Wpisy z tagiem: Otwarte
poniedziałek, 05 marca 2012
Premiera już 7 marca! Na okładce widnieje pewien napis: każda z nas ma swoje Różany. Och, jakże bym chciała w to wierzyć! Jakże chciałabym wierzyć, że gdzieś tam na przedmieściach czeka mój własny dworek (może to być i mały biały domek), z pięknym ogrodem, zadbanym przez cały rok, w lecie dającym schronienie i miejsce idealne do wypoczynku oraz ludźmi, na których zawsze mogę liczyć. Bo takie właśnie są Różany, położone pod Krakowem. Różany to miejsce, w którym czas się zatrzymał. Skrywające pewne tajemnice, przesiąknięte cudownymi zapachami, posiadające nawet swoją zjawę, nękającą niewiernych mężczyzn! Co tu dużo pisać, Różany to miejsce przypominające po prostu raj, z którego Zosia, główna bohaterka brutalnie została wygnana. W dodatku przez osobę, którą kocha najbardziej na świecie... Ilekroć pomyślę o Drodze do Różan mam ochotę się uśmiechnąć. Bo to właśnie tego typu opowieść, bardzo przyjemna, do uśmiechnięcia się, nie śmiechu, nie parskania pod nosem, ale zwykłego ciepłego uśmiechu i odrobinki blasku w oczach. Bogna Ziembicka przeniosła nas do Różan, poprowadziła po uliczkach Krakowa i zapoznała z bohaterami tak interesującymi, że ciężko było ten jej świat opuścić. Co ważne, każda z jej postaci wywołała we mnie jakieś tam emocje. Od wielkiej sympatii, wywołanej szczególnie przez Mariannę, odrobinkę cyniczną czterdziestolatkę, parającą się magią po godzinach, ideał przyjaciółki, o tak wielkim sercu, że dałaby radę zmieścić tam cały świat, zaczynając, poprzez odrobinę współczucia, chęć pomocy, aż do zdenerwowania, a nawet wielkiej wściekłości, bo ile razy na kartach książki pojawiał się Krzysztof, tyle razy miałam ochotę rzucić nią w kąt pokoju. Zafascynowała mnie historia niani Zuzanny, czekałam z niecierpliwością na te rozdziały poświęcone latom przedwojennym, na to co się zdarzy. A raczej co już się zdarzyło, jak to się stało, że mieszka w Różanach niemal od zawsze, że niemal od zawsze związana jest z rodziną Boruckich, na tyle, że Zosia, nasza główna bohaterka nie wyobraża sobie bez niej życia. Byłam strasznie ciekawa jak się rozwinęła jej miłość do Piotra, czy też dostała swoją szansę, jak to się wszystko potoczyło. No i cóż, napiszę tylko, żę każdy kolejny fragment okazywał się dla mnie coraz większym zaskoczeniem. Żeby jednak nie było, że tylko chwalę i się zachwycam, dostrzegam tu też kilka wad. Na przykład to, że na samym początku autorka zasypuje nas niemal ogromem postaci, w którym ciężko się połapać. Inna sprawa, że mam wrażenie, że kilka z tych postaci pojawiło się w powieści troszkę na siłę i niewiele tak naprawdę wniosły do powieści, przykładem niech będzie Paulina, która zawitała do Różan wraz z grupą Niemców i... więcej już na kartach książki się nie pojawiła. No i największa wada... Główna postać. O ile w trakcie całej lektury jakoś na tą Zosię i jej niezbyt mi przyjazny charakter przymykałam oko, o tyle dochodząc do końcówki, tak mnie ta jej dziecięca naiwność i totalna obsesja na punkcie Krzysztofa zaczęła drażnić, że miałam ochotę palnąć jej w łeb. Mam takie wrażenie, że autorka sama nie bardzo wiedziała na co się zdecydować, czy stworzyć bohaterkę dojrzałą i odpowiedzialną czy może naiwnego podlotka. Koniec końców wyszła z tego niby dorosła, bo trzydziestoletnia kobieta, a jednak z głową nabitą marzeniami i fantazjami, jakąś wizją świata idealnego, jak piętnastoletnia dziewczynka, która wierzy jeszcze w to, że ludzie są dobrzy, a jak się kogoś kocha, to absolutnie nic nie ma prawa stanąć na przeszkodzie na drodze do stworzenia związku idealnego. Droga do Różan to dobra książka, zwłaszcza jeśli weźmiemy pod uwagę, że jest powieściowym debiutem autorki. Nie uchroniła się przed kilkoma błędami, panów raczej nie chwyci za serce, ale kobitki jak najbardziej może. Zwłaszcza te lubiące powieści pełne ciepła i zawiłych, ludzkich historii okraszonych odrobinką miłości i ogromną dawką ludzkiego dobra, wywołującego uśmiech na twarzy i miłe uczucie w głębi serca. Bogna Ziembicka, Droga do Różan, Kraków, Wydawnictwo Otwarte 2012.
