Wpisy z tagiem: czarne

piątek, 16 grudnia 2011

Gdy słyszymy hasło: II wojna światowa przed oczami pojawiają nam się Niemcy i Rosja. Nikt z nas nie myśli nad tym jak bardzo złączeni jesteśmy z Wielką Brytanią.

A jak się okazuje jesteśmy bardzo. W latach 1939-1947 około 200 tysięcy Polaków opuściło kraj osiadając na Wyspach. Wielu z nich nie wróciło już nigdy więcej do Polski. Uciekając najpierw przed wojną, potem przed komunizmem właśnie w Anglii postanowili zbudować swoją małą ojczyznę. Ewa Winnicka zaś skrupulatnie, ale też bez zbędnego oceniania, opisuje między innymi te próby stworzenia czegoś polskiego na obczyźnie, próby odnalezienia się w zupełnie innym świecie. Wiele miejsca poświęca też stosunkom polski-angielskim na przestrzeni prawie siedemdziesięciu lat. Na przykładzie żydowskich dzieci wywożonych na Wyspy podczas wojny, ratowanych od śmierci pokazuje jak ciężko jest im teraz, gdy są już dorośli określić własną tożsamość.

W Londyńczykach znalazły się dwa utwory, które dla mnie znacząco się wybijają na tle całej reszty. Pierwszy z nich to Zastąpiona, w którym autorka opisuje losy pierwszej żony Władysława Andersa. Irena Anders to na tych kilkunastu stronach żona stęskniona i kochająca, z nadzieją czekająca na koniec wojny, po to tylko by się dowiedzieć, że została wymieniona na tą młodszą.

Drugi z nich, Tato to właściwie zbiór e-maili, z których wyłania się obraz ojca-tyrana. Ojca, który po przeżyciu wojennego piekła sam postanowił zgotować je swojej rodzinie. Ojca, który bił i wykańczał psychicznie, ojca od którego córki postanowiły uciec, a o którym jednak, po upływie kilkunastu lat, chciałyby się dowiedzieć czegoś więcej. Choć każda z wiadomości, wymienianych między autorką, a Celiną, jedną z córek, jest dość sucha, właściwie wyprana z emocji, to cała historia wyciska łzy z oczu.

Lektura Londyńczyków to jedna z tych nielicznych sytuacji, podczas której, zarzucana co rusz datami, nazwiskami czy miejscami nie zaczęłam zwyczajnie ziewać. Wręcz przeciwnie, książkę Ewy Winnickiej czyta się jak naprawdę dobrą powieść. I niech to będzie najlepszą rekomendacją.

Recenzja opublikowana na kobieta20.pl

Ewa Winnicka, Londyńczycy, Wołowiec, Wydawnictwo Czarne 2011.

środa, 21 września 2011

Zaczęłam czytać to Cafe Museum i... poległam po 30 stronach. Nie wiem co się ostatnio ze mną dzieje, rzadko kiedy odkładam książki, a tu już druga w przeciągu kilku dni. Może jakiś zły okres nastał czy co.

Widziałam te wszystkie peany na temat tej pozycji. Że ktoś był przez całą lekturę głodny, że autor wspaniale pisze, że nie da się od książki oderwać. I ja też na podobne wrażenia liczyłam. Psikus, przeliczyłam się.

Doszłam do wniosku, że ja chyba za mało wrażliwa jestem, żeby dostrzec w tym piękno i zbyt tępa chyba, żeby zrozumieć ten inteligentny ton. No właśnie, a jeszcze dodatkowo zaroiło się na tych 30 stronach od jakiś dat, nazwisk, wydarzeń. Nie lubię historii, nawet jeśli to historia restauracji czy jedzenia, nie lubię i już, a już tym bardziej jeśli przedstawia się ją tak topornie.

