Wpisy z tagiem: Fabryka Słów
poniedziałek, 17 października 2011
Każda kobieta powinna od czasu do czasu zobaczyć, że ktoś jest dla niej zdolny do wariackich postępków.* Wziąć sobie za żonę wiedźmę, pff, też mi sztuka. Każdy facet jest na to narażony. Ja, choć do żony mi daleko, już nie raz usłyszałam od mojego M. urocze: Ty wiedźmo, czasem z miłym dodatkiem w postaci oskarżenia o rzucanie klątw różnorakich. Niestety, do Bielaninowej wiedźmy mi daleko. Niestety, bo ona jest prawdziwa. I niestety, bo moje garnki same się nie zmywają, a obiad sam się nie podaje do stołu. Ale też przy okazji nie znikam z łóżka w środku nocy i nie wracam do niego śmierdząca brudnym psem. To na pewno plus, zwłaszcza, że któregoś razu mogłabym nie wrócić. Tak jak nie wraca Natasza, gdy Siergiej w przypływie złości/nieostrożności/głupoty (niepotrzebne skreślić) wrzuca do ognia znalezioną na jej ubraniu sierść. Dlaczego zniknęła? Nie wiadomo. Jak ją odzyskać? Nie wiadomo. Wiadomo za to, że błąka się gdzieś w jednym z kilkunastu równoległych światów, w których historia niejednokrotnie zmienia swój bieg i wszystko może się jeszcze zdarzyć. W którym? No cóż... Nie wiadomo. Tak więc, chcąc - nie chcąc, będzie Sieriożka biegał po tych światach równoległych z aniołem pod prawą, i diabłem po lewą pachą. A to zawita do średniowiecznej Hiszpanii, a to do światu Asgardu, zahaczając też o świat wypełniony magią do granic możliwości. A w tej wiecznej bieganinie zmuszony będzie do walki z Puszczykiem, niespełna rozumu przemieńcem, który ubzdurał sobie, że Natasza należy się jemu. Moim sercem zawładnął oczywiście Ancyfer i Farmazon, z naciskiem na tego drugiego. Wprowadzanie przez autorów postaci diabłów i aniołów, wiecznie ze sobą walczących, wiecznie się ze sobą kłócących i traktowanie tego wszystkiego z humorem i odpowiednim dystansem jest dla mnie ogromnym plusem. Podobało mi się to u Sadowa, podoba i u Bielanina, i chyba u Bielanina nawet bardziej, bo tu się te ich cechy wymieniają tak zgrabnie, że tworzy się istna mieszanka wybuchowa, gdy anioł szykuje się do bójki, a diabeł nadstawia mu drugi policzek... Ok, z tym drugim policzkiem bez przesady, ale fakt faktem, że momentami można się pogubić w tym, który z nich jest tą jasną, a który ciemną stroną duszy Sierożki. Pozostając jeszcze przy temacie postaci: wielkie brawa za wprowadzenie uroczego chińskiego smoka Bot Siu, który wśród wrogów sieje pogrom, a dla przyjaciół jest tak słodki i uroczy, że aż cukier z niego ścieka. To zestawienie jego wielkości, siły i umiejętności z jednoczesną miłością do poezji i brakiem jakiejkolwiek poprawności językowej w tym co mówi sprawa, że wyobraziłam go sobie jako takiego kochanego, puchatego smoczka, do którego od pierwszych chwil chciałoby się przytulić. Dużą wagę Bielanin przywiązuje do poezji, której nadaje wręcz magiczną moc. Właśnie poezja jest tu największą bronią Sierożki, dzięki której radzi sobie z olbrzymami zamieszkałymi Jotunheim czy stadem wściekłych wilków. I o ile fanką samej poezji nie jestem, na ogół jej nie doceniam, rzadko kiedy rozumiem, o tyle w magię słowa wierzę bardzo mocno. I choć wypowiadając pewne słowa na głos nie sprawimy, że nagle wokół nas pojawi się grupa przyjaciół gotowych nas wesprzeć, to są słowa, które potrafią zmienić bieg wydarzeń, które potrafią nam pomóc lub nas pogrążyć. W Mojej żonie wiedźmie wszystko dzieje się szybko, akcja nie zwalnia ani na minutę, za to autor wydaje się być niekończącą się kopalnią nowych, zaskakujących pomysłów, które dodatkowo urozmaica przez liczne odniesienia do historii czy mitologii. A cała historia doprawiona jest taką dawką dobrego humoru, że nie sposób choć raz przy lekturze nie wybuchnąć śmiechem. Kolejne spotkanie z rosyjską fantastyką uważam za bardzo udane, na pewno spotkamy się jeszcze nie raz. Andriej Bielanin, Moja żona wiedźma, Lublin, Fabryka Słów 2009. *Tamże, s. 453.
