Wpisy z tagiem: Świat Książki
sobota, 19 maja 2012
Historię Victorii poznajemy właściwie z dwóch perspektyw, co początkowo sprawiło, że trochę się gubiłam. W końcu słuchałam tej książki, nie miałam tekstu przed oczami, więc musiałam się jakoś dopiero wczuć w ten rytm. Śledzimy więc życie głównej bohaterki w czasie teraźniejszym, jej zmagania z tym, aby jakoś dotrwać do kolejnego dnia, szukanie pracy, coraz większy rozwój umiejętności, a także pojawiającą się na horyzoncie miłość oraz jej życie od momentu trafienia do domu dziecka, poprzez różne etapy dorastania aż do momentu, gdy trafiła do swego ostatniego z domów zastępczych, do Elizabeth. To właśnie Elizabeth nauczyła Victorię języka kwiatów, ale w pewnym momencie wydarzyło się miedzy nimi coś takiego, że dziewczyna była zmuszona opuścić i ten, pełen miłości dom. Sekretny język kwiatów to wzruszająca książka, pokazująca jak ciężko jest odnaleźć w życiu swoje własne miejsce, jak ciężko jest znaleźć coś, co zmusi nas do wyjścia z własnej skorupy, do zaufania innym ludzi. I choć bohaterka momentami strasznie drażni swoim egoizmem, to ciężko w tym wszystkim nie okazać jej współczucia i zrozumienia. Diffenbaugh w swojej książce skupiła się przede wszystkim na relacjach między kobietami. Mężczyźni choć się tu pojawiają, to w znacznej mniejszości i stojąc jakby na uboczu. Mamy więc Renatę, pracodawczynie Victorii, jej siostrę Natalię i matkę, którą wszyscy zwą mamą Rubi. I one są chyba tym przykładem relacji najcieplejszych, bo mimo pewnych dzielących ich różnic, mimo tego, że momentami mają się nawzajem serdecznie dosyć, to postronny obserwator widzi, jakie przywiązanie i wzajemny szacunek je łączy. Mamy tu też Elizabeht, matkę zastępczą naszej bohaterki, jej siostrę Katarinę i ich matkę. Siostrę, z którą coś w przeszłości poróżniło ją tak bardzo, że żadna z nich nie potrafi wybaczyć. Matkę, dzięki której zaczęły stosować język kwiatów w swoich listach, bojąc się ich przechwytywania. Wreszcie mamy też cały szereg kobiet stykających się z samą Victorią. Poczynając od Meredith, pracownicy socjalnej, sprawującej nad nią pieczę od samego początku, poprzez różne kobiety, które starały się (mniej lub bardziej) stać jej opiekunkami, dziewczyny mieszkające w domu dziecka, aż do Renaty i Elizabeth właśnie. W każdym z tych związków widać wyraźnie jej strach przed drugim człowiekiem, przez zaufaniem mu, okazaniem jakiegokolwiek przywiązania. Na koniec słów kilka o lektorce, która jest wielkim atutem tego audiobooka. Katarzyna Zielińska sprawia wrażenie, jakby była stworzona do tej roli, przysięgam. Jest po prostu genialna. Ma subtelny, delikatny, dźwięczny głos, który sprawiał, że momentalnie się zatapiałam, w tym co czyta. Ona dosłownie tym swoim głosikiem czaruje. Więc wkoło mogłoby się walić i palić, a ja i tak byłabym całkowicie odizolowana od świata zewnętrznego. Mam wielką nadzieję, że jeszcze kiedyś będę miała okazję posłuchać książki, naprawdę jakiejkolwiek, w jej interpretacji. Audiobook można pobrać tutaj. Vanessa Diffenbaugh, Sekretny język kwiatów, Warszawa, Świat Książki 2011. czyta: Katarzyna Zielińska
