Wpisy z tagiem: WAB
poniedziałek, 07 maja 2012
W ich domu już nie słychać śmiechu, skończyły się wspólne spacery do parku, a dni stały się w tak smutny sposób szare. Choć wiele straciła, w życiu Andzi jest coś, a także ktoś, kto pomaga jej trudny czas przetrwać. Coś, czyli tajemnica, którą tato dziewczynki powierzył jej tuż przed śmiercią. Ktoś, czyli Jeremiasz, chłopiec, który się nie odwraca, który z dnia na dzień potrafił stać się przyjacielem. - Mamo, dlaczego nie było końca świata, kiedy tatuś umarł? - zapytała niedawno, zamykając komiks, w którym bohater ratował Ziemię przed zagładą.- Był koniec świata, kochanie - odpowiedziała mama - Ale nikt poza nami tego nie zauważył.* Mimo ciężkiego tematu, książka zdaje się nie przytłaczać smutkiem. Nie przyprawia o wzruszenie, raczej wywołuje pewną nostalgię. Tęsknotę na tym co ulotne, czego nie da się zatrzymać. Ale też zwraca uwagę na te wartości, które powinny być w naszym życiu ważne. Rodzinę, miłość, przyjaźń. I przypomina o tym, jak ważne są drobne sprawy życia codziennego, jak smaczny, świeży sernik czy uśmiech na twarzy ukochanej osoby. Tekst uzupełniają piękne ilustracje Emilii Dziubak. Już dla nich samych warto książeczkę choć przekartkować. A jak już się to zrobi, to uwierzcie mi, nie sposób będzie się z nią zapoznać w całości.
Barbara Kosmowska, il. Emilia Dziubak, Dziewczynka z parku, Warszawa, Wydawnictwo W.A.B. 2012. *s. 60-61.
wtorek, 01 maja 2012
Oto jeden z najlepszych przykładów powieści, której siłę stanowi nie fabuła, nie miejsce akcji, ale jej bohaterowie. Josephine Linc. Steelson, czarnucha od prawie stu lat. Rankiem lubi jeździć autobusem dla bogatych, siada wśród białych i jest zadowolona, że w końcu może to robić, że po tylu latach może spojrzeć białemu prosto w twarz, dotknąć go. Mało tego, jest jeszcze bardziej zadowolona, gdy na twarzy tego białego widzi grymas niezadowolenia. To ona, jako pierwsza, wyczuwa tą sukę, która niesie ze sobą tragedię. Ksiądz, który co tydzień zagląda do więzienia, odprawić mszę czy udzielić spowiedzi. W głębi serca brzydzi się tego, z czym musi mieć styczność. Gardzi czarnuchami z więzienia i najchętniej by ich wszystkich pozabijał, czyniąc to, rzecz jasna, w imię Pana i na jego prośbę. Keanu Burns w trakcie pracy na platformie wiertniczej przeżył jakiś straszliwy wypadek, przez który nie może spokojnie żyć. Cały czas męczą go koszmary, cały czas ma przed oczami spalone ciała. Nie potrafi przestać o nich myśleć. Wbrew wszelkim zakazom, prośbom ewakuacji i zbliżającego się huraganu jedzie w kierunku przeciwnym do wszystkich. Jedzie do Nowego Orleanu, gdzie sześć lat wcześniej zostawił kobietę, którą kochał nad życie. Ona, Rose, właśnie przegrała walkę o alimenty uznając, że ojciec jej synka wcale nim nie jest, choć doskonale wiedziała, że to nieprawda. Jest zagubiona. Kryje w sobie jakąś bolesną tajemnicę. Tajemnicę, która nie pozwala jej spokojnie żyć i patrzeć na dziecko, z należną mu miłością. Gromada więźniów, której udaje się wydostać z cel, gdy tylko woda zaczyna wdzierać się do miasta i sprawia, że pada cała elektryczność. Wśród nich jest Buckeley, ten, który stanie się naszym narratorem. Wciąż rozdarty pomiędzy tym co chce, a tym co powinien robić. Zbyt słaby, by przeciwstawić się większości. Przez całą powieść przeplata się narracja tych pięciu osób. Przeplata, a czasem miesza w taki sposób, że ta piątka zdaje się być jednością, choć każdy z nich jest zupełnie inny. Każda z postaci stworzona przez Gaude jest na swój sposób fascynująca, a Katrina stanowi tu właściwie tylko tło wydarzeń, pretekst do pokazania tego, co się dzieje z ludźmi postawionymi w obliczu tragedii. Jak bardzo potrafimy zmienić się, gdy nasze życie jest zagrożone, jak nieprawdopodobnych wyborów potrafimy dokonywać. Styl Laurenta Gaudé jest bardzo oszczędny, a on sam stoi jakby na uboczu. Nie udziwnia fabuły, nie urozmaica jej. A ja momentami miałam wrażenie, że jako autor w ogóle nie ingeruje w całość wydarzeń, nawet nie próbuje tego robić. Że sam nie wie, co się dalej wydarzy, że nie ma żadnego planu. Pozwala swoim postaciom żyć własnym życiem, iść w tę stronę, w którą chcą iść, bez względu na to, co on sam sobie początkowo założył. Laurent Gaudé, Huragan, Warszawa, Wydawnictwo W.A.B. 2012.