piątek, 10 lutego 2012
Zdarzają się krótkie okresy radości, które trzeba rozciągać na wiele pustych lat...* Czy spotykając czasem kogoś po raz pierwszy macie wrażenie, że znacie go właściwie od zawsze? Czy patrząc mu głęboko w oczy czujecie coś, jakiś maleńki impuls, jakbyście się już kiedyś spotkali? Czy wdając się w dłuższą rozmowę wydaje się Wam, że spędziliście z tą osobą dużo więcej czasu niż tylko te kilka godzin? Że spędziliście z nią właściwie całe swoje życie... A nie pomyśleliście nigdy, że to może nie być tylko ulotne wrażenie? Daniel i Lucy, a może powinnam napisać Sophie, spotkali się po raz pierwszy w 541 roku. W dodatku, spotkali się w niezbyt sprzyjających okolicznościach. Ona, jako niewinna kobieta i on, jako oprawca, podpalający wioskę, do której nie powinien nawet wchodzić. To jednak nie był jedyny raz kiedy mieli okazję się zobaczyć. Obydwoje bowiem wracają na ziemię wielokrotnie. Obydwoje przeżywają jedno życie za drugim. Czasem nie spotykają się w ogóle. Czasem robią to zupełnie przypadkiem. Zawsze jednak coś ich rozdziela. Bo jak być z kobietą będącą żoną naszego brata, choćbyśmy go nienawidzili z całych sił? Jak być z kobietą starszą od siebie o kilkadziesiąt lat? Albo wręcz przeciwnie, kilkadziesiąt lat młodszą? I wreszcie, jak być z kobietą, która za nic nie może nas sobie przypomnieć? Jest XXI wiek. Daniel i Lucy spotykają się po raz wtóry. Okoliczności są więcej niż lepsze. Obydwoje są wolni, obydwoje piękni jak marzenie i obydwoje w podobnym przedziale wiekowym. Tylko co z tego, jeśli Lucy, choć niewątpliwie coś ją do Daniela przyciąga, za nic nie może go sobie przypomnieć? I czy Daniel ma w sobie na tyle siły i odwagi, by znów zabiegać o kobietę, którą kolejny raz może stracić? A może jeśli się kogoś tak bardzo kocha powinno się pozwolić mu w końcu odejść... Poznajemy myśli Daniela, towarzyszące mu przez tysiąclecia, widzimy pewne kluczowe wydarzenia jego życia, a właściwie żyć, z drugiej strony śledząc też z uwagą to o czym opowiada nam Lucy. I ja, jeśli mam być szczera, wyczekiwałam z niecierpliwością tych rozdziałów, których główną bohaterką była właśnie ona. Może jako kobiecie, bliżej mi po prostu do kobiety, a może czekałam na nie ze względu na to, że były tak rzadkie. Cała opowieść warta jest poznania. To piękna historia, pozwalająca uwierzyć w prawdziwą miłość, i to nie tylko taką do grobowej deski, jak widać. Autorka pozostawiła otwarte zakończenie, umożliwiające nam na własne interpretacje. Wprowadziła odrobinkę napięcia, w miejscach gdzie jest ono najbardziej potrzebna. Dostarczyła mi odrobiny wzruszeń, pozwoliła na zatopienie się w czasach i miejscach tak mi odległych i wlała w moje serce odrobinę ciepełka i nadziei. Bo jeśli coś się kończy to niekoniecznie kończy się na zawsze. A może nawet, nie kończy się nigdy? Uwielbiałam Brashares serwującą mi opowieść o spodniach, które pragnęłaby mieć w swojej szafie każda nastolatka. A teraz? Cóż, mogę powiedzieć... Teraz uwielbiam Brashares opowiadającą o miłości, jakiej każda kobieta chciałaby doświadczyć. Ann Brashares, Nigdy i na zawsze, Warszawa, Wydawnictwo Otwarte 2012. *s. 92.
