Wpisy z tagiem: irlandzka
poniedziałek, 07 listopada 2011
Margot zostaje zabita, nie wie dlaczego, nie wie przez kogo, ale dostaje kolejną szansę - wraca na ziemię jako Ruth. Staje się swoim własnym Aniołem Stróżem, ma okazję jeszcze raz przeżyć swe życie, będzie jej dane śledzić je dzień po dniu. Niestety, wraca w roli obserwatora i mimo szczerych chęci, bo taki życiorys, każdy z nas chciałby zmienić, nie może znacząco ingerować w swój los, choć wie doskonale co ją czeka nie ma wpływu na podejmowane przez Margot decyzji. Jedynym ratunkiem jest podsuwanie jej rozwiązań, szeptanie jej do ucha, śpiewanie pieśni dusz, ale sami powiedzcie... jak często słuchamy głosu serca? Jess-Cooke stworzyła według mnie kawał dobrej powieści. Cała akcja toczy się płynnie i dynamicznie. Autorka wprowadziła wszelkie możliwe urozmaicenia, ale nie czuć tu ani żadnej przesady, ani chaosu, który przy takim natłoku zdarzeń mógłby mieć miejsce. Wszystkie wątki zgrabnie się ze sobą splatają, a książka wciąga od pierwszych stron i choć szkoda mi było ją kończyć, to im dalej tym trudniej mi się było od niej oderwać. Za każdym razem, gdy wydaje nam się, że jest już dobrze, że wszystko będzie szło po myśli Ruth, jej życie znów zaczyna się sypać i okazuje się, że jest gorzej niż było, choć wydawało się, że to nie możliwe. Autorka pięknie według mnie ukazała miłość Toby'ego do Margot. Przedstawiła ją w taki sposób, w jaki chciałaby być kochana chyba każda kobieta. Może odrobinę to wszystko wyidealizowała, może z Toby'ego uczyniła zbyt dobrego człowieka, ale dla mnie to jakby mało ważne. Ruth obserwująca swoje życie, śledząca je od samego początku uświadomiła mi jak wiele wymazujemy z własnej pamięci, czasem już na zawsze, nigdy więcej o pewnych wydarzeniach nie myśląc. Najgorsze, że nie możemy wybrać tego co chcemy zachować w pamięci, a co wymazać, które dni zapamiętać, które barwy, zapachy, smaki i dźwięki... To zadziwiające jak małą pojemność w gruncie rzeczy ma nasza pamięć, jak wiele rzeczy każdego dnia schodzi na coraz dalszy plan, abyśmy w końcu całkowicie o nich zapomnieli. Ja już teraz nie potrafię sobie przypomnieć tylu dni, które kiedyś przecież wydawały mi się tak ważne. Już teraz, a co będzie za dziesięć lat, dwadzieścia, trzydzieści? Kolejna rzecz nasuwająca się po lekturze to taka mała refleksja nad tym jak wiele błędnych decyzji podejmujemy każdego dnia, jak bardzo na naszym życiu może zaważyć pójście w drugą stronę i jak bardzo to wpływa nie tylko na nasz los, ale także naszych bliskich. I odwrotnie, jak wielkie znaczenie mają na nas ludzi, z którymi przebywamy na co dzień, ale też ci których spotykamy przypadkiem, w takich czy innych okolicznościach i tacy, którzy pojawiają się w naszym życiu dosłownie na chwilę, po to tylko, by przewrócić je do góry nogami. I jeszcze nawiązując do tych kluczowych decyzji, czasem podejmowanych dość nieświadomie, obserwując poczynania Ruth, zaczęłam się zastanawiać co ja sama byłabym w stanie zrobić, co poświęcić, by zmienić bieg wydarzeń, by zapobiec pewnym wypadkom, by zmienić przyszłość, jeśli wiedziałabym, że stanie się w niej coś tak złego, albo by w ogóle całkowicie zmienić swoje życie. Wielki, ogromny wręcz plus za zakończenie, jakie zaserwowała autorka. Brawa dla niej, że nie poszła w cukierkowe rozwiązanie, że obyło się bez słodkości, że sprawiła, że opadła mi szczęka. Do ostatnich stron wierzyłam w to, że zakończy się tak, jak kończy się zawsze, że czeka na nas cudowny happy end, jakiego wszyscy się spodziewają. Jakiego ja się spodziewałam, bo ja, zapewne jak większość czytelników, też chciałam żeby było dobrze, żeby było słodko, żeby wszystko się ułożyło, żeby było jak w