środa, 29 lutego 2012
Tym razem wybór padł na Tylko dla dziewcząt Magdaleny Samozwaniec. To akurat dosyć krótka książka, trwa zaledwie niecałe sześć godzin, więc przesłuchałam ją sobie dosłownie wczoraj, w całości, naraz. Piszę o tym nie bez powodu, bo tyle czasu to może być zarówno mało, jak i dużo. Dużo, gdy lektor jest nudny, czyta nieciekawie i monotonnie i nie wiadomo czy bardziej męczy siebie czy słuchacza. Annie Szawiel udało się tego jakoś uniknąć i okazało się, że słuchałam jej z ogromną przyjemnością, choć teraz trochę się zastanawiam, czy to nie przypadkiem zasługa samej treści, bo ta jest naprawdę... rozbrajająca. Tylko dla dziewcząt to zbiór felietonów, po raz pierwszy wydany prawie pięćdziesiąt lat temu. I choć wydawać by się mogło, że przez upływ czasu straciły mocno na swojej aktualności, to okazuje się, że pewne postawy czy zachowania obecne są w naszym życiu po dziś dzień i, jeśli mam być szczera, jeszcze długo się nie zmienią. No bo co by nie mówić, nadal osiemnasto- i dziewiętnastolatki wychodzą za mąż, jakby groziło im staropanieństwo, przez co ja czuje się czasem taka okropnie stara. Nadal wszystko robimy byle szybko, mam wrażenie, że nawet byle szybciej niż te kilkanaście lat temu. Szybki ślub, szybkie dziecko, szybki rozwód. Nadal rodzice chcą dla swoich córek jak najlepiej. Sprawdzają przyszłego zięcia pod każdym względem, sprawiając, że przy niedzielnym obiedzie poci się cały ze stresu i kpią sobie w możliwie delikatny sposób, z tych, którzy im nie odpowiadają. Tyle dobrze, że narzeczony na pewno nie ucieknie już przed nami tylko dlatego, że nie mamy odpowiedniego posagu... Samozwaniec pisze z niezwykłą lekkością (a może to Szawiel tak czyta?) i ironią, która szalenie mi się podobała. Już pierwsze dźwięki doprowadziły mnie do parsknięcia śmiechem, gdy oświadczono mi, że w modlitwach starozakonnych wyraźnie widnieje fragment: dziękuję Ci panie Boże, żeś mnie nie stworzył kobietą. Ja dziękuję, żeś mnie kobietą stworzył, bo dzięki temu mogę się śmiać z własnych wad i słabości, tak charakterystycznych właśnie dla płci pięknej. Dalej jest już tylko lepiej, bo tekstami typu: wszystkie trzy mają jamy oczne, czyli oczy tak zamalowane ciemnym tuszem, że nie widać dokładnie jakiego są koloru; gdy jesteś smutna bez powodu, zakochaj się nieszczęśliwie, poczujesz się lekka i wesoła; idź przez życie z podniesionym czołem, ale nie zadartym nosem czy moim zdecydowanym faworytem: kobiety zwykle całują się na powitanie, ponieważ nie mogą się ugryźć autorka sypie, jak z rękawa. Szkoda tylko, że nadal nie doczekałyśmy się męża elektronowego, do kupienia na raty, który nie będzie się czepiał o byle co lub mebli po pijanemu. Jeśli chcesz wiedzieć jak zdobyć męża (wystrzegać się mamisynków, pilnować przed teściową, a także obserwować wybranka także z tyłu, bo może się okazać, że nogi proste z przodu, z tyłu okażą się całkowicie krzywe!) i co zrobić, a raczej czego nie robić, żeby wybranek serca od Ciebie nie