor się nie napracował, bo owszem, zgromadził masę informacji, uzupełniając je wypowiedziami osób bliższych i dalszych, tyle tylko, że ja naiwnie liczyłam na coś jednak lepszego, na mniej polityki w tym wszystkim, a dodatkowo denerwował mnie momentami styl Brzozowicza, bo miałam wrażenie, że na siłe usiłuje być zabawny, przybrać ten gawędziarki ton swojego bohatera, tyle, że po prostu mu to nie wychodziło. Na pochwałę zasługuje oczywiście cudowne wydanie. Kredowy papier i liczne zdjęcia sprawiają, że z przyjemnością stawia się taką pozycję na własnej półce. A przy tym zdjęcia pięcioletniego Wojtusia są po prostu bezcenne. Tak więc jeśli chcecie wiedzieć w jaki sposób WC dostał się do szkoły aktorskiej i dlaczego z niej zrezygnował, co takiego zrobił, że udało mu się pojechać pierwszy raz do Meksyku i dlaczego tak bardzo pokochał to miasto to po przeczytaniu tej książki z pewnością się tego dowiecie, ale nie wierzcie do końca zapewnieniom wydawcy. Nawet po przeczytaniu biografii nie dowiecie się kim tak naprawdę jest Wojciech Cejrowski. Myślę, że ta wiedza zarezerwowana jest tylko i wyłącznie dla jego bliskich. Ocena: 4/6 Grzegorz Brzozowicz, Cejrowski. Biografia, Poznań, Zysk i S-ka, Czerwone i Czarne, 2010.
wtorek, 28 września 2010
Jak dla mnie wyczyn to imponujący, tym bardziej w momencie gdy jedzie się samotnie i ze złamanym sercem. Podziwiam autora za to co udało mu się dokonać, za upór i przede wszystkim za odwagę, bo wiem doskonale, że sama nigdy bym się na coś takiego nie odważyła. I cieszę się strasznie, że miałam okazję przeczytać jego relację z podróży. I choć zdaję sobie sprawę, że jak na książkę podróżniczą mało tu opisów mijanych miejsc to jednak uważam, że Maciąg dobrze zrobił na pierwszy plan wyciągając nie te krajobrazy, które przecież oglądać możemy na zamieszczonych w książce zdjęcia, ale mijanych ludzi. Ludzi na wśkroś różnych, fałszywych i szczerych, pomocnych i szkodliwych, ludzi którzy niejednokrotnie bardzo mu pomogli i ludzi bez których być może nie dokonał by tego wszystkiego oraz tych, którzy mu tę podróż utrudnili. Cieszę się także, że w tym wszystkim nie zapomniał pisać o własnych emocjach i nie dziwię się, że czasem brakowało mu sił i miał wszystkiego dosyć, bo zdziwiło by mnie gdyby po takim ciosie i w takich warunkach zachowywał wieczny uśmiech na twarzy. Mogę tylko żałować, że książka jest na tyle krótka, że łyka się ją w zaledwie parę godzin. Ocena: 4/6 Robb Maciąg, Rowerem przez Chiny, Wietnam i Kambodżę, Poznań, Zysk i S-ka, 2008. Zapraszam również na stronę autora.
