Wpisy z tagiem: film

wtorek, 31 sierpnia 2010

Ostatnio jak grzyby po deszczu pojawiają się kolejne filmy o tańcu. Lubię je i oglądam, ale niestety oglądając coraz to nowsze produkcje stwierdzam, że każda następna jest gorsza od poprzedniej. Ostatnio miałam okazję obejrzeć nową wersję Fame i rozczarowałam się bardzo, bo ani to porządnej fabuły nie ma, ani tańcem nie powala. Ale nie o Fame chcę dziś pisać, a o Footloose, filmie który mnie zachwycił i który z chęcią pewnie obejrzę jeszcze niejeden raz.

Do małego miasteczka sprowadza się, wraz z matką, Ren McCormack (Kevin Bacon). Miateczko to dość ponure, bo z powodu wypadku mającego miejsce kilka lat wcześniej, zabroniono w nim wszystkiego, od alkoholu zaczynając, a na słuchaniu rockowej muzyki i tańcu kończąc. Młodzież ubolewa, ale żaden z dotychczasowych mieszkańców nie ma na tyle odwagi by sprzeciwić się zakazom pastora. I dopiero Ren, z pomocą kilku nowych przyjaciół, postanawia coś zmienić.

Jestem mniej więcej w wieku głównych bohaterów i wybaczcie, ale nie wyobrażam sobie, żeby ktoś, ktokolwiek, nieważne ksiądz, rodzice, czy sam papież mógł mi zabronić chociażby słuchania muzyki, nie mówiąc już o zabawie. Na jakiś krótki okres czasu i owszem, to zrozumiałe, nie zawsze jest pora na tańce, ale na kilka lat? W życiu. Kiedy będę się bawić jak nie teraz właśnie? Każde pokolenie zasługuje na to samo i nikt nie powinien być zmuszony do odpowiadania za czyny poprzedników, bez względu na to czy są zupełnie obcymi ludźmi czy najbliższą rodziną.

Film polecam, oczywiście, bo bardzo mi się podobał. Pomysł na fabułę świeny, wykonanie również niczego sobie, sporo tańca, no i najważniejsze – muzyka, muzyka, której słucham od kilku dni nieustannie. Plusem w filmie jest też Sarah-Jessica Parker, za która nigdy jakoś nie przepadałam, a która bardzo pozytywnie mnie tu zaskoczyła.

Na przyszły rok zapowiadana jest premiera remaku Footloose, aż się boję co z tego wyjdzie.

Ocena: 6/6

wtorek, 13 lipca 2010

Miało być fascynująco, miało być realistycznie, miało zachwycić tak jak Pojutrze. 2012 nie spełnił żadnego z tych warunków. Ale film tak chwalony, no wiadomo trzeba obejrzeć, a że nie było się w kinie, pozostaje internet. I teraz już sama nie wiem czy moje rozczarowanie to wina reżysera, komputera, czy kogoś kto umieścił złą kopię. A może w ogóle powinnam to to oglądać w 3D, może wtedy film zrobił by na mnie faktycznie wrażenie. W tej chwili mogę powiedzieć jedno: beznadzieja. Z jakiej winy, nie wiem, ale wydaje mi się, że film dobrze zrobiony powinno się dobrze oglądać w każdych warunkach.

2012 został oparty na znanym dobrze nam wszystkich teoriach końca świata, których według przepowiedni ma nastąpić właśnie w 2012 roku. Na ziemi zwiększa się częstotliwość katastrof, płyny w skorupie ziemskiej niebezpiecznie zwiększają swą temperaturę, wszystkie lądy prędzej czy później zniknają z powierzchni ziemi, a przetrwać mogą tylko wybrani, najlepsi, a raczej należało by napisać najbogatsi. Tyle o fabule, bo więcej na jej temat nawet nie chce mi się rozpisywać. Co do wykonania początkowo film naprawdę mi się podobał, zapowiadał się całkiem nieźle, naprawdę myślałam, że dostanę coś podobnego do wspomnianego już przeze mnie Pojutrza, a dostałam mocno przesadzone sceny i właściwie nie wiem co tak naprawdę skłoniło mnie do oglądnięcia tego filmu do końca, może zwykła ciekawość, a może nadzieja na to, że pokażą w końcu coś co sprawi, że otworzę szeroko buzie i powiem głośne łał. Nie doczekałam się, niestety. Zobaczyłam za to człowieka wychodzącego cało po zderzeniu z chmurą uderzeniową wulkanu, którego powinno właściwie zmieść z powierzchni ziemi, jadący z zawrotną prędkością samochód, mimo że przed chwilą trafiła w niego kula lawy z wulkanu, faceta wychodzącego cało i zdrowo z samochodu, pod którym chwile wcześniej rozstąpiła się ziemia, och, i moje ulubione, samolot wylatujący dosłownie w ostatniej chwili, a nawet chwilę po ostatniej chwili z wielkiej, obrzydliwie czarnej chmury pyłu wulkanicznego. Dla mnie to jednak trochę za dużo.