uciekł, jeśli chcesz się przekonać czy prawdziwa przyjaźń między kobietami istnieje i poznać zalety, jakimi powinna charakteryzować się dziewica, to ja serdecznie zachęcam do sięgnięcia po Tylko dla dziewcząt, niezależnie w jakieś wersji. Ach i zapomniałabym! Mimo tytułu zachęcam do sięgnięcia po książkę także kobiety dojrzałe, już zamężne, jak i kochanym panów, bo choć rady są tylko dla dziewcząt to śmiech jest przecież dla każdego! *** A jeśli chcielibyście posłuchać tej książki to serdecznie zachęcam do zgłaszania się po nią notkę niżej. Magdalena Samozwaniec, Tylko dla dziewcząt, Warszawa, Wydawnictwo W.A.B. 2012. czyta: Anna Szawiel czas trwania: 05:30:00 Wszystkie cytaty były spisywane ze słuchu, mogą więc nieznacznie różnic się od oryginały
poniedziałek, 27 lutego 2012
Młody muzealnik, którego imienia nie poznajemy aż do samego końca, przyjeżdża do małego, prowincjonalnego miasteczka, by tam, na prośbę pewnej osobliwej staruszki stworzyć muzeum z dość nietypowymi eksponatami. Szklane oko, tubki po farbie, będące ostatnim posiłkiem umierającej z głodu malarki, kula armatnia, mumia psa, spirala antykoncepcyjna po niemłodej już prostytutce, to tylko niektóre z nich. Okazuje się bowiem, że owa staruszka od wielu już lat zbiera pamiątki po zmarłych. I to zmarłych, wcale nie będących jej szczególnie bliskimi. Pierwszym zdobytym eksponatem był sekator, zabrany zmarłemu ogrodnikowi z rąk. Miała wtedy 11 lat. Mało więc powiedzieć, że to, co zastaje na miejscu, wprawia głównego bohatera w osłupienie. Osłupienie, które rośnie, gdy dowiaduje się, że kolejne eksponaty będzie zobowiązany pozyskać zupełnie sam, i że w dodatku nie sprawi mu to większych problemów. Myślę, że to trochę nie fair, że nie pamiętamy tego, jak sami byliśmy małymi dziećmi.** Muzeum ciszy to książka dość specyficzna. Dziwna, ale w jak najlepszym tego słowa znaczeniu. Spokojna, melancholijna, a jednocześnie trzymająca niemal przez całą lekturę w napięciu i niepokojąca. Powolna, ale przyspieszająca tam, gdzie zaczynamy tracić czujność. Zaskakująca właściwie od pierwszych stron i zmuszająca do myślenia. Ja przez całą niemalże lekturę, zadawałam sobie pytanie, jaką jedną, jedyną rzecz chciałabym po sobie zostawić, jaką jedną, jedyną rzecz wybrałabym na pamiątkę po najbliższych. Ciekawym zabiegiem okazało się wprowadzenie do książki zarówno nauczycieli ciszy, którzy pozwalają nam na chwilkę odsapnięcia, jak i motywu seryjnego mordercy, odcinającego swym ofiarom sutki, który wprowadza odrobinę zamieszania, gdy zaczynamy zastanawiać się nad tym, który z bohaterów byłby do tego zdolny. Każdy z nas w mniejszym lub większym stopniu boi się śmierci, czy to własnej, czy to tych najbliższych, bez których nie wyobrażamy sobie dalszego życia. Ogawa zdaje się natomiast, przynajmniej w niewielkim stopniu, nam tę śmierć oswajać. Recenzja opublikowana na kobieta20.pl Yoko Ogawa, Muzeum ciszy, Warszawa, Wydawnictwo W.A.B. 2012. *Tamże, s. 28-29. **Tamże, s. 252.
