Wpisy z tagiem: Wydawnictwo Literackie

niedziela, 08 stycznia 2012

Kilka lat temu czytałam Dziewczynkę w czerwonym płaszczyku. Zrobiła na mnie ogromne wrażenie, ale na tym moja znajomość z twórczością Ligockiej się zakończyła. Aż do teraz. 

Księżyc nad Taorminą to zbiór felietonów. Większość z nich ukazała się wcześniej w magazynie Pani, tylko trzy z nich zostały napisane specjalne na potrzeby tego zbioru.

To migawki z życia nie tylko autorki, ale i ludzi, których spotyka, czasem zupełnie przypadkiem. Obrazek z hotelu tak łatwego do opuszczenia. Chwile spędzone na lotniskach. Różnice i podobieństwa wyłapywane mimochodem podczas pobytów w innych krajach. Przypadkowe spotkania w pociągu. 

To utwory przepełnione tęsknotą do miłości i własnego miejsca, wspomnieniami i walką o marzenia poukładane na półeczkach, te ważne i mniej ważne, a także te, które już nie mają prawa się spełnić. To pochwała codzienności, ukłon w stronę każdego pojedynczego dnia, który jest zupełnie inny niż poprzedni i następny, a przez to zupełnie wyjątkowy. 

Najbardziej ujęło mnie Łóżeczko, historia pana Piotra, pianisty, który przez dziesięć miesięcy miał pod swoją opieką dziecko, zostawione mu zupełnie przypadkiem, bez uprzedzenia. Zresztą pozwolę sobie odesłać Was do całości tekstu, którą znajdziecie tutaj.  

Dla mnie to taka książka pełna sprzeczności. Z jednej strony skupiająca się na motywie podróży, ale w żadnym wypadku nie podróżnicza. Bardzo osobista, ale jednocześnie nie pozwalająca wkroczyć nadto w intymność pisarki. 

Roma Ligocka, Księżyc nad Taorminą, Kraków, Wydawnictwo Literackie 2011.

środa, 14 grudnia 2011

Przez kilka ostatnich dni miałam okazję, wygodnie rozłożona na kanapie przysłuchiwać się niezwykle ciekawej rozmowie, jaką swego czasu Katarzyna Grochola przeprowadziła ze swoim przyjacielem - znanym psychologiem Andrzejem Wiśniewskim. Rozmowie poświęconej związkom międzyludzkim, jakkolwiek banalnie i nudnie mogłoby to brzmieć. W końcu ile można o miłości, małżeństwie, zdradach? Ano można dużo. I, co szczególnie podkreślam, interesująco, bo rozmowa ta, jak się okazuje, nie jest całkiem oderwana od rzeczywistości, a odwołuję się do tych gier i zabaw, które sami z zamiłowaniem uprawiamy na co dzień...

K: A ty jesteś zazdrosny o żonę?

A: Tak. Mam bardzo ładną żonę.

K: A jakbyś miał brzydką żonę, to też byłbyś zazdrosny?

A: Też , bo dla mnie byłaby bardzo ładna.*

W jaki sposób wybieramy partnera, z którym chcemy spędzić resztę życia? Czym się kierujemy? Co nas pcha ku tej jednej osobie, choć dla innych może wydawać się wyjątkowo nieatrakcyjna? Kto najczęściej przybiera w związku rolę powoju, a kto ściany? Dlaczego mąż postanawia odpłynąć w ramiona kochanki skoro żona stara się najlepiej jak potrafi? Czy związek bez kłótni jest jeszcze prawdziwym związkiem? Czy strzelanie fochów przynosi korzyści, a chwalenie partnera w ogóle się opłaca? I przede wszystkim: co zrobić, by związek wydający nam się tym na zawsze faktycznie takim pozostał? 

K: Kolega opowiedział mi kiedyś, że zna kogoś, komu niepracująca zawodowo żona chowała trójkę dzieci. Po dwudziestu latach małżeństwa zaproponował wspólną wycieczkę dookoła świata i ona powiedziała: No, nie, bo zabraknie na szkołę, na to, na tamto. A on wtedy: To weź też swoje pieniądze. Zapytała: Ale jakie pieniądze? A on: Przecież od dwudziestu lat część swoich zarobków wpłacałem na twoje konto, bo ty ciężko pracowałaś, wychowując nasze dzieci. I okazało się, że rzeczywiście tak robił, a kiedyś nawet o tym wspomniał, lecz to jakoś do niej nie dotarło.*