I oczywiście zdaję sobie sprawę, że to film, że główni postacie muszą przeżyć choćby nie wiem co, a film ten opierał się głównie na efektach specjalnych, ale momentami zastanawiałam się czy oglądam naprawdę film o końcu świata czy o superbohaterach. Szczerze mówiąc nadal nie wiem.

Ale żeby nie było, że tylko narzekam to dodam, że było parę scen naprawdę wartych uwagi, doskonale moim zdaniem zrobionych, tyle, że niestety biorąc pod uwagę długość całego filmu było ich naprawdę niewiele.

Ocena: 1,5/6

czwartek, 01 lipca 2010

Plakat reklamujący ten film widziałam kilka miesięcy temu, pomyślałam sobie wtedy: Robin Williams, John Travolta, wow, zapowiada się ciekawie, trzeba obejrzeć. Minęło jednak kilka tygodni, plakat z przystanku został zdjęty, a ja o filmie zapomniałam zupełnie. Cóż, tytuł chyba do mnie nie przemówił. Przypomniałam sobie o nim kolejny raz, podczas wybierania przez M. rozrywki na jakieś miłe, leniwe, weekendowe popołudnie, gdy od filmów nie wymaga się niczego poza wywołaniem małego uśmiechu.

Charlie (John Travolta) i Dan (Robin Williams) to kawalerowie w podeszłym wieku, zajęci karierą, stawiający przede wszystkim na dobrą zabawę, którzy pewnego dnia dostają pod opiekę dwójkę bliźniaków i zmuszeni są choć na kilka chwil zamienić się w dorosłych, poważnych, dających przykład panów. Bliźniacy ci okazują się zresztą dziećmi Dana, spłodzonymi podczas beztroskich wakacji, gdy szukał on pocieszenia po rozwodzie z żoną.

Jak dla mnie film po prostu świetny, nie pamiętam kiedy ostatni raz aż tak bym się śmiała, więc zadanie jakie mu stawiałam spełnił w stuprocentowo, Williams i Travolta jak dla mnie wypadli przezabawnie. Jak dla mnie zdecydowanie najlepiej wypadły te sceny po zażyciu przez panów leków pomieszanych przez dzieci, które wywołały dość nieprzeyjemne skutki uboczne. Popłakałam się ze śmiechu, a to rzadko mi się zdarz. Polecam!

Ocena: 5,5/6

wtorek, 01 czerwca 2010

Sama nie wiem co mnie skłoniło do oglądnięcia tego filmu. Może to, że uwielbiam Hugh Granta i nastawiłam się na niezłą komedię, przy której będę się dobrze bawić. Oczywiście, jakt to zwykle z moim liczeniem bywa, troszkę się przeliczyłam, bo poza paroma fajnymi tekstami, które wywołały uśmiech, było po prostu nudno.

Paul (Hugh Grant) i Meryl (Sarah Jessica Parker) Morgan przechodzą kryzys małżeński spowodowany brakiem wierności Paula, który jednak stara się ratować swój związek zapraszając żonę na romantyczną kolację zakończoną równie romantycznym spacerem podczas którego nieszczęśliwie, a może i szczęśliwie, jak się wkótce okaże, zostają świadkami mordestwa. Policja chcąc chronić małżeństwo przed pewną śmiercią z rąk zabijaki-zawodowca obejmuje ich programem ochrony świadków i wysyła do przytulnego miasteczka Ray, gdzieś na końcu świata, gdzie czas płynie jakby wolniej. Tu przyzwyczajeni do wszelkich luksusów Paul i Meryl muszą pogodzić się z brakiem tak podstawowych gadżetów jak komórka czy komputer i przyzwyczaić się do małomiasteczkowego sposobu bycia, co początkowo stanowi dla nich nie lada wyzwanie. Jak można się jednak domyślić, już na początku filmu, szybko zdołają pokochać Ray i jego mieszkańców, a nawet uratować swoje małżeństwo.