wtorek, 07 lutego 2012
O Yoani Sánchez usłyszałam zupełnie przypadkiem, przy okazji pewnej pracy zaliczeniowej. Pisałam o blogach i blogerach, trafiłam na kilka artykułów dotyczących owej Kubanki i powiedzieć, że historia tej kobiety mnie zafascynowała to naprawdę mało. Internet dla wielu z nas stał się czymś niemal naturalnym. To coś jak woda czy powietrze. Musimy przynajmniej raz dziennie zaglądnąć na kilka ulubionych stron, przynajmniej dwa razy, rankiem i wieczorem, sprawdzić pocztę. Często nie wiemy co ze sobą zrobić, gdy na parę dni, godzin, czasem nawet minut pozostajemy bez połączenia z siecią. Yoani Sánchez tego problemu nie ma. Na Kubie bowiem mało kto ma dostęp chociażby do komputerów. A jeśli już to są to zwolennicy reżimu, pracownicy ambasady albo... turyści. Owszem, czasem zdarzy się, że któryś z obywateli stanie się właścicielem własnoręcznie poskładanego lub zakupionego na czarnym rynku komputera, ale i w tym przypadku dostęp do Internetu pozostaje problemem, bo połączenie z siecią nie dość, że bardzo powolne, jest także na tyle drogie, że mało którego Kubańczyka stać by było na stałe łącze. Jak to więc możliwe, że Yoani udało się nie tylko założyć bloga, ale doprowadzić także do tego, że jej Generation Y, nadal istnieje, rozwija się i jest tłumaczony na kilka języków? Ano wystarczyła ciut jaśniejsza karnacja, podanie się za obcokrajowca i kilka hawańskich hoteli, umożliwiających wrzucenie zapisanych wcześniej notatek na serwer, w chwilach pełnych stresu i napięcia. I możemy się zastanawiać po co właściwie tyle zachodu? Ale może właśnie te zapiski i odwaga zwykłej kobiety do zrobienia tego, co w jej kraju zakazane, pozwalają nam, kojarzącym Kubę z wyspą jak wulkan gorącą, przyjrzeć się jej prawdziwemu obliczu. A oblicze to wcale nie jest tak olśniewające, jak nam się wydaje. Dostęp do Internetu zarezerwowany tylko dla turystów to jeden z najmniejszych problemów. Do tego dochodzi szereg innych: mieszkania rozwalające się ze starości, z którymi nie można nic zrobić, bo stanowią własność państwa, które palcem kiwnąć w tej sprawie nie chce. Dziwny sposób oceniania na poziomie szkoły podstawowej, w której niekoniecznie ważna jest posiadana wiedza czy pewne talenty, które u nas nauczyciele starają się jednak dostrzegać i jakoś rozwijać, a przynajmniej właściwie ukierunkowywać. Brak pomocy dla ofiar tak częstych huraganów. Rozwijający się wciąż czarny rynek, istniejący głównie za sprawą idiotycznego rozróżnienia waluty kubańskiej na peso krajowe, w którym mieszkańcy wyspy dostają wypłatę oraz peso wymienialne, rzecz jasna droższe od krajowego, którym płaci się za wszystko. Nie zapominajmy oczywiście, że wszystko jest w tym przypadku pojęciem mocno naciągniętym. Mnie najbardziej rozśmieszyły, kartki na mleko przyznawane wyłącznie dzieciom do lat 7 i seniorom od 65 roku życia. Istna paranoja... Nie mogę zrozumieć, jak w miejscu zadedykowanym czytaniu i wiedzy - jakim powinny być targi książki - może istnieć obszar zakazany dla miejscowych. Jeszcze bardziej absurdalny jest fakt, że "sfera zastrzeżona" to drzwi do ogromnej biblioteki, archiwum i encyklopedii, jaką jest internet. Nie rozumiem, jak można w tej samej przestrzeni zachęcać do czytania i zabraniać dostępu do informacji, sprzedawać książki i cenzurować strony internetowe, propagować słowa i nie pozwalać nam korzystać z czatów, sprzedawać encyklopedie i nie pozwalać na konsultowanie Wikipedii.* Sánchez pisze tak, że chce się ją czytać, po prostu. Widać, że słowo pisane jest jej wielką miłością, że czuje się z nim w jakiś sposób związana. Jej zapiski pełne są ironii i krytycznego spojrzenia na otaczającą ją rzeczywistość, a jednak da się w nich dostrzec przywiązanie jakim darzy swój kraj ze wszystkimi jego wadami. To zapiski blogowe głównie z roku 2007 i 2008, choć i kilka notek z 2009 tu znajdziemy, ułożone niestety tematycznie. Piszę niestety, bo o wiele wygodniej by mi się je czytało, gdyby były w kolejności chronologicznej, tak jak zostały umieszczane na blogu, tak by żadne wydarzenia się nie mieszały, nie zostały pominięte, ale też nie powtarzały się, bo o kilku sprawach Sánchez pisze wielokrotnie. Cuba Libre to książka ważna, z gatunku tych, które zdecydowanie warto jest poznać. A nieprzekonanych zapraszam na polską wersję Generation Y. Yoani Sánchez, Cuba Libre. Notatki z Hawany, Warszawa, Wydawnictwo W.A.B. 2010. *s. 86.
