Wpisy z tagiem: belgijska

środa, 14 września 2011

Przed państwem Amelie Nothomb w wydaniu science-fiction. Niemożliwe? A jednak.

Nothomb kolejny raz właśnie siebie uczyniła główną bohaterką powieści. W niezobowiązującej rozmowie ze znajomym, poprzedzającej ważna operację, stawia hipotezę jakoby Pompeje miały być zniszczone przez ludzi z przyszłości. I może czasem nie warto dzielić się wszystkimi swoimi spostrzeżeniami, nie warto wypowiadać ich na głos, bo może się okazać, że przez swoje niewinne domysły dla przyszłych pokoleń możemy stanowić zagrożenie.

Autorka po operacji budzi się nie w łóżku szpitalnym, ale w wielkiej sali we wnętrzu bazyliki. I to niekoniecznie 8 maja 1995 roku, a 2 maja 2580. Zostaje przeniesiona do przyszłości, aby ludziom sobie współczesnym nie zdradzić tego co dopiero ma się zdarzyć. Do ubrania dostaje peplum, bynajmniej nie dlatego, że wróciło ono do łask, ale ponieważ w dwudziestym szóstym wieku nic innego do ubrania nie ma. Ludzie noszą na sobie hologramy, nawet podczas wydalania i kopulowania, gdyż ściąganie i zakładanie chociażby zwykłych dżinsów prowadziło do zużywania zbyt wielkich nakładów energii, na co świat nie mógł sobie pozwolić. Mało tego, okazuje się, że Amelie zmuszona będzie poddać się testom, które zakwalifikują ją do którejś z warstw społecznych. I o dziwo, nie są to tylko testy na inteligencje, bo żeby należeć do elity trzeba również wyróżniać się dość sporym ilorazem... estetyki. Czy też urody, jak wolicie. Powoli też zacznie poznawać historię i w końcu, mimo wielkich oporów Celsjusza (jej opiekuna czy też strażnika) dowie się co takiego wydarzyło się w dwudziestym drugim wieku, że świat diametralnie się zmienił.

Choć może należy sobie zadać pytanie, czy faktycznie zmienił się aż tak bardzo?

Podobał mi się obraz Nothomb, który wyłania się z tej książki. Bo wiele tu jest o podejściu recenzentów do jej książek, o odbiorze ich przez czytelników, o wrażeniach jakie wywołują. I jest to obraz, dzięki któremu coraz bardziej autorkę cenię. Patrzy ona na siebie w zasadzie z przymrużeniem oka, świadoma swoich wad i słabości, choć podświadomie nadal pragnąca być odbierana jako autorka choćby dobra. Bo przecież przetrwanie jej książek przez kolejne kilkaset lat byłoby już czymś zbyt wielkim, o ile nie niemożliwym. 

Ale niestety, dziś nie będę się prozą Nothomb tylko i wyłącznie zachwycać. Zdaję sobie sprawę, że to co teraz napiszę może się wydać dość niedorzeczne patrząc na objętość książki, ale jednak... odczuwałam pewne dłużyzny. W pewnym momencie słowne przepychanki Amelie i Celsjusza, początkowo nawet całkiem zabawne, w końcu zaczęły mnie nudzić, tak po prostu. Zawiłe tłumaczenia tego drugiego doprowadzały do rozpaczy, bo okazało się, że ja też niewiele rozumiem z tego co ma on do przekazania. Przykro mi to pisać, ale to niestety jedna z gorszych książek belgijskiej pisarki. 

W każdym razie doczytałam do końca, ciekawa byłam rozwiązania sprawy. Chciałam się dowiedzieć jak Amelie zakończy swój ponad stustronicowy dialog z Celsjuszem. Czy wszystko okaże się snem, działaniem narkozy, dziwnym wyobrażeniem, rozmową wymyśloną na poczekaniu podczas leżenia na sali operacyjnej. I przyznać muszę, że zakończenie wypadło dość pozytywnie, bo autorce udało się mnie zaskoczyć... A efekt zaskoczenia zawsze skutkuje dużym plusem. 

Amelie Nothomb, Peplum, Warszawa, Wydawnictwo MUZA SA 2004.

sobota, 13 sierpnia 2011

Opcje są trzy: albo Nothomb wróciła do formy, albo to jedna z jej lepszych książek, albo ja na powrót dostrzegam niecodzienność jej prozy. Bo znów mnie zachwyciła swoimi trafnymi spostrzeżeniami skondensowanymi w dodatku na tak niewielkiej ilości stron, że z pewnością nie każdemu by się to udało. Nie, do tego trzeba mieć talent.