poniedziałek, 07 listopada 2011
Margot zostaje zabita, nie wie dlaczego, nie wie przez kogo, ale dostaje kolejną szansę - wraca na ziemię jako Ruth. Staje się swoim własnym Aniołem Stróżem, ma okazję jeszcze raz przeżyć swe życie, będzie jej dane śledzić je dzień po dniu. Niestety, wraca w roli obserwatora i mimo szczerych chęci, bo taki życiorys, każdy z nas chciałby zmienić, nie może znacząco ingerować w swój los, choć wie doskonale co ją czeka nie ma wpływu na podejmowane przez Margot decyzji. Jedynym ratunkiem jest podsuwanie jej rozwiązań, szeptanie jej do ucha, śpiewanie pieśni dusz, ale sami powiedzcie... jak często słuchamy głosu serca? Jess-Cooke stworzyła według mnie kawał dobrej powieści. Cała akcja toczy się płynnie i dynamicznie. Autorka wprowadziła wszelkie możliwe urozmaicenia, ale nie czuć tu ani żadnej przesady, ani chaosu, który przy takim natłoku zdarzeń mógłby mieć miejsce. Wszystkie wątki zgrabnie się ze sobą splatają, a książka wciąga od pierwszych stron i choć szkoda mi było ją kończyć, to im dalej tym trudniej mi się było od niej oderwać. Za każdym razem, gdy wydaje nam się, że jest już dobrze, że wszystko będzie szło po myśli Ruth, jej życie znów zaczyna się sypać i okazuje się, że jest gorzej niż było, choć wydawało się, że to nie możliwe. Autorka pięknie według mnie ukazała miłość Toby'ego do Margot. Przedstawiła ją w taki sposób, w jaki chciałaby być kochana chyba każda kobieta. Może odrobinę to wszystko wyidealizowała, może z Toby'ego uczyniła zbyt dobrego człowieka, ale dla mnie to jakby mało ważne. Ruth obserwująca swoje życie, śledząca je od samego początku uświadomiła mi jak wiele wymazujemy z własnej pamięci, czasem już na zawsze, nigdy więcej o pewnych wydarzeniach nie myśląc. Najgorsze, że nie możemy wybrać tego co chcemy zachować w pamięci, a co wymazać, które dni zapamiętać, które barwy, zapachy, smaki i dźwięki... To zadziwiające jak małą pojemność w gruncie rzeczy ma nasza pamięć, jak wiele rzeczy każdego dnia schodzi na coraz dalszy plan, abyśmy w końcu całkowicie o nich zapomnieli. Ja już teraz nie potrafię sobie przypomnieć tylu dni, które kiedyś przecież wydawały mi się tak ważne. Już teraz, a co będzie za dziesięć lat, dwadzieścia, trzydzieści? Kolejna rzecz nasuwająca się po lekturze to taka mała refleksja nad tym jak wiele błędnych decyzji podejmujemy każdego dnia, jak bardzo na naszym życiu może zaważyć pójście w drugą stronę i jak bardzo to wpływa nie tylko na nasz los, ale także naszych bliskich. I odwrotnie, jak wielkie znaczenie mają na nas ludzi, z którymi przebywamy na co dzień, ale też ci których spotykamy przypadkiem, w takich czy innych okolicznościach i tacy, którzy pojawiają się w naszym życiu dosłownie na chwilę, po to tylko, by przewrócić je do góry nogami. I jeszcze nawiązując do tych kluczowych decyzji, czasem podejmowanych dość nieświadomie, obserwując poczynania Ruth, zaczęłam się zastanawiać co ja sama byłabym w stanie zrobić, co poświęcić, by zmienić bieg wydarzeń, by zapobiec pewnym wypadkom, by zmienić przyszłość, jeśli wiedziałabym, że stanie się w niej coś tak złego, albo by w ogóle całkowicie zmienić