I pomyśleć, że naiwnie chciałam tę książkę kupić. Ale bym sobie teraz pluła w brodę. I całe szczęście, że jeszcze póki co szkoda mi 40 zł za książkę (tak, staram się nie wydawać na jedną książkę więcej niż 30 zł - taki już ze mnie dusigrosz. Ale z drugiej strony chyba za dużo książek kupuję miesięcznie, żeby faktycznie wydawać na nie tyle ile głosi cena okładkowa), dlatego czekałam aż pojawi się ona w bibliotece.

I zdecydowanie, jeśli ktoś zamierza po tę książkę sięgnąć, to polecam raczej włączyć sobie kilka odcinków Podróży kulinarnych Roberta Makłowicza. Myślę, że będzie to po stokroć przyjemniejsze.

Robert Makłowicz, Cafe Museum, Wołowiec, Wydawnictwo Czarne 2010.

piątek, 08 lipca 2011

Powiem szczerze. Trochę się bałam. Po pierwsze: Szczygła w tym wydaniu. Trochę jeszcze niewyrobionego, szukającego własnego stylu, zupełnie początkującego i co najważniejsze piszącego o Polsce. Właśnie, Polska. Ja się chyba najbardziej bałam jej obrazu w tej książce. Obrazu, którego nie tyle nie znam, co po prostu nie pamiętam. Lata 90., początki kapitalizmu, zmiany zachodzące tam gdzie się ich najmniej spodziewano.

Mimo obaw po książkę sięgnęłam i już przy pierwszej stronie poczułam się jak u siebie. W drugim zdaniu zobaczyłam: idę na róg Nowowiejskiej i Jedności. Czekam na ósemkę*, toż to Wrocław proszę Państwa! Obawy zniknęły, niepewność wyfrunęła, a ja zatopiłam się w lekturze.

Początkowo było ciężko. Obraz Polaków wynurzający się z pierwszych stron nie zachwyca. To ludzie, którzy z dnia na dzień stracili wszystko, są zagubieni, niepewni przyszłości i próbują kombinować. Niestety, na wszelkie sposoby. Ogłoszenia prasowe momentami doprowadzały mnie do łez. Ze śmiechu. Wystawianie na sprzedaż wszystkiego, wieczna chęć robienia interesów, czasem z góry skazanych na niepowodzenie, nieustanna potrzeba wygadania się, poużalania i przedstawienia własnej osoby w jak najlepszym świetle. To obraz Polaka lat 90. W mojej głowie mniej więcej do połowy książki pobrzmiewało jedno zdanie: cholera, niech ktoś mi teraz powie, że pieniądze szczęścia nie dają

A potem nastąpił jakby obrót o 180 stopni i zaczęły się tematy całkiem przyjemne, napawające mnie choć odrobiną optymizmu, bo okazało się, że może te wczesne lata kapitalizmu nie były aż tak ciężkie jak by się mogło wydawać, a Polak to nie cwaniak rozglądający się na lewo i prawo w poszukiwaniu jak najlepszej okazji do zarobku.

Jeśli spojrzymy na Niedzielę, która zdarzyła się w środę jak na całość to faktycznie można zarzucić jej nierówność. Tyle, że ja jej zarzucać nie będę, bo raz: taką nierówność można zarzucić każdemu zbiorowi, nieważne czy to reportaże, wiersze czy opowiadania, a dwa: ja sama nie umiem do końca określić z czego owa nierówność wynika. Zastanawia mnie czy odczułam ją naprawdę tylko ze względu na styl pisania czy też bardziej ze względu na podejmowane tematy.Nic nie poradzę na to, że jedne zainteresowały mnie bardziej, inne mniej.