bajkach. Myślę, że dzięki temu moje wrażenia są tak dobre. Czy są tu jakieś minusy? Są! Jest ich pewnie całe multum. Tylko, że dla mnie zawsze najważniejsze będą emocje towarzyszące lekturze. I Zawsze przy mnie stój mogłoby być uznane za największy gniot roku, a ja i tak bym się zachwycała. Dawno już żadna książka nie wywołała we mnie tylu uczuć, dawno o żadnej tyle nie myślałam i nie mówiłam, dawno nie zaangażowałam się aż tak bardzo w losy bohaterów, żeby za każdym razem drżeć o ich życie, gdy dzieje się źle i dawno się tak nie napłakałam. Cudowna książka, jeśli ktoś nie miał jeszcze okazji jej czytać - polecam z całego serca! A ja mam nadzieję, że uda mi się prędzej czy później zdobyć własny egzemplarz. Carolyn Jess-Cooke, Zawsze przy mnie stój, Kraków, Wydawnictwo Otwarte 2011.
niedziela, 04 września 2011
Premiera 7. września! Taak, czytałam Artemisa Fowla. Tego pierwszego. Pierwszą część znaczy. Ale kiedy to było? Z osiem, dziewięć lat temu? Mało z niego pamiętam. Tyle tylko, że mi się podobało. Później bardzo chciałam przeczytać drugą część, ale nigdy jej nie było w bibliotece. A wówczas jeszcze nie kupowałam książek tak nałogowo, więc czekałam… i czekałam, aż w końcu zapomniałam. I przypomniałam sobie niedawno, gdy otrzymałam… siódmą część. Siódmą? Rany… to tyle ich już wyszło? Ale w końcu to nie pierwszy cykl, który czytam nie po kolei, a ponieważ wspomnienia z pierwszego miałam raczej pozytywne, pomyślałam sobie, że co mi szkodzi? I okazało się, że w zasadzie nic. Choć bez lekkiego kręcenia nosem się nie obyło. Pierwsza sprawa: bohater książki to nadal ten sam Artemis, którego ja znałam. Nadal jest gburowatym i nadzwyczaj niesympatycznym geniuszem. Przynajmniej do czasu. Tym razem wraz z wróżkami (i centaurem) postanawia uchronić Ziemię przed zgubnym wpływem globalnego ocieplenia. I właściwie, ten wielki PROJEKT mógłby się udać, gdyby nie tytułowy Kompleks Atlantydy, przez który chłopiec zaczyna tracić zaufanie do najbliższych, obsesyjnie liczyć wypowiadane słowa (czwórka przecież mogłaby oznaczać śmierć) i osuwać się coraz bardziej w zakamarki własnego umysłu do głosu dopuszczając Oriona Fowla, osobę nadzwyczaj miłą i uprzejmą. Czytało się to wszystko całkiem dobrze. Pojawienie się Oriona to pomysł nadzwyczaj udany, bo to właśnie on swoimi tekstami doprowadzał do moich wybuchów śmiechu i odruchów wymiotnych Holly Niedużej oraz Ogierka. Powieść wciąga, z ciekawością śledziłam kolejne wydarzenia, czekając na dalszy ciąg, rozwiązanie i mimo wszystko powrót wrednego krętacza Artemisa, który paradoksalnie wzbudza jednak sympatię, a przynajmniej wydaje się dużo bardziej na miejscu niż jego alter ego. I właściwie nawet nie przeszkadza przy tym wszystkim nieznajomość poprzednich części, bo łatwo się w całej akcji połapać. Przeszkadzają za to inne rzeczy. Na przykład ogromne nasycenie wszelkimi możliwymi wynalazkami technicznymi posiadającymi czasem niezwykle skomplikowane nazwy. Ja wiem, takie czasy, muszę się przyzwyczajać, bo może niedługo te wszystkie urządzenia wyjdą z kart książek i nas zaleją. Choć buntujące się amorfoboty od których zależy nasze być albo nie być to jednak dość przerażająca wizja. Dodatkowo gubiłam się trochę przez imiona wprowadzanych do powieści postaci. O ile Artemis, Butler, Julia, Ogierek i Holly Nieduża byli jeszcze do zaakceptowania, tak przy całej reszcie momentami traciłam orientację. W każdym razie książkę mogę polecić młodzieży, zwłaszcza tej znającej Artemisa z poprzednich części lub tej zafascynowanej współczesnymi osiągnięciami nauki. A sama może powinnam się skusić na poprzednie tomy? Eoin Colfer, Artemis Fowl: Kompleks Atlantydy, Warszawa, Wydawnictwo W.A.B. 2011.
