Wpisy z tagiem: książki o książkach
środa, 02 marca 2011
Recenzja napisana dla portalu Lubimyczytac.pl Ocena: 4/6 Agnieszka Osiecka, Czytadła. Gawędy o lekturach, Warszawa, Prószyński i S-ka 2010.
niedziela, 19 września 2010
Stowarzyszenie Miłośników Literatury i Placka z Kartoflanych Obierek to powieść składająca się w właściwie w całości z listów .Listy te w większości pisane są przez Juliet Ashton, pisarkę szukającą tematu do swojej kolejnej książki. Koresponduje ona ze swoim wydawcą i zarazem jednym z najlepszych przyjaciół Sydneyem, jego siostrą i swoją przyjaciółką. Z czasem nawiązuje także kontakt z członkami tytułowego Stowarzyszenia, a staje się tak za sprawą jej książki odnalezionej przez Dawseya, mężczyzny do szaleństwa zakochanego w pisarstwie Charlesa Lamba. To właściwie dzięki niemu Juliet ma okazję poznać resztę mieszkańców Guernsey, bo o dziwo nie poznaje tylko członków Stowarzyszenia, ale też ludzi zupełnie im przeciwnym, okoliczności powstania ich grupy, a także warunków życia jakie panowały w miasteczku podczas drugiej wojny światowej, gdy Wyspy Normandzkie w całości znajdowały się pod okupacją niemiecką. Książka jest cudowna. Napisana prostym, przyjemnym stylem sprawiającym, że pochłania się ją właściwie za jednym razem, a jednocześnie przywodzącym mi na myśl książki Fannie Flagg. Bo zarówno ona, jak i autorki potrafią stworzyć nadzwyczaj ciepłą atrmosferę. Niesamowicie wciągnęły mnie losy tych ludzi, których z pozoru nic nigdy nie miało połączyć. Ludzi, którzy zaczęli z miłością myśleć o książkach, za sprawą jednego tylko wypadku, który mógł się przecież skończyć dla nich tragicznie. Isola i frenologia rozbawiły mnie do łez, Remy opowiadająca o zasługach Elizabeth wywołała łzy wzruszenia, a Guernsey stało się kolejnym miasteczkiem do którego, zainspirowana lekturą chciałabym się kiedyś wybrać. Na mój odbiór wpłynęła też na pewno forma książka. I aż przykro się robi, że tak dawno nie dostałam prawdziwego, pachnącego atramentem listu, w który mogłabym się wczytywać raz za razem. Ocena: 5,5/6 Mary Ann Shaffer, Annie Barrows, Stowarzyszenie Miłośników Literatury i Placka z Kartoflanych Obierek, Waszawa, Świat Ksiażki, 2010.
piątek, 27 sierpnia 2010
Co może połączyć piętnastoletniego, chorowitego chłopca i trzydziestopięcioletnią, zmęczoną życiem kobietę? Wydawać by się mogło, że nic, że niewielkie jest prawdopodobieństwo tego, że te dwie osoby w ogóle się spotkają. A jednak, spotkali się, a ich spotkania powoli przeradzały się w namiętny romans, we wzajemne uzależnienie i wspólne czytanie książek. Cudownie, prawda? Tak, może i cudownie, aż do czasu, gdy jedna ze stron odchodzi bez słowa wytłumaczenia. Cudownie, do momentu gdy jedna ze stron nie zostanie zmuszona do przedstawienia swojej mrocznej przeszłości, a druga nie zostanie zmuszona do wysłuchiwania tego wszystkiego i powolnego godzenia się ze swoją wiedzą, do zupełnie innego spojrzenia na człowieka, który wydawał się ideałem. Zachwycił mnie styl Schlinka. Zachwyciły mnie wykreowane przez niego postacie, zwłaszcza Hanna, kobieta, która woli przyznać się do najgorszych zarzucanych jej czynów, nawet tych nie popełnionych, niż skompromitować się przed kimkolwiek skrywając swoją tajemnicę. I zachwyciło mnie jego podejście do tematu tak trudnego jak Holokaust. Podoba mi się to, że autor nie ocenia żadnej ze stron. Nie potępia oprawców, a stara się ich przedstawiać jako ludzi wykonujących po prostu swoją pracę, spełniających wolę pracodawcy, w jakiś sposób także walczących o swoje życie. Ludzi wykonujących swoją pracę z zupełną obojętnością, właściwie nawet bez nienawiści. Autor pozwala, a właściwie zmusza nas do chwili refleksji, do zastanowienia się po pierwsze nad czynami tych, którzy podczas drugiej wojny światowej skazali na śmierć choć jedną osobę, a po drugie nad tym czy aby na pewno wolno nam ich oceniać. Bo kim my właściwie jesteśmy? Ocena: 5,5/6 Bernhard Schlink, Lektor, Warszawa, Wydawnictwo MUZA SA, 2009.