Szalenie podobał mi się reportaż na temat języka polskiego, wprowadzania do niego obcych słów, tworzenia nowych na jego podstawie, zapożyczeń i tego, że lubujemy się we wtrącaniu tu czy tam jak największej ilości angielskich słów. Nie wiem jaki dokładnie miało to rozmiar w czasach opisywanych przez Szczygła, wiem jak to wygląda dziś. I choć sama czasem do swoich wypowiedzi wtrącam obce słówka (czy też zapożyczenia, co robię z pewnością bardzo często nawet o tym nie wiedząc) to już lajki, hejty i inne bajdełeje używane na wszelkie możliwe sposoby, czasem zupełnie bez sensu doprowadzają mnie do szału. 

Słów kilka na temat wydania, które jest piękne, naprawdę. Jest efektowne, jest bardzo staranne pod względem typograficznym. Zero literówek, bardzo dużo zdjęć, kredowy papier. Cud, miód i orzeszki, chciałoby się rzec. Tyle, że się nie rzeknie, bo przy tym wszystkim ma też przeokrutnie niewygodny format. Naprawdę nie pamiętam kiedy ostatni raz bym się aż tak napowyginała przy czytaniu. Nic to. Wlaściwie, jeśli się zastanowić... może dla kilku chwil przyjemności i niewygodny format jest do przeżycia?

Recenzja napisana dla portalu LubimyCzytać.pl

Ocena: 4,5/6

Mariusz Szczygieł, Niedziela, która zdarzyła się w środę, Wołowiec, Wydawnictwo Czarne 2011.

*Tamże, s. 5.

wtorek, 17 maja 2011

Najnowsza książka Agnieszki Drotkiewicz to zbiór dziesięciu wywiadów, z których każdy został opatrzony zdjęciem i krótką notką o rozmówcy. Motywem przewodnim staje się pytanie jak żyć?. Nie spodziewajcie się jednak szeregu pustych reguł i utartych od lat prawd, które wszyscy znają, ale nikt nie stosuje. To nie te klimaty, to są rozmowy właściwie o wszystkim, w których, choć recepty na życie się pojawiają, to przemycone są w taki sposób, że nie rażą w oczy.

Bella Szwarcman-Czarnota opowiada o żydowskiej religii, jej tradycjach i rytuałach pojawiających się na co dzień. Monika Richardson o swojej karierze, samotności i życiu w związku oraz filmach, które stały się jej wielką pasją. Basil Kerski wspomina dzieciństwo spędzone w Niemczech. Ewa Wieleżyńska z wielkim zaangażowaniem opowiada o tym, czym się zajmuje, czyli o winach. Agnieszka Kozak ubolewa nad pogonią młodych ludzi za tym, co zupełnie zbędne, nieumiejętnością docenienia przyjemności i szukaniu jej nie tam, gdzie trzeba. Sylwia Chutnik mówi o feminizmie, o karach, które kobiety wymierzają sobie, w sposób świadomy lub nie i o tym, jak ważne jest stawianie sobie celów, choćby małych i błahych, będących jednak jakimś wyznacznikiem, czymś do czego nie możemy przestać dążyć. Hanna Kowalczyk zachwyciła mnie miłością z jaką podchodzi do pracy. Swoim podejściem do medycyny niekonwencjonalnej. Tym spojrzeniem na ludzkie ciało, które należy traktować jako całość, bo inaczej wszystkie działania tracą sens.

Coraz bardziej fascynuje mnie postać Doroty Masłowskiej. Nie lubię jej książek, nie umiem ich docenić, mało tego, uważam je za bełkot, którego nie jestem w stanie zrozumieć, a jednak uwielbiam czytać wywiady z nią. To jest kobieta tak na wskroś inteligentna, że to czytanie, poznawanie jej zdania staje się dla mnie największą przyjemnością. Tym razem Masłowska opowiada o tym, jak zachować się w obliczu sukcesu, jak nie stracić głowy, gdy stajesz się kimś ogólnie rozpoznawalnym, jak w tym całym zamieszaniu pozostać przede wszystkim sobą. Niesamowite jest to, że mimo sukcesu w tak młodym wieku żyje, tak jak żyła przed nim.