Otrzymanie listu od kolejnego czytelnika nie jest dla autorki niczym nowym, lubi dostawać, lubi je czytać, lubi na nie odpisywać, lubi nawet, gdy uda jej się z kimś nawiązać dłuższy kontakt. Jednak gdy dociera do niej list od Melvina Mapple’a, żołnierza stacjonującego w Iraku, zastanawia się czy to pomyłka, żarty czy też może owy list został sfałszowany. Pieczątki jednak są na tyle autentyczne, a list tak w gruncie rzeczy niepozorny, że postanawia na niego odpisać. W ten sposób rodzi się swego rodzaju przyjaźń, która zmieni coś w życiu obydwu stron.

Melvin Mapple zaciągnął się do wojska właściwie tylko z powodu głodu. Nie sądził, że jakaś wojna może mieć jeszcze miejsce w najbliższym czasie, a wiedział, że armia zapewni mu przynajmniej normalne wyżywienie, na które nie mógł sobie pozwolić. Od wstąpienia do wojska przytył jednak już ponad sto kilo. Taka była jego reakcja na stres. Wracał z pola walki i wpadał w pewien amok, podczas którego pochłaniał wszystko co było akurat pod ręką. Swoisty sposób na zagłuszenie tego z czym musiał się mierzyć na co dzień. Doszedł do etapu, gdy własne sadło zaczął traktować niemal jak kochankę, która nocami leży na nim, opowiadając co piękniejsze historie, niczym Szeherezada.

Nothomb posłużyła się narracją pierwszoosobową, która w tym przypadku naprawdę dodaje całej książce autentyczności. Nie wiem, ile w niej jest prawdy, a na ile przytaczane listy są wytworem wyobraźni autorki, ale w tej chwili nie to się dla mnie liczy. Cieszę się za to, że mogłam poznać choć po części zdanie Nothomb na temat jej własnych czytelników (przynajmniej tych, którzy w jakiś sposób próbowali się z nią kontaktować) i tradycyjnej korespondencji w ogóle.

Cieszę się, że przemyciła w treści swoje spostrzeżenia na temat ludzi (chorobliwie) otyłych, choć nie ze wszystkim o czym piszę się zgadzam. Co stanowi zresztą kolejny plus, bo dzięki odmienności naszych zdań książka dała mi do myślenia, zmusiła do zastanowienia nad własnymi poglądami, a może nawet do cichutkiego i dość niechętnego pokiwania głową i przyznania pisarce racji.

Pomijając natomiast wszystkie inne plusy najbardziej ucieszył mnie fakt, że mimo zalewu wszelkiego rodzaju techniki, mimo e-maili, smsów, wiadomości wymienianych dzięki komunikatorom, portalom społecznościowym, ktoś tam nadal pisze listy. I nieważne czy to znana autorka czy zwykły, szary człowiek. 

Ocena: 5/6

Amélie Nothomb, Pewna forma życia, Warszawa, Wydawnictwo MUZA SA 2011.

poniedziałek, 06 czerwca 2011

Dobrze, że czytałam wcześniej inne utwory Nothomb. Poznałam jej dość specyficzny styl, dostrzegłam umiejętność, albo raczej talent do zawierania wielkich myśli w małych słowach, wiedziałam czego się spodziewać.

Z drugiej strony myślę, że to niezbyt dobrze, że czytałam jej wcześniejsze utwory. Może to, że znałam jej styl i że wiedziałam czego się spodziewać zadziałało na niekorzyść autorki. W końcu, chcąc-nie chcąc, spodziewałam się czegoś lepszego.

Zoila, głównego bohatera utworu, poznajemy w ostatnich momentach jego życia. Właśnie zdecydował się na porwanie samolotu i zabicie jego pasażerów w imię nieszczęśliwej miłości. Wraz z nim cofamy się do czasu kiedy to wszystko się rozpoczęło. Wraz z nim poznajemy tą jedyną, cudowną, niepowtarzalną. Razem z nim zakochujemy się do nieprzytomności i jesteśmy w stanie dla Astrolab zrobić wszystko. No, prawie wszystko.

Kolejny raz Nothomb wnika w psychikę swego bohatera najgłębiej jak się da. Poznajemy wszystkie jego myśli, uczucia, pragnienia i lęki. Razem z nim mamy ochotę walczyć o to na czym mu zależy i odrzucić to co wydaje się zbędne.

