Wpisy z tagiem: opowiadania
wtorek, 10 stycznia 2012
E-booków czytać nie lubię, nie mam odpowiedniego sprzętu (jeszcze! bo liczę na to, że kiedyś się w końcu go dorobię), czytam więc z komputera. Właśnie ze względu na to miałam dawkować sobie ten zbiorek powolutku, po jednym do maksymalnie dwóch opowiadań dziennie, żeby oczy zbyt się nie męczyły. Włączyłam więc... i jak zaczęłam, tak wsiąkłam całkowicie i w dwa dni przeczytałam całość. To opowiadania ściśle lub nieco luźniej związane z Bożym Narodzeniem. Mamy tu więc odrobinę magii, świąteczne przemiany, Święta spędzone w gronie rodzinnym, kręcenie nosem na komercje czy, co najbardziej mnie zasmuciło, przejmującą samotność w te wyjątkowe dni. Zastanawiałam się czy warto pisać o pojedynczych utworach, czy skupić się raczej na całości, ale uznałam w końcu, że ci, którzy w jakiś sposób mnie poruszyli zasługują choć na małe wyróżnienie. Tak więc: Krzysztof Maciejewski totalnie mnie zaskoczył swoim Wigilijnym K., na tyle, że pod koniec opowiadania uśmiech nie schodził mi z twarzy. Bielszy niż śnieg Anny Klejzerowicz całkowicie mnie zachwycił, pewnie przez wprowadzenie puszystej, białej kulki jako jednego z bohaterów. Taki czas Karoliny Dyji wywołał u mnie ukradkiem ocieraną łezkę. Ewa Bauer zdecydowanie lepiej wypadła w opowiadaniach niż w nie tak dawno czytanej przeze mnie powieści. Przez cały Cud narodzin trzymała mnie w napięciu, w Polowaniu zaś nieźle zagrała na moich emocjach, pozostawiając mnie z poczuciem niesprawiedliwości tego świata i beznadziejnej bezradności. Michał Stonawski miał fenomenalny pomysł na Najcenniejszy prezent, zupełnie nie spodziewałabym się tego co zaoferował czytelnikom. Szkoda tylko, że zakradł się w jego opowiadanie przebrzydły błąd ortograficzny, w który wgapiałam się przez dobrą chwilę, zastanawiając się czy możliwe jest jeszcze to co widzę czy już mam serio jakieś omamy. Antonina Kostrzewa całkowicie mnie kupiła swoją Opowieścią wigilijną, całkowicie. Wizją bez Świąt, ostatnim zdaniem, przesłaniem utworu. Dziecko Marka Ścieszka wprowadziło mnie w cudowny klimat, poruszyło wyobraźnie. To naprawdę świetny utwór, chyba najlepszy ze zbioru i jeśli kiedyś stałby się częścią albo punktem wyjścia do większej całości to ja bardzo chętnie po tę całość sięgnę. Co do reszty utworów - jest różnie. Raz lepiej, raz gorzej, czasami fatalnie (przyznam się, jednego z opowiadań nie byłam w stanie doczytać, zupełnie nie mój klimat), generalnie widać pewne nierówności, ale przecież nie da się ich uniknąć przy wydawaniu antologii wielu autorów. Swoją drogą, mam też małą nadzieję, że teraz, ponad miesiąc po premierze, wszystkie literówki i inne błędy zostały wyłapane i poprawione, bo momentami mocno rażą. Niemniej jednak, cieszę się, że zdecydowałam się na przeczytanie całości i że poznałam kilku nowych autorów. Na pewno będę o nich pamiętać w przyszłości. Książkę można pobrać tutaj, całkowicie za darmo, do czego zachęcam.