swoje życie. Wielki, ogromny wręcz plus za zakończenie, jakie zaserwowała autorka. Brawa dla niej, że nie poszła w cukierkowe rozwiązanie, że obyło się bez słodkości, że sprawiła, że opadła mi szczęka. Do ostatnich stron wierzyłam w to, że zakończy się tak, jak kończy się zawsze, że czeka na nas cudowny happy end, jakiego wszyscy się spodziewają. Jakiego ja się spodziewałam, bo ja, zapewne jak większość czytelników, też chciałam żeby było dobrze, żeby było słodko, żeby wszystko się ułożyło, żeby było jak w bajkach. Myślę, że dzięki temu moje wrażenia są tak dobre. Czy są tu jakieś minusy? Są! Jest ich pewnie całe multum. Tylko, że dla mnie zawsze najważniejsze będą emocje towarzyszące lekturze. I Zawsze przy mnie stój mogłoby być uznane za największy gniot roku, a ja i tak bym się zachwycała. Dawno już żadna książka nie wywołała we mnie tylu uczuć, dawno o żadnej tyle nie myślałam i nie mówiłam, dawno nie zaangażowałam się aż tak bardzo w losy bohaterów, żeby za każdym razem drżeć o ich życie, gdy dzieje się źle i dawno się tak nie napłakałam. Cudowna książka, jeśli ktoś nie miał jeszcze okazji jej czytać - polecam z całego serca! A ja mam nadzieję, że uda mi się prędzej czy później zdobyć własny egzemplarz. Carolyn Jess-Cooke, Zawsze przy mnie stój, Kraków, Wydawnictwo Otwarte 2011.
czwartek, 24 lutego 2011
Wyobraź sobie, że jesteś jedną z najpopularniejszych dziewczyn w szkole. Każdy się z Tobą liczy, wiele pierwszoklasistek traktuje Cię jak wzór do naśladowania, masz chłopaka, o którym inne mogą tylko śnić i przyjaciółki, które poszłyby za Tobą w ogień. Zawsze o tym marzyłaś, prawda? Teraz zaś wyobraź sobie najgorszy dzień w swoim życiu. Tracisz wszystko co było dla Ciebie tak ważne. Chłopak, który miał Cię już zawsze uszczęśliwiać, traktować jak księżniczkę, po wypiciu kilku piw okazuje się dość nieprzyjemnym typkiem, któremu zależy tylko na jednym, impreza na której jak zawsze powinnaś zabłysnąć okazuje się jedną wielką klapą, a Twoje zachowanie prawdopodobnie doprowadza do śmierci kogoś kogo, wraz z przyjaciółkami, tak bardzo lubiłaś gnębić. Choć nawet nie znasz powodu dla którego to robiłaś. Nagle zaczyna do Ciebie docierać, że bycie popularnym ma także jakieś minusy. A potem jest już tylko wielkie bum i umierasz. Spokojnie, możesz odetchnąć. To nie Twoje życie. To Sam Kingston zmuszona będzie przeżywać ten jeden, ostatni dzień. Wciąż i wciąż. I tylko od niej tak naprawdę zależeć będzie co się wydarzy. Choć sama nawet nie zdaje sobie sprawy jak wielki wpływ ma na własne życie. Początkowo ciężko czytało mi się tę powieść, trudno było się znów przenieść do świata liceum, w którym reguły wyznaczają puste istotki tylko dlatego, że Bozia nie poskąpiła im urody i pewności siebie. Po którymś z rzędu opisie zachowań Lindsay, bo to właśnie ona, jako swego rodzaju liderka, którą stała się z pewnością przy pomocy najładniejszej buźki, wyjątkowo mocno działała mi na nerwy. Po pierwszym rozdziale miałam ochotę książkę odłożyć albo najlepiej w ogóle się jej pozbyć i już więcej nie oglądać. Jak widać, nie podjęłam żadnych zgubnych w skutki poczynań i książkę dokończyłam. Z wielką