Wpisy z tagiem: felietony
środa, 29 lutego 2012
Tym razem wybór padł na Tylko dla dziewcząt Magdaleny Samozwaniec. To akurat dosyć krótka książka, trwa zaledwie niecałe sześć godzin, więc przesłuchałam ją sobie dosłownie wczoraj, w całości, naraz. Piszę o tym nie bez powodu, bo tyle czasu to może być zarówno mało, jak i dużo. Dużo, gdy lektor jest nudny, czyta nieciekawie i monotonnie i nie wiadomo czy bardziej męczy siebie czy słuchacza. Annie Szawiel udało się tego jakoś uniknąć i okazało się, że słuchałam jej z ogromną przyjemnością, choć teraz trochę się zastanawiam, czy to nie przypadkiem zasługa samej treści, bo ta jest naprawdę... rozbrajająca. Tylko dla dziewcząt to zbiór felietonów, po raz pierwszy wydany prawie pięćdziesiąt lat temu. I choć wydawać by się mogło, że przez upływ czasu straciły mocno na swojej aktualności, to okazuje się, że pewne postawy czy zachowania obecne są w naszym życiu po dziś dzień i, jeśli mam być szczera, jeszcze długo się nie zmienią. No bo co by nie mówić, nadal osiemnasto- i dziewiętnastolatki wychodzą za mąż, jakby groziło im staropanieństwo, przez co ja czuje się czasem taka okropnie stara. Nadal wszystko robimy byle szybko, mam wrażenie, że nawet byle szybciej niż te kilkanaście lat temu. Szybki ślub, szybkie dziecko, szybki rozwód. Nadal rodzice chcą dla swoich córek jak najlepiej. Sprawdzają przyszłego zięcia pod każdym względem, sprawiając, że przy niedzielnym obiedzie poci się cały ze stresu i kpią sobie w możliwie delikatny sposób, z tych, którzy im nie odpowiadają. Tyle dobrze, że narzeczony na pewno nie ucieknie już przed nami tylko dlatego, że nie mamy odpowiedniego posagu... Samozwaniec pisze z niezwykłą lekkością (a może to Szawiel tak czyta?) i ironią, która szalenie mi się podobała. Już pierwsze dźwięki doprowadziły mnie do parsknięcia śmiechem, gdy oświadczono mi, że w modlitwach starozakonnych wyraźnie widnieje fragment: dziękuję Ci panie Boże, żeś mnie nie stworzył kobietą. Ja dziękuję, żeś mnie kobietą stworzył, bo dzięki temu mogę się śmiać z własnych wad i słabości, tak charakterystycznych właśnie dla płci pięknej. Dalej jest już tylko lepiej, bo tekstami typu: wszystkie trzy mają jamy oczne, czyli oczy tak zamalowane ciemnym tuszem, że nie widać dokładnie jakiego są koloru; gdy jesteś smutna bez powodu, zakochaj się nieszczęśliwie, poczujesz się lekka i wesoła; idź przez życie z podniesionym czołem, ale nie zadartym nosem czy moim zdecydowanym faworytem: kobiety zwykle całują się na powitanie, ponieważ nie mogą się ugryźć autorka sypie, jak z rękawa. Szkoda tylko, że nadal nie doczekałyśmy się męża elektronowego, do kupienia na raty, który nie będzie się czepiał o byle co lub mebli po pijanemu. Jeśli chcesz wiedzieć jak zdobyć męża (wystrzegać się mamisynków, pilnować przed teściową, a także obserwować wybranka także z tyłu, bo może się okazać, że nogi proste z przodu, z tyłu okażą się całkowicie krzywe!) i co zrobić, a raczej czego nie robić, żeby wybranek serca od Ciebie nie uciekł, jeśli chcesz się przekonać czy prawdziwa przyjaźń między kobietami istnieje i poznać zalety, jakimi powinna charakteryzować się dziewica, to ja serdecznie zachęcam do sięgnięcia po Tylko dla dziewcząt, niezależnie w jakieś wersji. Ach i zapomniałabym! Mimo tytułu zachęcam do sięgnięcia po książkę także kobiety dojrzałe, już zamężne, jak i kochanym panów, bo choć rady są tylko dla dziewcząt to śmiech jest przecież dla każdego! *** A jeśli chcielibyście posłuchać tej książki to serdecznie zachęcam do zgłaszania się po nią notkę niżej. Magdalena Samozwaniec, Tylko dla dziewcząt, Warszawa, Wydawnictwo W.A.B. 2012. czyta: Anna Szawiel czas trwania: 05:30:00 Wszystkie cytaty były spisywane ze słuchu, mogą więc nieznacznie różnic się od oryginały
niedziela, 08 stycznia 2012
