Wpisy z tagiem: fantasy

środa, 11 kwietnia 2012

Anonimus (2011) - reż. Roland Emmerich

Roland Emmerich, znany nam chyba głównie ze swoich filmów katastroficznych tym razem wziął na warsztat literaturę i spory niektórych historyków tejże, dotyczące postaci jednego z najwybitniejszych pisarzy literatury angielskiej. Przyznaję bez bicia, nie interesowałam się nigdy nadmiernie postacią Williama Szekspira, a o teorii jakoby był analfabetą i oszustem podpisującym i wystawiającym cudze sztuki pod własnym nazwiskiem dowiedziałam się dopiero przy okazji filmu.

Mamy więc postać Edwarda de Vere (Rhys Ifans), hrabiego Oxfordu, który we wczesnej młodości trafiając na dwór królowej Elżbiety i biorąc za żonę córkę Wiliama Cecila (David Thewlis), królewskiego doradcy, zmuszony właściwie został do rezygnacji ze swej największej namiętności, a więc tworzenia sztuk. Nie zgadzając się z owym zakazem w żaden sposób, pisze dalej w tajemnicy, a dążąc do tego, by jego dramaty podziwiać mogła większa publiczność, która z pewnością zdolna jest do tego, by wyłapać pewne nawiązania do współczesnej mu polityki, prosi Bena Jonsona (Sebastian Armesto) o wystawienie ich pod własnym nazwiskiem. Ten natomiast przekazuje je jednemu ze swych aktorów, czyli Williamowi Szekspirowi (Rafe Spall) właśnie.

W odbiorze początkowo może przeszkadzać zaburzona chronologia, ale wystarczy odrobina skupienia i szybko połapiemy się o co chodzi. Moim zdaniem Anonimus to świetnie oddany klimat okresu elżbietańskiego, wielka dbałość o szczegóły, zachwycające kostiumy i kapitalny pomysł na pierwszą i ostatnią scenę stanowiącą klamrę spinającą całość. Ze swojej strony gorąco polecam, choćby dla zaspokojenia ciekawości i poznania zupełnie innej, niż powszechnie znana, twarzy Szekspira. 

 

Wyścig z czasem (2011) - reż. Andrew Niccol

Oto bardzo ciekawa, a przy tym całkiem nieźle zreazlizowana wizja przyszłości. Ludzie przestają się starzeć kończąc 25 lat, a pieniądze zostały wymienione na czas. Tak więc pensje dostajemy w minutach, jedzenie kupujemy za minuty, czynsz opłacamy minutami. Są tacy, którzy nie muszą się martwić o swój byt, na koncie mając zgromadzone miliony godzin, i tacy, którzy codziennie budząc się z zapasem zaledwie jednego dnia, drżą o każdą kolejną minutę, nie wiedząc czy po prostu nie padną gdzieś na środku ulicy. Wśród tych drugich znajdziemy Willa Salasa (Justin Timberlake), który pewnego dnia od przypadkowo poznanego człowieka, znudzonego swoim wiecznym życiem, otrzymuje w prezencie kilka tysięcy godzin. Ponieważ gesty takie znacząco odstają od normy, Will zostaje oskarżony o zabicie swego darczyńcy i zaczyna się jego ucieczka przed władzą oraz walka z istniejącym systemem. Nie w pojedynkę oczywiście, a z uroczą zakładniczką, córką jednego z najbogatszych ludzi, Sylwią Weis (Amanda Seyfried).

Wyścig z czasem to film, dzięki któremu powiedzenie czas to pieniądz nabiera zdecydowanie nowego znaczenia. Mnie bardzo podoba się pomysł wizji przyszłości przedstawiona przez twórców. Sam pomysł, bo wizja walki o każdą kolejną minutę naszego życia już nie bardzo. Choć tak sobie myślę, że bez względu na to czym by nam płacili i czy pracujemy dla pieniędzy czy dla czasu i tak wciąż walczymy o to samo.

poniedziałek, 09 kwietnia 2012

Jakub Winiarski dość zjadliwie komentuje wymyślenie fantastyki przez... Olgę Tokarczuk.