radością zresztą, choć zakończenie do najweselszych nie należy. Cieszę się, że dane mi było poznać Sam, zobaczyć jej przemianę. Obserwować uważnie jak powoli zaczyna z dziewczynki przemieniać się w dorosłą kobietę, jak zaczyna dostrzegać swoje błędy, potępiać własne zachowanie, a przede wszystkim jak usilnie stara się wszystko naprawić i zacząć postępować tak, by jej życie w końcu nabrało sensu. Zastanawiałam się też jak długo można czytać o jednym przecież dniu, martwiłam, że przez obracanie się wciąż wokół tych samych wydarzeń stanie się w końcu nudne, ale nic bardziej mylnego! Każdy dzień, nawet jeśli opatrzony dokładnie tą samą datą może być zupełnie inny, wystarczy zmienić mały szczegół, powiedzieć coś o czym wcześniej byśmy nie pomyśleli, wymazać gest, który mógłby kogoś skrzywdzić. Te szczegóły, jak stara się udowodnić Oliver, zaważyć mogą nie tylko na jednym dniu, ale i na całym życiu. A może i śmierci.
Ocena: 5/6 Lauren Oliver, 7 razy dziś, Kraków, Wydawnictwo Otwarte 2011.
poniedziałek, 24 stycznia 2011
Powieść zaczyna się od sceny śmieci ojca Nory, która miała miejsce jeszcze przed wydarzeniami opisanymi w Szeptem i właściwie całe Crescendo jest osnute wokół tych wydarzeń i dążeń głównej bohaterki do poznania mordercy. Oprócz nich jednak mamy całe mnóstwo wątków pobocznych, w tym rozstanie Nocy z Patchem będącym teraz jej osobistym Aniołem Stróżem, które to główna bohaterka tak strasznie przeżywa. Przyjazd do miasteczka Scotta, z którym Nora przyjaźniła się w dzieciństwie. Rozwijający się powoli, ale skutecznie związek Patcha z Marcie, największym wrogiem Nory. A w końcu i związek Vee z Rixonem, przyjacielem Patcha, jakże niegrzecznym i jakże seksownym, co nikogo zresztą nie powinno dziwić, bo na stronach czy to Szeptem czy Crescendo nie sposób przecież znaleźć ani jednego grzecznego chłopca. To wszystko wydaje się być naprawdę banalne, ale w wykonaniu Fitzpatrick, o dziwo, wcale nie jest. Autorka umiejętnie splata ze sobą wszystkie wątki, zasiewając w nas co chwilę ziarnko niepewności, a przy tym używając języka łatwego i przyjemnego, takiego przy którym, mimo całego natłoku wydarzeń, nie sposób się jednak zgubić i takiego, który powoduje, że niemal podświadomie zaczynamy sami dążyć do rozwiązania wszystkich mrocznych sekretów. Właśnie, my dążymy, a autorka zakończeniem i tak bezczelnie zagra nam na nosie, udowadniając, że wcale nie mieliśmy racji i zmuszając, że chcąc czy nie chcąc znów zaczynamy czekać na kolejną część, mając nadzieję, że może tym razem czekanie to potrwa jednak odrobinę krócej. I właściwie ciężko mi ocenić tę książkę. Bo co jeśli uleci z mojej pamięci tak samo szybko jak pierwsza część? Jeśli czytając część kolejną znów okaże się, że tak naprawdę nie pamiętam o co chodziło to chyba nie powinnam jej stawiać na półce obok tych najlepszych, prawda? Więc stawiam ją nieco niżej, ale jednak nie za nisko, bo jednak jest we mnie jeszcze ta nastolatka wierząca w miłość, która może istnieć wbrew wszelkim przeszkodom i kibicująca zawzięcie temu związkowi, który nie ma podstaw istnieć. Ocena 4,5/6 Becca Fitzpatrick, Crescendo, Kraków, Otwarte, 2011.