Te i kilka innych kwestii starają się rozjaśnić Grochola i Wiśniewski, on odpowiadając najlepiej jak umie, ona zadając pytania dokładnie w taki sposób, w jaki sami chcielibyśmy je zadać. Obydwoje zaś robią to często w sposób zabawny i nieprzesadzony, bez zbędnego filozofowania. To nie jest żaden poradnik, żaden zbiór zasad jakimi powinniśmy się kierować chcąc stworzyć coś prawdziwego. To zwykła rozmowa dwójki przyjaciół, w której przywołują oni często sytuacje, które mogłyby zdarzyć się również naszym znajomym, czy nawet nam samym. To rozmowa której przyjemnie się słucha.

Katarzyna Grochola, Andrzej Wiśniewski, Gry i zabawy małżeńskie i pozamałżeńskie, Kraków, Wydawnictwo Literackie 2011.

*s. 20.

*s. 28.

piątek, 04 listopada 2011

Spotykają się przy barze, spędzają ze sobą trzy godziny, wieczór, noc. Nad ranem ona znika, według wcześniej obmyślonego planu. 

Zuzanna to młoda kobieta pogrążona w samotności po śmierci ukochanego męża. Kilka razy w roku pozwala sobie jednak na niezobowiązujące noce spędzone z mężczyznami wybranymi na chybił trafił, ot, po to tylko by zaspokoić własne pragnienia. Paweł okazuje się dla niej kimś więcej... 

Właśnie, Paweł. Młody mężczyzna, z zawodu informatyk, również zmagający się z samotnością, również ciągnący za sobą widmo przeszłości. Zafascynowany numerologią i tracący głowę dla Zuzanny.

Niestety, już tu nastąpił pierwszy zgrzyt. Ten dziwny plan Zuzanny, w którym, mimo tego, że coś tam zaiskrzyło, postanawia wytrwać do końca i uciec nad ranem jakby nie istniała, jakby nic się nie stało. Postanowiłam jednak przymknąć oko, skupić się na emocjach bohaterów, na ich wątpliwościach, na tym, co mam wrażenie, jest w tej książce najważniejsze. 

Wszystko w najnowszej powieści Fox toczy się niespiesznie, powoli, o jakiejkolwiek akcji możemy właściwie zapomnieć już na samym początku. Ja tłumaczyć to sobie zaczęłam tak, że Zuzanna nie istnieje nie jest książką do gonienia za sensacją, ale taką do rozsmakowywania się w języku, bardzo poetyckim zresztą...

I o ile na początku zachłysnęłam się tą zmysłowością, poetyckością i niespieszną akcją, o tyle w końcu zaczęło mnie to nudzić i nim się spostrzegłam zaczęłam nad książka po prostu ziewać, wiedząc doskonale jakie zakończenie zaserwuje nam autorka. Ze strony na stronę obydwoje bohaterowie coraz bardziej mnie drażnili. Zarówno Paweł, jak i Zuzanna są tacy bezbarwni, tacy jednowymiarowi. Obydwoje samotni, obydwoje po bolesnych przejściach i obydwoje obrzydliwie wręcz dobrzy... Jedyną postacią, która dla mnie znacznie się tu wybija jest Alicja, narzeczona Pawła. Jej depresja, jej rozchwianie emocjonalne bardzo szybko stało się dla mnie najciekawszym aspektem książki i aż zaczęłam żałować, że nie ona stała się główną bohaterką, bo może wtedy cała powieść nabrałaby więcej kolorów.

Całkiem możliwe, że na mój odbiór książki wpłynęła odrobinka sceptycyzmy wsączająca się tu i ówdzie. Może to wszystko wypadłoby dużo lepiej, gdyby cała akcja była bardziej rozciągnięta w czasie. Pewnie wyjdę teraz na starą ciotkę klotkę, ale ciężko mi uwierzyć w miłość na całe życie, która rodzi się po spędzonych wspólnie kilku godzinach. Nie wierzę, że po tak krótkim czasie, ktoś może stać się dla nas wszystkim, czy też całym życiem. Ja wierzę w tę miłość, która potrzebuje czasu, która potrzebuje poznania nie tylko zalet, ale i wad partnera, poznania go z każdej możliwej, nawet najgorszej strony, i zaakceptowania także jej. Szkoda, że Fox wielką miłość sprowadziła do jednej, upojnej nocy spędzonej z kimś przypadkowym...