wtorek, 17 kwietnia 2012
Jarosław Kret po raz pierwszy wylądował w Egipcie za sprawą studenckiego stypendium. Powitał go wtedy Zamalek, jedna z, nazwijmy to, dzielnic Kairu, w której spędził swą pierwszą noc. Noc, co trzeba dodać, bajkową, magiczną, pachnącą ciepłem i spokojem, cichą jak mało co. To jednak była tylko noc. A rankiem się zaczęło... Ryk klaksonów, zgiełk, kurz, miliony samochodów jeżdżących we wszystkie możliwe strony, bez żadnych zasad, wszechobecny chaos przywodzący na myśl tylko jedno pytanie, mianowicie czy ktokolwiek nad tym wszystkim panuje? A jednocześnie ludzie zaczepiający cię na każdym kroku z sympatycznym hello, welcome, how are you i where are you from, którzy nie oczekują... żadnej odpowiedzi. Dzięki książce pana od pogody jadąc do Egiptu będziemy znali najczęściej używane tam słowo, wiedzieli o tym, że każdy napotkany człowiek, może okazać się policjantem, bo jeżeli na ulicy spotyka się dwoje Egipcjan, możesz być pewien, że troje z nich jest policjantem* oraz orientowali się w zakresie obowiązków bawwaba obecnego w każdej napotkanej kamienicy. Dowiemy się też między innymi dlaczego w koptyjskich świątyniach nad lampami zawieszane są strusie jaja, czy w Egipcie naprawdę trzeba się targować, a jeśli tak to w jaki sposób to zrobić, by jak najwięcej zyskać i jednocześnie nie obrazić przy tym sprzedającego oraz czy nikab naprawdę stanowi symbol zniewolenia kobiety muzułmańskiej czy jest noszony z zupełnie innych powodów? Kret w dość przyjemny, a często także zabawny sposób, serwuje nam obserwacje z targu wielbłądów, na którym miał okazję spędzić cały dzień czy wspomnienia z przepięknego wschodu słońca na górze Synaj. Chyba najpiękniejszego widoku, jaki w życiu oglądał. No, może poza równie zachwycającą, pełną barw rafą koralową, która dotknięta ręka człowieka nigdy już nie będzie taka sama jak kilkanaście lat temu. Jak wtedy, gdy zobaczył ją po raz pierwszy. Autor momentami kpi sobie z turystów, których w ostatnich latach zdecydowanie się w Egipcie namnożyło, a którzy przyjeżdżają tam tylko po to, by zniszczyć co zastane, jeść wszystko jak leci, popijać to drinkami, a potem odchorowywać dwa kolejne dni, bo przecież za to właśnie zapłacili. Egipt Kreta jest cudownym miejscem. Wielobarwnym, ciepłym, zachwycającym, a czasem bardzo zaskakującym. I choć zniszczony nieco ręką człowieka, choć niepozbawiony kilku wad, to nadal mocno przypomina istny raj na ziemi. Raj, do którego z chęcią każdy z nas by się udał. Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości portalu Lektury Reportera. Jarosław Kret, Mój Egipt, Warszawa, Świat Książki 2011. *s. 59
poniedziałek, 16 kwietnia 2012