czwartek, 29 lipca 2010
Dziesięć pisarek opowiada o swojej twórczości i literaturze w ogóle. Bo literaturę niestety rozgranicza się na literaturę, literaturę kobiecą i literaturę dziecięcą. Jest więc główny nurt, bez żadnej określonej konkretnej nadanej tożsamości, i są getta.Pisarka musi się raczej pogodzić z tym, że zostanie zakwalifikowana jako pisarka dla kobiet. A pisarki wypowiadające się w tej książce dopuścić do tego absolutnie nie chcą. W wywiadach dopatrzeć się także możemy wzmianek o historii ich krajów, wydarzeniach, w które w większy czy mniejszy sposób były zaangażowane, o feminiźmie, aborcji, nacjonalizmie. Właściwie znaleźć tu możemy wszystkiego po trochu. Ja przede wszystkim znalazłam wiele, znanych mi wcześniej ze słyszenia, albo w ogóle zupełnie nowych twórców, z którymi będę chciała się koniecznie zapoznać. Wypisałam sobie masę książek do przeczytania, napisanych nie tylko przez wypowiadające się kobiety, ale także polecane przez nie. Chciałabym przeczytać w końcu coś autorstwa Elfriende Jelinek, która przewijała się chyba właściwie przez każdą rozmowę. Myślę, że przed sięgnięciem po Dziewczyny z Portofino chętnie powtórzę sobie wywiad z Grażyną Plebanek, a przez lekturą Forsowania powieści rzeki jeszcze raz przeczytam rozmowę z Dubravką Ugresic, po to, żeby każdy z tych tekstów zrozumieć tak jak chciały go przekazać autorki. Wywiady przeprowadzone przez Agnieszkę Drotkiewicz i Annę Dziewit to naprawdę fascynująca lektura, ale raczej do dawkowania w małych ilościach i większych odstępach czasu. Czytanie wywiadu za wywiadem grozi nadmierną monotonią i znudzeniem, czego sama doświadczyłam przy końcówce, kiedy z rzędu przeczytałam trzy kolejne wywiady i odniosłam wrażenie, że to przecież wszystko o tym samym, tylko ubrane w inne słowa. Ocena: 4/6 Agnieszka Drotkiewicz, Anna Dziewit, Głośniej! Rozmowy z pisarkami, Warszawa, Wydawnictwo książkowe Twój Styl, 2006. A jutro wyjeżdżam, więc przez najbliższe dwa tygodnie z pewnością nic się tu nie pojawi. Proszę, życzcie mi dobrej pogody! :)
czwartek, 20 maja 2010
Po świetnych recenzjach tu i tu ja też musiałam sięgnąć po tę książkę. Długo zastanawiałam się jak zacząć. Naprawdę długo, a ponieważ po tylu dniach nadal nie wymyśliłam nic sensownego pozostaje mi pozostać przy pierwszym zdaniu jakie mi zaświtało po przeczytaniu tej książki: Boże, nie jestem szalona! Dobra, może trochę jestem, tak ciuteńkę, ale przynajmniej wiem, że w swym szaleństwie nie jestem sama, że to może zdarzyć się nawet najlepszym, najznakomitszym osobistościom, mało tego, u nich może ono przybrać jeszcze gorszą formę. Bo o ile faktycznie w moim pokoju książki walają się wszędzie, na półkach, łóżku, stoliku, biurku, pod stolikiem, pod biurkiem, o tyle resztę mieszkania pozostawiam w spokoju, a już na pewno nie wpadłabym na to, by tak jak Maria Janion upychać książki... w łazience! Nie muszę też jak ona klękać i pełzać, by dotrzec do egzemplarza, na który właśnie mam ochotę. Swoją drogą to właśnie ona wzbudziła we mnie najcieplejsze uczucia, bo potrafić mówić o sobie z tak wielkim humorem jest naprawdę wielką sztuką, poza tym, ile ja się przy tym wywiadzie naśmiałam! Łopieńska zdecydowanie wiedziała od którego z wywiadów zacząć książkę, bo nawet jeśli biorąc pod uwagę tytuł i masę pozytywnych recenzji ktoś miałby jeszcze wątpliwości co do jej wartości to po wywiadzie z Marią Janion wątpliwości natychmiast znikną, zapewniam! Dość tych zachwytów, przecież książka na tym jednym wywiadzie się nie kończy, wręcz przeciwnie to dopiero początek przecudnej zabawy. Tak, bo