Jakub Ćwiek raczy nas felietonem na temat Biblii, Dody i ogólnie rozumianej popkultury. Przyzwyczajona do jego naprawdę dobrych tekstów, tym razem jestem nieco zawiedziona, bo to jeden ze słabszych felietonów, ale autor ratuje swoją sytuację całkiem niezłym opowiadankiem, również w pewien sposób nawiązującym do Biblii, a przynajmniej do Szatana i Jezusa. A może właściwie jego brata bliźniaka, który jako, że do Nowego Testamentu nie pasował, został pominięty, a nawet usunięty. Tekst napisany ciętym językiem i kipiący od wulgaryzmów, mógłby właśnie nimi do siebie zrażać, a jednak czyta się go całkiem dobrze, przekleństwa, jakkolwiek to zabrzmi, bardzo tu pasują i współgrają z całością, a ja jako czytelnik poparskałam sobie śmiechem, więc chyba jest dobrze. 

Fanów serialu Gra o tron na pewno zainteresuje artykuł Jerzego Rzymowskiego, który ja, przyznaje szczerze, szybciutko postarałam się ominąć. Jako, że jestem jeszcze przed lekturą książki, nie chciałam sobie psuć zabawy. Dla zainteresowanych znajdzie się w tym numerze również króciutki wywiad z Harrym Lloydem, który w serialu gra Viserya Targaryena.

Marek Grzywacz swój tekst poświęcił serialowym maniakom, a raczej tym do czego są zdolni, gdy ich ulubiony serial zostanie nagle zdjęty z anteny. Można przecież wysłać do wytwórni winnej temu nieszczęściu tony orzeszków ziemnych czy kurczęcych udek, a gdy nie pozostanie nic innego pokazać po prostu tyłek. 

Wywiad Neila Gaimana z Terrym Pratchettem z całą pewnością okaże się nie lada gratką dla każdego fana tego drugiego. A właściwie nie tylko fana, bo mnie akurat do fanki Pratchetta daleko, a jednak przeczytałam, to co miał do powiedzenia z przyjemnością i uśmiechem. 

W związku ze zbliżającą premierą Avengers 3D, na którą zresztą wraz z M. czekamy z niecierpliwością, Artur Szrejter przybliża nam postać Lokiego, boga ognia z dawnych germańskich mitów.

Ewelina Kozik, okrzyknięta odkryciem ze strony fantastyka.pl, wzbudza nie tylko zainteresowanie swoim opowiadaniem Lód i ogień, ale i współczucie dla głównej bohaterki, Mashy, ofiary przemocy, chcącej, ale nie potrafiącej wyrwać się z rąk swojego wybawiciela i oprawcy.

Iskry wzlatywały ku górze to całkiem niezłe opowiadanie Lisy Morton rozgrywające się w świecie, gdzie dla żywych utworzono specjalną Kolonię, bo resztę świata opanowały martwiaki, sprawnie wplotła wątek aborcji. Aborcji, którą zmuszona jest dokonać każda z kobiet, w obawie przed tym, że jakiekolwiek powiększenie kolonijnej ludności może być tragiczne w skutkach. 

Kolejny odcinek swego cyklu Rady dla piszących Michael J. Sullivan poświęca motywacjom bohaterów. Właśnie, bohaterów, wszystkich, nie tylko tego głównego. To ważne byśmy wiedzieli, dlaczego nasza postać zdecydowała się na taki, a nie inny ruch, co ją do tego zmusiło lub zachęciło. Warto też czasem dać się poprowadzić swoim bohaterom, nie zakładać już na początku powieści jak się potoczą ich losy, a raczej spokojnie czekać na ciąg wydarzeń, bo wykreowane przez nas postacie mogą nawet piszących zupełnie zaskoczyć. A skoro zaskoczą samego autora, to co zrobią z czytelnikami? Ano właśnie. A przecież o to w książkach chodzi!