Jak to podsumował M.: miała być fajna komedia, a wyszedł film o niczym. I ja się z tym w pełni zgadzam i wydaje mi się, że nie muszę nic więcej dodawać, może poza tym, że choć Hugh był oczywiście słodki i uroczy jak zawsze to niestety nawet on nie był w stanie uratować sytuacji.

Ocena: 2,5/6

środa, 26 maja 2010

Nigdy nie grałam w Piaski czasu, szczerze mówiąc mało jest gier, o których słyszałam, a grałam w jeszcze mniej i gdyby nie M. nawet nie wiedziałabym, że taka gra istnieje, ale, że chcę zobaczyć jej ekranizację wiedziałam już od momentu kiedy po raz pierwszy zobaczyłam trailer, a było to chyba jeszcze w lutym. Swoją drogą nie wiem po co aż tyle wcześniej zaczynają puszczać zapowiedzi, człowiek się tylko denerwuje i niecierpliwi. No nic, odczekaliśmy swoje, a gdy tylko film pojawił się w kinach pobiegliśmy czym prędzej i... och, warto było czekać, bo film jest świetny!

Dastan (Jake Gyllenhaal) jako mały chłopiec zostaje przygarnięty do rodziny królewskiej. Kilkanaście lat później, podczas jednej z wypraw wojennych, perska armia napada na święte miasto Alamut, bo istnieje podejrzenie, że właśnie w tym mieście wyrabiana jest broń dla ich wrogów. Za sprawą Dastana Persowie odnoszą zwycięstwo, a do jego rąk trafia sztylet, który cofa czas. Niestety kilka godzin później, podczas uczty król Persji ginie, a Dastan zostaje okrzyknięty zdrajcą i skazany na śmierć. Uciec pomaga mu księżniczka Alamutu – Tamina (Gemma Arterton). I tu zaczyna się już ostra jazda  bez trzymanki, na jaw wychodzą tajemnice i grzeszki rodziny królewskiej, zwłaszcza jednego z jej członków, a nasi bohaterowie muszą koniecznie donieść sztylet do świątyni, aby uratować świat.

Temat znany i oklepany. Cóż, nie oszukujmy się, odwieczna walka dobra ze złem, bohater, który, najczęściej z jakąś pięknością u boku, musi uratować ludzkość przed zagładą zawsze będzie dobrym tematem na film. Ale nie o temat tu chodzi, a o wykonanie, a ono jest idealne pod każdym względem. Poza tym mamy tu jeszcze jeden element, sztylec cofający czas. Chyba nie jestem jedyną osobą, która miałaby radochę z takiego prezentu. Wracając jednak do wykonania, cóż, podobali mi się Piraci z Karaibów, nawet bardzo, ale to co ich twórcy pokazali przy tej produkcji to, jak dla mnie, mistrzostwo. Doskonała scenografia i muzyka, która mnie zachwyciła. Jeśli zaś chodzi o aktorów, początkowo Gyllenhaal nie bardzo pasował mi do roli księcia, ale zagrał po prostu świetnie. Poza tym genialny Ben Kingsley w roli złego stryja, no i Gemma Arterton zachwycająca urodą. Choć nie, nie zachwycam się aż tak bardzo głównymi postaciami, bo moim sercem zawładnęła postać szejka Amara (Alfred Molina), on, jego wypowiedzi, miłość do strusi... a z resztą, sami zobaczcie. Warto!

Ocena: 6/6

poniedziałek, 17 maja 2010

Chyba każdy mól książkowy dobrze zdaje sobie sprawę z tego, że filmy rzadko, naprawdę bardzo rzadko dorównują poziomem książce. Często jest coś w nich zmieniane, pomijane są czasem dość znaczące fragmenty i co najważniejsze, nasze wyobrażenia przeważnie nie pokrywają się z wyobrażeniami twórców ekranizacji. Trudno sprostać wymaganiom czytelników. Niestety nie da się pokazać pięciuset stron tekstu w ciągu godziny czy dwóch, z drugiej strony też nie wszystko da się na ekran przenieść.