dla mnie to była zabawa. Porównywanie swoich książkowych fisiów do fisiów osób znanych i lubianych było cudownym oderwaniem od rzeczywistości. I takpodobnie jak Janusz Tazbir lubię wąchać ksiażki i nienawidzę gdy moim bohaterom dzieje się przypadkiem coś złego, w przeciwieństwie do Jerzego Jedlickiego nie lubię czytać w pozycji siedzącej, chyba, że nie mam innego wyjścia, jeśli mam zawsze ląduję z książką w łóżku. Nigdy w życiu nie potrafiłabym, jak Andrzej Osęka, spalić jakiejkolwiek książki, nawet w przypływie największej złości, wolałabym ją oddać komukolwiek, bo skąd mogę wiedzieć czy dla kogoś nie będzie najlepszą książką na świecie? Jak Magdalenia Tulli w książkach cenię zwięzłość i nie lubię zbędnej rozwlekłości i tak jak Krystynie Zachwatowicz i mnie marzy się przytulna księgarnia z kawiarnią. Po wywiadzie z Ryszardem Kapuścińskim nabrałam naprawdę wielkiej ochoty na przeczytanie jego „Hebanu”, bo właśnie nad tą książką w tym czasie pracował. Tak jak większość z rozmówców Łopieńskiej i ja nie lubię pożyczać książek i pożyczam je tylko osobom naprawdę zaufanym, a jeśli ktoś choć raz zwróci mi książkę zniszczoną, a potrafię dostrzec zniszczenie dla innych niedostrzegalne, nie ma szans na pożyczenie kiedykolwiek, czegokolwiek innego. Za to w przeciwieństwie do większości nie czytam prasy, i aż wstyd się przyznać, nie znam większości klasyków. Bardzo też żałuję, że nie podzielam ogólnej miłości do poezji, bo zwyczajnie jej nie czytam. I to nawet nie dlatego, że nie lubię czy nie chcę, ja mam wrażenie, że zwyczajnie nie potrafię jej czytać, poza tym czasy szkolne skutecznie mnie zniechęciły narzucając tok rozumowania autora i nie pozwalając na własne uczucia i interpretacje, jakby klucz maturalny był kluczem do wszystkiego. Mam nadzieję, że kiedyś jeszcze dorosnę, zarówno do klasyki, jak i do poezji, a póki co nie pozostaje mi nic innego jak polecić wywiady Barbary N. Łopieńskiej wszystkim, którzy lubią czytać i tym nielubiącym też, bo może właśnie ta książka będzie motywacją, żeby sięgnąć po więcej i zatopić się w literaturze po same uszy. Ocena: 6/6
środa, 21 kwietnia 2010
Życie szczura jest krótkie i bolesne, bolesne, ale szybko się kończy, a jednak kiedy trwa, wydaje się długie. Proszę, spójrzecie na tę okładkę i powiedzcie czy ten biedny, wyliniały, wygłodzony, wyniszczony, wymęczony, zmarnowały szczur nie budzi Waszej litości? Czy nie sprawia, że macie ochotę chwycić za książkę i przeczytać ją choćby po to, by dowiedzieć się co jest powodem tego wielkiego smutku? Ja miałam. Więc chwyciłam, przeczytałam, i niestety, moja litość stopniowo znikała, a przy lekturze momentami zaśmiewałam się do łez. Przepraszam, próbowałam się powtrzymać, naprawdę, ale nie mogłam. Co wcale nie znaczy, że śmiałam się do końca, bo nie, niestety koniec nie był zbyt kolorowy i znów wróciło moje współczucie dla biednego szczurka, i chyba nie tylko niego, ale też dla ludzi, a może właśnie przede wszystkim dla nich. Firmin urodził się w latach 60., w Bostonie, w piwnicy starego antykwariatu, który na miejsce rozwiązania wybrała jego wiecznie pijana matka, moczymorda, jak sam ją nazywa (tu było pierwsze parsknięcie śmiechem ;)). Urodził się jako trzynaste dziecko, a ponieważ jako najsłabszy w rodzinie nigdy nie był w stanie dopchać się do źródła pożywienia, musiał zacząć żywić się tym czego w antykwariacie zawsze pod dostatkiem, czyli książkami. Początkowo bezmyślnie je przeżuwając, byle tylko nasycić żołądek nie dostrzegał artystycznych walorów powieści, lecz z biegiem czasu zaczął zapoznawać się z dziełami