Kilka lat temu czytałam Dziewczynkę w czerwonym płaszczyku. Zrobiła na mnie ogromne wrażenie, ale na tym moja znajomość z twórczością Ligockiej się zakończyła. Aż do teraz. Księżyc nad Taorminą to zbiór felietonów. Większość z nich ukazała się wcześniej w magazynie Pani, tylko trzy z nich zostały napisane specjalne na potrzeby tego zbioru. To migawki z życia nie tylko autorki, ale i ludzi, których spotyka, czasem zupełnie przypadkiem. Obrazek z hotelu tak łatwego do opuszczenia. Chwile spędzone na lotniskach. Różnice i podobieństwa wyłapywane mimochodem podczas pobytów w innych krajach. Przypadkowe spotkania w pociągu. To utwory przepełnione tęsknotą do miłości i własnego miejsca, wspomnieniami i walką o marzenia poukładane na półeczkach, te ważne i mniej ważne, a także te, które już nie mają prawa się spełnić. To pochwała codzienności, ukłon w stronę każdego pojedynczego dnia, który jest zupełnie inny niż poprzedni i następny, a przez to zupełnie wyjątkowy. Najbardziej ujęło mnie Łóżeczko, historia pana Piotra, pianisty, który przez dziesięć miesięcy miał pod swoją opieką dziecko, zostawione mu zupełnie przypadkiem, bez uprzedzenia. Zresztą pozwolę sobie odesłać Was do całości tekstu, którą znajdziecie tutaj. Dla mnie to taka książka pełna sprzeczności. Z jednej strony skupiająca się na motywie podróży, ale w żadnym wypadku nie podróżnicza. Bardzo osobista, ale jednocześnie nie pozwalająca wkroczyć nadto w intymność pisarki. Roma Ligocka, Księżyc nad Taorminą, Kraków, Wydawnictwo Literackie 2011.
niedziela, 17 lipca 2011
Zawsze zadziwia mnie to jak wiele osób odmawia Grocholi posiadania jakiegokolwiek talentu. I są to w większości osoby, które do jej książek nawet nie zajrzały. Ok, ja też przeczytałam dotąd tylko dwie (łącznie z Makatką). Ale, żeby napisać ksiażki, z których powstaną znane i lubiane hity filmowe, żeby zapoczątkować pewien nurt literacki, żeby być w jakiś sposób przykładem dla kolejnych pokoleń pisarek, to chyba smykałkę do pisania trzeba mieć? No bo skoro Grochola zupełnym beztalenciem jest to dlaczego jest jednocześnie jedną z najpopularniejszych polskich pisarek? Ale ja przecież nie o Grocholi miałam, a o jej najnowszej książce. Napisanej wspólnie z córką zresztą, która to córka powinna się poważnie zastanowić nad napisaniem własnej książki, zupełnie samodzielnie, bo mam wrażenie, że z klawiaturą radzi sobie nawet lepiej niż jej Matka. Makatka to zbiór felietonów pogrupowanych w obrębie dwanastu części, z których każda stanowi jeden miesiąc. Jeden miesiąc roku Matki i Córki, który to rok zaczyna się od września. To spojrzenie na różne sprawy z różnych punktów widzenia, ale też z perspektywy czasu. Mamy więc teksty na temat fejsbuka, tragedii smoleńskiej, zbliżającego się końca świata, tańca z gwiazdami, Świąt Bożego Narodzenia, ferii, zdrad, związków, rozstań słusznych i niesłusznych, przyjaciół i znajomych. Ale nie tylko, bo obydwie kobiety często odchodzą od tematów przewodnich na każdy miesiąc (jak je sobie na potrzeby własne nazwałam), pisząc o tym co im się akurat przypomni albo przemycając zabawne historie z życia swojego i najbliższych. Gdzieś znalazłam opinię jakoby Makatka była takim tam zwykłym babskim gadaniem. I ja się z tym zgadzam. Mało tego, to w większości gadanie o zwykłych, codziennych rzeczach, o których przecież każdy z nas mógłby spokojnie napisać. Ale myślę, że już niewielu z nas potrafiłoby to zrobić z tak dużym humorem i dystansem do pewnych spraw. I dlatego właśnie uważam, że Makatka to dobra książka, naprawdę. A poza sporą dawką humoru i zdrowym rozsądkiem, pełna jest takiej zwyklej, najzwyklejszej, bezinteresownej miłości. I to się czuje. Niemal na każdej stronie. Ocena: 4/6 Katarzyna Grochola, Dorota Szelągowska, Makatka, Kraków, Wydawnictwo Literackie 2011. |
Archiwum
Zakładki:
*
Całkowita liczba wyświetleń
Dla czytelnika
Mole książkowe
Strony autorów
Współpracuję
Wyzwania
Tagi
Czytadełko on Google+ |