piątek, 21 stycznia 2011
Nikt nie lubi gdy w jakikolwiek sposób ogranicza się jego prywatność. Nikt nie lubi, gdy narzucane są mu pewne zasady, gdy się go kontroluje i śledzi, podsłuchuje jego rozmowy, sprawdza gdzie i z kim się spotkał. A jeśli cała ta kontrola opiera się dodatkowo na systemie kar grożących nam za każde najmniejsze przewinienie to dostajemy po prostu szału. W szkole Marcusa taka kontrola działa cały czas. I nie ma tam zwykłych kamer przy których można założyć kaptur, zasłaniając twarz i swobodnie wyjść, są kamery rejestrujące chód, a wiadomo, że ten jest na tyle charakterystyczny dla każdej osoby, że ciężko się pomylić. Ale i na to są sposoby. Aby spokojnie urwać się z ostatniej lekcji i uniknąć kary, która zresztą najczęściej oznacza zawieszenie w prawach ucznia, wystarczy nawrzucać kamieni do butów. To jednak nie zmienia faktu, że szkoła ta przypomina po prostu więzienie. Jednak nie to jest jeszcze najgorsze, najgorsze jest to co dzieje się później… To znaczy po wielkim wybuchu do którego doprowadzili terroryści. Przynajmniej teoretycznie. Wybuchu, w którym zginęło wiele niewinnych osób. I w końcu wybuchu w okolicach którego Marcus z trójką przyjaciół niefortunnie musiał się znaleźć, przez co równie niefortunnie, i jak dla mnie trochę śmiesznie, został zatrzymany jako jedni z głównych podejrzanych. Przez Departament Bezpieczeństwa Wewnętrznego, który teoretycznie powinien chronić państwo, stwarzać warunku godnego życia, zapewniać obywatelom jak najwięcej swobody. Cóż, wiele rzeczy w tej książce jest czysto teoretycznych. Od momentu zatrzymania zaczynają się dla Marcusa prawdziwe męki. Nie chce odblokować telefonu - dostaje po twarzy, nie chce podać hasła do poczty elektronicznej – nie dostaje jedzenia, nie chce powiedzieć co robił w pobliżu mostu – zostawia się go w celi ze związanymi z tyłu rękoma, tak aby nie mógł wykonywać najprostszych ludzkich czynności. Słowem, traktuje się go jak najgorszego przestępcę. I tak przez kilka dni, które dla siedemnastoletniego chłopca stanowią całą wieczność. Aż w końcu Marcus zostaje wypuszczony, z tą świadomością jednak, że jest nadal cały czas obserwowany, nie może nic nikomu powiedzieć, nie wie nawet gdzie przez te dni był trzymany. Jest jeszcze jeden problem. Towarzyszy mu już tylko dwójka przyjaciół. Co się stało z tym trzecim, dlaczego go zatrzymali? Nie wiadomo. I tu się zaczyna ta właściwa część książki, czyli cała walka z DBW. Obchodzenie różnych, bezsensownych reguł na różne możliwe sposoby, zastosowanie i rozdzielenie stworzonego własnoręcznie systemu komputerowego, który pozwala obchodzić zabezpieczenia, tak żeby można było nadal być anonimowym w sieci. A im więcej pomysłów na pokonanie wroga ma Marcus, tym nowsze i gorsze sposoby wymyśla DBW. Całe społeczeństwo jest systematycznie kontrolowane. Zatrzymuje się Bogu ducha winnych ludzi, rejestruje się gdzie i o której godzinie człowiek się znajdował i w jaki sposób tam dojechał. Krótko mówiąc zupełna