Wpisy z tagiem: młodzieżowa

czwartek, 10 maja 2012

Krzywda czyniona dzieciom jest chyba największą możliwą zbrodnią (zaraz koło krzywdy czynionej zwierzętom, no niestety, tak już mam). Sięgając więc po książki dotykające tego problemu z góry nastawiam się na sporo emocji, ściskanie w dołku, a czasem i płacz.

Bohaterką i jednocześnie narratorką Milczenia jest Malwina. Dziewczynka, wykorzystywana przez dziadka, na które to odchylenie najbliższe osoby zdają się przymykać oczy. A babcia, kojarząca nam się na ogół z miłością, troską i ciepłem, chroniąc samą siebie zdaje się tym bardziej pchać wnuczkę prosto w ramiona kochającego dziadzi. 

Uderza tu obojętność rodziców i brata, który zawsze był dla Malwiny największym oparciem. Ich odrzucanie prawdy, przymykanie oczu i uszu, lekceważenie problemu wstrząsa i stanowi chyba największy atut całej powieści, bo przynajmniej wywołuje emocje. Aż szkoda, że zdaje się być on tylko ledwie muśnięty i zastąpiony w większości sprawami, jak dla mnie, mniej znaczącymi.

Mimo wplecenia wątku molestowania seksualnego przez osobę z najbliższego otoczenia, autorka postanowiła jednak bardziej się skupić na życiu codziennym Malwiny. Na jej przyjaźni z Lizzy, która poniekąd pozwoliła jej, przynajmniej przez jakiś czas, na walkę z problemem, na oddalenia go, a w pewnym momencie i na całkowite zapomnienie. I to właściwie nie tylko poprzez rozmowę, zwierzenie się, podzielenie własnymi lękami z rówieśniczką, ale przez jej dosłowną osłonę, w dodatku zupełnie nieświadomą. 

Hanika wzięła też pod lupę, pierwsze, jeszcze właściwie dziecięce, zauroczenie, które w pewien sposób daje poczucie bliskości i bezpieczeństwa, ratuje przed całkowitym postradaniem zmysłów. Z tym, że tu mi pewne rzeczy też niestety nie zgrały. Już sam związek trzynastolatki ze starszym od siebie chłopakiem miał w sobie coś nierealnego. Ja wiem, że mało już mogę pamiętać z tego okresu, ale raz, że nie wydaje mi się bym w tym wieku miała ochotę się z kimkolwiek wiązać, a już tym bardziej spędzać noc z dala od domu, dwa, że szczerze wątpię w to, że szesnastoletni chłopak zawraca sobie głowę trzynastoletnią dziewczynką, będącą jeszcze niewinnym dzieciątkiem. Inna sprawa, zastanawiałam się jak to możliwe, że dwie osoby, których dzieli nie tylko płeć (wiem, to głupi stereotyp, ale facet zawsze kojarzy mi się z kimś większym), ale i w tym przedziale wiekowym akurat dość znacząca różnica nagle są tego samego wzrostu. Ale tu się już pewnie czepiam bez sensu. No i nie ukrywam, śmiać mi się chciało, jak padło określenie kochankowie. Przyjaciele, ok. Para, no czemu nie? Ale kochankowie?!

Wrócę jeszcze na chwilę do wieku Malwiny. Momentami miałam wrażenie, że nawet autorce ciężko było się trzymać tego, co sobie początkowo założyła. Bo początkowe założenie, o którym dowiadujemy się właściwie na pierwszej stronie, było takie, że Malwina ma lat trzynaście. Kilkanaście stron dalej nagle staje się jednak uczennicą liceum (może stąd to zrównanie wzrostem). Ja wiem, że w Niemczech system nauczania i te granice wiekowe odrobinę się różnią od naszych, ale chyba nie aż tak, żeby trzynastolatka chodziła do liceum?

Pomijając jednak całą resztę, nie podpasował mi też sam styl autorki. Niestety, mimo całej wagi poruszanego problemu, momentami czułam się jakbym czytała zwykły, najzwyklejszy pamiętnik nastolatki, w którym na pierwszym miejscu ustawia się całkiem niezłe, nieco starsze ciacho, do którego bohaterka rok wcześniej pałała nienawiścią nie do opisania, razem z przyjaciółką zresztą, której swoją drogą nie wie, jak ma opowiedzieć o tym co zaszło, podczas jej nieobecności..