Marta Fox, Zuzanna nie istnieje, Kraków, Wydawnictwo Literackie 2011.

środa, 10 sierpnia 2011

Możemy się zapierać i zaprzeczać, że do przesądnych ludzi z pewnością nie należymy. Możemy nie wierzyć, że czarny kot albo zjedzenie cytryny przed przedstawieniem przynosi pecha, ale prawda jest taka, że przesądy towarzyszą nam na co dzień. Choć często nie zdajemy sobie z tego sprawy. Ile razy zdarzyło nam się życzyć zdrowia kichającemu albo upominać dziecko za wskazanie kogoś palcem? No właśnie…

Przesądy są obecne w naszym życiu od dawna. Niektóre pojawiły się już w starożytności, inne w średniowieczu, wiele wprowadzono w życie dopiero w XIX wieku. Harry Oliver zebrał je wszystkie (albo przynajmniej sporą większość), pogrupować w obrębie 22 rozdziałów i spróbował wyjaśnić okoliczności ich powstania.

Możemy się więc dowiedzieć, że ziemniaki mogą wyleczyć reumatyzm, zakładając oczywiście, że są wystarczająco młode, dodawanie trzech włosów osła do kanapki przygotowanej dla dziecka miało przepędzić chorobę, a łapka kreta w założeniu przynosiła właścicielowi szczęście, ale tylko jeśli odcięta została na żywca. Okazuje się też, że dziewica może przejść przez rój pszczół, a ze względu na jej czystość na pewno nie zostanie użądlona, skrzyżowania są niebezpieczne ze względu na duchy samobójców tam krążące, a upuszczenie sztućców zapowiada wizytę kobiety, mężczyzny lub dziecka w zależności od tego czy spadnie nam widelec, nóż czy też łyżka.

Niektóre z przesądów wywołują głośne wybuchy śmiechu (kto by w to uwierzył?), inne przyprawiają o gęsią skórkę (a jeśli to prawda). Niektóre są nam doskonale znane, o innych z szeroko otwartymi oczami z pewnością przeczytamy po raz pierwszy, ale niewątpliwie wszystkie są warte poznania.

Ocena: 4/6

Harry Oliver, Czarne koty i prima aprilis. Skąd się wzięły przesądy w naszym życiu, Kraków, Wydawnictwo Literackie 2011.

niedziela, 17 lipca 2011

Zawsze zadziwia mnie to jak wiele osób odmawia Grocholi posiadania jakiegokolwiek talentu. I są to w większości osoby, które do jej książek nawet nie zajrzały. Ok, ja też przeczytałam dotąd tylko dwie (łącznie z Makatką). Ale, żeby napisać ksiażki, z których powstaną znane i lubiane hity filmowe, żeby zapoczątkować pewien nurt literacki, żeby być w jakiś sposób przykładem dla kolejnych pokoleń pisarek, to chyba smykałkę do pisania trzeba mieć? No bo skoro Grochola zupełnym beztalenciem jest to dlaczego jest jednocześnie jedną z najpopularniejszych polskich pisarek?

Ale ja przecież nie o Grocholi miałam, a o jej najnowszej książce. Napisanej wspólnie z córką zresztą, która to córka powinna się poważnie zastanowić nad napisaniem własnej książki, zupełnie samodzielnie, bo mam wrażenie, że z klawiaturą radzi sobie nawet lepiej niż jej Matka. 

Makatka to zbiór felietonów pogrupowanych w obrębie dwanastu części, z których każda stanowi jeden miesiąc. Jeden miesiąc roku Matki i Córki, który to rok zaczyna się od września. To spojrzenie na różne sprawy z różnych punktów widzenia, ale też z perspektywy czasu. Mamy więc teksty na temat fejsbuka, tragedii smoleńskiej, zbliżającego się końca świata, tańca z gwiazdami, Świąt Bożego Narodzenia, ferii, zdrad, związków, rozstań słusznych i niesłusznych, przyjaciół i znajomych. Ale nie tylko, bo obydwie kobiety często odchodzą od tematów przewodnich na każdy miesiąc (jak je sobie na potrzeby własne nazwałam), pisząc o tym co im się akurat przypomni albo przemycając zabawne historie z życia swojego i najbliższych. 