poniedziałek, 14 listopada 2011
Powrót Młodego Księcia to zapis z trzech dni spędzonych w towarzystwie płowowłosego chłopca, który powrócił na ziemię w poszukiwaniu przyjaciela. Przyjaciela, który prawdopodobnie go oszukał. Choć starszy i dojrzalszy Młody Książę jest nadal tym uroczym młodzieńcem, którego pamiętamy z utwory Exupery'ego. Nadal cechuje go ta dziecięca niewinność i wrażliwość oraz umiejętność zadawania pytań pozornie bardzo prostych, a stwarzających nie lada wyzwanie dla odpowiadającego. Roemmers żywo nawiązuje do Małego Księcia, przywołując wspomnienia baranka ukrytego w pudełku, róży czy postaci, które Książę spotkał na planetach mijanych w drodze na ziemię. Dokłada do tego też kilka nowych bohaterów i sytuacji, w ten sposób zwracając naszą uwagę na problemy współczesnego świata. Jednak miałam wrażenie, że za dużo tu tych wszystkich mądrości, za dużo rad, które pozwolą lepiej nam żyć i być szczęśliwszym człowiekiem. Autor chyba postawił sobie za cel dorównać Exupery'emu, a ja momentami czułam się jakbym czytała poradnik, nie powieść. A już wkroczenie na grunt religii i Boga zupełnie mnie przerosło. W związku z tym, lektury ani nie polecam, ani nie odradzam. Książkę można przeczytać, może nawet znajdzie się w niej coś dla siebie. Jednak nie uważam, by była to lektura obowiązkowa dla fanów Małego Księcia, jemu chyba nic nie będzie już w stanie dorównać. Swoją drogą, zastanawiam się, czy to tylko ja dostrzegam błąd ortograficzny na okładce... *** Co do błędu okazało się, że na wydrukowanych egzemplarzach książki takowego nie ma. Ja czytałam szczotkę, nie widziałam oryginalnej okładki, więc głupio założyłam, że ta na stronie wydawnictwa jest ostateczną. Przepraszam. Alejandro Guillermo Roemmers, Powrót Młodego Księcia, Warszawa, Wydawnictwo W.A.B. 2011.
czwartek, 22 września 2011
8% z niczego to zbiór ponad trzydziestu opowiadań zamieszczonych na stu sześćdziesięciu stronach. Zadziwiające? Dla mnie bardzo, bo rzadko spotykam się z opowiadaniami zajmującymi zaledwie dwie czy trzy strony, że o jednej już nie wspomnę. Mimo niewielkiej objętości każdy z tych tekstów jest dość ciekawy i na swój sposób wyjątkowy. Znajdziemy tu opowieści dość zwyczajne, jak ta o psie, który wraca ilekroć zostanie wyrzucony, żonie, która zupełnie przypadkowo dowiaduje się o zdradzie męża czy mężu, który podświadomie wyczuwa, że żona coś przed nim ukrywa. Innym razem jest też dość niezwyczajne, przykładem niech będzie opowieść o chłopaku, którego rodzice maleją wraz z jego wzrostem co znaczy, że ten przestanie rosnąć dopiero jak staruszkowie znikną całkowicie, albo o chłopaku zamkniętym w butelce. Przy nich już zaczęłam się zastanawiać czy to ja mam zbyt małą wyobraźnię czy może autor zbyt wielką. Są też takie które łączą w sobie elementy niezwykłe ze zwykłą codziennością. W zasadzie nie ma się tu do czego przyczepić. Przynajmniej na pierwszy rzut oka. Bo dobrze się czyta te opowiadania, styl Kereta mi się podobał, opowiedziane historie bawiły i zaskakiwały, tylko że po którymś opowiadaniu z kolei doszłam do wniosku, że nic z nich właściwie nie wynika. Nie ma jakiegoś głównego tematu, który by je wszystkie połączył, tworząc spójny obraz... czegoś. Czegokolwiek. Co gorsza, przechodząc do kolejnych i kolejnych stron, raz za razem dochodziłam do wniosku, że i owszem, dobrze mi się to wszystko czyta, tylko nie bardzo pamiętam o czym autor pisał dziesięć stron wcześniej. Po zakończeniu lektury, gdyby nie to, że główne wątki niektórych opowiadań spisałam, za nic nie byłabym w stanie sobie przypomnieć o czym to wszystko było. Sama nie wiem, warto sięgać po inne książki Kereta? Etgar Keret, 8% z niczego, Warszawa, Wydawnictwo W.A.B. 2006.