niedziela, 18 września 2011
Tym razem Harper i Tolliver lądują w Doraville, małym prowincjonalnym miasteczku położonym w górach. Tam po raz pierwszy Harper musi odszukać ofiary seryjnego mordercy, po raz pierwszy dostaje zadanie odszukania kilku ciał naraz. Dokładnie sześciu. A jak się wkrótce okazuje znajduje ich nawet odrobinę więcej. W międzyczasie, jakby obok, ale idąc tym samym torem, rozwija się na naszych oczach również wątek miłosny. W tej części Harris serwuje nam kilka scen łóżkowych, nad którymi niektórzy mogliby kręcić nosem. No cóż, niezbyt subtelnie jej to wszystko wychodzi, ale ja kręcić nosem nie będę, bo raz, że tych scen aż tak wiele nie było, a dwa - widziałam gorsze opisy seksualnych ekscesów. Tak więc ja przymykam oko. A zresztą cieszę się, że wszystko wyszło jak wyszło, bo przy czytaniu dwóch pierwszych części przecież tylko czekałam na taki właśnie rozwój wypadków. Autorka nie zapomina zadbać o nowych czytelników, którzy zdecydują się zacząć przygodę od tej własnie części. Właściwie w każdej książce z osobna przypomina nam kluczowe kwestie, takie jak porażenie piorunem, czy wspomnienia o rodzinnym domu. Dla stałych czytelników to może być chyba denerwujące, gdy czyta się całość serii za jednym zamachem, jednak przy dłuższych przerwach między tomami nie przeszkadza aż tak bardzo. Tak jak poprzednio, tak i tu akcja rozwija się dość szybko, jak dla mnie na tyle szybko, że od Lodowego grobu ciężko było mi się oderwać. Miłośnikom kryminałów lubujących się w skomplikowanych sprawach książek Harris jednak nie polecam. Tak jak w poprzednich częściach, tak i tutaj, dość szybko wpadamy na możliwe zakończenie, rozwiązanie nasuwa się właściwie samo i czytamy raczej tylko dla potwierdzenia własnych teorii niż żeby na kilku ostatnich stronach otworzyć szeroko oczy ze zdziwienia. Ale mnie to nie przeszkadza. Dla mnie cała ta seria stanowi po prostu doskonały sposób na chwilę dobrej rozrywki. A przecież wiecie jak bardzo ją sobie cenię. Charlaine Harris, Lodowaty grób, Lublin, Fabryka Słów 2010.