niedziela, 25 września 2011
Pierwszy raz miałam tak, żeby szczęka mi opadła już przy pierwszym tekście... A tu nie dość, że szczęka opadła to jeszcze ręce się załamały, kolana ugięły. Bynajmniej nie z powodu stylu autorki czy beznadziejności pomysłu. Nie, ich nie będę się czepiać, choć nie jest to najlepsze opowiadanie ze zbioru. Ale to wiek bohatera wywołał taką reakcję. W końcu miało być o starości, a tu facet czterdziestoletni... Jednak czytając pozostałe opowiadania okazało się, że ta czterdziestka wcale nie pojawia się tak rzadko. Ach, może faktycznie jest coś w tym, że mamy tyle lat na ile się czujemy. Wracając jednak do samych bohaterów, mamy tu cały ich kalejdoskop! To ludzie czterdziesto-, pięćdziesięcio-, dziewięćdziesięcioletni. Ludzie, którzy w różnoraki sposób przyjmują swoje starzenie się. Czasem z uśmiechem na ustach i swego rodzaju ulgą, czasem z wielką rozpaczą i chęcią całkowitego zniknięcia. Niektóre opowiadania podobały mi się bardziej niż inne, wybijały się jak dla mnie dość znacząco. Beata Rudzińska, której bohaterką jest kobieta-matka widząca upływający czas, dostrzegająca swoje starzenie się na podstawie dorastania córki. Córki która w przeciwieństwie do niej staje się coraz piękniejsza. Pomyślałam przy tym o własnej mamie, zastanawiając się czy ona też tak na mnie patrzyła, czy widząc jak dorastam odczuwała ten sam żal, tęsknotę za własną młodością i strach związany z tym, że nie jest w stanie minionych lat odzyskać. Zastanawiałam się czy ja też będę w ten sposób patrzeć kiedyś na swoją córkę... Grażyna Plebanek ujęła mnie swoim przedstawieniem miłości. Pięknie pokazała przywiązanie i tęsknotę za kobietą, której nie potrafiło się docenić za życia, której nie potrafiło się traktować należycie, tak jak by na to naprawdę zasługiwała. Agnieszka Drotkiewicz wzruszyła mnie swoim panem Pochotnikiem, ponad sześćdziesięcioletnim, niewidomym mężczyzną, który podczas spacerów ze swoją opiekunką oprowadza ją po znanych mu miejscach. Choć miejsca te już dawno się zmieniły, już dawno nie wyglądają tak jak on je widzi. Włodzimierz Kowalewski powalił mnie na kolana swoim Władysiem. Mężczyzną, który myli rzeczywistość z wyobrażeniami, który widzi rzeczy dawno już zapomniane, spotyka ludzi, których dawno już nie ma. Mężczyzną, który sam się w tym wszystkim gubi. U Joanny Stróżniak sposobało mi się podejście do tematu od drugiej strony. Uwięzienie młodej dziewczyny w ciele staruszki, niezdolnej do jakiegokolwiek ruchu, mającej problemy z mówieniem. To niestety prawda, że na ogół nie zauważamy upływu czasu, nie dostrzegamy tego co mija bezpowrotnie, nie zwracamy uwagi na wszystkie szanse jakie po drodze tracimy i wydaje nam się, że starość i niedołężność jest przecież tak odległa. Niestety, we Wbrew naturze znajdziemy również opowiadania dużo słabsze, takie które nie wzbudzą w nas żadnych emocji, a nawet takie przy których zaczniemy się zastanawiać jakim cudem znalazły tu swoje miejsce. Ja jednak polecam ten zbiór, dla tych kilku utworów, które podnoszą wartość całości, dla tych kilku utworów, które zmuszają do zastanowienia się nad własnym podejściem do tego co nieuniknione. Aida Amer i in., Wbrew naturze, Liszki, Wydawnictwo AMEA 2010.
czwartek, 22 września 2011
8% z niczego to zbiór ponad trzydziestu opowiadań zamieszczonych na stu sześćdziesięciu stronach. Zadziwiające? Dla mnie bardzo, bo rzadko spotykam się z opowiadaniami zajmującymi zaledwie dwie czy trzy strony, że o jednej już nie wspomnę. Mimo niewielkiej objętości każdy z tych tekstów jest dość ciekawy i na swój sposób wyjątkowy. Znajdziemy tu opowieści dość zwyczajne, jak ta o psie, który wraca ilekroć zostanie wyrzucony, żonie, która zupełnie przypadkowo dowiaduje się o zdradzie męża czy mężu, który podświadomie wyczuwa, że żona coś przed nim ukrywa. Innym razem jest też dość niezwyczajne, przykładem niech będzie opowieść o chłopaku, którego rodzice maleją wraz z jego wzrostem co znaczy, że ten przestanie rosnąć dopiero jak staruszkowie znikną całkowicie, albo o chłopaku zamkniętym w butelce. Przy nich już zaczęłam się zastanawiać czy to ja mam zbyt małą wyobraźnię czy może autor zbyt wielką. Są też takie które łączą w sobie elementy niezwykłe ze zwykłą codziennością. W zasadzie nie ma się tu do czego przyczepić. Przynajmniej na pierwszy rzut oka. Bo dobrze się czyta te opowiadania, styl Kereta mi się podobał, opowiedziane historie bawiły i zaskakiwały, tylko że po którymś opowiadaniu z kolei doszłam do wniosku, że nic z nich właściwie nie wynika. Nie ma jakiegoś głównego tematu, który by je wszystkie połączył, tworząc spójny obraz... czegoś. Czegokolwiek. Co gorsza, przechodząc do kolejnych i kolejnych stron, raz za razem dochodziłam do wniosku, że i owszem, dobrze mi się to wszystko czyta, tylko nie bardzo pamiętam o czym autor pisał dziesięć stron wcześniej. Po zakończeniu lektury, gdyby nie to, że główne wątki niektórych opowiadań spisałam, za nic nie byłabym w stanie sobie przypomnieć o czym to wszystko było. Sama nie wiem, warto sięgać po inne książki Kereta? Etgar Keret, 8% z niczego, Warszawa, Wydawnictwo W.A.B. 2006.