niedziela, 04 września 2011
Premiera 7. września! Taak, czytałam Artemisa Fowla. Tego pierwszego. Pierwszą część znaczy. Ale kiedy to było? Z osiem, dziewięć lat temu? Mało z niego pamiętam. Tyle tylko, że mi się podobało. Później bardzo chciałam przeczytać drugą część, ale nigdy jej nie było w bibliotece. A wówczas jeszcze nie kupowałam książek tak nałogowo, więc czekałam… i czekałam, aż w końcu zapomniałam. I przypomniałam sobie niedawno, gdy otrzymałam… siódmą część. Siódmą? Rany… to tyle ich już wyszło? Ale w końcu to nie pierwszy cykl, który czytam nie po kolei, a ponieważ wspomnienia z pierwszego miałam raczej pozytywne, pomyślałam sobie, że co mi szkodzi? I okazało się, że w zasadzie nic. Choć bez lekkiego kręcenia nosem się nie obyło. Pierwsza sprawa: bohater książki to nadal ten sam Artemis, którego ja znałam. Nadal jest gburowatym i nadzwyczaj niesympatycznym geniuszem. Przynajmniej do czasu. Tym razem wraz z wróżkami (i centaurem) postanawia uchronić Ziemię przed zgubnym wpływem globalnego ocieplenia. I właściwie, ten wielki PROJEKT mógłby się udać, gdyby nie tytułowy Kompleks Atlantydy, przez który chłopiec zaczyna tracić zaufanie do najbliższych, obsesyjnie liczyć wypowiadane słowa (czwórka przecież mogłaby oznaczać śmierć) i osuwać się coraz bardziej w zakamarki własnego umysłu do głosu dopuszczając Oriona Fowla, osobę nadzwyczaj miłą i uprzejmą. Czytało się to wszystko całkiem dobrze. Pojawienie się Oriona to pomysł nadzwyczaj udany, bo to właśnie on swoimi tekstami doprowadzał do moich wybuchów śmiechu i odruchów wymiotnych Holly Niedużej oraz Ogierka. Powieść wciąga, z ciekawością śledziłam kolejne wydarzenia, czekając na dalszy ciąg, rozwiązanie i mimo wszystko powrót wrednego krętacza Artemisa, który paradoksalnie wzbudza jednak sympatię, a przynajmniej wydaje się dużo bardziej na miejscu niż jego alter ego. I właściwie nawet nie przeszkadza przy tym wszystkim nieznajomość poprzednich części, bo łatwo się w całej akcji połapać. Przeszkadzają za to inne rzeczy. Na przykład ogromne nasycenie wszelkimi możliwymi wynalazkami technicznymi posiadającymi czasem niezwykle skomplikowane nazwy. Ja wiem, takie czasy, muszę się przyzwyczajać, bo może niedługo te wszystkie urządzenia wyjdą z kart książek i nas zaleją. Choć buntujące się amorfoboty od których zależy nasze być albo nie być to jednak dość przerażająca wizja. Dodatkowo gubiłam się trochę przez imiona wprowadzanych do powieści postaci. O ile Artemis, Butler, Julia, Ogierek i Holly Nieduża byli jeszcze do zaakceptowania, tak przy całej reszcie momentami traciłam orientację. W każdym razie książkę mogę polecić młodzieży, zwłaszcza tej znającej Artemisa z poprzednich części lub tej zafascynowanej współczesnymi osiągnięciami nauki. A sama może powinnam się skusić na poprzednie tomy? Eoin Colfer, Artemis Fowl: Kompleks Atlantydy, Warszawa, Wydawnictwo W.A.B. 2011. |
Archiwum
Zakładki:
*
Całkowita liczba wyświetleń
Dla czytelnika
Mole książkowe
Strony autorów
Współpracuję
Wyzwania
Tagi
Czytadełko on Google+ |