Przykre to, ale nie ruszyło mnie zupełnie, a przecież powinno, prawda?

Beate Teresa Hanika, Milczenie, Warszawa, Nasza Księgarnia 2010.

niedziela, 08 kwietnia 2012

Czy macie takie sny, które powtarzają się z pewną, może nie zawsze regularną, częstotliwością? Które pamiętacie jeszcze z dzieciństwa? Które wydają się tak realistyczne i jednocześnie tak przerażające, że budzicie się zlani potem? A co jeśli to nie tylko sen? Co jeśli to przebłysk jakiegoś wspomnienia, dalekiego, już prawie nieuchwytnego, takiego, którego próbowaliście za wszelką cenę się pozbyć? Za wszelką cenę wymazać z pamięci, bo okazywało się zbyt bolesne.

Ethan, główny bohater, a jednocześnie jeden ze strażników Veridianu, ma taki sen. Powtarzający się odkąd tylko sięga pamięcią. Za każdym razem przerażający coraz bardziej. I związany z jego siostrą, której wspomnienie powoli zaczyna się zacierać w jego pamięci. To wszystko jednak na moment przycicha, gdyż na barki naszego bohatera spada spora odpowiedzialność. Ethan jako strażnik przechodzi bowiem na wyższy szczebel, z Ucznia staje się Nauczycielem, a pod opiekę dostaje Isabel, młodszą siostrę swojego niegdyś najlepszego przyjaciela. Dziewczynę kiedyś obsesyjnie w nim zakochaną, którą będzie musiał nauczyć walczyć, władać mieczem i... przenosić się w czasie. I przyznać trzeba, że większość fabuły skupiona jest właśnie wokół tego nauczania, choć pojawia się też kilka podróży w czasie, mających na celu zapobiegnięcie jakimkolwiek zmianom w historii, które mogłyby mieć dla nas tragiczne skutki. 

Wydaje się, że to wszystko gdzieś już było. Podróże w czasie. Motyw ucznia i nauczyciela. Walka dobra ze złem. Ostateczna bitwa, w której czeka bohaterów rozliczenie z demonami z przeszłości i lęk przed utratą tego, co dla nich najważniejsze. A jednak... Jednak czuć w powieści Curley pewną świeżość, a połączenie tych wszystkich elementów wychodzi jej na tyle zgrabnie, że Straż pochłania się z przyjemnością. 

Ale nie ma co tu się doszukiwać czy rozbudowanej intrygi czy pełnych portretów psychologicznych postaci. Nie, trzeba pamiętać o tym, że Straż jest właściwie zwykłą młodzieżówką, stojącą na dobrym poziomie i owszem, ale jednak nie wybitną. Gdzieś tam po drodze napotykamy na problemy rodzinne, na odejście ojca alkoholika, na depresje matki po utracie córki, ale to wszystko mam wrażenie pobrzmiewa tylko w tle, może odrobinę dla urozmaicenia fabuły, dla wyjaśnienia postępowania bohaterów w niektórych momentach, ale nie ma chyba kluczowego znaczenia. Curley postawiła sobie za cel raczej zapewnienie nam po prostu świetnej rozrywki. Interesującej, choć opartej na sprawdzonym schemacie walki dobra ze złem, z trzymającą w napięciu akcja, przyspieszającą na każdej kolejnej stronie i prowadzącą czytelnika do zakończenia, które sprawia, że chętnie sięgnęłoby się po drugi tom... gdyby tylko był pod ręką.

Marianne Curley, Straż, Warszawa, Wydawnictwo Jaguar 2011.

niedziela, 01 kwietnia 2012

Cień wiatru, chyba najbardziej znana powieść Zafona, wciąż jeszcze przede mną, ale to nie przeszkadza mi absolutnie w zapoznawaniu się z serią jego książek kierowanej do młodszego odbiorcy.

Mamy rok 1937. Rodzina Sauvelle po stracie głowy rodziny, została właściwie z niczym, schronienie otrzymując na wyspie w pobliżu posiadłości Crevenmoore, gdzie Simone otrzymała pracę u pewnego, dość nietypowego, fabrykanta zabawek. Dwójka jej dzieci, Irene i Dorian początkowo zafascynowani fabryką, powoli zaczynają odkrywać tajemnice skrywane przez jej właściciela, w czym pomaga im dwójka tutejszych dzieciaków: Hannah, która wkrótce po przybyciu Sauvelle'ów ginie w niewyjaśnionych okolicznościach oraz jej kuzyn Ismael.

