Wpisy z tagiem: włoska
piątek, 30 marca 2012
Oriana Fallaci, jedna z najbardziej znanych dziennikarek XX wieku, korespondentka wojenna i kobieta, którą ja mogę tylko podziwiać po dziesięciu latach milczenia została zmuszona do ponownego zabrania głosu. Zamach z 11 września spowodował, że znów zaczęła krzyczeć, efektem czego stała się Wściekłość i duma. Książka, za którą zresztą w efekcie nieźle jej się oberwało. I ja się wcale temu nie dziwię. Ale na wojnach zawsze widziałam, jak ludzi zabijano. Nigdy nie widziałam, jak ludzie zabijają się sami, jak rzucają się bez spadochronów z okien osiemdziesiątego czy dziewięćdziesiątego czy setnego piętra...* Wściekłość i duma została właściwie w całości poświęcona islamowi, zagrożeniom płynącym z jego praktykowania oraz tym, na które narażeni są obywatele krajów goszczących u siebie bliskowschodnich emigrantów. Na Boga! Czy nie rozumiecie, że ci wszyscy Osamowie bin Ladenowie uważają się za uprawnionych do zabijania was i waszych dzieci, bo pijecie alkohol, bo nie nosicie długich bród, czadoru czy burki, bo chodzicie do teatru i do kina, bo kochacie muzykę i śpiewacie piosenki, bo tańczycie i oglądacie telewizję, bo nosicie minispódniczki albo szorty, bo na plaży i na basenie opalacie się nago, czy prawie nago, bo kochacie się wtedy, kiedy chcecie i z tymi, z którymi chcecie, czy też dlatego, że nie wierzycie w Boga?!? Jestem ateistką, chwała Bogu. I nie mam zamiaru dać się ukarać tym niedorozwiniętym bigotom, którzy zamiast wnieść swój wkład w ulepszenie ludzkości, salamują i gdaczą modlitwy pięć razy dziennie.** Od autorki obrywa się właściwie wszystkim po kolei. Poczynając oczywiście od muzułmanów, których religię, którą uważa za zło samo w sobie, poprzez jej rodzinne Włochy, kończąc na każdym jednym narodzie Europy, który pozwala na rozwój tak powszechnie chwalonej wielokulturowości, prowadzącej w efekcie tylko do zagłady. Oto jest zatem moja odpowiedź na pytanie o to, co nazywanie "różnicami między dwoma kulturami". Jest na tym świecie miejsce dla każdego. W swoich własnych domach, swoich własnych krajach ludzie robią, co chcą. Jeśli zatem w krajach muzułmańskich kobiety są tak głupie, że noszą czadory i burki, jeśli są tak niemądre, że akceptują fakt, iż są mniej warte od wielbłąda, jeśli są tak tępe, że wychodzą za mąż za rozpustnika, który chce mieć cztery żony, tym gorzej dla nich. Jeśli ich mężczyźni są tak niemądrzy, że odmawiają kieliszka wina czy szklanki piwa, to samo. Ja nie zamierzam mieszać się do ich wyboru. Mnie wychowano w zrozumieniu wolności, do cholery, a moja matka zawsze mówiła: "Świat jest ciekawy, bo jest różnorodny". Ale jeśli próbują narzucić te szaleństwa mnie, mojemu życiu, mojemu krajowi, jeśli chcą zastąpić moją kulturę swoją kulturą czy swoją rzekomą kulturą... A chcą. Osama bin Laden oświadczył, że cały ziemski glob musi stać się muzułmański, że po dobroci czy nie on nas nawróci, że aby osiągnąć ten cel, zabija nas i nadal będzie zabijał.*** Nie muszę się z Fallaci zgadzać we wszystkim i nie we wszystkim się zgadzam. Na przykład, nie wierzę w to, że żaden inny naród nie potrafi się w obliczu wielkiej tragedii zjednoczyć tak jak Stany Zjednoczone. W ogóle w swoich poglądach autorka jest dla mnie trochę zbyt... pro-amerykańska, jeśli wiecie co mam na myśli. Nie zgadzam się też absolutnie z tym, że nie ma umiarkowanej formy islamu. Może to głupie porównanie, ale to dla mnie tak, jakby każdego katolika nazywać inkwizytorem, gotowym spalić na stosie, każdego kto w jakikolwiek sposób sprzeciwi się jego religii. Inna sprawa, że razi mnie momentami ten jej krzyk, ta jej wściekłość, ta pretensja