niedziela, 28 sierpnia 2011
Na ulicach Pragi zaczynają się dziać dziwne rzeczy, zostają znalezione zwłoki dwóch prostytutek i bezdomnego, na szyjach mają ślady po ugryzieniach. Robota młodych, nowonarodzonych wampirów czy wojny starych wyjadaczy? Ber, policjant-niedźwiedziołak zwraca się z prośbą o pomoc do Kristiny Salo, wampirzycy wychowanej na ulicy, Dziecka Dnia i głównej bohaterki powieści, której będziemy towarzyszyć przez całe śledztwo. U Neomillner wampiry są na wskroś… wampirze. To uciekające przed słońcem krwiożercze bestie, nie żadne tam ulizane, grzeczne stworzonka błyszczące w pełnym słońcu. Na ludzi patrzą z pogardą, a jeśli już powstrzymują się przed zaspokojeniem własnych pragnień to raczej w powodu okoliczności (ciężko byłoby strażnikom nie zauważyć, że ktoś nie wyssał krwi ze spokojnie śpiącej współwięźniarki, prawda?) niż z jakichkolwiek przejawów ludzkich odczuć, że już o litości nie wspomnę… I w tym gronie tylko główna bohaterka jakoś się wyróżnia. Ze względu na to, że jej przemiana nie przebiegła zgodnie z planem może spacerować za dnia, a czasem nawet zjeść coś normalnego, choć niekoniecznie jej to smakuje. Mimo tego, że stała się Dzieckiem Dnia do człowieka nadal jej daleko, krew najbardziej lubi na ciepło, a najlepiej gdy może ją wyssać z jakiegoś młodego ciałka, wcześniej… ekhm, powiedzmy odpowiednio wykorzystanego. Świetne są te postacie czeskiej autorki, tym bardziej, że nie ograniczyła się ona tylko do wampirów. Świetna jest Praga przez nią przedstawiona, która okazuje się miastem pełnym ciemnych zakamarków, podejrzanych barów, brudu i zdezelowanych ludzi, pełnym willi ożywających tylko nocą*. Dodatkowo plusem stał się dla mnie język: prosty, potoczny, pełen wulgaryzmów, które akurat w tą powieść doskonale się wpasowują. Tak więc akcja przebiega w zatrważającym tempie, trup ściele się gęsto, a Neomillner nie daje się czytelnikowi nudzić nawet przez chwilę. Mam ogromną nadzieję, że i w Polsce doczekamy się wydania kolejnych części cyklu. Niecierpliwie na nie czekam. Petra Neomillner, Słodka jak krew, Lublin, Fabryka Słów 2009. *Tekst z okładki.
sobota, 20 sierpnia 2011
Flossia Naren to mag-justycjariusz, mag niezależny, czy też, bardziej po naszemu, mag śledczy. Jest cholernie dobra, o czym świadczy chociażby zaufanie samego króla czy fakt, że podawane przez nią rozwiązania nigdy nie są poddawane w wątpliwość. Przy okazji jej usługi są też cholernie drogie, co wynika oczywiście z tej pierwszej cechy. Jest też dość oschła, cyniczna, ironiczna i niezbyt sympatyczna, co właściwie też można tłumaczyć jej profesjonalizmem. W końcu przy tak dobrym zmyśle obserwacji, umiejętności wyciągania prawidłowych wniosków i rozwiązywania spraw niedorozwiązania może sobie pozwolić na taką arogancje. Zwłaszcza, że jak się okazuje jest ona raczej na pokaz, bo w głębi serca Flossia jest magiem całkiem ludzkim. Swoją drogą co by nie mówić w porównaniu ze swoim dziadkiem wypada nadzwyczaj miło. Każdy z rozdziałów jest jakby zupełnie inną sprawą, którą nasza bohaterka próbuje rozwiązać, zazwyczaj z powodzeniem zresztą (jest cholernie dobra i cholernie droga, pamiętacie?). Czasem prowadzi śledztwo zupełnie sama, czasem z pomocą żołnierzy króla, a czasem w towarzystwie dość ciapowatego porucznika Laurinne’a. Jest tu więc sprawa pisarza, w którego domu zaczynają się dziać dziwne rzeczy – zupełnie jak w jego książkach, z nawiedzaniem go przez duchy na czele. Jest rozprzestrzeniająca się z prędkością światła zaraza tirety, bardzo poważnej choroby, zbierającej obfite plony, a uznanej początkowo za czerwoną febrę. Jest kradzież koni przez tajemniczego osobnika, który z całą pewnością ma opanowane chociażby podstawy sztuki magicznej. I wszystko byłoby ok, bo i kreacja głównej bohaterki mi się spodobała i rozwiązanie spraw z reguły okazywało się dla mnie sporym zaskoczeniem, tylko że jakoś zabrakło mi magii. I to nie tylko tej książkowej, choć i jej jest jak na mój gust troszkę za mało, ale i tej między mną a książka. Nie porwała mnie zupełnie, nie wciągnęła, nie wywołała niekontrolowanych wybuchów śmiechu, na które tak liczyłam. W dodatku te poszczególne sprawy… Hmm, no niby coś tam je łączyło, ale tak naprawdę niewiadomo za bardzo co. Czasem miałam wrażenie, że autorka wprowadza nowe miejsca i nowe postacie zupełnie bez sensu, żeby zapełnić miejsce, czy jak. Szkoda, miałam nadzieję na niezłą przygodę, przedłużoną o mający niedawno premierę drugi tom, a dostałam mocno przeciętną powieść i wątpliwości co do tego czy warto poświęcić czas na kolejną część. Ocena: 3/6 Kira Imajłowa, Mag niezależny Flossia Narren. Część I , Lublin, Fabryka Słów 2011.