środa, 13 lipca 2011
Alex i Rosie mogliby być parą idealną. Znają się od kiedy tylko wyszli z pieluch, a właściwie może znali się jeszcze wcześniej, tyle że tam już pamięć nie sięga. Spędzili wspólnie (prawie) wszystkie lata szkolne, rozrabiając i doprowadzając nauczycieli do szału. Rodziców zresztą też, w końcu ile razy można być wzywanym z powodu niewłaściwego zachowania kochanego dziecka? Wiedzą o sobie wszystko, znają swoje najskrytsze pragnienia. W dodatku są w sobie zakochani do szaleństwa. Ale kto by tam ryzykował utratę najlepszego przyjaciela, tylko po to, by ujawniać własne uczucia? Tak więc parą nie zostają. Alex kończąc 18 lat zmuszony jest do wyjazdu z kraju, Rosie przez własną głupotę i nieostrożność zachodzi w ciążę. I wydawałoby się, że ich historia właśnie się kończy. Nieprawda... Ona dopiero się zaczyna. (...)Ty zasługujesz na d u ż o więcej - na kogoś, kto będzie Cię kochał w każdej sekundzie Twojego życia, kto będzie myślał o Tobie nieustannie, zastanawiając się, co w tej chwili robisz, gdzie jesteś, z kim jesteś i czy czujesz się dobrze. Potrzebujesz kogoś, kto pomoże Ci spełnić marzenia i kto ochroni Cię przed tym, czego się obawiasz. Powinnaś mieć u swego boku kogoś, kto będzie traktował Cię z szacunkiem i kochał w Tobie wszystko, a z w ł a s z c z a Twoje wady.* Cała książka składa się z e-maili, listów, sms-ów czy okolicznościowych kartek wymienianych nie tylko między Aleksem i Rosie, ale także ich rodzinami i osobami z najbliższego otoczenia. Nie ma tu więc zbędnych opisów, a wydarzenia pokazane są z różnych perspektyw. Co prawda, taka forma dopuszcza pozostawianie wielu niedopowiedzeń, ale jak się okazuje, to tylko dodaje całościpewnego smaczku. Bardzo podobało mi się pokazanie przez Ahern problemu przedwczesnego macierzyństwa. Tego jak ciężko jest osiemnastoletniej dziewczynie poradzić sobie z zaistniałą sytuacją. Jak ciężko w ogóle kobiecie wychowywać dziecko w samotności. Dobrze, że postanowiła nie skupiać się tylko na blaskach, ale pokazała też wszystkie cienie. Jak wielkie musi być zmęczenie, żal za tym co można było mieć, kim można było się stać, tęsknota za tym wszystkim co się straciło, a co rówieśnicy wydają się przeżywać podwójnie. Posiadanie dziecka to niewątpliwie wielkie błogosławieństwo, ale na pewno nie w momencie, gdy sami nie czujemy się jeszcze w pełni dorośli. I nie wtedy gdy nie jest to w pełni świadoma decyzja, a już na sto procent, nie w sytuacji, gdy ojcem dziecka staje się zupełnie przypadkowy mężczyzna, za którym w dodatku nigdy się nie przepadało. Autorka zwraca też uwagę na bardzo prawdziwą, ale też bardzo bolesną rzecz. Udowadnia, że nasze życie nie zawsze układa się tak jakbyśmy tego pragnęli. Ciągłe spoglądanie na innych, zaspokajanie ich potrzeb i uciszanie własnych, mnóstwo czasem zupełnie świadomie traconych szans to przecież rzeczy, które każdemu z nas towarzyszą na codzień. Na końcu tęczy to słodko-gorzka powieść. Doprowadzająca do niekontrolowanych wybuchów śmiechu, pełna