Wpisy z tagiem: Nasza Księgarnia
czwartek, 10 maja 2012
Krzywda czyniona dzieciom jest chyba największą możliwą zbrodnią (zaraz koło krzywdy czynionej zwierzętom, no niestety, tak już mam). Sięgając więc po książki dotykające tego problemu z góry nastawiam się na sporo emocji, ściskanie w dołku, a czasem i płacz. Bohaterką i jednocześnie narratorką Milczenia jest Malwina. Dziewczynka, wykorzystywana przez dziadka, na które to odchylenie najbliższe osoby zdają się przymykać oczy. A babcia, kojarząca nam się na ogół z miłością, troską i ciepłem, chroniąc samą siebie zdaje się tym bardziej pchać wnuczkę prosto w ramiona kochającego dziadzi. Uderza tu obojętność rodziców i brata, który zawsze był dla Malwiny największym oparciem. Ich odrzucanie prawdy, przymykanie oczu i uszu, lekceważenie problemu wstrząsa i stanowi chyba największy atut całej powieści, bo przynajmniej wywołuje emocje. Aż szkoda, że zdaje się być on tylko ledwie muśnięty i zastąpiony w większości sprawami, jak dla mnie, mniej znaczącymi. Mimo wplecenia wątku molestowania seksualnego przez osobę z najbliższego otoczenia, autorka postanowiła jednak bardziej się skupić na życiu codziennym Malwiny. Na jej przyjaźni z Lizzy, która poniekąd pozwoliła jej, przynajmniej przez jakiś czas, na walkę z problemem, na oddalenia go, a w pewnym momencie i na całkowite zapomnienie. I to właściwie nie tylko poprzez rozmowę, zwierzenie się, podzielenie własnymi lękami z rówieśniczką, ale przez jej dosłowną osłonę, w dodatku zupełnie nieświadomą. Hanika wzięła też pod lupę, pierwsze, jeszcze właściwie dziecięce, zauroczenie, które w pewien sposób daje poczucie bliskości i bezpieczeństwa, ratuje przed całkowitym postradaniem zmysłów. Z tym, że tu mi pewne rzeczy też niestety nie zgrały. Już sam związek trzynastolatki ze starszym od siebie chłopakiem miał w sobie coś nierealnego. Ja wiem, że mało już mogę pamiętać z tego okresu, ale raz, że nie wydaje mi się bym w tym wieku miała ochotę się z kimkolwiek wiązać, a już tym bardziej spędzać noc z dala od domu, dwa, że szczerze wątpię w to, że szesnastoletni chłopak zawraca sobie głowę trzynastoletnią dziewczynką, będącą jeszcze niewinnym dzieciątkiem. Inna sprawa, zastanawiałam się jak to możliwe, że dwie osoby, których dzieli nie tylko płeć (wiem, to głupi stereotyp, ale facet zawsze kojarzy mi się z kimś większym), ale i w tym przedziale wiekowym akurat dość znacząca różnica nagle są tego samego wzrostu. Ale tu się już pewnie czepiam bez sensu. No i nie ukrywam, śmiać mi się chciało, jak padło określenie kochankowie. Przyjaciele, ok. Para, no czemu nie? Ale kochankowie?! Wrócę jeszcze na chwilę do wieku Malwiny. Momentami miałam wrażenie, że nawet autorce ciężko było się trzymać tego, co sobie początkowo założyła. Bo początkowe założenie, o którym dowiadujemy się właściwie na pierwszej stronie, było takie, że Malwina ma lat trzynaście. Kilkanaście stron dalej nagle staje się jednak uczennicą liceum (może stąd to zrównanie wzrostem). Ja wiem, że w Niemczech system nauczania i te granice wiekowe odrobinę się różnią od naszych, ale chyba nie aż tak, żeby trzynastolatka chodziła do liceum? Pomijając jednak całą resztę, nie podpasował mi też sam styl autorki. Niestety, mimo całej wagi poruszanego problemu, momentami czułam się jakbym czytała zwykły, najzwyklejszy pamiętnik nastolatki, w którym na pierwszym miejscu ustawia się całkiem niezłe, nieco starsze ciacho, do którego bohaterka rok wcześniej pałała nienawiścią nie do opisania, razem z przyjaciółką zresztą, której swoją drogą nie wie, jak ma opowiedzieć o tym co zaszło, podczas jej nieobecności.. Przykre to, ale nie ruszyło mnie zupełnie, a przecież powinno, prawda? Beate Teresa Hanika, Milczenie, Warszawa, Nasza Księgarnia 2010.