czwartek, 21 kwietnia 2011
Tym razem lądują w okolicach Dallas, na prośbę pewnej zamożnej dziedziczki Lizzy Joyce. Harper ma za zadanie potwierdzić przyczynę zgonu jej dziadka, a przy tej okazji wychodzi na jaw, że jego pielęgniarka wcale nie zmarła z powodu wykrwawienia wcale nie przez komplikacje po wycięciu wyrostka, ale przez źle przeprowadzony poród. Zaczynają narastać pytania: czyje jest to dziecko? Czy przeżyło? Gdzie się teraz znajduje? I czy przysługuje mu jakaś część spadku? W międzyczasie z więzienia wychodzi Matthew, ojciec Tollivera. Teoretycznie czysty, teoretycznie pragnący się zmienić i naprawić błędy z przeszłości i nawiązać kontakt z synem. Do tego policja, która od lat próbuje rozwiązać sprawę Cameron otrzymuje anonimowy telefon z wiadomością, że dziewczynę widziano w jednym z centrów handlowych. Ktoś zaczyna także czaić się na życie Harper. Tak jak w poprzednich częściach tak i tutaj akcja szybko gna do przodu, a dzieje się, jak widać, jeszcze więcej. Po raz pierwszy Harris zaskoczyła mnie swoim zakończeniem. Nie całym oczywiście, pewne rzeczy niemalże od początku podane są nam na tacy, ale jednak element zaskoczenia był, co wychodzi autorce bardzo na plus. Tym razem w główną sprawę zostaje wciągnięta także rodzina Harper, w więc jej ojczym i przybrany brat Mark, co dodatkowo urozmaica książkę. Chyba pierwszy raz poza czystą rozrywką zaczęłam też trochę nad książką rozmyślać. O tym jakie relacje łączą przybrane rodzeństwo i co jest się w stanie zrobić dla prawdziwej rodziny, nawet jeśli zawodzi ona na całej linii. Grobową tajemnicę zdecydowanie uważam za najlepszą część i pędzę szukać Lodowatego grobu, który nieopatrznie pominęłam. Mam tylko nadzieję, że rozwiązana zagadka zaginięcia Cameron nie wróży zakończenia cyklu. Recenzja napisana dla portalu LubimyCzytać.pl Ocena: 5/6 Charlaine Harris, Grobowa tajemnica, Lublin, Fabryka Słów 2011.
niedziela, 24 października 2010
Ale zacznijmy od początku, choć ten akurat do najlepszych nie należy. Otóż już na samym wstępie poznajemy wspomnianą przeze mnie Olgę, studentkę filologii hiszpańskiej. Biedną jak mysz kościelna, albo może raczej jak po prostu... studentka, i wątpiącą w swoją dalszą karierę, bo do czego właściwie ukończenie tego właśnie kierunku mogłoby się jej przydać? Zresztą pojawiają się również problemy związane z tą studencką biedą, kiedy to człowieka nie stać chociażby na opłacenie kolejnego semestru. W każdym bądź razie problemy dziewczyny zostają rozwiązane równie szybko, jak się pojawiają, a na rozmyślania nad własną egzystencją nie pozostaje jej wiele czasu, bo oto ni z tego, ni z owego zjawia się psychopata usiłujący poderżnąć jej gardło. I tu następuje magiczne szast-prast, dzięki któremu nasza bohaterką trafia do Ortanu. Może nie tylko dzięki temu szast-prat, bo trochę przykłada do tego rękę także wiecznie eksperymentujący z magią Mafiej, książe-elf. I tu już zaczyna się jazda bez trzymanki, pojawiają się coraz to lepsze postacie, poznajemy masę historii nie z tej ziemii i żałujemy, gdy nieubłaganie zbliżamy się do końca lektury, mając jednak nikłą nadzieję, że wydawnictwo chętnie przetłumaczy kolejny tom cyklu. Spodziewałam się, miałam nadzieję, w głębi serca naprawdę czułam, że czeka mnie książka zabawna i pełna