Gdzieś znalazłam opinię jakoby Makatka była takim tam zwykłym babskim gadaniem. I ja się z tym zgadzam. Mało tego, to w większości gadanie o zwykłych, codziennych rzeczach, o których przecież każdy z nas mógłby spokojnie napisać. Ale myślę, że już niewielu z nas potrafiłoby to zrobić z tak dużym humorem i dystansem do pewnych spraw. I dlatego właśnie uważam, że Makatka to dobra książka, naprawdę. A poza sporą dawką humoru i zdrowym rozsądkiem, pełna jest takiej zwyklej, najzwyklejszej, bezinteresownej miłości. I to się czuje. Niemal na każdej stronie.

Ocena: 4/6

Katarzyna Grochola, Dorota Szelągowska, Makatka, Kraków, Wydawnictwo Literackie 2011.

wtorek, 31 maja 2011

Pewnie nigdy nie sięgnęłabym po Zbliżenia, możliwe, że nawet nie zwróciłabym na nie uwagi, wszak do fanek Wiśniewskiego raczej ciężko mnie zaliczyć. Ale sięgnęłam. Tylko dlatego, że pewnego razu odbierając bilety do kina okazało się, że zostało nam kilkanaście minut do rozpoczęcia seansu, za to ani krzty ochoty na bezsensowne chodzenie po sklepach. Skierowaliśmy więc kroki w stronę księgarni. M. wziął coś do przeglądnięcia, a ja złapałam za najnowszą wtedy książkę Wiśniewskiego. Była na tyle niewielka, że sądziłam, że zdążę całą przeczytać. Niestety czas się nieco skurczył, książkę odłożyłam w połowie, uznając, że szkoda mi pieniędzy na coś czego dokończenie zajmie mi nie więcej niż pół godziny i z obietnicą, że wypożyczę ją z biblioteki, żeby dokończyć. Jednak albo nie było czasu, albo była wypożyczone i tak mijał miesiąc za miesiącem, aż w końcu zapomniałam. I przypomniałam sobie dopiero niedawno, sama nawet nie wiem dlaczego.

Zbliżenia o zbiór opowieści o ludziach, których autor spotkał, z którymi rozmawiał. Albo o ludziach, których mógł spotkać i z którymi mógł rozmawiać. Albo o ludziach, których mógł spotkać każdy z nas. Albo jeszcze inaczej… To opowieści, w których każdy może zobaczyć własne odbicie.

Wielu ludzi wkracza w nasze życie zupełnie przypadkowo. Niektórzy pojawiają się na kilka dni, inni niekiedy nawet tylko na kilka godzin. Nieliczni pozostają z nami na zawsze.*

Mamy więc kobietę sprzedająca samochody we Frankfurcie, która marzy o założeniu kawiarnio-kwiaciarni, w której można będzie zatopić się w ulubionej lekturze, która marzy o prawdziwej miłości. Mamy mężczyznę wspominającego kobiety, które kochał, odnajdującego je w zakamarkach pamięci. Kobietę, która czerpie radość z seksu, tylko gdy nie pozostaje w żadnym stałym związku. Kolejarza, który obwinia się za śmierć pięciu osób, bo rzuciły się pod pociąg, który właśnie prowadził. Matkę, która zabrała syna od ojca, zwalając na niego niesłusznie całą winę. Ojca opiekujący się nowonarodzoną córeczką, pragnącego wrócić do znienawidzonej pracy, będącej dla niego jakimkolwiek objawem normalności. I ojca, który płacze nad walizkami dorosłej już córki, układającej sobie własne życie. Jest tu też młoda kobieta - Masza. A właściwie była, bo zginęła w wypadku motocyklowym jadąc z człowiekiem, którego nawet nie kochała. Jest wiele innych osób, a każda na swój sposób wyjątkowa. Każda mająca coś do powiedzenia.

To historie przepełnione wielką tęsknotą. Za miłością, za szczęściem, za przeszłością, za kimś bliskim, za normalnością, za tym co minęło i nigdy nie ma prawa wrócić. Część z nich zachwyca, robi piorunujące wrażenie, sprawia, że książkę po prostu trzeba zamknąć. Żeby odetchnąć, żeby pomyśleć, żeby się jakoś ogarnąć i otrzeć łzy. Ale jest też niestety część, która cały ten niesamowity odbiór psuje. Część, którą najchętniej bym wywaliła. Część, która sprawiła, że byłam wściekła na autora, zupełnie nierozumiejąc jakim prawem pomieszał utwory tak dobre z tak kiepskimi. Szkoda. Może przy zbiorach, czy to opowiadań, czy felietonów, wywiadów, wierszy, czegokolwiek innego jest to jednak nieuniknione.