Może czasami trzeba opowiadać historię zygzakiem, bo jak się ją opowie wprost, to przeleci obok uszu osoby, do której jest adresowana.* W powieści Kei Millera mamy dwóch narratorów. Adamine Bustamante, kobietę pochodzącą z Jamajki, która trafiła do Anglii za sprawą pewnego zaprzyjaźnionego pastora. Wysłał ją w daleki świat, w roli żony na zamówienie, dla kogoś, kto kiedyś należał do Odrodzeńców. Adamine nie ma pojęcia kto jest jej ojcem, nigdy nie miała okazji poznać matki, a na dodatek potrafi przewidzieć pewne tragedie, przez co koniec końców trafia do szpitala psychiatrycznego. Drugim narratorem jest Pan Pisarz, o którym wiedzcie tyle, że zapragnął wykorzystać historię biednej dziewczyny z Jamajki. Przynajmniej na początku, bo to czego będziecie mieli okazję dowiedzieć się w trakcie czytania zaskoczy z pewnością każdego. Miller właściwie do samego końca trzyma czytelnika w totalnej niepewności. Nie mamy pojęcia co jest prawdą, chyba, że już od początku założymy sobie, że prawd jest tyle ilu bohaterów i jak to w życiu bywa każdy ma swoją, najprawdziwszą. To sprawia, że każda strona jest dla nas totalnym zaskoczeniem, na każdej czeka na nas niespodzianka, bo Adamine często podważa słowa Pana Pisarza, które mieliśmy okazję przeczytać kilka chwil wcześniej. Bardzo lubię takie powieści, niestandardowe i zupełnie inne niż zwykle. Dodatkowo widać, że autor sprawnie porusza się po fabule, w której czytelnik powoli zaczyna się gubić. Mimochodem porusza też problem rasizmu, gwałtów czy szpitali psychiatrycznych, w których pacjenci są raczej przedmiotami aniżeli ludźmi. Ukazuje ludzką pamięć, która rządzi się własnymi prawami. Która sprawia, że zapominamy najpiękniejsze z chwil, a wywleka na wierzch to, o czym od zawsze chcielibyśmy zapomnieć, to do czego na ogół nikomu nie chcemy się przyznawać. Zaskakuje nas wtedy, gdy najmniej się tego spodziewamy, przedstawiając obrazy, które dawno zdążyliśmy wyrzucić z naszej głowy. Ostatnia Kobieta-Wyrocznia to piękna książka, odrobinę baśniowa, odrobinę magiczna, ale jednocześnie pełna jakiegoś takiego trudnego do określenia smutku, który sprawił, że po przerzuceniu ostatniej strony zaczęłam po prostu płakać. Polecam każdemu kto lubi nieszablonowe historie. Na co komu książki, skoro żadna księga świata nie zmieni tego, że niektórzy z nas rodzą się pod kamieniem i za każdym razem, gdy próbują wstać, tylko obrywają po głowie.** Kei Miller, Ostatnia Kobieta-Wyrocznia, Warszawa, Świat Książki 2012. * s. 204 ** s. 66
czwartek, 12 kwietnia 2012
Oberża została sprzedana! I to, o zgrozo, sprzedana Anglikom, którzy z całą pewnością nie poradzą sobie z jej prowadzeniem. Poza tym, angielska kuchnia... fuj! Zaczyna się więc kombinowanie i intrygi, głównie Serge'a Papona, mera małego miasteczka w gminie Fogas, mające doprowadzić do odebrania aktu własności oberży wstrętnym przyjezdnym. Intrygi, co trzeba dodać, często przekraczające granice dobrego smaku. Zwłaszcza, gdy wziąć pod uwagę fakt, że Paul i Lorna, postanawiając przeprowadzić się we francuskie Pireneje sprzedali właściwie wszystko czego dorobili się w Anglii, zostając zupełnie bez niczego, a już samo to, że widząc swoje wymarzone miejsce po raz drugi zastają je w opłakanym stanie prezentującym brud, smród i zdechłe szczury jest wystarczająco mocnym wstrząsem. Przy