Rozmową czytaną przeze mnie niemal z wypiekami na twarzach była ta z Tessą Capponi-Borawską, głównie za sprawą jedzenia, które stało się jej tematem. Nic nie poradzę, że gdy ktoś zaczyna opowiadać o świeżych, soczystych pomidorkach  polanych odrobiną oliwy, posypanych świeżymi ziołami, to oczy mi się błyszczą. Zresztą, gotowanie pojawia się tutaj w większości rozmów. To czynność, która dla jednych jest momentem złączenia z rodziną, kiedy przekazywane są różne sekrety, nie tylko te kulinarne, dla innych znów staje się chwilą na oddech i zebranie myśli.

Z wywiadami w moim przypadku, jest trochę tak jak ze zbiorami opowiadań. Zawsze się czepiam, że krótkie, że są między nimi spore przepaści. Bo chcąc czy nie chcąc, w wywiadach są nierówności, zdarzają się te bardzo dobre i te kiepskie. I tak było z Jeszcze dzisiaj nie usiadłam, gdzie niektóre z rozmów mnie zachwyciły, inne zaś chciałam jak najszybciej skończyć, bo były zwyczajnie nudne. Choć, przyznać trzeba, że tych drugich było zdecydowanie mniej, chyba za sprawą samej Drotkiewicz, która w doskonały sposób potrafi te dyskusje poprowadzić.

Polecam. Nie po to, by znaleźć odpowiedź na pytanie jak żyć, ale by znaleźć czas i na chwilę usiąść. 

Recenzja opublikowana na kobieta20.pl

Ocena: 5,5/6

Agnieszka Drotkiewicz, Jeszcze dzisiaj nie usiadłam, Wołowiec, Wydawnictwo Czarne 2011.

***

We Wrocławiu i w Poznaniu już niedługo odbędą się spotkania autorskie z Agnieszką Drotkiewicz, szczegółowe informacje na stronie wydawnictwa Czarne.

poniedziałek, 04 kwietnia 2011

Naprawdę rzadko zdarza mi się porzucić książkę w połowie. Zawsze staram się jakoś jednak przemęczyć i doczytać do końca, wiadomo, że czasami ten ostatni rozdział potrafi całkowicie zmienić nasze odczucia. Niestety, książka I ktoś rzucił za nim zdechłego psa pokonała mnie na całej linii. Nie pamiętam kiedy ostatni raz tak bardzo się nad czymkolwiek namęczyłam, chyba nawet skrypty wchodzą mi lepiej.

Nie lubię tego robić, ale po spędzeniu nad książką ponad tygodnia, przeczytaniu jej połowy, próbie zmiany podejścia i patrzenia na książkę nieco łagodniej doszłam do wniosku, że nie warto. Naprawdę, nie warto się męczyć, zwłaszcza gdy zdałam sobie sprawę jak wiele lepszych książek na mnie czeka. i czuję się usprawiedliwiona, bo włożyłam naprawdę wiele wysiłku, żeby przynajmniej próbowałam.

W założeniu Jean Rolin chciał napisać książkę w całości poświęconą psom feralnym, czyli takim, które kiedyś udomowione na powrót stają się dzikie. W tym celu zaplanował podróż niemalże dookoła świata. Podróżując poprzez Tajlandię, Meksyk, Liban, Izrael i wiele innych państw miał pokazać swym czytelnikom w jaki sposób te bezdomne psy funkcjonują w obrębie różnych kultur. Moim zdaniem nie pokazał.

Na tych kilkudziesięciu przeczytanych przeze mnie stronach naprawdę mało znalazłam informacji o psach. Mam wrażenie, że były one raczej tylko pretekstem dla autora do tego, żeby opisał własne podróże, spostrzeżenia i uczucia jakie nim podczas tych podróży władały. W dużej mierze zwrócił także uwagę na ludzi, na społeczeństwa w jakich dane mu było przebywać, na różnice kulturowe. Naprawdę mało w tej książce o psach, a jeśli już to wspomniane są one jakby mimochodem, bardzo krótko i od niechcenia.

