Wpisy z tagiem: duńska

czwartek, 26 stycznia 2012

Kolejny raz Filip Engell ląduje w królestwie Lucyfera przez zupełny przypadek. Tym razem trafia tam, by pomóc Sørenowi, który niechybnie połknął pigułkę przemiany, będąc przekonanym, że to… proszek od bólu głowy.

Pytanie tylko jak pomóc koledze i wyciągnąć go z miejsca, w którym z całą pewnością nie powinien się znaleźć, a przynajmniej jeszcze nie teraz, skoro zupełnie nie wiadomo jakie to miejsce? Pomijając już całą rozległość samego Piekła, które zdaje się ciągnąć w nieskończoność, nie zapominajmy, że Søren mógł trafić także do Hadesu, Hellu, Asgardu, może i nawet do… Raju. Choć to akurat w jego przypadku wydaje się to całkiem nieuzasadnione. 

Okazuje się też, że od ostatniego pobytu Filipa w Piekle wiele się tam zmieniło. I to wcale nie na lepsze. Diabły otrzymały śmiertelność, za którą nie są ani trochę wdzięczne, zaczynają się więc bunty i ucieczki, brakuje rąk do pracy, potępieńcy panoszą się bez nadzoru, a w powietrzu wisi groźba wojny. Może więc kolejna śmierć Filipa wcale nie jest tylko przypadkiem?

Kenneth E. Andersen już po raz trzeci zabiera nas w niezwykłą podróż po czeluściach Piekła i nie tylko. Mamy też okazję pohasać po zielonych łąkach Raju, i zajrzeć do starożytnego świata umarłych, w których rządzi nieco psychopatyczny Hades. Odkrywamy kolejne zakamarki królestwa Lucyfera goszcząc u samotnego, a przez to odrobinę szalonego malarza czy trafiając do przerażającego Lasu Strachu. Spotykamy kolejne tak dobrze znane nam postacie. Kuba Rozpruwacz uciekający przed zabitymi kobietami, Barabasz mający smaczek na Filipa, Noe błąkający się po Piekle w poszukiwaniu odrobiny spokoju i zapomnienia czy Herkules odczuwający wieczne pragnienie to tylko niektóre z nich.

Każda kolejna część Wielkiej wojny diabłów okazuje się dla mnie świetną rozrywką. Mało tego, mam wrażenie, że im dalej tym bardziej te książki mnie wciągają i robi mi się po prostu przykro na myśl o tym, że powoli zbliżamy się do finiszu. Choć po cichu liczę ciągle na to, że na tym cyklu autor swej twórczości nie zakończy. 

Niestety, tym razem bardzo wyraźnie widać pośpiech i niedokładność przy samym przygotowaniu książki do druku. Liczne literówki, brak znaków interpunkcyjnych oraz zdania bez ładu i składu momentami mocno psuły odbiór całości. 

Mimo tego bez wahania mogę napisać, że to najlepsza część cyklu, a zakończenie zaserwowane nam przez autora aż zmusza do sięgnięcia po tom ostatni. Miejmy nadzieję, że równie zaskakujący i... o wiele bardziej dopracowany pod względem technicznym.

Recenzja opublikowana na dlalejdis.pl

Kenneth B. Andersen, Śmierć w pigułce, Warszawa, Wydawnictwo Jaguar 2011.

czwartek, 18 sierpnia 2011

Wiem, że nie powinnam tego pisać, ale… jak dobrze było znów znaleźć się w piekle. Diabły wiecznie latające za potępieńcami, buchające wkoło ognie piekielne, a do tego Lucyfaks, Lucyfer, Moczybroda, Ravine, Satina… Tak, tego mi brakowało. Ach tak, no i Filipa, to przecież on gra tu pierwsze skrzypce.