okazji wgłębiania się w tą właściwie chorą walkę o oberżę poznajemy losy mieszkańców gminy Fogas. Relacje, które ich wzajemnie łączą, a w którym ja początkowo mocno się gubiłam. Ich błędy z przeszłości, tajemnice, których strzegą jak największego skarbu czy obecne problemy, z którymi czasem ciężko im sobie poradzić. Na tym Stagg głównie oparła fabułę, no i na intrygach knutych przez mera, pokazując nam jak szybko można pokonać kulturowe uprzedzenia, jak szybko zdobyć zaufanie zupełnie obcych ludzi i jak łatwo zjednoczyć się w obliczu zbliżającej się powoli acz nieubłaganie klęski. Francuska oberża to bardzo ciepła książka, nie potrafię znaleźć na nią innego określenia. Typowo czytadłowa, z dość przewidywalnym zakończenie, to jasne, ale jednak potrafiąca doprowadzić do wzruszenia. Powiem szczerze, że widziałam same niezbyt pochlebne opinię, więc nie nastawiałam się na nie wiadomo co. Nie wiem jakby mi się tę książkę czytało. Wiem natomiast, że słucha się jej całkiem dobrze. Nie przepadam zbytnio za Dancewicz jako aktorką, no to pewnie wina tego, że kojarzę ją właściwie tylko z serialami, ale przyznać muszę, że ma bardzo przyjemny głos, taki ciepły po prostu, a jej francuski, dla mnie, totalnego laika, brzmi wiarygodnie i dźwięcznie. Odpowiednio modulowała głos. Tam gdzie powinna krzyknąć - krzyczała, gdy bohater był zasmucony lub zakłopotany - tak właśnie brzmiał, ale aktorka nie siliła się bez sensu na nadmierną interpretację, co wyszło jej zdecydowanie na plus. Warto też dodać, może bardziej dla rozrywki, bo to o żart zakrawa, że wydawnictwo tym razem ostro pojechało. To są właśnie te momenty kiedy zastanawiam się kto tak naprawdę tworzy opis na czwartą stronę okładki i czy osoba ta ma jakiekolwiek blade pojęcie o książce, o której zmuszona została coś tam napisać. Raz, że czytelnik może się srogo rozczarować czekając na opisy smakowitych francuskich (a może i angielskich, nie wiadomo przecież co właściwie osobie piszącej chodziło po głowie) potraw, od których powinien zgłodnieć, bo opisu takiego w książce nie uświadczy. No ok, może poza jednym chorizo zaserwowanym gdzieś tam w trakcie przez Lornę i cassoulet z puszki, którym zachwyca się jeden z bohaterów. To jednak można jeszcze przemilczeć, ja się natomiast zastanawiam skąd nagle na tylnej okładce wzięło się imię głównego bohatera? Alex? Jaki Alex do jasnej Anielki?! Raz, że główny bohater to Paul, imię do Aleksa nie podobne ni w wymowie, ni w pisowni. Dwa, w powieści nie ma żadnego, absolutnie żadnego Aleksa. Nie wiem też czemu (może miałam jakieś felerne nagranie), ale rozdział dwunasty urwał mi się w pół zdania. Kilka razy sobie przewijałam do tego samego momentu, sprawdzałam też na komputerze, dochodząc do wniosku, że to jakieś kaprysy ipoda, ale nie. Co prawda nie zmienia to jakoś odbioru całości, ale pierwszy raz się z czymś takim spotkałam, a poza tym to trochę tak jakby w książce brakowało strony czy kilku zdań. Audiobook można pobrać tutaj. Julia Stagg, Francuska oberża, Warszawa, Świat Książki 2011.