żywiona do świata i ludzi wkoło. To wszystko jednak nie zmienia faktu, że podziwiam ją jako kobietę, jako dziennikarkę i jako osobę. Zazdroszczę jej wiedzy, obeznania i przede wszystkim odwagi, tego, że potrafiła wykrzyczeć to co myśli każdemu w twarz. Dosłownie każdemu, bez względu na jego rangę. Że umiała krzyczeć, gdy powinna siedzieć cicho. Chciałabym kiedyś mieć w sobie choć połowę jej pewności i tego głębokiego przekonania, że moje poglądy są słuszne. Powiedziałam więc, że nie będę pisać kłamstw, a dyrektor naczelny (gruby i nadęty chrześcijański demokrata) wrzasnął, że dziennikarz jest maszyną do pisania i że ma obowiązek pisać to, za co mu płacą. "Nie pluje się na talerz, z którego się je". Płonąc z oburzenia, odpowiedziałam, że może sobie zatrzymać taki talerz dla siebie, że jeśli mam się stać maszyną do pisania, to wolę umrzeć z głodu, a on zwolnił mnie natychmiast".**** Za zarzucenie cytatami przepraszam, i tak nie przytoczyłam wszystkich, które bym chciała. Mimo wszystko Wściekłość i dumę polecam, chyba każdy powinien wyrobić sobie pewne własne poglądy, na rzeczywistość, która nas otacza. Widzisz, kiedy byłam małą dziewczynką, sypiałam w "bibliotece", taką niewłaściwą nazwę nadali moi ubodzy rodzice pokoikowi, który był dosłownie od podłogi do sufitu wyłożony książkami kupowanymi na raty. Na półce ponad miniaturową kanapą, którą nazywałam moim łóżkiem, stała ogromna książka z zakwefioną damą uśmiechającą się do mnie z okładki, więc pewnego wieczora odwzajemniłam jej uśmiech, zaspokajając swoją ciekawość. To znaczy, czytając pierwsze strony. Matka nie chciała, żebym czytała tę książkę. Jak tylko zobaczyła ten klejnot w moich rękach, skonfiskowała go, jakby to był słownik grzechów i deprawacji. "Wstydź się, wstydź się - to nie jest dla dzieci". Ale potem zmieniła zdanie i udzieliła pozwolenia. "Dobrze, przeczytaj ją, przeczytaj I tak cię czegoś nauczy". W ten sposób "Baśnie z tysiąca i jednej nocy" stały się opowieściami mojego dzieciństwa, a od tamtej pory - częścią mojego książkowego dzieciństwa.***** Oriana Fallaci, Wściekłość i duma, Warszawa, Wydawnictwo Cyklady 2003 *s. 54 **s. 78-79 ***s. 89-90 ****s. 46 *****s. 43-44
niedziela, 09 października 2011
Powieść Baccalario zaczyna się od przeprowadzki państwa Covenant do tajemniczej Willi Argo, położonej w uroczej wiosce Kilmore Cove. Tak, wioska urocza, ale pozbawiona komputerów i Internetu mogłaby nieco stracić na swojej wartości. Czyżby? To właśnie tam Julia i Jason, dwójka rezolutnych bliźniaków, poznają Ricka Bannera i wraz z nim odkrywać będą sekrety rezydencji pozostawionej przez Ulysesa Moore'a. I to właśnie tam, dzięki dyskretnym wskazówkom byłego właściciela domu i częściowej pomocy ogrodnika Nestora przeżyją największą przygodę ich życia. W tej książce jest w zasadzie wszystko, czego powinno się wymagać od książki dla młodzieży. Tajemnicza, utrzymana w starym stylu rezydencja, z wielkim ogrodem, w której od czasu do czasu słychać podejrzane kroki. Drzwi poukrywane w różnych częściach domu i klucze, którymi można je otworzyć tylko za sprawą odpowiednich kombinacji. Sekretne przejścia prowadzące do wspaniałych miejsc. Skrawki papieru zapisane ciągiem niezrozumiałych znaków, które rozszyfrować można jedynie za pomocą odpowiednich ksiąg. Są więc zagadki, wielka chęć ich rozwiązania, żądza przygód, a to wszystko doprawione niesamowitą przyjaźnią łączącą trójkę dzieciaków, o zupełnie różnych osobowościach, z których każda gdzieś tam w pewnym momencie się przydaje. Niestety, Wrota czasu to tak naprawdę zaledwie wstęp do kolejnych przygód trójki przyjaciół, a czekające nas na ostatniej stronie słowa niejednego doprowadzą pewnie do szału, w każdym razie mnie doprowadziły. Bo okazuje się, że Baccalario bezczelnie kończy akcje tam gdzie właśnie mogłaby się na dobre rozpocząć. Nic to, takie są przecież uroki serii, zwłaszcza serii tak rozbudowanych, a ja jeśli tylko będę miała okazję to chętnie poznam dalsze losy Jasona, Julii i Ricka. Pierdomenico Baccalario, Wrota czasu, Warszawa, Firma Księgarska Jacek i Krzysztof Olesiejuk - Inwestycje 2006. *Za stara na takie bzdety, bo ogólnie przecież całkiem młoda ;))