niedziela, 27 czerwca 2010
Jednak muszę przyczepić się do wydania i korekty, chociaż robię to niezmiernie rzadko, bo po prostu nie lubię. Nie lubię czepiać się literówek, samej często zdarza mi się poprzestawiać literki, takie są uroki pisania na komputerze, ale już powtórka wyrazów, a nawet, o zgrozo, całego akapitu, to nawet jak dla mnie zbyt wiele. Wydawnictwo, które wydawało mi się zresztą jednym z lepszych wydawnictw tym razem się nie popisało. Więcej przygód, więcej emocji, mniej suchych faktów i porządna korekta, a oceniłabym ją pewnie dużo lepiej. Niestety, jest jak jest. Ocena: 4/6 Syberia: Wyprawa na biegun zimna / Jacek Pałkiewicz. – Poznań : Wydaw. Zysk i S-ka , cop. 2007. – 306, [6] s. : fot. ; 21 cm. – ISBN 978-83-7506-073-7
czwartek, 10 czerwca 2010
Będąc w temacie podróży postanowiłam sięgnąć po „Ani tu ani tam”, bo zapowiadało się śmiesznie i przyjemnie. I biorąc do ręki książkę Brysona zaraz po znakomitych relacjach Cejrowskiego zrobiłam chyba najgorszy z możliwych błędów, bo te dwie książki to zupełne przeciwieństwa i jeśli jest to faktycznie najlepsza książka podróżnicza roku to bardzo współczuje Amerykanom i naprawdę nie chciałabym czytać tej najgorszej. W takim przypadku mogę im tylko doradzić sięgnięcie po książki polskich podróżników. Miała być podróż po Europie pełna zabawnych przygód, jak wywnioskowałam po opisie z okładki, a wyszła podróż po europejskich barach pełna czasem naprawdę żałosnych żartów. Zamiast skupiać się na miejscach, które z pewnością są godne uwagi Bryson skupił się na opisywaniu ludzi, którzy w większości odwiedzonych krajów są oczywiście gorsi i głupsi od niego, brudzą, chleją i nie robią nic pożytecznego dla reszty ludzkości. Najlepszymi zaś widokami w każdym z miejsc były kobiece atuty. I jak początkowo zmartwił mnie brak zdjęć, bo przecież to jest dla mnie największa atrakcja w przypadku książek podróżniczych, tak z czasem zaczynałam się coraz bardziej cieszyć, że tych zdjęć nie ma, bo obawiam się, że ich większość mogłaby przedstawiać jakże urodziwe biusty czy jędrne pośladki. Najgorsze jednak jest to, że w momentach gdy miałam ochotę rzucić tę książkę w kąt Bryson rzucał żartem, który naprawdę potrafił wywołać mój uśmiech, stawał się człowiekiem wywołującym wielką sympatię albo zaczynał pisać o rzeczach z którymi w pełni się zgadzałam, jak na przykład fragment o przydatności podręczników do nauki języków obcych, w jego przypadku francuskiego, które nie uczą tak naprawdę niczego. Na podstawie mojego podręcznika do angielskiego mogłabym się wypowiedzieć na temat pracy CSI, ONZ czy historii MacDonalda, ale z pewnością nie znam wielu podstawowych i najbardziej przydatnych w obcym kraju zwrotów. I cieszę się, że nie tylko ja to zauważam. No właśnie, szkoda tylko, że po błyskotliwych uwagach następuje zwrot o sto osiemdziesiąt stopni i zaczyna się pisanina o niechęci do zwierząt i konieczności wywiezienia wszystkich psów na zapadłą wyspę, kiedy to znów ma się ochotę jak najszybciej o tej książce zapomnieć. Nie zazdroszczę Brysonowi podróży, absolutnie (dobra, zazdroszczę mu trochę widoku zorzy polarnej, bo sama pewnie nigdy nie będę miała okazji jej zobaczyć), dla mnie nie była ani ciekawa, ani pełna przygód, ot, takie bezsensowne zwiedzanie, choć nie wiem czy to można nazwać zwiedzaniem, i szastanie pieniędzmi. No właśnie, pieniądzę to coś czego mu zazdroszczę. Zjeździć większość Europy jadając w najlepszych restauracjach i śpiąc w najdroższych hotelach tylko dlatego, że mamy taki kaprys i musimy pokazać recepcjoniście, że nas na to stać to już przecież coś. Tyle, że czy nie lepiej byłoby wydać te pieniądze na coś co naprawdę warto zobaczyć zamiast na litry piwska i najwygodniejsze łóżko w całej Kopenhadze? Podsumowując, jeśli komuś odpowiada takie poczucie humoru to myślę, że książka jest warta przeczytania, bo od żarcików się w niej roi. Mnie niestety większość nie śmieszyła. Ocena: 2,5/6