wtorek, 10 kwietnia 2012
Tak właśnie postępują ludzie. Mówią do ciebie. Mówią od rzeczy. Mówią do ciebie i za ciebie. I w ten sposób nadają ci osobowość, którą określa sposób, w jaki sami ciebie odgrywają. Przez cały czas, kiedy z tobą przebywają, stwarzając ciebie ze swoich własnych pragnień, towarzysza, malca, futrzastego przyjaciela, który kocha swojego właściciela tylko za czułe słówka.* Chciałabym móc napisać coś innego, ale prawda jest taka, że dawno żadna książka nie wymęczyła mnie tak jak Rozważania psa Mafa i jego przyjaciółki Marilyn Monroe. Dawno już tak obsesyjnie nie sprawdzałam ile też stron zostało mi do końca i nie obmyślałam ile dni zajmie mi jeszcze czytanie tej jednej książki. Dawno też z taką nadzieją nie czekałam na jakiś fragment, który pozwoli na całkowitą zmianę mojego zdania i dawno nie czekałam na zakończenie, po którym mogłabym powiedzieć łał, jednak było warto. No cóż, nie było. Zaczęło się całkiem znośnie, choć z miejsca przeraziła mnie ilość nazwisk rzucanych to tu, to tam, które jak od razu stwierdziłam, znać powinnam, a nie znałam. Nic to, przebrnęłam przez te kilkanaście pierwszych stron, które skądinąd czytałam już trzeci raz, bo to nie było moje pierwsze podejście do tej książki. W końcu się zawzięłam, przebrnęłam, zrobiło się nawet całkiem przyjemnie, interesująco, mam wrażenie, że tylko po to, żeby przyjemnie zacząć staczać się w dół. I w dół. I jeszcze dalej w dół... Maf, skrót od Mafioso, to uroczy maltańczyk, prezent jaki Marilyn Monroe otrzymała od Franka Sinatry. Piesek, który w swoim życiu bywał już tu i tam, który niejedno widział i niejedno wie. Maskotka, którą Monroe zdaje się zabierać ze sobą wszędzie, od fryzjera, przez psychoterapeutkę, na wystawnych bankietach, pełnych sław lat 60. kończąc. I niemożliwie wręcz spostrzegawczy obserwator. Za jego pośrednictwem mamy więc okazję bliżej poznać między innymi wspomnianego już Sinatrę, który zdaje się być strasznym gburem, prezydenta Kennedy'ego do granic możliwości oczarowanego sądzoną towarzyszką Mafa, no i ją samą. Marylin, która poznajemy w nie najlepszym okresie jej życia i która chcąc, nie chcąc, jawi nam się jako osoba przejmująco samotna i zagubiona, choć stale przebywająca wśród ludzi. Widok odległego nocnego nieboskłonu często przynosi pociechę: pozwala nam wierzyć, że wszyscy jesteśmy w równym stopniu samotni.** Maf, stara się rozmawiać z ludźmi, ale w międzyczasie wdaje się również w konwersacje z innymi psami, kotami, które mówią tylko wierszem, szczurami, muchami i wszelkimi innymi żywymi stworzeniami, jakie tylko uda mu się spotkać na swej drodze. Filozofuje, rozprawia o współczesnym filmie, często odwołuje się do literatury, szczególną uwagę zwracając na postaci psów, pojawiające się tu i ówdzie. Jednak mimo całej sympatii, którą obdarzyłam nad wyraz rezolutnego narratora, większość tej książki zwyczajnie mnie wynudziła. Nie wiem czy to za sprawą mozolnego stylu autora czy może ogromnej ilości nazwisk, pojawiającej się na kartach powieści, z których ja łącznie kojarzyłam może z dziesięć, ale były momenty kiedy po prostu głośno ziewałam. I kiedy szczerze cieszyłam się, że nie jest jeszcze na tyle ciepło, żeby w moim pokoju roiło się od much, bo z całą pewnością, prędzej czy później spora ich grupka znalazłaby się w mojej buzi. Mam też wrażenie, że autor troszkę przedobrzył. Gdzieś próbował wcisnąć jakiś wierszyk, w innym miejscu fragment dramatu... A ja się pytam po co to komu, skoro do całości nic tak naprawdę nie wniosło? Prawda jest niestety taka, że poza kilkoma naprawdę trafionymi spostrzeżeniami, niewiele z tych psich rozważań wynika, a jeszcze mniej zostaje w głowie. Możliwe też, że z powodzeniem można by było czytać tylko co drugą stronę, bo niekoniecznie sprawia to jakąkolwiek różnice. I właściwie nie wiem komu mogłabym tę powieść polecić. Na pewno nie fanom Monroe, bo czeka ich tylko rozczarowanie. Andrew O'Hagan, Rozważania psa Mafa i jego przyjaciółki Marilyn Monroe, Warszawa, Świat Książki 2011. *s. 87 **s. 51