Do rezydencji wciąż przychodzą listy od tajemniczego Daniela Hoffmana, których Simone absolutnie nie można otwierać. Mechaniczne zabawki zdają się nocą jakby ożywać. A Irene i Ismael w starej latarni odkrywają stary, zapomniany dziennik kobiety, która zaginęła kilka lat wcześniej.   

Światło września to powieść o zaprzedaniu duszy, o demonach przeszłości, które potrafią nas dopaść w każdej sytuacji, nawet wtedy, gdy zdawałoby się, że już dawno zdążyliśmy o nich zapomnieć. O przeszłości, która pojawiając się znienacka, potrafi całe nasze życie zamienić w piekło, zniszczyć wszystko co przez lata budowaliśmy. Ale oprócz ciemnej strony naszej rzeczywistości, znajdziemy tu także motyw pierwszej młodzieńczej miłości, małe światełko w tunelu. 

Stawiając w roli demona cień, własny cień człowieka, Zafon przywołuję ten irracjonalny strach znany chyba każdemu z nas. Strach przez czymś nieokreślonym, przez czymś, czego często nie potrafimy nazwać, co trudno jest nam zobaczyć. Sprawnie nawiązuje także do wydarzeń z drugiej wojny światowej, która to okazała się cieniem najgorszym z możliwych. 

Faktycznie ciężko by się było nie zgodzić z tym, że autor bazuje na sprawdzonych pomysłach. Że powiela schematy zastosowane wcześniej w Księciu mgły. Tylko co z tego, kiedy u niego cała fabuła jest tak perfekcyjnie skonstruowana? Kiedy ja czytam i zapominam o tym wszystkim, co się dzieje wokół? Kiedy czuję ciarki na plecach i boję się nocą wyjść na przedpokój, bo nie wiem czy nie czyha tam na mnie cień?  

Zakochuję się powoli w tym klimacie, który serwuje nam Zafon. Zakochuję się w tym napięciu, które umiejętnie nam dawkuję. Zakochuję się w tej grozie, przeznaczonej niby dla młodzieży, a jednak poruszającej wyobraźnię także dorosłego czytelnika. I wiecie co? Niech sobie autor powiela schematy, na zdrowie mu, a ja będę się w tym zaczytywać, aż do znudzenia. Choć nie wiem czy to jest w stanie mi się znudzić. 

Carlos Ruiz Zafon, Światła września, Warszawa, Muza SA 2011.

piątek, 02 marca 2012

Aleksandra spotykamy w nie najlepszym momencie jego życia. Właśnie zginął jego brat bliźniak, którego pogrzeb staje się okazją do spotkania Alka z, przez lata niewidzianą, rodziną. Od swojej siostry dostaje dzienniki, które w dniu wyprowadzki z domu, zapomniał ze sobą zabrać. Dzięki nim główny bohater, a czytelnik wraz z nim, cofa się do przeszłości, mając okazję przyglądnąć się wydarzeniom, które miały decydujący wpływ na jego dalsze życie. Wydarzeniom, które pozwoliły mu w jakiś sposób się określić. Choć i może nie do końca...

Mam niestety wrażenie, że ta jego przeszłość przez większą część książki niemiłosiernie się ciągnęła i dopiero gdzieś tam przy końcówce zaczęła mnie autentycznie interesować i wciągnęła na tyle, że przy tych ostatnich pięćdziesięciu stronach zaczęłam się jakoś w życie Alka angażować.

Problem z tą książką polega na tym, że w moich oczach jest ona po prostu mało wiarygodna. Ciężko mi uwierzyć w to, że chłopak, który dopiero zaczyna się zastanawiać nad swoją seksualnością z miejsca leci do gejowskiego klubu i ląduje w łóżku z pierwszym facetem, który mu się tam nawinie. Ciężko mi też uwierzyć w to, że homoseksualiści, zamiast siąść i najpierw pogadać o tym, co się dzieje ze swoją rodziną czy najbliższymi przyjaciółmi, lecą na facebooka ogłosić to z miejsca całemu światu, zwłaszcza gdy w domu, ba, w tym samym pokoju, mają brata homofoba.