paranoja. Wśród tej całej walki wplecione są oczywiście wątki, które nieodmiennie łączą się z młodzieżą, w każdym miejscu i w każdym czasie. Jest więc ta pierwsza wielka miłość, dla której człowiek jest w stanie poświęcić wszystko. Są przyjaźnie, te nowopowstałe, te stare, potrafiące przetrwać największy zgrzyt i te które niestety potrafi złamać pierwsze, lepsze potknięcie. I jest wszechobecny bunt. Który zawsze chyba właśnie z młodzieżą będzie się kojarzyć, bo kto jeszcze prócz nich mógłby wierzyć w to, że sam potrafi zmienić świat? Książka jest naprawdę dobra, Doctorow przedstawia nam ważny problem, wydaje mi się, że nie tak zresztą odległy, a przy tym robi to wszystko w sposób tak prosty i tak, mimo ciężkiego przekazu, lekki, że powieść czyta się naprawdę z czystą przyjemnością. Mnie jednak momentami trochę męczyły te wszystkie techniczne smaczki od których w książce się aż roi. Jestem zupełnym laikiem komputerowym i te wszystkie opisy działania czy tworzenia Xnetu były dla mnie po prostu czystą abstrakcją. Mimo naprawdę szczegółowych wyjaśnień, w wielu miejscach uzupełnionych dodatkowo przypisami jakoś nie potrafiłam zupełnie sobie tego wyobrazić. Słów kilka należy się również samemu autorowi, który w Stanach zasłynął głównie dzięki doskonałej współpracy z czytelnikami. Cory Doctorow próbuje zwalczyć niektóre elementy prawa autorskiego, publikuje własne powieści w Internecie. Mało tego, ten facet potrafi jeszcze zarobić na tym, że niemalże rozdaje swoje książki za darmo! Podsumowując Doctorow nie tylko potrafi pisać o walce z systemem, on potrafi także w jakiś sposób wprowadzić ją w życie. Chylę czoła, a Małego brata polecam, zwłaszcza nastoletnim czytelnikom. Ocena: 5/6 Cory Doctorow, Mały brat, Kraków, Otwarte, 2011.
sobota, 13 listopada 2010
Cała powieść stanowi zgraną całość, z tym, że wydaje mi się, że równie dobrze można ją czytać fragmentami, wybierając dla siebie te rozdziały, które akurat, w danym momencie są nam najbardziej potrzebne. Mnie wyjątkowo spodobał się rozdział dotyczący małżeństwa, które po kilkudziesięciu latach zdecydowało się na rozwód, w którym to Jones dokonuje podziału ludzi, ze względu na sposób w jaki okazują oni miłość. Myślę, że do tego właśnie rozdziału zdaży mi się jeszcze wrócić nieraz, zwłaszcza biorąc pod uwagę to, że ja i M. należymy do zupełnie różnych grup i dotarło do mnie, że może to właśnie tu tkwi problem i przez to tak ciężko jest nam się czasem porozumieć. Andy Adrews stara się nam przekazać te podstawowe prawdy znane chyba od zawsze, ale nie robi tego w sposób typowo poradnikowy i chwała mu za to. Poprzez wprowadzenie postaci Jonesa i stylowi, w jakim utrzymana jest powieść, książka staje się całkiem niezłą powieścią, którą czyta się szybko i przyjemnie tylko od czasu do czasu uświadamiając sobie, że odnajdujemy się w tej czy innej postaci, w jej błędach i porażkach. I mimo tego, że z góry wiedziałam co Jones jej doradzi, bo znam te reguły przecież od dziecka, bo