wtorek, 20 września 2011
Dzięki perfekcyjnie przedstawionym przez Adichie obrazom poznajemy nie tyle Afrykę, nie Nigeryjczyków nawet, ale ludzi. Zwykłych ludzi, ich lęki, niepewności, cierpienia. Bo autorka zdaje się doskonale przenikać ludzką psychikę, bez problemu wczuwać się w takich bohaterów jacy tylko przyjdą jej do głowy, bez względu na ich płeć czy wiek. Młody człowiek, który niesłusznie zostaje aresztowany. Więzienie, w którym katują starszego człowieka, bo nie potrafią zrobić nic, by znaleźć prawdziwego winnego. Samotna, choć zamężna kobieta, która tęskni za ukochanym, podejrzewając go jednocześnie o zdradę. Kobieta pracująca w charakterze niani, niezadowolona z prywatnego życia. Dwóch starszych panów, wspominających życie sprzed kilkunastu lat. Dwie siostry odwiedzające niewidzianą dawno babcię. Kobieta, która po osiemnastu latach wraca do miejsca, w którym ostatni raz widziała brata. Wszystkich ich łączy pogoń za lepszym życiem. A wśród tego wszystkiego tęsknota za ojczyzną, rozczarowanie, gdy okazuje się, że Ameryka nie jest jednak miejscem z bajki, spalona słońcem ziemia, miłość, która nie ma racji istnienia, katastrofa lotnicza, zamieszki, rynek wypełniony spalonymi ciałami, aranżowane małżeństwo i przeogromna, paraliżująca chęć cofnięcia czasu, postąpienia inaczej, naprawienia błędów. To tylko niektóre ze scen, które Adichie przed nami maluje. A każda kolejna zdaje się zachwycać czytelnika coraz bardziej i przy każdej wnikamy w głowy bohaterów na tyle głęboko, na ile pozwala nam na to autorka. Nie wszystkie utwory, które znajdziemy w najnowszej książce afrykańskiej pisarki są równie dobre. Zdaje się, że niemożliwością jest połączenie kilku opowiadań tak, by sprawiały wrażenie równych. To chyba tak jak z powieściami jednego autora, wśród których zdarzają się tak lepsze, jak i gorsze książki. Z tym, że mam wrażenie, że teksty zawarte akurat w tym zbiorze jakoś się jednak obroniły. Zdaje się, że wrażenie po tych gorszych, których swoją drogą znajdziemy niewiele, zostaje całkowicie wymazane przez zachwyt nad tymi lepszymi. Albo najlepszym może, które zrobiło na mnie piorunujące wrażenie. Tak, mam swojego faworyta. To tytułowe opowiadanie, w którym autorka zwraca się bezpośrednio do czytelnika, przez co całkowicie tracimy kontakt z rzeczywistością, stawiając się na miejscu głównej bohaterki. To dziewczyna, która dosłownie i w przenośni wygrała los na loterii. Dostała szansę na rozpoczęcie nowego życia w innym lepszym świecie. Ma możliwość zamieszkania w kraju kojarzonym przez jej rodzinę i znajomych z bogactwem i szczęściem. W tym jednym, jakby nie patrzeć krótkim utworze, Adichie zawarła taki ogrom emocji, że ciężko się nim nie zachwycić. Jest tu miejsce i na miłość, i na odrobinę strachu, na tęsknotę i żal, rozczarowanie i trudne decyzje. Chyba spokojnie mogę przyznać, że to jedno z najlepszych, o ile nie najlepsze, opowiadań jakie dotąd czytałam. Można nie lubić opowiadań, można się czuć zrażonym czy uprzedzonym, ale To coś na Twojej szyi z pewnością warto przeczytać. Bo to nie są zwykłe opowiadania, to strzępki obrazów, ludzkie charaktery, czasem dość skomplikowane relacje międzyludzkie, dzięki którym Adichie buduje swój obraz współczesnej Afryki. Obraz, który koniecznie trzeba poznać. Recenzja opublikowana na kobieta20.pl Chimamanda Ngozi Adichie, To coś na Twojej szyi, Poznań, Wydawnictwo Zysk i S-ka 2011.