poniedziałek, 07 czerwca 2010
Cejrowski jest człowiekiem wyjątkowym i nikt mi nie wmówi, że nie. Nie znam żadnej osoby, która by o nim choć raz w życiu nie usłyszała. Fakt, że wiele z tych osób dosłownie nie może już słuchać o nim, ani tym bardziej słuchać jego, z resztą ja też czasem nie mogę, bo poglądy jakie ma takie ma i z moimi one się po prostu kłócą, ale jego relacje z podróży mogłabym czytać godzinami i nigdy, przenigdy mi się nie znudzą. Miało być jednak o książce nie o autorze, a ta jest wsprost wyśmienita. Cejrowski serwuje nam podróż pełną przygód, choć cieszę się, że nie miałam okazji wybrać się na nią osobiście, bo dżungla zdecydowanie nie jest dla mnie dobrym miejscem. Obawiam się, że mogłabym zepsuć całą zabawę stając na środku krętej ścieżki i płacząc, że chcę do domu, zaraz, natychmiast. W każdym razie czytając Rio Anacondę ma się wrażenie jakby się było obok Cejrowskiego, z tym, że zamiast znienawidzonej przez niego kina-piry, czyli zupy rybnej z wściekiełką można zjeść coś dobrego. Choć taką na przykład cziczę chętnie bym spróbowała. To znaczy dopóki nie dowiedziałabym się jak jest wyrabiana, bo obawiam się, że później nie miałabym już na nią najmniejszej ochoty. Podróż zaczynamy od wylądowania w Kolumbii, państwie, w którym trwa wojna domowa, cukier mylony jest z cementem, a przemieszczając się z miasta do miasta można dostać kulką w łeb, właśnie za to, że w ogóle mamy czelność się przemieszczać. Naprawdę podziwiam ludzi, którzy z własnej, nieprzymuszonej woli lądują na terenie takich państw. Ja i moja odwaga zrobiłybyśmy w tym momencie pewnie wielki zwrot w tył i uciekły gdzie pieprz rośnie, ale Cejrowski nawet o tym nie pomyślał, choć właśnie panika była jego najwierniejszym towarzyszem. I przemierzając Kolumbie postanowił za wszelką cenę dotrzeć do Dzikich Indian, ale zanim to nastąpiło na jakiś czas zatrzymał się w Mitu spędzając czas z zewnętrznym plemieniem (zdaje się, że tak ci Indianie zostali w książce nazwani), a złwaszcza z ostatnim szamanem tego plemienia, uroczym Angelino. Szamanem tak inteligentnym i błyskotliwym, mającym tak ogromną wiedzę, że aż niemożliwym wydaje się, że jest to jednocześnie człowiek nieumiejący się chociażby podpisać. Angelino jest moim zdaniem największą atrakcją tej książki i jeśli ktoś nie może się do Cejrowskiego przekonać to powinien przeczytać tą książkę, choćby dla sceny, w której obu panów instuuje młodą parę jak powinni pinga-pinga, aby dorobić się potomstwa. Przepraszam, ale ja w tym momencie wybuchnęłam gromkim śmiechem. Z resztą śmiech towarzyszył mi prawie nieustannie. W dalszej części mamy także okazję poznać prawdziwego Czarownika, z którym Cejrowski przegadał wiele nocy i to po polsku, bo Czarownik potrafił czytać prosto z serca. Niektóre momenty są tak nieprawdopodobne, że aż zastanawiałam się czy autor trochę nie pozmyślał, ale może czasem dobrze uwierzyć w odrobinę magii. Zawdziwiające jest też to, że tylko jedna wyprawa na pięć kończyła się sukcesem, znalezieniem jakiegoś plemienia, reszta to porażki. Cóż, strasznie żałuję, że z powodu zbliżającej się sesji nie mogłam się gdzieś na kilka godzin po prostu zaszyć z tą książką, bo Cejrowski ma niesamowity moim zdaniem talent i jak już pisałam mogłabym go czytać i czytać bez końca, bez przerwy. Po prostu ja, on i Dzicy, no byle bez kina-piry. Sprawę czytania utrudniał mi też ciężar książki, który sprawiał, że nie nadawała się ona do torebki i tramwajowego czytania. Generalnie polecam, jeśli już nie dla treści to chociażby dla samych, niesamowitych zdjęć. Ocena: 6/6 |
Archiwum
Zakładki:
*
Całkowita liczba wyświetleń
Dla czytelnika
Mole książkowe
Strony autorów
Współpracuję
Wyzwania
Tagi
Czytadełko on Google+ |