Niemniej jednak sam temat poruszany przez Onichimowską jest ważny. Dobrze, że zdecydowała się mu poświęcić swą powieść. Dobrze, że starała się pokazać to, że inność w żadnym stopniu nie oznacza bycia tym gorszym. Ciekawym zabiegiem okazało się też przeciwstawienie Alka kilku innym postaciom. Tak więc widzimy go jako homoseksualistę mieszkającego pod jednym dachem z zapalonym homofobem, który jednak prędzej czy później maksymalnie nas zaskoczy. Widzimy go też jako chłopaka, pochodzącego z raczej ubogiej rodziny, dla którego każdy grosz i okazja do jego zdobycia, jest na wagę złota i jego dziewczynę, dla której pieniądz w jakiś sposób zdążył swoją wartość stracić, przez to tylko, że ma go pod dostatkiem. 

Zastanawiam się odrobinę, czy gdyby książka ta ukazała się kilka lat wcześniej i czy gdybym ja kilka lat wcześniej po nią sięgnęła to mój odbiór byłby inny. I nie wiem. Hera, moja miłość Lot Komety swego czasu zrobiły na mnie wielkie wrażenie, może gdybym znów miała naście lat i Koniec gry wywołałby podobną reakcję, a może po prostu to jedna ze słabszych książek autorki. 

Anna Onichimowska, Koniec gry, Kraków, Wydawnictwo Znak 2012.

czwartek, 26 stycznia 2012

Kolejny raz Filip Engell ląduje w królestwie Lucyfera przez zupełny przypadek. Tym razem trafia tam, by pomóc Sørenowi, który niechybnie połknął pigułkę przemiany, będąc przekonanym, że to… proszek od bólu głowy.

Pytanie tylko jak pomóc koledze i wyciągnąć go z miejsca, w którym z całą pewnością nie powinien się znaleźć, a przynajmniej jeszcze nie teraz, skoro zupełnie nie wiadomo jakie to miejsce? Pomijając już całą rozległość samego Piekła, które zdaje się ciągnąć w nieskończoność, nie zapominajmy, że Søren mógł trafić także do Hadesu, Hellu, Asgardu, może i nawet do… Raju. Choć to akurat w jego przypadku wydaje się to całkiem nieuzasadnione. 

Okazuje się też, że od ostatniego pobytu Filipa w Piekle wiele się tam zmieniło. I to wcale nie na lepsze. Diabły otrzymały śmiertelność, za którą nie są ani trochę wdzięczne, zaczynają się więc bunty i ucieczki, brakuje rąk do pracy, potępieńcy panoszą się bez nadzoru, a w powietrzu wisi groźba wojny. Może więc kolejna śmierć Filipa wcale nie jest tylko przypadkiem?

Kenneth E. Andersen już po raz trzeci zabiera nas w niezwykłą podróż po czeluściach Piekła i nie tylko. Mamy też okazję pohasać po zielonych łąkach Raju, i zajrzeć do starożytnego świata umarłych, w których rządzi nieco psychopatyczny Hades. Odkrywamy kolejne zakamarki królestwa Lucyfera goszcząc u samotnego, a przez to odrobinę szalonego malarza czy trafiając do przerażającego Lasu Strachu. Spotykamy kolejne tak dobrze znane nam postacie. Kuba Rozpruwacz uciekający przed zabitymi kobietami, Barabasz mający smaczek na Filipa, Noe błąkający się po Piekle w poszukiwaniu odrobiny spokoju i zapomnienia czy Herkules odczuwający wieczne pragnienie to tylko niektóre z nich.

Każda kolejna część Wielkiej wojny diabłów okazuje się dla mnie świetną rozrywką. Mało tego, mam wrażenie, że im dalej tym bardziej te książki mnie wciągają i robi mi się po prostu przykro na myśl o tym, że powoli zbliżamy się do finiszu. Choć po cichu liczę ciągle na to, że na tym cyklu autor swej twórczości nie zakończy. 

Niestety, tym razem bardzo wyraźnie widać pośpiech i niedokładność przy samym przygotowaniu książki do druku. Liczne literówki, brak znaków interpunkcyjnych oraz zdania bez ładu i składu momentami mocno psuły odbiór całości. 