Ta zmiana tematu nie byłaby jeszcze taka zła. Przecież o ludziach też lubię czytać, o podróżach, o poznawaniu innych kultur, obyczajach ludzi na całym świecie wprost uwielbiam. Tym jednak co wpłynęło na ostateczną decyzję o odłożeniu książki okazał się styl autora. Dla mnie po prostu niestrawny. Długie, złożone, zawiłe zdania, momentami ciągnące się przez pół strony doprowadzały mnie do szału. Nie potrafiłam się zupełnie skupić, a dochodząc do końca zdania nie pamiętałam już o czym było na początku i chcąc czy nie chcąc musiałam do niego wrócić, przez co miałam wrażenie, że jedną stronę czytam w nieskończoność. Kolejne rozdziały (nie za każdym razem, ale często, zbyt często, by tego nie zauważyć) wydawały mi się jakimś oderwaniem od więdługiekszej całości. Rzadko kiedy udawało mi się dostrzec między nimi jakiekolwiek związki. Czasami zastanawiałam się czy to nie są zaledwie wycinki z różnych utworów autora posklejane bez ładu i składu. W dodatku moim zdaniem Rolin pisze po prostu nudno.

Poniżej zaś mała próbka stanowiąca jednocześnie, co trzeba podkreślić, jedno zdanie:

Kiedy się przybyło od północy, przekroczywszy Litani pieszo mostem Kasmiyeh, pokawałkowanym przez bombardowanie, ale wystającym z niezbyt głębokiej wody, a potem czekało się wśrób bananowców na samochód, który wyjechał nam z Tyru, wreszcie przebyło się możliwie najszybciej drogą pełną lejów, dziesięć kilometrów dzielących miasto od mostu Kasmiyeh, kiedy zatem przybyło się z północy i wjechało do Tyru arterią, o którą w dole rozbijały się fale, podczas gdy z przeciwnej strony drogi, pośród budynków, które się ostały, widać było inne, zniszczone, o charakterystycznym dla wielopiętrowych budowli ostrzelanych przez "inteligentne" bomby o wyglądzie ciasta francuskiego, odnosiło się najpierw wrażenie, że miasto jes opuszczone albo życie w nim skryło się w piwnicach. *

Ocena: 1,5/6

Jean Rolin, I ktoś rzucił za nim zdechłego psa, Wołowiec, Wydawnictwo Czarne 2011.

*Tamże, s. 76-77.

piątek, 31 grudnia 2010

Nie znam Czech, nigdy nie byłam gdzieś tam w ich „głębi”, czasem tylko przy granicy na szybkie zakupki w postaci tańszych niż u nas słodyczy czy alkoholu. Nigdy nie miałam przyjemności spróbować tak osławionych przecież czeskich knedlików. Literatury czeskiej nie czytam, jedyne co przychodzi mi w tym momencie do głowy to Czas Czerwonych Gór Petry Hůlovej i nieszczęsna Nieznośna lekkość bytu Kundery, która wszystkich zachwyca, a przez którą ja, mimo nie tak znowu dużej objętości nie mogłam po prostu przebrnąć. Audiobooka Obsługiwałem angielskiego króla Hrabala próbowałam kiedyś słuchać, próbowałam też oglądać film nakręcony na podstawie tej książki. Nic z tego, wszystkie próby spełzły na niczym. Gdyby nie zwykła pomyłka pewnie nigdy też nie sięgnęłabym po Zrób sobie raj Szczygła, książkę choć polską to jednak w stu procentach czeską.