zwykłego, ludzkiego ciepła, zwracająca uwagę na co ważne, opisująca wydarzenia zachodzące w życiu każdego człowieka. Od narodzin, przez całe życie aż do śmierci. Często wywołująca też łzy. I to nie tylko łzy wzruszenia, ale też łzy tęsknoty za szansami, które samemu się gdzieś tam po drodze straciło. Wrażliwców (takich jak ja) ostrzegam przez wieloma błędami ortograficznymi, pojawiającymi się tak często, że mogłyby doprowadzić do szału, gdyby były winą niedbałej korekty. Ale nie są, bo to wszystko zabieg zamierzony. W końcu co najmniej dziwne byłoby gdyby siedmioletnie dziecko pisało całkiem poprawnie. Ocena: 5,5/6 Cecelia Ahern, Na końcu tęczy, Warszawa, Świat Książki 2006. * Tamże, s. 448-449.
piątek, 01 lipca 2011
Pokój to dla pięcioletniego Jacka cały świat. Tu się urodził, tu się wychowuje, tu spędza dwadzieścia cztery godziny na dobę. Tu ma mamę, jajowęża i Szafę, w której śpi. Tu czuję się bezpieczny, przynajmniej do momentu, gdy w Pokoju pojawia się Stary Nick. Na szczęście nie pojawia się on aż tak znowu często, a właściwie jeśli już przychodzi to i tak tylko w nocy. Poza tym przed Starym Nickiem chroni go Mama. Osoba, którą kocha najbardziej na świecie, której bezgranicznie ufa, z którą spędza całe dnie. Właściwie jedyna osoba, którą kiedykolwiek widział. Ale czy trzeba mu kogoś więcej? Cóż, okazuje się, że tak. Tym bardziej, że przecież istnieje jakiś świat Nazewnątrz, który trzeba pokazać pięcioletniemu chłopcu z niespożytą porcją ciekawości. Nazewnątrz, które jego Mama tak dobrze znała przed siedmioma laty i za którym tak bardzo tęskni. Czy książka Donoghue jest niezwykła? Ciężko mi powiedzieć. Fabuła jest ciekawa, to prawda. Sprawia wrażenie przemyślanej i dopracowanej pod każdym względem. Co do narracji, no cóż, stawianie dziecka w roli narratora chyba już przestało kogokolwiek dziwić? Może na ogół nie są to aż tak małe dzieci, ale dzieci w ogóle, przewijały się przez literaturę tysiące razy. Swoją drogą, mając na uwadze wiek Jacka, miałam pewne wątpliwości co do tego, że pięciolatek może być na tyle inteligentny i spostrzegawczy. Choć może tu należy wziąć poprawkę na warunki w jakich przyszło mu żyć. Na pochwałę zasługuje rozróżnienie postrzegania świata, tego w Pokoju i tego Nazewnątrz przez dziecko i przez osobę dorosłą. Oraz postrzegania Nazewnątrz przez osobę, która go wcześniej znała i osobę, która widzi go po raz pierwszy. To faktycznie wyszło autorce fenomenalnie. Dodatkowo wielkim plusem są też genialne opisy rekacji mamy Jacka na otoczenie. Oddanie w pełni jej emocji, a przede wszystkim lęków, posługując się narracją pięcioletniego dziecka wypada genialnie. Miłym zaskoczeniem było dla mnie wydanie książki. Bardzo mi się podobają te tak zwane zintegrowane okładki. Niby miękkie, dzięki czemu w miarę lekkie, ale z drugiej strony jednak trochę twardsze, co sprawia, że zbyt szybko nie ulegną zniszczeniu. Recenzja napisana dla portalu LubimyCzytać.pl Ocena: 4,5/6 Emma Donoghue, tł. Ewa Borówka, Pokój, Katowice, Sonia Draga 2011.