W obliczu filmowej wersji Godzin to wszystko staje się nieważne. Nieważne stają się różnice i pominięcia, jeśli oczywiście takie istnieją, bo ja ich nie dostrzegłam, nieważne, że moje wyobrażenia dotyczące chociażby wyglądu bohaterów były zupełnie inne, bo film jest doskonały. Pod każdym, najmniejszym względem. Doskonała muzyka, scenografia, gra aktorska, zwłaszcza Nicole Kidman, której szczerze mówiąc początkowo nawet nie poznałam, ale ponieważ wiedziałam, że ma grać jedną z głównych postaci., w końcu domyśliłam się, że to właśnie ona została Virginią Woolf. Naprawdę, zagrała po mistrzowsku i nie wiem czy aż tak bardzo przesadzę pisząc, że to chyba jej najlepsza rola. Oczywiście w żaden sposób nie chcę tu ujmować innym aktorom, bo każda z osób zagrała na najwyższym poziomie.

Oddanie klimatu książki z pewnością nie było zadaniem łatwym, ale zarówno twórcy, jak i aktorzy sprostali zadaniu. Jestem zachwycona, a Godziny to jeden z tych filmów, które w pełni dorównują książce.

Swoją drogą udało mi się w końcu dorwać w bibliotece Panią Dalloway. Teraz pozostaje tylko pytanie: zachwyci czy rozczaruje?

Ocena: 6/6

niedziela, 16 maja 2010

O filmie dowiedziałam się na blogu wykredowanej. Potrzebowałam czegoś lekkiego, więc film idealnie wpasował się w mój nastrój. Opowiada o Abby (Brittany Murprhy), dziewczynie, która przyjechała do Tokio za chłopakiem, a która została na lodzie, zupełnie sama w obcym mieści, nie znająca języka i bez pracy. Nie chcąc wracać do rodzinnego domu za to chcąc odnaleźć sensu życia, który właśnie gdzieś zgubiła, trafia do restauracji prowadzonej przez małżeństwo Japończyków, gdzie postanawia za wszelką cenę nauczyć się gotować ramen. Zadanie to trudne, a tym trudniejsze, że Abby ni ząb nie rozumie swego szefa i nauczyciela, Maezumiego (Toshiyuki Nishida). Z resztą działa to także w drugą stronę. Tak więc kłócą się bezustannie, każde przekonane o swojej racji, ale jak przychodzi co do czego to potrafią się też porozumieć bez słów.

Dobry film, naprawdę dobry. Świetnie pokazane różnice kulturowe, świetne dialogi, momenty śmiechu i momenty wzruszeń, czyli wszystko co film mieć powinien. Momentami co prawda trochę wiało nudą, ale na szczęście nie trwało to zbyt długo i nie zepsuło aż tak bardzo ogólnego wrażenia. Na szczęście.

Ocena: 4/6

środa, 12 maja 2010

Dobra, przyznam się odrazu, nie zdawałam sobie sprawy, że Fighter i Fighting to dwa różne filmy i mniej więcej do połowy czekałam aż na ekranie pojawi się Channing Tatum w akcji. Moja nadzieja niestety się ulotniła, ale kiedyś to jeszcze nadrobię i obejrzę Fighting, a póki co słów kilka na temat Fighter: kochaj i walcz.

Jest to historia Aichy (Semra Turan), siedemnastolatki wywodzącej się z tureckiej, dość konserwatywnej rodziny, która spodziewa się po niej jak najlepszych ocen i pójścia w ślady brata, a tym samym zostania cenionym lekarzem. Aicha jednak ma zupełnie odmienny plan na życie. Wyrzucona ze szkolnych zajęć kung fu za niezbyt poprawne zachowanie, postanawia dołączyć do bardziej profesjonalnego klubu i walczyć także z mężczyznami. Ponieważ rodzice absolutnie nie byliby w stanie tego zaakceprować dziewczyna zmuszona jest przygotowywać się do zawodów w tajemnicy przez nimi. W życiu Aichy pojawia się oczywiście mężczyzna, z którym jednak związać się nie może, z powodu swej wiary.

Arcydzieło to nie jest, a sceny walki zostały niestety mocno przesadzone, nie sądzę, żeby jakiś człowiek, trenujący nawet dużo i długo , potrafił latać, no cóż, choreografa chyba troszkę poniosła wyobraźnia. Jednakże moim zdaniem świetnie zostały przedstawione różnice kulturowe, z resztą sam islam jest religią, która chyba nigdy nie przestanie mnie fascynować, dlatego uważam, że film warty jest oglądnięcia.

Ocena: 4/5

 
1 , 2
Tagi
Teksty umieszczone na stronie są mojego autorstwa,proszę o niekopiowanie ich bez mojej zgody!

Czytadełko
on Google+