poniedziałek, 12 marca 2012
Ostatni raz jest zapisem jednego dnia czwórki rodzeństwa. Simon, Lola i Garance, nasza narratorka, powinni go w zasadzie spędzić na ślubie kuzynki, jednak znudzeni całym wydarzeniem, postanowili udać się do zamku, w którym rezyduje Vincent, najmłodszy brat. Większość powieści zajmują dialogi. Nie mamy w zasadzie wglądu w przeszłość żadnej z postaci, w wydarzenia, które ich ukształtowały. Jest tylko to co tu i teraz. To swego rodzaju przerwa, chwila na odpoczynek, na wzięcie oddechu przed kolejnym starciem z szarą rzeczywistością, przed powrotem do życia, w którym na każde z rodzeństwa czekają ich własne problemy, w których rozwiązaniu nie mogą pomóc nawet najbliżsi. Co by nie pisać, wydaje mi się, właściwie jestem przekonana, że Ostatni raz to książka na raz. Nie ma chyba sensu doszukiwać się tu jakiejś głębi, drugiego dna. Nie, to po prostu takie tam zwykle paplanie o niczym. Jak w rodzinie, jak wśród przyjaciół. Nie wiem ile z tej paplaniny zostanie mi w głowie i na jak długo, ale ja też lubię czasem odsapnąć. Anna Gavalda, Ostatni raz, Warszawa, Świat Książki 2010
piątek, 17 lutego 2012
Najpierw wzbraniałam się rękami i nogami, później coś tam próbowałam zdziałać. Kilku książek zaczęłam nawet słuchać, ale prawda jest taka, że zawsze kończyło się to totalną klapą. Nie mogłam się skupić, traciłam wątek, zaczynałam słuchać od początku sto tysięcy razy, a momentami miałam wrażenie, że lektor nudzi się tą książką jeszcze bardziej niż ja. Ale jakoś tak nie zrażałam się do końca, ciągle szukałam, próbowałam, aż trafiłam na Handlarzy czasem i wsiąkłam całkowicie. To znaczy ok, może nie tak znowu całkowicie, bo więcej niż godzinę na raz nie byłam w stanie słuchać, ale jednak... no porwał mnie ten Jachimek, co tu dużo mówić. Całą książkę sprowadzić by można do jednego jedynego pytania, mianowicie czego najbardziej brakuje ludziom? Wszystkim. Bez wyjątków. Mam wrażenie, że odpowiedź nasuwa się w tym przypadku niemal automatycznie, bo przecież ludziom od zarania dziejów wiecznie brakuje czasu. I pieniędzy, nie oszukujmy się. Ci co mają mało, chcieliby mieć więcej. Ci co mają dużo... cóż, mają wciąż za mało. Jak temu zaradzić? Nic prostszego. Wystarczy stworzyć maszynę do handlu czasem. I tu na arenę wkracza wuj Franciszek. Postać iście genialna. Głowa (a raczej mózg, dosłownie!) rodziny, organizujący niedzielne quizy, które zawsze wygrywa. Pewnie dlatego, że sam wymyśla do nich pytania, ale czy to ważne? Oprócz tego, niespełniony wynalazca, którego nawet najbliżsi nie chcą docenić. No sami powiedzcie, czyż nie jest wspaniałą rzeczą proszek dodawany do jajek, by kontrolować to czy są jeszcze na miękko czy może przeszły już w kolejną fazę? Czy nie jest wynalazkiem zupełnie fantastycznym urządzenie do znajdowania kluczy, który niestety ma też kilka wad i od czasu do czasu sam się gubi, ale na ogół świetnie sprawdza się w swej roli? Ok, może faktycznie nie są to rzeczy bez których nie można by się było w codziennym życiu obejść. Ale maszyna do handlu czasu, choć