sobota, 07 maja 2011
U jej siostry, Bron, wykryto raka, który położył cień na życiu całej rodziny. Zaczęło się życie w ciągłym strachu przed śmiercią, życie skupione wokół jednej osoby. Niedługo potem jej ojciec, Leonard zginął w wypadku samolotowym. Po prostu spadł, uderzył w ziemię, choć latanie kochał ponad życie. Matka, pod wpływem tragicznych wydarzeń, w końcu zaczyna popadać w szaleństwo, przestaje wychodzić z domu, a wkrótce i z własnego pokoju. Są jeszcze dwie młodsze siostry: Roxanne, która ukojenia szuka w narkotykach, powoli niszcząc się coraz bardziej oraz Dot starająca się mimo wszelkich niedogodności trzymać całą rodzinę w ryzach. Jak sobie radzi Philomena? Ucieka w to co kocha najbardziej. Pływa, stara się być najlepsza w tym co robi, narzuca sobie mordercze treningi, całe godziny spędza w wodzie. Za wszelką cenę dąży do doskonałości, poprawia technikę, poprawia czas. Pierwsze zawody, pierwsza wygrana, pierwsza Olimpiada, pierwsze olimpijskie złoto, drugie, czwarte, ósme. Wieczny stres, ciągła presja, pragnienie bycia perfekcyjnym to to co rządzi jej życiem. Życiem, które zamyka się w sportowej hali, bo poza nią Pip zwyczajnie sobie nie radzi. Spędzając dni w towarzystwie całego zespołu jest na wskroś samotna. Szukając pocieszenia w ramionach innych pływaków jest na wskroś samotna. A wreszcie znajdując miłość, która mogłaby odmienić jej życie odrzuca, nawet nie zastanawiając się nad tym jak to na nią wpłynie. Keegan w swej powieści stara się pokazać czytelnikowi tę drugą stronę medalu. Oglądając jakiekolwiek zawody, nie tylko pływackie, wydaje nam się, że sportowcom wszystko przychodzi z wielką łatwością i choć wiemy, że muszą trenować, żeby coś osiągnąć to w gruncie rzeczy nie zdajemy sobie sprawy jak ciężkie to są treningi. Jak wielu wymagają wyrzeczeń, ilu rezygnacji z rzeczy, z których my swobodnie na codzień korzystamy. To wbrew pozorom świat pełen cierpienia, to ciągła rywalizacja, to otoczenie w którym nawet koleżanki z zespołu stanowią największego wroga, który tylko zagraża karierze. Z niezwykłą precyzją autorka kreuje każdą z postaci. Mnie zafascynowała Dot. Początkowo tak idelna, tak odpowiedziana, przejmująca w domu rodziny Ash zadania, które powinna pełnić matka, starająca przyjąć się postawę głowy rodziny, a przy tym pozostająca w cieniu za wszelką cenę. Ciekawa byłam jak długo pociągnie, jak długo będzie wchodzić w rolę, do której życie jeszcze nawet nie zdążyło jej przygotować, kiedy w końcu pęknie. Bo w to, że pęknie, że w końcu nie da rady, nie wątpiłam ani przez chwilę. Swoją drogą dawno już nie czytałam książki tak długo. Bynajmniej nie dlatego, że mi się nie podobała. Po prostu podczas Pływania konieczne są przerwy na złapanie oddechu. Bo to duszna książka. Duszna i ciężka, nie tylko za sprawą tematyki, ale i stylu autorki, który wymaga od czytelnika całkowitej koncentracji, maksymalnego skupienia. A przy tym wszystkim jest lekturą naprawdę dobrą, a nawet bardzo dobrą. Choć może nie przesadzałabym z tym literackim objawieniem. Ocena: 5/6 Nicola Keegan, Pływanie, Warszawa, Wydawnictwo WAB 2011.