wtorek, 28 września 2010
Riziero zostaje wezwany do Rzymu za sprawą swojego brata. W Kurii Papieskiej ma pełnić funkcje księgowego, choć o księgowości wie tyle co nic, a może nawet mniej. Zbliża się konklawe, a jego przełożony, a niedługo potem także inny współpracownik zostają wypchnięci przez okno. Riziero postanawia rozwiązać zagadkę ich śmierci, a jego jedynym tropem staje się połowa kartki, na której widnieje dość duża suma. W ogóle nie ruszyła mnie ta książka, nie wywołała żadnych emocji z mojej strony, ani trochę zainteresowania. W trakcie czytania nie zaczęłam snuć żadnych własnych teorii, jak to zawsze czynię przy czytaniu sensacji. Jakakolwiek akcja zaczęła się rozwijać dopiero w okolicach 80 strony, a to jak dla mnie zdecydowanie za późno. Nie zauważyłam też bynajmniej brawurowych pościgów i namiętnych romansów, chyba, że nazwiemy tak te parę, pożal się Boże, scen erotycznych. W zamian za to wszystko czego oczekiwałam, czego przecież miałam prawo oczekiwać, dostałam jakąś nijaką historię z mnóstwem zupełnie niepotrzebnych, rozwlekłych opisów, które być może właśnie byłyby interesujące dla miłośników historii, a dla mnie były po prostu nudne. I aż kolejny raz odbiór książki chciałoby się zwalić na pogodę, bo za oknem deszcz i szaruga, przez co nastrój już nie ten. Ocena: 1,5/6 Fabrizio Battisteli, Konklawe, Kraków, Oficynka, 2010.
czwartek, 18 lutego 2010
Nigdy nie przestanie mnie dziwić jakim sposobem niektórym autorom na stu stronach udaje się zamieścić tyle treści, podczas gdy inni mogą zapisać i ich nawet tysiąc i nie przekazać zupełnie nic. Jak to jest poślubić mężczyznę, którego się nie kocha, ba, którego się właściwie nawet nie zna? Jak to jest każdy dzień spędzać z osobą, z którą się nie rozmawia? Jak to co noc odsuwać się na brzeg łóżka, bojąc się, by nawet przypadkiem nie dotknąć osoby, z którą tę noc się spędza? I wreszcie jak to jest żyć bez miłości, za pociechę mając jedynie jej rozmyte wspomnienie? Leżąc w tym uścisku, którego nigdy wcześniej nie doświadczyła, czuła się tak cudownie, ze nie była w stanie pogodzić się z tą rzeczą, według niej zupełnie bezsensowna, żeby zasypiać, gdy czujemy się szczęśliwi. Nasuwało się pytanie, czy zakochani żyją w ten sposób. Czy to w ogóle możliwe. I czy oni tez w pewnej chwili nie decydują się jeść i spać. Odpowiedzi na te pytania daje nam narratorka książki – wnuczka opowiadająca historię swojej ukochanej babci. Historię kobiety, którą otoczenie uważało za zwykłą wariatkę, zdolną do odebrania sobie życia bez mrugnięcia okiem. Kobiety, której nie chciał poślubić żaden z mężczyzn, a ten, który wziął ją za żonę zrobił to bardziej z wdzięczności dla rodziny, która ugościła go po powrocie z wojny niż z miłości. Narratorka przedstawia nam także swoją drugą babcie, choć o niej mówi dużo mniej. Opowiada historię poznania swych rodziców, ich miłość do muzyki. Warto przeczytać, choćby dla samego zakończenia, które dla mnie było wielkim zaskoczeniem. Ocena: 4,5/6 |
Archiwum
Zakładki:
*
Całkowita liczba wyświetleń
Dla czytelnika
Mole książkowe
Strony autorów
Współpracuję
Wyzwania
Tagi
Czytadełko on Google+ |