piątek, 05 sierpnia 2011
Kobieta. Kochanka, lesbijka, córka, matka, samobójczyni, ćpunka, wdowa. Kobieta tęskniąca, nieszczęśliwie zakochana, zgwałcona, nienawidząca swojego życia, chcąca wymazać przeszłość, przekonana o tym, że zasługuje na własne nieszczęście. Kobieta stojąca w miejscu, chcąca zmienić bieg wydarzeń, ale nie robiąca nic w tym kierunku. Taki obraz kobiety wyłania się z opowiadań Szolc. Opowiadań, co trzeba dodać, przepełnionych smutkiem, cierpieniem, nostalgią, tęsknotą i żalem. Moim zdaniem na największą uwagę w tym zbiorze zasługuje Kochanka, opowiadanie w którym zazdrość miesza się z niepewnością. To opowiadanie snute przez kobietę, której dni obracają się wokół wiecznej, nieustającej tęsknoty. I wokół czekania. Czekania na powrót, na wiadomość, na telefon, na jakikolwiek znak. Szolc stanęła w nim na wysokości zadania z wielką skrupulatnością oddając wszelkie lęki i obawy kobiety, która w irracjonalny sposób czuje się zagrożona przez kochankę (kochanka?) ukochanej osoby. No i Transs też zrobił na mnie wielkie wrażenie. Bo także wyszedł autorce świetnie. Chociaż może myślę tak tylko dlatego, że aż tak bardzo udało jej się mnie zaskoczyć. A jednak... ciężko w opowiadaniach o kobietach spodziewać się relacji mężczyzny. Czy też osoby, która żyje w zawieszeniu pomiędzy byciem biologicznie mężczyzną a umysłowo kobietą**. Nie wszystkie teksty są jednak aż tak dobre. Przez niektóre ciężko mi się było w ogóle przebić. Momentami gubiłam się w sposobie myślenia autorki, nie nadążałam za nim albo najzwyczajniej w świecie nie dostrzegałam w nim żadnego sensu. Swoją drogą, jeśli książka Szolc miałaby faktycznie być literacką esencją kobiecości* to zabrakło mi w niej kobiet szczęśliwych. Bo przecież takie też są, prawda? A może to ja żyje w jakimś innym świecie. W świecie gdzie spotyka się kobiety szczęśliwie zakochane, spełnione matki, córki kochające swych rodziców ponad wszystko, kobiety zadowolone ze swojej pracy. Ale w takim razie cieszę się, że w nim żyje. I że oprócz sfrustrowanych twarzy, obrażonych min, spojrzeń tęskniących niewiadomo za czym mogę na co dzień oglądać także pełne szczerości uśmiechy i oczy błyszczące z radości. Ja chcę widzieć taką kobietę. Ocena: 4/6 Izabela Szolc, Naga, Liszki, Wydawnictwo AMEA 2010. *Tamże, s. 20. **Tamże, s. 134. ***Tamże, tekst z okładki.