codziennie jest mi wpajane to jak powinnam żyć, jak i co zmienić, żeby i ludziom wokół mnie było lepiej, i właściwie sama mogłabym się w takiego Jonesa zabawić, bo zawsze łatwiej jest tych rad udzielać, a na codzień tak ciężko jest mi się do tego stosować. A ponieważ otrzymałam dwa egzemplarze kiążki i zobowiązałam się przekazać jeden z nich osobie, która jest mi bardzo bliska to chyba łatwo się domyślić, że powędruje on do mojego M., mojego prywatnego mistrza, mojego najlepszego przyjaciela, mojego światełka w tunelu, który cierpliwie i dzielnie stąpa przy mnie każdego kolejnego dnia, tak już od kilku lat. Za to, że jest zawsze gdy tego potrzebuje i potrafi przez parę godzin zrezygnować ze wszystkiego innego i siedzieć przy mnie tylko, że popsuł mi się humor z zupełnie błahego powodu. Ocena: 4,5/6 Andy Adrews, Mistrz, Kraków, Otwarte, 2010.
poniedziałek, 26 lipca 2010
Powieść Barrio to kilkupokoleniowa saga opowiadająca o kobietach z przeklętego rodu Laguna. Zaczyna się od spotkania Clary Laguny z mężczyzną z Andaluzjii, który szybko staje się jej kochankiem. Miłość rozkwita w najlepsze, a jej konsekwencją jest ciąża Clary. Ciąża, która spowoduje narodziny kolejnej Laguny, kolejnej przeklętej kobiety. Ciąża, która mogłaby odmienić wszystko, ale nie zmienia nic, bo po kochanku z Andaluzji zostaje Clarze jedynie podarowany przez niego Czerwony Dom. Dom, który kobieta w akcie zemsty i desperacji postanawia zamienić w burdel. A wokół niego rozkwita ogród, który w żaden sposób nie chce podporządkować się prawom natury. Barrio ukazuje nam życie pięciu kobiet, a każde z nich dyktowane jest żądzą zemsty. Właściwie każda kobieta z tego rodu wini poprzedniczki za swoje nieszczęśliwe życie. Żadna nie potrafi odciąć się raz na zawsze od przeszłości, a życie ich i ich ukochanych na ogół kończy się tragedią. Z pewnością nie jest to lektura lekka, łatwa i przyjemna. Jej treść opiera się w pełni na cierpieniu, bólu i ludzkiej samotności. I nie wiem czego się właściwie po tej książce spodziewałam, ale na pewno nie tego co otrzymałam. Bo mimo tego, że ubrana została w piękną szatkę, i to nie tylko graficzną, ale również słowną, bo autorka naprawdę ma świetny styl, i momentami aż marzyłam o tym, żeby ktoś mi to przeczytał w oryginale, bo mimo że nie znam hiszpańskiego musiałoby to brzmieć po prostu cudownie. A jednak czegoś mi zabrakło, a momentami nawet się nudziłam i rozglądałam w poszukiwaniu czegoś innego do czytania. Zresztą w przerwach między kolejnymi rozdziałami Ogrodu wiecznej wiosny udało mi się przeczytać kilka innych książek, a to niewątpliwie o czymś świadczy. Liczyłam, że opowieść o rodzie Laguna wciągnie mnie i nie będę mogła się od niej oderwać. Trochę się niestety przeliczyłam, a szkoda. Ocena: 4,5/6 Cristina Lopez Barrio, Ogród wiecznej wiosny, Kraków, Wydawnictwo Otwarte, 2010. |
Archiwum
Zakładki:
*
Całkowita liczba wyświetleń
Dla czytelnika
Mole książkowe
Strony autorów
Współpracuję
Wyzwania
Tagi
Czytadełko on Google+ |