Ocena: 4/6

Janusz Leon Wiśniewski, Zbliżenia, Kraków, Wydawnictwo Literackie 2010.

*Tamże, s. 19.

sobota, 19 lutego 2011

Ile bym dała, żeby moja psinka choć raz zechciała do mnie przemówić. Żeby przynajmniej poinformowała czy jest jej u nas dobrze czy może chciała by coś zmienić, czy coś zrobiliśmy kiedyś nie tak. I tak co Wigilię czekam sobie grzecznie, ponoć to ten wieczór kiedy i zwierzęta mówią ludzkim głosem, a ta jak nigdy nic, zawsze idzie po prostu spać. Jednak nigdy nie wątpiłam w to, że świadomość posiada i rozumie to co do niej mówię. Pewnie i jakieś zdanie na temat mój i moich rodziców posiada. Oby tylko zdanie to nie pokrywało się ze zdaniem Bolka na temat jego pierwszych właścicieli, bo oni zdecydowanie do najlepszych ludzi nie należeli. I o ile pana dało się jeszcze przeżyć, bo dawał jedzenie, a czasem i posmyrał za uchem, może nieświadomie, ale jednak, o tyle o pańci już nic miłego powiedzieć nie można, bo to właśnie ona przyczyniła się do wykopania Bolka z domu. Jednak, jak to mówią, nie ma tego złego co na dobre by nie wyszło i na swój sposób rezolutny jamnik winien był swej pańci wdzięczność, bo tylko i wyłącznie dzięki niej miał okazję trafić do Irmy. A tam czekał go prawdziwy psi raj, bo Irma, choć sama w życiu łatwo nie miała okazała się kobietą o złotym sercu.

Sumińska przedstawia nam wszystkie myśli Bolka, opisuje jego relacje z innymi zwierzętami zamieszkałymi u starszej pani i przeprowadza wnikliwą obserwacje zachowań ludzi, których jamnik w swoim życiu spotyka. A ludzie są różni, ich zachowania okazują się czasem śmieszne, czasem przerażające, czasem zupełnie zwyczajne. W większości jednak ze spostrzeżeniami Bolka trudno się nie zgodzić i aż głupio człowiekowi przyznać, że czasem i on sam się takich zachowań dopuszcza.

Jakby mimochodem Sumińska wplata w to wszystko historię Irmy. Tego wszystkiego co doprowadziło ją do punktu, w którym właśnie się znajduje, jej okrytego dotąd tajemnicą pochodzenia, jej życia podczas wojny, jej pierwszej wielkiej miłości. Z wyjątkowym naciskiem na to ostatnie, bo choć Władek już dawno opuścił ziemski padół to jednak w życiu codziennym Bolka staje się dość częstym gościem. W jakim celu przychodzi? O tym nie pisnę ani słówka, a jeśli jesteście ciekawi to możecie sami sprawdzić, bo w gruncie rzeczy to dość przyjemna lektura. Tyle tylko, że mi wyjątkowo nie przypadł mi do gustu sam styl autorki. Wiem, że cała książka miała być stylizowana na wypowiedzi psa, który zresztą wzbudził całe mnóstwo mojej sympatii, tyle że momentami cała opowieść wydała mi się zbyt słodka i dość głupiutka. Zaroiło się tu od typowych scen do śmiechu i do płaczu, które, ku własnemu zdziwieniu, mnie zupełnie nie ruszyły, bo przeszły jakoś tak szybko i niezauważalnie.

Po książki o zwierzętach lub pisane z ich punktu widzenia nadal będę sięgać z przyjemnością, Fluke na zawsze pozostanie jednym z moich ulubionych filmów, przy którym, nawet znając go niemalże na pamięć, zawsze będę płakać, ale po książki Sumińskiej z pewnością już nie wrócę, a i dwa razy się zastanowię czy po inne pozycje sięgnąć.