Znów autorka wprowadza do swojej powieści bohaterów o dziwnych imionach, obdarzając kobietę imieniem męskim, mężczyznę zaś żeńskim. To imiona o własnych historiach, w jakiś sposób znaczących dla całości utworu, tyle, że mam wrażenie, że to już gdzieś było. Choć może to w ogóle cecha szczególna Nothomb. Taka dziwna skłonność do nadawania dziwnych imion.

Tyle, że mam też inne ale.Bowiem kolejny raz też Nothomb wprowadza do swojej powieści osobę nie w pełni sprawną. Wcześniej to były osoby chorobliwie otyłe, przez co też w jakiś sposób upośledzone i, powiedzmy, oderwane od reszty społeczeństwa. Tym razem to osoba autystyczna, pisarka Aliénor, która tworzy niesamowite powieści, choć ciężko jej się porozumieć z drugim człowiekiem, ciężko skleić jakiekolwiek dłuższe zdanie. 

Aliénor mogłaby mnie więc zaskoczyć i zachwycić w swojej odmienności, tyle, że tego nie robi. Dlaczego? Ano dlatego, że ja to już znam, widziałam to już u Nothomb i mam wrażenie, że autorka stara się, w dość bezpieczny sposób zresztą, korzystać ze znanych dobrze schematów. Fakt faktem, że nieźle jej to wychodzi, ale myślałam, że może stać ją jednak na coś więcej? Jako czytelnik czuję się trochę… oszukana. Jakbym czytała dobrze znany utwór, tyle, że w nowej scenerii. Chciałabym czegoś po czym moje myśli znów krążyłyby tylko wokół powieści, czegoś po czym myślałabym intensywnie o głównych bohaterach, na nowo analizując ich historie. Tutaj nic takiego się nie działo, dostałam po prostu zwyczajnie dobrą książkę w stylu Nothomb. Chciałabym czegoś więcej.  

Ocena: 4/6

Amélie Nothomb, Podróż zimowa, Warszawa, MUZA SA 2011.

niedziela, 12 grudnia 2010

Emile i Juliette to para idealna. Są razem od ponad sześćdziesięciu lat, a ich miłość każdego dnia rozkwita na nowo. Po przejściu Emile’a na emeryturę postanawiają przeprowadzić się do domu, który marzył im się niemalże od zawsze. Gdzieś na wsi, z dala od reszty ludzkości. Dom z ich snów, dom, w którym w końcu będą mogli się sobą nacieszyć i nikt nie będzie im w stanie przeszkodzić. A przynajmniej takie mają początkowo przekonanie. Aż do czwartej po południu, już pierwszego dnia, kiedy w ich drzwiach zjawia się jedyny sąsiad, będący lekarzem, co początkowo dodatkowo ich cieszy. Wszak w tym wieku obecność lekarza gdzieś w pobliżu okazać się może bardzo pomocna.

Sąsiad to jednak dość specyficzny. Małomówny, jakby nieśmiały, zawstydzony, wypija kawę i puntkualnie o szóstej się żegna. A potem zaczyna się prawdziwy cyrk, bo pan Bernardin zaczyna odwiedzać Hazelów codziennie, o tej samej porze, siadając w swoim fotelu, domagając się kawy, a na każda próbę rozmowy reagując pogardliwym spojrzeniem i zaszczycając gospodarzy jedynie zdawkowym tak lub nie przez bite dwie godziny. Wtedy już wiadomo, że to nie nieśmiałość, nie zwyczajne skrępowanie na widok obcych osób. I co z takim dziwnym gościem zrobić? Wyprosić go nie ma jak, Hazelowie to ludzie zbyt uprzejmi, nieotwieranie drzwi grozi ich wyważeniem, zagadać gościa nie sposób, a milczeć przez dwie godziny też nie bardzo się małżeństwu podoba. Więc może by tak zaprosić pana Bernardin na kolację? Najlepiej w towarzystwie żony.