Filip, chłopiec którego nazwisko już wcale nie jest aż tak adekwatne do charakteru. Filip Engell, który od pół roku przebywa poza piekłem, choć nadal nie zapomniał nauk największego z Diabłów i dość umiejętnie stosuje je także w ziemskim życiu. Filip, w którego życiu zaczynają dziać się dziwne rzeczy, z wizjami tajemniczego, trójrogiego konia na czele, a który jak się okazuje znów jest potrzebny w Piekle. A może raczej powinnam napisać w zaświatach, bo tym razem nie Lucyfer potrzebuje pomocy. Tym razem to sama Śmierć ma dla Filipa zadanie, które zadecyduje o dalszych losach ludzkości.

Nie wiem, może to wynika z czystej sympatii do bohaterów, ale tą część czytało mi się nawet lepiej od poprzedniej. Niesamowicie wciągająca, z każdą stroną zaskakuje coraz bardziej i, co najważniejsze, dostarcza rozwiązań, których raczej byśmy się nie spodziewali. Przynajmniej ja byłam dość zdezorientowana, gdy doszłam do ostatnich rozdziałów i dowiedziałam się kto tę nieszczęsną Kostkę Śmierci ukradł i z jakich powodów. Obstawiałam zupełnie inne zakończenie, za co należy się wielki plus dla autora – udało mu się wyprowadzić mnie w pole.

Znów na uwagę zasługują opisy zastosowane przez Andersena, tym bardziej, że tym razem wziął na celownik Dolinę Śmierci, która jest dość osobliwym miejscem. Jeśli już bym miała wybierać zdecydowanie wolałabym trafić do Piekła niż kiedykolwiek znaleźć się w królestwie Mortimera. I chyba nie chciałabym trafić do Czyśćca. Spodobała mi się też wizja ludzkiego życia zamkniętego w klepsydrze, gdzie w górnej jej części możemy zobaczyć najważniejsze (przy czym niekoniecznie najlepsze) wspomnienia człowieka, w dolnej zaś jego śmierć.

Mimo tego że Kostka śmierci zdecydowanie zalicza się do nurtu literatury młodzieżowej, myślę, że spokojnie można ją polecić także starszym odbiorcom. Zwrócenie uwagi na tak ważne zagadnienie jakim jest sens naszego życia i przedstawienie tego w łatwej i przystępnej formie zasługuje na naprawdę wielkie brawa. Na jeszcze większe zasługuje to, że Andersen poruszając tematykę nieśmiertelności i wplatając w historię Filipa, swoje własne przemyślenia jakby całkiem mimochodem, także mnie zmusił do refleksji. Sprawił, że zaczęłam dostrzegać bezsens wiecznego życia, a nawet życia długiego. Bo jakkolwiek cudownie i kusząco brzmi początkowo wizja nieśmiertelności, tak okazuje się, że z dnia na dzień, im jesteśmy starsi tym bardziej ona zaczyna blednąć. A potem robi się już tylko uciążliwa i niesamowicie męcząca, co autor przedstawił na przykładzie starych diabłów. 

Powoli i w dość subtelny sposób Andersen wprowadza też wątek miłosny i aż mnie skręca z ciekawości, bo chciałabym już, teraz, w tej chwili wiedzieć jak on się dalej rozwinie. Całe szczęście, że premiera trzeciego tomu już niedługo. Czekam na niego z niecierpliwością.

Książkę przeczytałam dzięki portalowi nakanapie.pl.

Ocena: 5/6

Kenneth B. Andersen, Kostka śmierci, Warszawa, Wydawnictwo Jaguar 2011.

środa, 10 sierpnia 2011

Filip Engell to dziecko, o jakim marzą wszyscy rodzice. Ułożone, posłuszne, dobre, uczynne, pomocne, uczciwe, szczere. To też uczeń, o jakim marzą wszyscy nauczyciele. Zawsze przygotowany, czasem nawet na zapas, pracowity, punktualny. Słowem… jego zalety można mnożyć w nieskończoność. Niestety, w wyniku pomyłki trafia do Piekła, miejsca gdzie nigdy nie powinien się znaleźć. Na własne nieszczęście dostaje także zadanie, któremu nie jest w stanie podołać. Ma zostać zastępcą samego Lucyfera, który nieubłagalnie zbliża się do kresu swoich dni. Jak z anioła zrobić wzorowego diabła? Czy w ogóle jest to możliwe? Okazuje się, że tak. Przecież każdy z nas ma słabe punkty i pewne granice. Granice po przekroczeniu których nasze oblicze zmienia się nie do poznania.