zaskakujących zwrotów akcji, ale żebym miała ochotę wybuchnąć śmiechem w poczekalni u lekarza, pełną ludzi ze zbolałymi minami? Tego naprawdę nie oczekiwałam, ale sami powiedzcie jak można usiedzieć spokojnie, gdy spotykamy króla ujaranego do tego stopnia, że widzi różowe słoniki? Dobra, król palący fajkę jest całkiem ok, popijający winko czy wódkę, czemu nie, ale króla popalającego trawkę nie miałam okazji spotkać jeszcze w absolutnie żadnej powieści! Choć nie jest też wcale tak, że cała książka jest do śmiechu, są i te smutne momenty, jak to i w życiu bywa, i w tym miejscu przedstawić należy Żaka, królewskiego błazna i przyjaciela, który choć na codzień zajmuje się właśnie rozśmieszaniem to nosi w sobie historię tak straszną i przejmująco smutną, że aż miałoby się ochotę go przytulić. Tak więc Pankiejewa przedstawia nam historie Olgi, Żaka, króla Szellara i jego wstąpienia na tron, a także królewskiego kuzyna Elmara do szaleństwa zakochanego w pięknej nimfie, którą w naszych czasach nazwalibyśmy raczej nimfomanką. Do tego dodaje wiedźmę rzucająca uroki, a raczej złote pajęczyny i parę morderców, która ją ściga, a która choć darzy się nienawiścią tak wielką, jak stąd na koniec świata i z powrotem, to zmuszona jest pracować razem, mało tego, zmuszeni są również w ramach tej pracy udawać wzorowe, kochające się małżeństwo. Zresztą to o czym piszę to tylko niewielka część postaci tak barwnych, że nie jestem nawet w stanie wskazać swego faworyta, a to mi się rzadko zdarza. To idealna powieść dla osób, które w książkach szukają przede wszystkim rozrywki i to takiej stojącej na najwyższym poziomie, choć zdaję sobie sprawę, że co delikatniejszych czytelników razić mogą rzucane co jakiś czas wulgaryzmy, tyle, że moim zdaniem tu akurat wpasowują się naprawdę doskonale. Nie muszę chyba dodawać, że polecam? Ocena: 5,5/6 Oksana Pankiejewa, Przekraczając granice, Lublin, Fabryka Słów, 2010.
piątek, 24 września 2010
Jeżeli całość rosyjskiej fantastyki prezentuje się tak jak Rzecz o zbłąkanej duszy to właśnie dzięki tej pozycji zdobyła ona swojego kolejnego, wiernego fana. Bo ta książka jest naprawdę świetna, pełna humoru i już nie mogę się doczekać spotkania ze Spadkobiercą Zakonu, czyli drugą książką Siergieja Sadowa. Ezergil wywodzi się ze znakomitego rodu szanujących się diabłów. Ale niestety w każdej rodzinie zdarzyć się musi ta nieszczęsna „czarna owca”, którą w tym przypadku jest Monterrey, wujek Ezergila i jednocześnie jeden z najlepszych aniołów, jakich można znaleźć w raju. To właśnie on, prawie w ostatniej chwili, znajduje bratankowi zadanie na letnie praktyki, który ten musi odbyć, aby znaleźć się w następnej klasie. Zdziwieni? Ja też byłam zdziwiona, czytając o tym, że zarówno diabły, jak i anioły muszą ukończyć kilka klas szkoły, aby móc chociażby posługiwać się ogonem, w pierwszym przypadku, czy skrzydłami w drugim. Tak więc Ezergil za sprawą wujka i tęskniącej za ukochanym synkiem zbłąkanej duszy, a także ojca – pijaka tegoż synka, w ramach letnich praktyk zmuszony jest udać się nie tylko do raju, ale i na ziemię, gdzie w zaliczeniu praktyk zmuszony będzie współpracować z Aloną – aniołem, wysłanym tu także w celu zaliczenia praktyk. A że trójkowy, a przy tym dość bezczelny i potrafiący walczyć o swoje