***

A tu mój własny rudy skarb co się Sonią zwie ;):

Ocena: 3,5/6

Dorota Sumińska, Świat według psa. Opowieść jamnika Bolka, Kraków, Wydawnictwo Literackie 2010.

sobota, 12 lutego 2011

Ewa to trzydziestodwulatka, rozwódka, kobieta po przejściach, która marzy o własnym białym, spokojnym domku na skraju lasu, szczęśliwej rodzinie, która co roku w czasie Wigilii zbierałaby się w tym właśnie domku, dwóch albo trzech aniołkach, które by po nim biegały z wiecznym, wesołym krzykiem na ustach i kochającym mężczyźnie, na którego silnym ramieniu mogłaby się oprzeć, gdy nie będzie miała sił, by zrobić cokolwiek innego. I nagle wszystko się spełnia, jakby za dotknięciem magicznej różdżki. Choć może to nie różdżka, może to tylko komputerowe kości. Faktem jednak jest, że Ewa znajduje swój wymarzony domek, trochę zniszczony, trochę potrzebujący odświeżenia, ale wszystko przecież da się zrobić. Wystarczy trochę funduszy, może nawet trochę więcej funduszy, których Ewa nie ma i nie za bardzo ma je skąd wytrzasnąć, bo bank przecież pożyczki bezrobotnej kobiecie nie udzieli, a przyjaciele mają dość pożyczania, że o ojczymie, który własną pożyczkę dawno powinien Ewuni oddać nawet nie chce się wspominać. Tu z pomocą przychodzi Andrzejek, w którym to nasza bohaterka potajemnie (czy aby na pewno?) się kocha, od dawien dawna zresztą, może właściwie od zawsze, a który zgadza się na wyłożenie potrzebnej gotówki pod jednym warunkiem. Ewunia musi te pieniądze odrobić. Jak? Wystarczy, że poprowadzi wydawnictwo, które przyjaciel miał od dawna w planach i w ciągu trzech miesięcy wyda bestseller. Cóż, w tym momencie niemożliwe staje się możliwym, a spełnione marzenia zaczynają się mnożyć w zatrważającym tempie.

I ja sobie tak teraz myślę co też Ta Michalak ze mną nawyczyniała, w ciągu kilku dni! Żebym tak przechodziła od histerycznego płaczu do gromkiego śmiechu? Śmiała się ze łzami w oczach? Parskała i prychała, gdy mój M. już wystarczająco często zerka na mnie jak na idiotkę? I żebym tak chwili odpoczynku, ja,  biedna czytelniczka nie miała, pięciu minut na złapanie oddechu, bo to się przecież w końcu zapowietrzyć można, albo od tego kwilenia albo od rechotania. Bo jak się nie śmiać przy tych wszystkich pomysłach Ewy? Przy jej roztargnieniu i szaleństwie. Jak się nie śmiać, gdy do wydawnictwa napływają te wszystkie propozycje potencjalnych… bestsellerów? Z drugiej strony jak nie uronić ani jednej łzy, gdy młoda dziewczyna traci całą radość życia, zostaje wyniszczona przez śmiertelną chorobę i niewiadomo czy ktokolwiek zdąży jej pomóc na czas. Nie, nie narzekam na ten brak spokoju, na tę łatwość i szybkość, z jaką autorka dorzuca nam kolejnych wrażeń. Nie marudzę, absolutnie, jakbym śmiała. Tym bardziej, że podobało mi się, nawet bardzo, mam wrażenie nawet, że trafiło w idealny czas, w te dni kiedy musiałam się na chwilę oderwać od wszystkiego co się wokół działo, a poprzedni tydzień do najlepszych nie należał, oj nie.

I można by narzekać, że schematycznie, że słodko, że mdło, że zbyt idealnie, że niedobrze się robi od całego tego cukru, że można by go choć słodzikiem zastąpić. Można, tylko po co? Ja lubię cukier, i wierzę w to, że po złym czasie musi nadejść ten dobry, że w życiu musi być zachowana równowaga, i lubię takie historie, są mi one potrzebne, muszę się czasem napchać tymi wszystkimi słodkościami, by móc normalnie funkcjonować. Te opowieści sprawiają, że cieplej robi się na sercu, dodają człowiekowi trochę nadziei i wiary w to, że nie tylko złe rzeczy jeszcze nas w życiu mogą spotkać i że gdzieś tam czeka nasza własna Poziomka.

Dla kogo to książka? Dla kucharek, a jakże! I ja te książki dla kucharek czytać mogę bez przerwy, choć z samym gotowaniem mogłoby już być odrobinę gorzej…

Ocena: 5/6

Strona autorki.

Katarzyna Michalak, Rok w Poziomce, Kraków, Wydawnictwo Literackie, 2010.

 
1 , 2
Tagi
Teksty umieszczone na stronie są mojego autorstwa,proszę o niekopiowanie ich bez mojej zgody!

Czytadełko
on Google+