Jednak pomyłka nastąpiła, książka znalazła się u mnie w domu a Szczygieł posadził mnie w fotelu i niemal z blaskiem w oczach powiedział opowiem Ci o Czechach, kraju, któremu oddałem całe serce. I zaczął opowiadać o czeskich pisarzach, a wśród nich o Egonie Bondym i Halinie Pawlowskiej (cóż to za wspaniała kobieta!). I o fotografie Janie Saudku i rzeźbiarzu Davidzie Cernym, a na zdjęciach pokazał nie tylko ich twórczość, ale i ich samych. Czasem nawet pozwolił mi tych ludzi posłuchać, we własnej osobie, wtrącając tylko od czasu do czasu krótki komentarz.

Opowiedział mi również co nieco o samej historii Czech, jak i o tym, że nasi sąsiedzi, nas Polaków, wcale nie muszę lubić, bo i nie mają ku temu wielkich powodów. Najwięcej zaś powiedział mi o ich religijności albo może raczej jej braku, i o jakże luzackim, a przez to bardzo mi się podobającym podejściu do Boga, pogrzebów i spraw wiary w ogóle.

Istną wisienką na torcie zaś okazał się widok z jego praskiego okna, przed którym sama chętnie spędziłabym cały dzień, najlepiej jeszcze z wspomnianym w książce kotem-gejem na kolanach, choć może przez swoją orientacje, on wcale na moich kolanach nie chciałby leżeć. Nieważne. Ważne jest natomiast to, że Szczygieł napisał interesującą książkę na zupełnie nieinteresujący mnie temat, robiąc to w sposób zabawny, bo jak i inaczej pisać o Czechach. Nie rozpływam się jednak w zachwytach, nie szukam już, teraz, w tej chwili, z wypiekami na twarzy jego poprzednich książek. Choć jeśli któraś z nich znów sama wpadnie mi w ręce to na pewno z wielką przyjemnością ją przeczytam.

Ocena: 4/6

Strona autora.

Mariusz Szczygieł, Zrób sobie raj, Wołowiec, Wydawnictwo Czarne, 2010.

***

Podsumowań nie będzie, bo po pierwsze nie lubię, a po drugie jestem zbyt leniwa ;). W każdym razie wszystkim, którzy tu zaglądają życzę dobrej zabawy dziś wieczorem i dużo, dużo szczęścia w tym nadchodzącym Nowym Roku. Żeby Wam się wiodło i żebyście dotrzymali noworocznych postanowień, o!

wtorek, 26 października 2010

Nigdy nie miałam problemów z matematyką. Owszem, nie byłam geniuszem, nie posiadałam wyobraźni przestrzennej przez co geometria szła mi średnio, ale z działaniami, jeśli tylko odpowiednio je sobie rozpisałam nigdy się nie męczyłam. No właśnie, jeśli odpowiednio sobie rozpisałam. Daniel Tammet rozpisywać sobie nie musi, bo mnożenie przez siebie chociażby czterocyfrowych liczb czy podnoszenie do załóżmy piątej potęgi liczby dwucyfrowej nie stanowi dla niego żadnego wyzwania. Właściwie samym liczeniem nie musi się trudzić, bo wynik, w postaci odpowiednich kształtów i obrazów pojawia się po prostu w jego głowie. Niesamowite, prawda? Ale to nie wszystko, bo Daniel pobił także rekord wymieniając cyfry występujące w liczbie pi do 22 514 miejsca po przecinku, co zajęło mu zresztą kilka dobrych godzin, a na naukę nowego języka, zupełnie od podstaw wystarczy mu... tydzień. Tak na przykład nauczył się islandzkiego. Dodatkowo stworzył własny język.

Daniel Tammet jest również chory. Ma autyzm i zespół Aspargera, dodatkowo w dzieciństwie miewał ataki epilepsji, które mogły wpłynąć na jego obecne zdolności. Wiele czynności musi wykonywać regularnie, z tą samą częstotliwością, tyle samo razy, inaczej może wpaść w szał.