niedziela, 29 sierpnia 2010
Książkę tę zabrałam ze sobą na wyjazd, do umilania czasu i biorąc pod uwagę długość mojego czytania aż chciałoby się napisać, że to gniot totalny i wynudził mnie jak mało co. Ale wybaczcie, nie lubię kłamać, ponoć też nie potrafię tego robić, więc nie pozostaje mi nic innego jak dołączyć jednak do osób Cukiernią zauroczonych. Tak, staję w rządku, zaraz obok poprzednich recenzentów i zamiast cichego nie głośno krzyczę: dajcie mi natychmiast drugą część! Autorka przedstawia nam losy rodziny Bysławskich i Zajezierskich. Losy pełne miłości, co wcale nie znaczy, że pełne szczęścia. Poznajemy także rodzinę Hryciów, do której należy tytułowa cukiernia. Początkowo wydawało mi się, że to właśnie o nich wolę czytać, że losy Igi, jej ojca, babki i tajemniczego pierścienia znalezionego podczas wykopalisk prowadzonych na gutowskim rynku są o wiele ciekawsze niż te wstawki, jak je początkowo nazywałam, mówiące o wydarzeniach sprzed tysiąca lat. One początkowo były tylko denerwującym dodatkiem przez który musiałam przebrnąć, by móc czytać dalej o moich bohaterach. Teraz, po zakończeniu lektury, nie wiem sama co wolę, bo zarówno losy Hryciów, jak i Zajezierskich wciągnęły mnie tak ardzo, że aż dziwne, że nie pochłonęłam książki za jednym razem. Początkowo denerwowało mnie wprowadzanie tylu nowych postaci i opisy, wydawać by się mogło całkiem zbędnych zdarzeń. Jednak teraz już wiem, że nic w tej książce nie jest zbędne, każda postać ma jakąś swoją rolę do odegrania, Zajezierscy przecież, mimo swego hrabiostwa, są najzwyklejszymi ludźmi, którzy za każdym zakrętem spotkać mogą kogoś gotowego im pomóc lub zaszkodzić. Wbrew tytułowi w Cukierni pod Amorem mało znaleźć możemy słodkości, dużo częściej wraz z bohaterami zmuszeni będziemy przełknąć gorzkie łzy roczarowania. Oto życie: radość przeplatana smutkiem i boleścią.* Przywiązałam się do bohaterów Gutowskiej-Adamczyk, mam pewne swoje przypuszczenia dotyczące ich dalszych losów i ciekawa jestem czy pokryją się one z tym co pokaże nam autorka w drugiej części. Póki co – czekam. Ocena: 5/6 Małgorzata Gutowska-Adamczyk, Cukiernia pod Amorem. Część pierwsza: Zajezierscy, Warszawa, Nasza Księgarnia, 2010. * Małgorzata Gutowska-Adamczyk, Cukiernia pod Amorem. Część pierwsza: Zajezierscy, Warszawa, Nasza Księgarnia, 2010, s. 199.
czwartek, 31 grudnia 2009
Nie czytałam wcześniej żadnych recenzji tej książki, tym tłumaczę swoją niewiedzę. Jeśli chodzi o film jeszcze nie miałam okazji go zobaczyć, muszę to szybko nadrobić, ale w wydaniu książki, które posiadam, na drugiej i trzeciej stronie okładki umieszczono po dwa kadry z niego. W związku z czym spodziewałam się opowieści o magicznej krainie i fantastycznych stworach. Jakże się pomyliłam. I jakoś dziwnie nie czuję się z tego powodu ani trochę zawiedziona. A wręcz przeciwnie. To opowieść o dwójce jedenastolatków: chłopcu o imieniu Jesse, mieszkającym z rodzicami i czwórką sióstr, muszącym dwa razy dziennie doić ich jedyną krowę Pannę Bessie i marzącym o tym, by zostać najszybszym człowiekiem świata, oraz o jego przyjaciółce Leslie, która pewnego dnia wprowadza się z rodzicami na farmę starego Perkinsa, na której nikt nigdy nie zamieszkał na długo. Przyjaciółce, które właściwie w dniu poznania niszczy jego marzenie wygrywając z nim w szkolnym wyścigu. A magiczna kraina? Owszem, istnieję. Z tym, że tylko w wyobraźni głównych bohaterów, a wstęp do niej mają nieliczni. Można ją znaleźć po drugiej stronie strumyka, w lesie, trzeba tylko się dobrze przypatrzeć. Ale to nieważne. Bo „Most do Terabithii” to przede wszystkim piękna opowieść o sile prawdziwej przyjaźni. Jedna z piękniejszych jakie udało mi się ostatnio przeczytać. Ocena: 5/6 |
Archiwum
Zakładki:
*
Całkowita liczba wyświetleń
Dla czytelnika
Mole książkowe
Strony autorów
Współpracuję
Wyzwania
Tagi
Czytadełko on Google+ |