Coraz bardziej podoba mi się proza Nothomb, choć nie powiem, początki były ciężkie i o mało co nie porzuciłabym całkiem znajomości z jej twórczościa. Kwas siarkowy jednak skutecznie przekonał mnie do tego, by przeczytać każdą z jej książek, tym bardziej, że każda liczy niewiele ponad stos stron, więc wiele czasu nie zajmują. W Krasomówcy Nothomb po raz kolejny głęboko wchodzi w psychikę swoich bohaterów, a przy tym rysuję postacie tak interesujące i tak w swoich zachowaniachaniach skrajne, że czytelnik koniecznie chce wiedzieć jak to starcie charakterów się zakończy. I z powodu tej swojej ciekawości i niecierpliwości, a także masy niekończących się pomysłów na zakończenie może się bardzo zawieść. Ja się zawiodłam. Mam wrażenie, że Nothomb lubi takie przewidywalne, proste rozwiązania, których można się domyślić już na samym początku. Ja chciałabym, żeby czymś mnie zaskoczyła, żebym doznała jakiegoś wstrząsu, żebym zastanawiała się czemu skończyło się tak, a nie inaczej, i kto zawinił. Może następnym razem. A może w tym tkwi właśnie cały urok Nothomb, aby dostarczać czytelnikom to czego właśnie się spodziewają.

Ocena: 4,5/6

Amelie Nothomb, Krasomówca, Warszawa, MUZA SA, 2002.

piątek, 22 stycznia 2010

Kwas siarkowy / Amélie Nothomb ; przeł. Joanna Polachowska. - Warszawa : MUZA SA, 2006. – 134 [10] s. ; 19 cm. - (Galeria). - ISBN 83-7319-908-X

Nie opuszczaj rąk, być może za godzinę wydarzy się cud.

Zdecydowanie cofam wszystko co kiedykolwiek mówiłam na temat pisarstwa Nothomb, a nie było w tym raczej niż pozytywnego. Jednak i jej książka potrafi mnie jeszcze zaskoczyć, wciągnąć, mało tego, potrafi mnie zachwycić. Zawiedziona dwoma poprzednimi powieściami (Słownik imion własnych własnych oraz Higiena mordercy), a przy tym zachęcona recenzją Agi,  postanowiłam dać sobie i jej ostatnią szansę.  A szczęście najwidoczniej nam sprzyjało, bo przy okazji ostatniej wizyty w bibliotece sięgnęłam właśnie po Kwas siarkowy. Ale do rzeczy…

Mamy dwie główne bohaterki, wokół których właściwie kręci się cała akcja książki. Pannonique, dwudziestoletnia studentka paleontologii oraz Zdena, również dwudziestoletnia dziewczyna, która właściwie nic w życiu nie osiągnęła, z której zdaniem nikt nigdy się nie liczył. Pierwsza występuje w roli ofiary, więźniarki obozu, zapędzonej do niego zupełnie przypadkowo, druga jako kapo, osoba mająca władzę, osoba, z którą w końcu ktoś się liczy. Za tło mamy właśnie obóz koncentracyjny, stworzony co prawda tym razem przez organizatorów programu „Witajcie za drutami”, ale na zasadach identycznych jak podczas drugiej wojny światowej. Ale właściwie nie to jest tu najważniejsze, otóż nie jest to kolejna historia o obozach, o tym już chyba wystarczająco zostało powiedziane. Nothomb wypowiada się natomiast na temat nas samych. Nas jako widzów, nas jako hipokrytów i nas jako ludzi. Na ludzi, którzy oburzają się widząc jakiekolwiek zło, którzy uważają, że oni sami nigdy by do niego nie dopuścili, ale którzy bez mrugnięcia okiem mogą na to zło patrzeć i nie zrobić nic, aby jemu zapobiec.

I pomyśleć, że siedzą bezradnie przed telewizorami, rozkoszując się naszym piekłem i jak nic udając, że są nimi oburzeni. To oczywiste, że nie znajdzie się nikt kto by nam pospieszył z pomocą, nie żądam aż tyle, ale dam sobie rękę uciąć, że nie znajdzie się nikt kto by wyłączył telewizor, albo zmienił program.

Bardzo dobrze mi się czytało, zgadzam się z każdym szczególikiem przekazanym w tej mini-powieści przez Nothomb, zgadzam się co do hipokryzji ludzi, co do obojętności na zło i zaczynam naprawdę doceniać jej pisarstwo. Choć mam małe zastrzeżenia co do zbyt cukierkowego zakończenia, ale powiedzmy, że biorąc pod uwagę całą książkę mogę wybaczyć jej nawet to małe podknięcie. I chcę jeszcze.

Ocena: 5/6

Tagi
Teksty umieszczone na stronie są mojego autorstwa,proszę o niekopiowanie ich bez mojej zgody!

Czytadełko
on Google+