poniedziałek, 10 stycznia 2011
Lou Suffern jest właśnie taką osobą. Ma wszystko, absolutnie wszystko o czym reszta ludzkości może sobie marzyć, a przy tym jednocześnie można by powiedzieć, że nie ma nic. I z pewnością nie jest szczęśliwy. Wiecznie zabiegany, wyznaczający sobie coraz to nowsze cele, rywalizujący z kolegami z pracy, pragnący wciąż być w dwóch miejscach naraz, zrobić wszystko byleby tylko zadowolić szefa, i niestety pozostawiający własną rodzinę gdzieś tam, daleko z tyłu. Daje pięcioletniej córeczce tajemnice bez pokrycia, nie potrafi uspokoić swojego rocznego synka, mało tego, nie potrafi nawet wziąć go na ręce, bo tak rzadko go widuje, że dziecko się go po prostu boi. Nie dostrzega piękna i dobroci własnej żony, za to wciąż rozgląda się za nowymi nabytkami do i tak już licznej kolekcji kochanek. Zapomina o starszych już rodzicach, kpi z rodzeństwa, uważając się za kogoś lepszego. Jak to mówią, wszystko się może zmienić. W życiu Lou pojawia się Gabe. Bezdomny, którego mijał dotąd codziennie w drodze do pracy, aż pewnego dnia zauważa go, przystaje, żeby zamienić kilka słów, daje kubek kawy, załatwia pracę, a przy tym, co dziwne, po raz pierwszy w życiu nie oczekuje niczego w zamian. A jednak coś dostaje, i to o wiele więcej niż mógłby się spodziewać. To historia jakich wiele, chciałoby się powiedzieć, że banalna. Od lat jesteśmy przecież zasypywani produkcjami o cudownych przemianach dokonujących się w świątecznym czasie, a jednak jest w tej książce coś niezwykłego. Jest coś co każe nam czytać dalej, niemalże pcha przez kolejne rozdziały, choć wydaje nam się, że doskonale znamy koniec. I co najważniejsze est w niej ta odrobina magii, której czasem próżno szukać we własnym życiu. Lou denerwował mnie na tyle, że gdyby stał zaraz obok to na pewno dostałby po tym zakutym łbie, przysięgam. Waliłabym ile wlezie dopóki coś by mu się nie poprzestawiało. Szkoda mi było jego żony, dzieci, rodziców. A w końcu mimo wszystkiego zrobiło mi się żal także jego samego. Miałam nadzieję, że Podarunek skończy się tak jak kończą się wszystkie takie historie, przemiana się dokona, główny bohater stanie się wreszcie dobrym człowiekiem, mimo wszelkich przeciwieństw dostanie awans i wszyscy będą żyli długo i szczęśliwie. A jednak nie, nie ma tu typowego happy endu i nie wszystko idzie po naszej myśli, a tekst na ostatnich stronach dosłownie rozmazywał mi się od łez. I nie były to bynajmniej łzy czystego, radosnego wzruszenia, a raczej łzy bezsilności i tego, że życie niekoniecznie jest kolorowe, a my musimy w końcu zacząć doceniać to co mamy. Zanim zabraknie nam czasu… Ocena: 5,5/6 Cecelia Ahern, Podarunek, Warszawa, Świat Książki, 2010. |
Archiwum
Zakładki:
*
Całkowita liczba wyświetleń
Dla czytelnika
Mole książkowe
Strony autorów
Współpracuję
Wyzwania
Tagi
Czytadełko on Google+ |