Mimo tego bez wahania mogę napisać, że to najlepsza część cyklu, a zakończenie zaserwowane nam przez autora aż zmusza do sięgnięcia po tom ostatni. Miejmy nadzieję, że równie zaskakujący i... o wiele bardziej dopracowany pod względem technicznym.

Recenzja opublikowana na dlalejdis.pl

Kenneth B. Andersen, Śmierć w pigułce, Warszawa, Wydawnictwo Jaguar 2011.

niedziela, 27 listopada 2011

Cóż to za pozytywna książeczka. Fanów Mikołajka przyprawi o miły ślinotok, nie-fanów zmusi do sięgnięcia po jego przygody, a jednych i drugich zachęci do spędzania większej ilości czasu w kuchni. Choć w teorii przeznaczona dla młodszych odbiorców, sprawi też wiele radości tym starszym. Żywy przykład w mojej postaci. 

Książka została podzielona na pięć głównych działów, takich jak: 10 niesamowicie smacznych dań czy 10 fantastycznych deserów. W obrębie każdego z nich znajdziemy po dziesięć przepisów, czasem bardzo prostych, czasem wymagających troszkę więcej wysiłków, a czasem też takich przy których niezbędna będzie pomoc rodzica, co zostało w każdym z tych przypadków zaznaczone.

Myślę, że każde dziecko, które samodzielnie, bez pomocy rodziców zrobi dla nich przysmak z kiwi, ciasto z herbatnikami lub kolorową sałatkę misz-masz przyprawi o dumę nie tylko mamę i tatę, ale przede wszystkim samego siebie. Cóż, ja przekroczyłam dwudziestkę, a nadal przecież odczuwam wielką satysfakcję, gdy uda mi się przygotować coś nowego i okazuje się, że moi bliscy zjadają to nie tylko ze smakiem, ale i bez żadnych skutków ubocznych ;).

Piękne jest samo wydanie książki, stylizowane trochę na zwykły maminy (lub babciny ;)) zeszyt z przepisami. Na co drugiej stronie znajduje się miejsce na własne notatki, któremu towarzyszy zabawna ilustracja i cytacik, pochodzące z książek Sempe i Goscinnego. Każdy rozdział zaś zakończony został całą wolną kartką do zapełnienia własnym przepisem. 

Dla młodszych (i starszych) kucharzy, poznających tę tajemną sztukę, jaką okazuje się niejednokrotnie przygotowanie posiłku dla całej rodziny, ewentualnie zgrai kolegów, polecam. Gorąco, serdecznie i smacznie. Do ugryzienia.

Christine de Beaupre, Beatrice Valentin, Przepisy Mikołajka, Kraków, Wydawnictwo Znak 2011.

poniedziałek, 14 listopada 2011

Mały Książę to jedna z tych niewielu książek, do których wciąż jeszcze wracam, bałam się więc sięgać po coś co można by nazwać jej kontynuacją, tyle, że napisaną przez zupełnie innego autora, przy tym wszystkim zupełnie mi nieznanego.

Powrót Młodego Księcia to zapis z trzech dni spędzonych w towarzystwie płowowłosego chłopca, który powrócił na ziemię w poszukiwaniu przyjaciela. Przyjaciela, który prawdopodobnie go oszukał.

Choć starszy i dojrzalszy Młody Książę jest nadal tym uroczym młodzieńcem, którego pamiętamy z utwory Exupery'ego. Nadal cechuje go ta dziecięca niewinność i wrażliwość oraz umiejętność zadawania pytań pozornie bardzo prostych, a stwarzających nie lada wyzwanie dla odpowiadającego.

Roemmers żywo nawiązuje do Małego Księcia, przywołując wspomnienia baranka ukrytego w pudełku, róży czy postaci, które Książę spotkał na planetach mijanych w drodze na ziemię. Dokłada do tego też kilka nowych bohaterów i sytuacji, w ten sposób zwracając naszą uwagę na problemy współczesnego świata.

Jednak miałam wrażenie, że za dużo tu tych wszystkich mądrości, za dużo rad, które pozwolą lepiej nam żyć i być szczęśliwszym człowiekiem. Autor chyba postawił sobie za cel dorównać Exupery'emu, a ja momentami czułam się jakbym czytała poradnik, nie powieść. A już wkroczenie na grunt religii i Boga zupełnie mnie przerosło.