sobota, 02 lipca 2011
Co do głównego bohatera, ogniwa łączącego ze sobą opowiadania to wypadałoby się do czegoś przyznać. Nie znam Gdańska. Ok, byłam tam dwa razy, ale dosłownie przelotem. Raz, na kolonii, gdzie wszystko było szybko, szybko i zanim się człowiek gdziekolwiek rozglądnął to trzeba było biec na miejsce zbiórki. Drugi raz, już z M., ale wtedy Gdańsk był raczej naszym przystankiem w drodze na Westerplatte. Tak więc Neptuna widziałam, przeszłam się wzdłuż Rybackiego Pobrzeża, załapałam się nawet na Jarmark św. Dominika, ale nic ponadto. Bałam się więc odrobinę, że mogę się w tych opowiadaniach zwyczajnie nie połapać, gdy autorzy zaczną mnie zasypywać chociażby nazwami ulic. Nic bardziej mylnego. Bo Gdańsk, choć w książce obecny, stanowi raczej swoiste tło do wszystkich opisywanych zdarzeń. I choć nazwy ulic się pojawiają, co dla Gdańszczan z pewnością będzie nie lada smaczkiem, kogoś obcego wcale nie rażą w oczy. Przechodząc do samych opowiadań, no cóż, mam mieszane uczucia. Przekopywanie czasu i Krótka historia kinematografii to właściwie wspomnienia młodości, w których główne skrzypce grają nuda i niezbyt rozsądne pomysły, z (nie)wielką domieszką alkoholu. Dla mnie to takie przeciętniaki, nic nie wnoszą, nic nie dają, a jednak trochę psują odbiór całości. Nec Temere, Nec Timide okazało się dla mnie nie do przejścia, zmęczył mnie styl narracji i dałam sobie spokój. Tym bardziej, że po trzech środkowych opowiadaniach, naprawdę dobrych, co trzeba podkreślić, nie chciałam się na powrót zrażać do całości. Pejzaż z wozem konnym bardzo mi się podobał. To opowiadanie osnute wokół tajemniczego obrazu, którego historię autorka powoli przed nami odkrywa. Zastanawiam się tylko po co ta ckliwa puenta, zupełnie mi tu nie pasująca. Wdowa Platz i towarzyszący jej Szczepan mnie zauroczyli. Dosłownie. Chętnie przeszłabym uliczkami Gdańska prowadzona przez te dwie osoby. O ile oczywiście chciałyby mnie doprowadzić, bo być może ich rola ogranicza się tylko do wskazania drogi. Opowiadanie o nic nie mówiącym tytule ***, którego bohaterką jest kobieta o pięknych łydkach dosłownie wbiło mnie w fotel i mogę tylko żałować, że nie ma swojego rozwinięcia w dłuższej formie. Ale może kiedyś się go doczeka? Podsumowując: całe szczęście, zbiory opowiadań mają to do siebie, że można je czytać nie po kolei. Mało tego, niektóre można bez większych wyrzutów sumienia zupełnie pominąć, zachwycając się tylko tymi, które tego warte. Ocena: 3,5/6 *Nie oszukujmy się, z Wrocławiem nie mieli szans. Niach, niach, niach... ;) Anna Klejzerowicz, Barbara Piórkowska, Tadeusz Buraczewski, Piotr Czerski, Jakobe Mansztajn, Daniel Odija, Narracje. 6 opowiadań o Gdańsku, Gdańsk 2011.
wtorek, 06 lipca 2010
Tak jak pisałam opowiadania są nierówne, ale każdy może znaleźć w nich coś dla siebie. Zombie, kosmici, wiedźmy, demony i zbłąkane dusze to coś czego na kartach tej książki na pewno nie zabraknie. Mnie osobiście najbardziej podobały się opowiadania, które były w jakiś sposób ze sobą połączone, resztę traktowałam jako dodatek, miły, ale nie konieczny. Losu dopełnienie początkowo zupełnie dla mnie niezrozumiałe w końcu zaczęło układać się w zgrabną całość, potrafiącą mnie nawet przy samej końcówce wzruszyć. Anima Vilis , w którym autor wcielił się w rolę Maksia i relacjonowanie wydarzeń z perspektywy psa, było chyba jednym z jego najlepszych posunięć. Biwak wciągnął mnie prawie tak jak wody jeziora wciągające bezmyślnych nastolatków. I wreszcie Przeznaczenie znajdzie drogę, opowiadanie, które wyjątkowo sobie upodobałam i które chciałabym kiedyś przeczytać w wersji dłuższej, rozwiniętej o nowe wątki i uzupełnienie starych. Mała dziewczynka, czarna magia, stara wiedźma, dusza zabierająca ciało młodym kobietom i sprawne połączenie tych wszystkich elementów wypadło po prostu niesamowicie. Ja proszę o więcej. Cztery główne opowiadania z czystym sumieniem polecam, one w pełni zasługują na szóstkę, resztę, która w moim przypadku trochę te zachwyty zepsuła można pominąć. Ocena: 4,5/6 Krzysztof T. Dąbowski, Anima Vilis, Kraków, Initium, 2010. |
Archiwum
Zakładki:
*
Całkowita liczba wyświetleń
Dla czytelnika
Mole książkowe
Strony autorów
Współpracuję
Wyzwania
Tagi
Czytadełko on Google+ |