Urodziłem się pewnego błękitnego dnia to pamiętnik autora opisujący jego życie właściwie od chwili urodzin do momentu, w którym udało mu się osiągnąć sukces. Nie znajdziemy tu zaskakującej i wciągającej fabuły. Nie tego powinniśmy w tej książce szukać, bo choć zdarzenia w niej momentami mogą nam się wydać niezwykłe, to to nadal tylko pamiętnik, momentami nawet nudny i trudny w zrozumieniu. Bo dla mnie objaśnienia rozwiązania zadań matematycznych, mimo, że mam wrażenie, wytłumaczone zostały jak krowie na rowie dla mnie nadal były ciężkie i musiałabym mocno pokombinować, żeby je ogarnąć.

Urodziłem się pewnego błękitnego dnia to wspomnienia osoby, mogłoby się wydawać zupełnie odmiennej od nas, a jednak w wielu aspektach bardzo nas przypominających. Nas, ludzi zdrowych. Bo Daniel mimo swoich upośledzeń nadal jednak odczuwa te same lęki, doświadcza tych samych smutków i radości, choć nie zawsze jest w stanie jednoznacznie je określić i nie w każdej sytuacji potrafi się odnaleźć, a przystosowanie się do życia w społeczeństwie zajęło mu naprawdę dużo czasu i kosztowało wiele pracy i wysiłku.

Dodatkowo w książce znaleźć możemy również informacje na temat stanu badań nad ludzkim mózgiem, wiadomości o epilepsji i sławnych epileptykach, a także rzeczach, które osiągnęli być może właśnie za sprawą swojej choroby.

A na koniec miła niespodzianka dla miłośników kotów, bo wiem, że troszkę Was tu wchodzi - w książce znajdzie się również miejsce na koci wątek.

Ocena: 4,5/6

Daniel Tammet, Urodziłem się pewnego błękitnego dnia. Pamiętnik nadzwyczajnego umysłu z zespołem Aspargera, Wołowiec, Wydawnictwo Czarne, 2010.

sobota, 14 listopada 2009

To pierwsza książka, którą miałam zamiar przeczytać w ramach wyzwania Literatura na peryferiach. Niestety, poniosłam klęskę i poległam po pierwszej części. Biorąc pod uwagę to, książek, na różnych stosikach tu i tam, wciąż rośnie a czasu jakby ubywało, niestety tym bardziej szkoda mi go tracić na coś, co po przeczytaniu 150 stron nadal mnie nie wciągnęło.

Książka podzielona jest na dwie części, z czego pierwsza opowiada o życiu, a druga o życiu po śmierci, młodej, niedoświadczonej wampirzycy o imieniu Jerne. Mieszka ona w małym mieszkanku na poddaszu starej kamienicy w Budapeszcie. Dzieli je ze swoją wiecznie młodą i wiecznie nienasyconą babką, która niezmiennie stara się namówić wnuczkę do tego aby zaczęła się posilać ludzką krwią, co ma jej przynieść wieczną młodość i urodę. Jednak marzenia Jerne są inne, mianowicie chciałaby ona wydać swoją serię bajek o króliku Inicjatywie, które to usilnie pisze w trakcie przerw w pracy. A pracuje w nowopowstałym wydawnictwie Elektra i S-ka, w którym dyrektorem jest Norma-Elektra, a ową S-ką jej mąż Jeremak. Swoją drogą, z tego co wywnioskowałam Jerne ludzkiej, i z resztą nie tylko ludzkiej, krwi się po prostu brzydzi. Pojawia się też jej kolega ze szkoły, Sami… Ale właściwie, czy to ważne?

Zdecydowanie zraziłam się do literatury węgierskiej. Miało być inteligentnie  i zabawnie, a moim skromnym zdaniem wyszło mdło i nudno.

Niestety, nie polecam.

Ocena: 2/6

Tagi
Teksty umieszczone na stronie są mojego autorstwa,proszę o niekopiowanie ich bez mojej zgody!

Czytadełko
on Google+