W związku z tym, lektury ani nie polecam, ani nie odradzam. Książkę można przeczytać, może nawet znajdzie się w niej coś dla siebie. Jednak nie uważam, by była to lektura obowiązkowa dla fanów Małego Księcia, jemu chyba nic nie będzie już w stanie dorównać.

Swoją drogą, zastanawiam się, czy to tylko ja dostrzegam błąd ortograficzny na okładce...

***

Co do błędu okazało się, że na wydrukowanych egzemplarzach książki takowego nie ma. Ja czytałam szczotkę, nie widziałam oryginalnej okładki, więc głupio założyłam, że ta na stronie wydawnictwa jest ostateczną. Przepraszam.

Alejandro Guillermo Roemmers, Powrót Młodego Księcia, Warszawa, Wydawnictwo W.A.B. 2011.

niedziela, 09 października 2011

Wiem, wiem, powinnam już dać sobie spokój z młodzieżówkami, sama podczas czytania kilka razy sobie pomyślałam babo stara*, głupia, weź się w końcu za coś poważnego, ale co zrobić kiedy ja to lubię? Tak sobie tłumaczę, że skoro we własnym okresie nastoletnim zaczytywałam się albo w powieści typowo dziewczęce (pamiętniki księżniczki, wędrujące dżinsy i jakieś tam inne o pierwszych miłościach) albo w te o różnego typu problemach (anoreksje, nastolatki w niechcianych ciążach, narkotyki itp.) to teraz nadrabiam braki w literaturze przygodowej, bo jej jakoś w moim życiu ciągle mało i mało. Ale spokojnie, może kiedyś mi przejdzie. 

Powieść Baccalario zaczyna się od przeprowadzki państwa Covenant do tajemniczej Willi Argo, położonej w uroczej wiosce Kilmore Cove. Tak, wioska urocza, ale pozbawiona komputerów i Internetu mogłaby nieco stracić na swojej wartości. Czyżby? To właśnie tam Julia i Jason, dwójka rezolutnych bliźniaków, poznają Ricka Bannera i wraz z nim odkrywać będą sekrety rezydencji pozostawionej przez Ulysesa Moore'a. I to właśnie tam, dzięki dyskretnym wskazówkom byłego właściciela domu i częściowej pomocy ogrodnika Nestora przeżyją największą przygodę ich życia. 

W tej książce jest w zasadzie wszystko, czego powinno się wymagać od książki dla młodzieży. Tajemnicza, utrzymana w starym stylu rezydencja, z wielkim ogrodem, w której od czasu do czasu słychać podejrzane kroki. Drzwi poukrywane w różnych częściach domu i klucze, którymi można je otworzyć tylko za sprawą odpowiednich kombinacji. Sekretne przejścia prowadzące do wspaniałych miejsc. Skrawki papieru zapisane ciągiem niezrozumiałych znaków, które rozszyfrować można jedynie za pomocą odpowiednich ksiąg. Są więc zagadki, wielka chęć ich rozwiązania, żądza przygód, a to wszystko doprawione niesamowitą przyjaźnią łączącą trójkę dzieciaków, o zupełnie różnych osobowościach, z których każda gdzieś tam w pewnym momencie się przydaje. 

Niestety, Wrota czasu to tak naprawdę zaledwie wstęp do kolejnych przygód trójki przyjaciół, a czekające nas na ostatniej stronie słowa niejednego doprowadzą pewnie do szału, w każdym razie mnie doprowadziły. Bo okazuje się, że Baccalario bezczelnie kończy akcje tam gdzie właśnie mogłaby się na dobre rozpocząć. Nic to, takie są przecież uroki serii, zwłaszcza serii tak rozbudowanych, a ja jeśli tylko będę miała okazję to chętnie poznam dalsze losy Jasona, Julii i Ricka.

Pierdomenico Baccalario, Wrota czasu, Warszawa, Firma Księgarska Jacek i Krzysztof Olesiejuk - Inwestycje 2006.

*Za stara na takie bzdety, bo ogólnie przecież całkiem młoda ;))

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5
Tagi
Teksty umieszczone na stronie są mojego autorstwa,proszę o niekopiowanie ich bez mojej zgody!

Czytadełko
on Google+