Uczeń diabła to świetna młodzieżówka, z ciekawie przedstawioną wizją świata piekielnego, do którego raczej nie chcielibyśmy trafić po śmierci. Szalenie spodobała mi się wizja kar przedstawiona przez Andersena. Przykładowo: ulice piekła wybrukowane są głowami tych, którzy za życia deptali innych, w rzece ognia na wieczne topienie się i palenie skazani są inkwizytorzy, którzy za życia postępowali właśnie w ten sposób z kobietami podejrzanymi o czary. Czyli każdemu według jego miary.

Powieść wciąga właściwie od pierwszych stron, a losy głównego bohatera są na tyle interesujące, że ciężko się od niej oderwać. Okazuje się też, że nie taki diabeł straszny jak go malują i także on nie ma serca z kamienia, potrafi się wzruszyć, podziękować czy przeprosić, choć robi to niechętnie i z niemałym zażenowaniem.

Dobrze mi było w świecie stworzonym przez Andersena, polubiłam wykreowanych przez niego bohaterów, z wielkim władcą Piekła na czele i cieszę się, że czeka na mnie druga część Wojny diabłów. Mam nadzieję, że autor znów zapewni mi równie dobrą rozrywkę.

Ocena: 5/6

Kenneth B. Andersen, Uczeń diabła, Warszawa, Wydawnictwo Jaguar 2011.

niedziela, 05 września 2010

Lise była kiedyś zwyczajną kobietą, piszącą książki dla dzeci, mająca u boku kochanego męża i dwójkę potomków. Właśnie, była. Aż do momentu gdy za jedną ze swoich książek zdobyła nagrodę Akademii. Wtedy zaczęła się sława, ludzie o niej usłyszeli, a jej życie zaczęło się psuć. Chociaż nie, nie wiem czy to był ten moment gdy wszystko uległo zmianie, Lise pewnie też tego nie wie. Czy ktokolwiek potrafi wskazać ten jeden, jedyny moment od którego wszystko się zaczęło? Albo skończyło. Ja nie potafię jednoznacznie określić w którym ułamku sekundy coś się w moim życiu na zawsze zmieniło.

Tak więc u Lise zmieniło się wszystko. Zaczęła wyczuwać spisek ze strony męża i pomocy domowej, potem ze strony dzieci, wreszcie przestała ufać najlepszej przyjaciółce. Zaczęła słyszeć głosy, zaczęła mieć halucynacje, stopniowo zaczęła się staczać, a wreszcie nie potrafiła już wskazać różnicy między rzeczywistością, a wytworami swojego chorego umysłu, co doprowadziło ją do podjęcia samobójczej próby i w efekcie zamienienia swego lokum na szpital psychiatryczny.

Mało jest książek, które potrafią wywołać we mnie aż tak silne emocje, mało jest książek, które potrafią sprawić, że ja sama się gubię, że nie potrafię odróżnić prawdy od fałszu, jawy od wytworów wyobraźni, że zaczynam się bać tego co zobaczę na natępnej stronie. Mało jest utworów, które potrafią sprawić, że razem z bohaterką wariuję od samego czytania, jednocześnie ciesząc się, że po przeczytaniu otatniego słowa i zamknięcia książki raz na zawsze wszystko wróci do normalności. Więc jeśli ktoś potrafi pisać w taki sposób, że ja, leżąc we własnym łóżku zaczynam czuć i przeżywać to co bohater, jeśli tak samo się boję i tak samo pragnę uciszyć to wszystko wokół, albo najlepiej uciec gdzieś daleko to znaczy to tylko tyle, że to naprawdę znakomity pisarz.

Polecam, bo to mocna rzecz i książka naprawdę godna uwagi.

Ocena: 6/6

Tove Ditlevsen, Twarze, Warszawa, KOJRO, 2007.

Tagi
Teksty umieszczone na stronie są mojego autorstwa,proszę o niekopiowanie ich bez mojej zgody!

Czytadełko
on Google+