anioł i diabeł – kujon mający od czasu do czasu prawdziwe wyrzuty sumienia są dość niezwykłymi osobowościami samymi w sobie, Nawet we mnie, diable, serce ścisnęło się od tych słów, ale ojciec Aloszy nie był czartem, był człowiekiem, zatem jego serce pozostało niewzruszone**. Mamy więc już idealną mieszankę wybuchową potrafiąca zająć człowieka na kilka(naście) godzin. Do tego dochodzi niesamowite poczucie humoru, bo dzięki co niektórym, a właściwie dzięki większości odzywek Ezergila uśmiałam się jak głupia. Ale to nie tylko książka do śmiechu, bo od czasu do czasu może nam się zakręcić łezka w oku, w końcu ludzkie życie to nie sama rozrywka. Dodatkowo też Sadow zmusza nas w pewien sposób do zastanowienia się nad własnym życiem, człowieczeństwem i tym co czeka na nas po drugiej stronie. Co się tyczy tego ostatniego, mnie jego teorie bardzo się podobają. Nawet najbardziej niewierzący z nas w głębi duszy wierzy, że tam, poza granicą, mimo wszystko coś jest...*** Podsumowując, zazdroszczę autorowi niesamowitej wyobraźni i masy świetnych pomysłów. Napisać książkę, która liczy sobie prawie osiemset stron, a każda z nich przynosi coś nowego, przy czym czytelnik nie czuje się ani trochę znudzony, wręcz przeciwnie, mknie przez kolejne rozdziały, zatrzymując się na trochę przy ostatnich, bo szkoda, że to już koniec, to naprawdę nie lada sztuka. Ocena: 5/6 Siergiej Sadow, Rzecz o zbłąkanej duszy t. 1 i 2, Lublin, Fabryka Słów, 2008. * t. 2, s. 206. ** t. 1, s. 176 *** t. 2, s. 241
czwartek, 16 września 2010
Tym razem Harper Connelly z bratem ląduje w Memphis, gdzie została zaproszona przez jednego z doktorów na pokaz, w którym będzie miała okazję zaprezentować swoje zdolności grupie studentów. Jej zadaniem jest odgadnięcie kto w danym grobie leży i na co zmarł. Niespodziewanie w jednej z mogił Harper znajduje niespodziankę – zwłoki Tabity Morgenstern, dziewczynki porwanej w Neshville, której pół roku wcześniej Harper bezskutecznie szukała. Grób wydaje się świeżo rozkopany, okazuje się również, że do Memphis sprowadzili się rodzice dziewczynki wraz z jej bratem, a Harper i Tolliver zaczynają podejrzewać, że nie zostali tu zaproszeni tylko za sprawą pokazu. Ku memu zdziwieniu wcale nie trzeba czytać pierwszej częśći, aby zrozumieć o co chodzi w drugiej, bo akcja w żaden sposób się ze sobą nie łączy, a wiele znaczących kwestii, jak na przykład porażenie piorunek czy ogólnie dzieciństwo Harper i Tollivera, jest tu wyjaśnionych na nowo. I choć w porównaniu do poprzedniej książki Harris rozwiązanie zagadki zajęło mi trochę więcej czasu to jednak szybko domyśliłam się kto jest odpowiedzialny za śmierć Tabity i momentami miałam ochotę porządnie trzepnąć Harper i kazaż jej w końcu otworzyć oczy. Tak jak poprzednio, książkę czyta się przyjemnie, akcja rozwija się jeszcze szybciej i naprawdę wciąga. Inna sprawa, że powoli zaczynam się przywiązywać do tej pary bohaerów, co oczywiście zmusza mnie do poszukania kolejnej części. Może w końcu tam zdarzy się między nimi coś na co tak bardzo czekałam teraz. Ocena: 5/6 Charlaine Harris, Grób z niespodzianką, Lublin, Fabryka Słów, 2009. |
Archiwum
Zakładki:
*
Całkowita liczba wyświetleń
Dla czytelnika
Mole książkowe
Strony autorów
Współpracuję
Wyzwania
Tagi
Czytadełko on Google+ |