twórców takich jak Nabokov czy Joyce. Pozwalałem książkom przedostawać się do moich marzeń, a czasami moje marzenia wprowadzałem do książek. Czyż nie brzmi znajomo? Odrzucony przez rodzinę, traktowany jak dziwak przez inne szczury postanawia resztę życia spędzić w antykwariacie, czytając, obserwując pracę sprzedawcy, a przy tymobdarzając go wielką, nieodwzajemnioną miłością, wieczory urozmaicając sobie wypadami do kina, by po północy móc pooglądać parę filmów z wyginającymi się ślicznotkami. Przesympatyczne szczurzysko przeżywa jednak zawód miłosny, Norman okazuje się zupełnie innym człowiekiem niż mogłoby się wydawać, Firmin zostaje ofiarą wypadku, znajduje przyjaciela i marzy, wciąż marzy o tym, żeby potrafić mówić, albo chociaż pisać, by móc komuś w końcu pokazać, że wcale nie jest zwykłym szczurem jakich wiele. Polubiłam go, naprawdę i szczerze. Polubiłam jego biedny pyszczek, polubiłam przytaczanie przez niego co lepszych fragmentów właśnie czytanych dzieł, podobała mi się jego gra na miniaturowym fortepianiku, prezencie od przyjaciela, cierpiałam razem z nim, gdy było źle, śmiałam się, gdy było dobrze, ale najbardziej spodobało mi się to jak w prostych słowach, krótkich zdaniach potrafił przekazać całą prawdę o nas, ludziach. Jerry mawiał, że jeśli nie chcesz przeżyć swojego życia jescze raz, to znaczy, że je zmarnowałeś. Nie wiem. Chociaz uwazam sie za szczesciarza, gdyz przezylem moje zycie tak, jak przezylem, nie chcialbym byc takiem szczesciarzem po raz drugi. Ocena: 4,5/6
poniedziałek, 15 marca 2010
Ponieważ Dziecko zwane niczym okazało się bardzo ciężką lekturą, postanowiłam wziąć oddech między pierwszą a drugą częścią biografii Pelzera, taka dawka emocji zdecydowanie nie jest przeznaczona na jeden raz. Dodatkowo przyplątało się do mnie choróbsko, a zapuchnięte oczy i cieknący nos zdecydowanie zniechęcają do czytania, chwyciłam więc za coś lżejszego. Kłopot z książkami polega na braku równowagi. Po pierwsze – bywa ich więcej, niż można zmieścić na półkach. Po drugie – bywa ich więcej niż można kupić. Po trzecie – bywa ich więcej, niż można zdążyć przeczytać. Wskażcie mi mola książkowego, który oprze się takiemu opisowi z okładki, wskażcie mi takiego, który nie pomyśli mój Boże, przecież to o mnie, przecież ja mam dokładnie ten sam problem z książkami!. Właśnie, ja też tak pomyślałam, a w trakcie lektury dochodziłam do wniosku, że ze mną samą jednak nie jest aż tak źle i bywają dużo gorsze przypadki miłości do słowa pisanego. Anne Fadiman z wielką dawką humoru opisuje rodzinne fisie na punkcie książek. Wyszukiwanie błędów gramatycznych w menu podczas rodzinnej kolacji, prześciganie się w znajomości coraz dłuższych słów, wyrywanie przeczytanych rozdziałów, podczas podróży, aby bagaż stawał się coraz lżejszy to tylko niektóre z nich. Uśmiałam się przy zaślubinach księgozbiorów Anne i jej męża. Zdenerwowałam przy opisie traktowania książek przez rodzinę Fadimanów, niestety szlag mnie trafia, gdy widzę jak ktoś zagina rogi w książce, czy też kładzie ją otwartą grzebietem do góry. I nie przemówi do mnie nawet to, że książka wymięta, zagięta, powyginana wygląda na bardziej kochaną. Wielkim zdziwieniem było dla mnie jak wielu autorów, i to tych przecież najbardziej znanych dopuszcza się plagiatu, w dodatku wcale się z tym nie kryjąc. Lektura łatwa i przyjemna. Polecam, na rozluźnienie w sam raz. Ocena: 4,5/6
czwartek, 29 października 2009
|
Archiwum
Zakładki:
*
Całkowita liczba wyświetleń
Dla czytelnika
Mole książkowe
Strony autorów
Współpracuję
Wyzwania
Tagi
Czytadełko on Google+ |