początkowo przyjęta przez rodzinę z wielkim sceptycyzmem, okazuje się rzeczą zupełnie rewolucyjną. Nagle bowiem pod warsztatem wujcia Frania zaczynają się ustawiać kilometrowe kolejki, a on z dnia na dzień staje się milionerem. Jedni chcą swój czas sprzedawać, inni koniecznie muszą kilka godzin dokupić. I tu okazuje się, że nie wszystko jest takie piękne jak by się mogło wydawać... Bardzo dobrze słuchało mi się tej książki. Prosty, ale jakże soczysty język w połączeniu z równie soczystą wymową autora, jego interpretacją i modulacją głosu zrobiły swoje. Postacie Jachimka są po prostu świetne i nie da się ukryć, że to one stanowią główną zaletę powieści. Pomijając już fenomen wujcia Frania, mnie do łez niemalże doprowadziła jakże inteligentna Paula, która dzięki maszynie do handlu czasem, cofnęła się ekhm... odrobinę, zatrzymując się na na etapie wieku lat czterech i robiąc zawrotną muzyczną karierę oraz jej misiaczek-pysiaczek Praszczur, który, no co tu dużo pisać, kończy jako parkingowy żul, wspominając swoją młodzieńczą miłość z wielkim rozrzewnieniem. Generalnie mamy w Handlarzach czasem masę niesamowitych bohaterów. Barwnych, wyróżniających się, przyciągających uwagę i... mocno przerysowanych. Tak mocno, że podczas słuchania nie da się chociażby nie prychać pod nosem z rozbawienia, że już o wybuchach głośnego śmiechu nie wspomnę. Zestawiając te ich wyjątkowe charaktery ze specyficzną wymową i intonacją samego autora otrzymujemy naprawdę niesamowity efekt. Tomasz Jachimek, Handlarze czasem, Warszawa, Świat Ksiażki 2010. czyta: Tomasz Jachimek czas trwania: 08:08:42
sobota, 07 stycznia 2012
Co do tego, że Sofi jest neurotycznym kotem nie mam żadnych wątpliwości. Wystarczy popatrzeć jak zawiesza się na firance, robi mi pobudkę z samego rana i poluje na moje nogi gdy tylko zdarzy mi się przejść lub stanąć gdzieś niedaleko niej. No cóż, w takich okolicznościach nie powinno dziwić, że sięgnęłam po książkę o takim tytule. I nie żałuję, bo choć porad żadnych nie otrzymałam, nie stałam się ani trochę mądrzejsza i nadal nie wiem jak chronić swoje kończyny przed moim krwiożerczym koteczkiem to przy lekturze uśmiałam się jak rzadko. Autor w zabawny i niepozbawiony ironii sposób opisuje nam kota neurotycznego w najczystszej postaci, skupiając się na tym co owy kot je i kiedy można uznać go za otyłego, co zrobić, by go wykąpać i samemu nie ucierpieć przy tym za bardzo, w jakie gry najchętniej z nami zagra, a także w jakich pozycjach potrafi zasnąć i ile właściwie kocich pieszczochów może się zmieścić w jednym łóżku. Wskazuje też na różnice między psem a kotem, a także wyższość tego drugiego nad... człowiekiem. Tak, no cóż, nie oszukujmy się, patrząc chociażby na giętkość kręgosłupa, koty przewyższają nas w dość znaczący sposób. Ze swojej strony książeczkę tę serdecznie polecam. Właścicielom kotów na pewno przypadnie do gustu, zwłaszcza tych neurotycznych kotów. A jeśli nie wiesz tak naprawdę czy Twój kot jest neurotyczny, to wystarczy sobie odpowiedzieć na kilka prostych pytań. Czy dla gimnastyki Twój kot przewraca kosz na śmieci? Na przekąskę lubi jeść Twój obiad? A żeby okazać Ci swoją miłość kładzie się na książce, którą właśnie usiłujesz czytać? Jeśli odpowiedziałeś twierdząco na którekolwiek z pytań to chyba wszystko jest jasne... Stephen Baker, Jak żyć z neurotycznym kotem, il. Jackie Geyer, Warszawa, Świat Książki 2009 |
Archiwum
Zakładki:
*
Całkowita liczba wyświetleń
Dla czytelnika
Mole książkowe
Strony autorów
Współpracuję
Wyzwania
Tagi
Czytadełko on Google+ |