Wpisy z tagiem: Musical

czwartek, 05 kwietnia 2012

Bobasy (2010) - reż. Thomas Balmes

Bobasy to film, o którym gdyby nie blogi, chyba bym nie usłyszała. Mogłabym więc odesłać Was tylko tu i tu i po sprawie, ale skoro już zaczęłam pisać, to pozwolę sobie dodać coś więcej ;)

Dokument opowiadający o jednym roku z życia czwórki maleńkich bohaterów jest po prostu czarujący. Mamy okazję obserwować Ponijao z Namibii, Marię z Tokio, Bayara z Mongolii oraz Hattie z San Francisco od momentu ich narodzin aż do ich pierwszych kroków. Przy okazji widzimy także bardzo wyraźnie różnice kulturowe między tymi krajami. Poczynając chociażby od zwykłej kąpieli, a kończąc na amerykańskiej trosce o dziecko i lęku przed śmiercią łóżeczkową i przeciwstawionej temu afrykańskiej dziewuszce, która śpi jak chce, chodzi gdzie chce, pije wodę prosto z rzeki i absolutnie nic się jej nie dzieje. Niezaprzeczalnie zachwyciły mnie te fragmenty, które przedstawiały właśnie obrazy z Namibii i Mongolii, zapewne dlatego, że są tak mi obce, tak niewyobrażalne właściwie. 

Ilość słodyczy wypływająca z ekranu jest wręcz zatrważająca, ale o dziwo nie mdli. Wręcz przeciwnie, patrzymy w ekran przez półtorej godziny, w ekran, na którym koniec końców niewiele się przecież dzieje. Wgapiamy się w obraz pozbawiony właściwie jakichkolwiek dialogów (poza kilkoma amerykańskimi, bo reszta, nawet jeśli się pojawia i tak zostaje nieprzetłumaczona), skupiony raczej na wesołym gaworzeniu czwórki brzdąców i jesteśmy absolutnie zauroczeni. Przynajmniej ja byłam, a ci, którzy mnie znają wiedzą dobrze, że za dziećmi nie przepadam, bo i nie mam z nimi za bardzo styczności (poza tą, gdy na ulicy mijam kobietę z wózkiem) i sama tej styczności na ogół nie szukam. Sam fakt więc, że ja siedząc i oglądając Bobasy byłam zachwycona, zasłodzona i zaczęłam myśleć nad tym, jak bardzo chciałabym takiego małego Murzynka (no co poradzić, to dzieciątko było akurat najsłodsze!) już o czymś świadczy. Polecam wszystkim: rodzicom, przyszłym rodzicom i tym, którzy rodzicami zostać absolutnie nie planowali. 

 

Mamma Mia! (2008) - reż. Phyllida Lloyd

Mamma Mia! cóż za cudowny film! I dlaczego ja tyle zwlekałam z jego oglądnięciem? Właściwie chcieliśmy na niego iść z M. już wtedy, gdy wchodził do kin, ale a to nie było czasu, a to pieniędzy, potem kilka razy planowaliśmy obejrzeć, ale tu znów, a to czasu brak, a to ochoty, odpowiedniego nastroju i w końcu się udało! A kiedy z głośników popłynęło I Have A Dream, wiedziałam już, że jestem absolutnie kupiona. 

Sophie jest dziewczyną wychowywaną samotnie przez matkę, nigdy nie poznała swego ojca, nigdy nawet nie dowiedziała się kim on jest. Znajdując więc przypadkiem pamiętnik matki i wyłuskując z niego trzech kandydatów na ojca postanawia zaprosić ich na własne wesele, licząc na to, że gdy zobaczy swego ojca z całą pewnością będzie wiedziała, że to właśnie on.

Meryl w roli Donny jak zwykle zachwyca (przecież nic w tym dziwnego), trójka jej dawnych, filmowych amantów: Harry Bright (Colin Firth), Sam Carmichael (Pierce Brosnan) oraz Bill (Stellan Skarsgård), tworzą dla niej doskonałe tło (no przepraszam, w obliczu Meryl blakną wszyscy po kolei), a Amanda Seyfried okazała się posiadaczką całkiem niezłego głosiku. 

Fabuła do najbardziej skomplikowanych zdecydowanie nie należy. Ale za to podczas oglądania można się pośmiać, można popłakać, a co najważniejsze można głośno śpiewać razem z bohaterami, bo większość kultowych piosenek ABBY znają chyba wszyscy. Polecam więc z całego serca.

sobota, 06 sierpnia 2011

Oooch, ależ mi się podobało. Uwielbiam takie filmy. Takie banalne, takie odprężające, ale jednocześnie posiadające tak niesamowitą oprawę, że najchętniej wgapiałabym się w ekran bez przerwy, pilnując jednocześnie, by z otwartej buzi nic nie wyciekało.

Ali (Christina Aguilera) to dziewczyna z małego miasteczka, która postanawia zmienić swoje życie, przeprowadzając się do wielkiego miasta. Schemat znany aż do bólu. Oczywiście całkiem przypadkiem trafia do klubu o wdzięcznej nazwie Burleska, gdzie początkowo zostaje zatrudniona jako kelnerka, by niedługo później zadziwić wszystkich niesamowitym głosem, przejąć rolę głównej gwiazdy wieczoru i uratować klub od zagłady.

Znajdzie się tu oczywiście również miejsce na wątki miłosne, bo czymże bez nich byłyby jakiekolwiek produkcje?

I może być schematycznie, może być przewidywalnie, ale nie oszukujmy się, w musicalach przecież nigdy nie chodzi o fabułę (która notabene także mi się podobała, bo ja takie lubię ;)). Kto w ogóle zwraca na nią uwagę? Tu się liczy taniec i śpiew, tu się liczą umiejętności aktorów, a te są niewątpliwie niesamowite. Głosy zarówno Cher, jak i Aguilery sprawiają, że dostaję gęsiej skórki. No i niestety sprawiają też, że zielenieje z zazdrości, zdając sobie doskonale sprawę z tego, że nawet M. nie może znieść mojego śpiewu podczas jazdy samochodem, ale to może pomińmy ;).

Film polecam z czystym sumieniem. Jest miły i przyjemny, idealny do oglądania i do słuchania. Wielokrotnego zresztą, bo jestem pewna, że w niedalekiej przyszłości chętnie go sobie powtórzę. A póki co, zasłuchuję się w soundtracku.

Ocena: 5,5/6

Tagi
Teksty umieszczone na stronie są mojego autorstwa,proszę o niekopiowanie ich bez mojej zgody!

Czytadełko
on Google+