W swoim felietonie Rafał Kosik zajął się celowym starzeniem się przedmiotów, polegającym chociażby na tym, że żarówka czy odtwarzacz dvd zrobione są w taki sposób, aby działać tylko przez określony odgórnie przez producenta czas. Tak samo zresztą dzieje się z literaturą, która, no co tu dużo mówić, starzeje się coraz szybciej. Wydaje się byle co, byle sprzedać, zarobić, byle zapomnieć. Ot, i cała filozofia. 

Poza tym wszystkim w najnowszym numerze znajdziecie oczywiście mnóstwo recenzji książek, filmów oraz komiksów. Osobiście czuję się bardzo zachęcona do Łowcy złodziei Deas'a i pewnie prędzej czy później postaram się doprowadzić do tego, by książka w moje łapki wpadła. 

niedziela, 08 kwietnia 2012

Czy macie takie sny, które powtarzają się z pewną, może nie zawsze regularną, częstotliwością? Które pamiętacie jeszcze z dzieciństwa? Które wydają się tak realistyczne i jednocześnie tak przerażające, że budzicie się zlani potem? A co jeśli to nie tylko sen? Co jeśli to przebłysk jakiegoś wspomnienia, dalekiego, już prawie nieuchwytnego, takiego, którego próbowaliście za wszelką cenę się pozbyć? Za wszelką cenę wymazać z pamięci, bo okazywało się zbyt bolesne.

Ethan, główny bohater, a jednocześnie jeden ze strażników Veridianu, ma taki sen. Powtarzający się odkąd tylko sięga pamięcią. Za każdym razem przerażający coraz bardziej. I związany z jego siostrą, której wspomnienie powoli zaczyna się zacierać w jego pamięci. To wszystko jednak na moment przycicha, gdyż na barki naszego bohatera spada spora odpowiedzialność. Ethan jako strażnik przechodzi bowiem na wyższy szczebel, z Ucznia staje się Nauczycielem, a pod opiekę dostaje Isabel, młodszą siostrę swojego niegdyś najlepszego przyjaciela. Dziewczynę kiedyś obsesyjnie w nim zakochaną, którą będzie musiał nauczyć walczyć, władać mieczem i... przenosić się w czasie. I przyznać trzeba, że większość fabuły skupiona jest właśnie wokół tego nauczania, choć pojawia się też kilka podróży w czasie, mających na celu zapobiegnięcie jakimkolwiek zmianom w historii, które mogłyby mieć dla nas tragiczne skutki. 

Wydaje się, że to wszystko gdzieś już było. Podróże w czasie. Motyw ucznia i nauczyciela. Walka dobra ze złem. Ostateczna bitwa, w której czeka bohaterów rozliczenie z demonami z przeszłości i lęk przed utratą tego, co dla nich najważniejsze. A jednak... Jednak czuć w powieści Curley pewną świeżość, a połączenie tych wszystkich elementów wychodzi jej na tyle zgrabnie, że Straż pochłania się z przyjemnością. 

Ale nie ma co tu się doszukiwać czy rozbudowanej intrygi czy pełnych portretów psychologicznych postaci. Nie, trzeba pamiętać o tym, że Straż jest właściwie zwykłą młodzieżówką, stojącą na dobrym poziomie i owszem, ale jednak nie wybitną. Gdzieś tam po drodze napotykamy na problemy rodzinne, na odejście ojca alkoholika, na depresje matki po utracie córki, ale to wszystko mam wrażenie pobrzmiewa tylko w tle, może odrobinę dla urozmaicenia fabuły, dla wyjaśnienia postępowania bohaterów w niektórych momentach, ale nie ma chyba kluczowego znaczenia. Curley postawiła sobie za cel raczej zapewnienie nam po prostu świetnej rozrywki. Interesującej, choć opartej na sprawdzonym schemacie walki dobra ze złem, z trzymającą w napięciu akcja, przyspieszającą na każdej kolejnej stronie i prowadzącą czytelnika do zakończenia, które sprawia, że chętnie sięgnęłoby się po drugi tom... gdyby tylko był pod ręką.

Marianne Curley, Straż, Warszawa, Wydawnictwo Jaguar 2011.

wtorek, 03 kwietnia 2012

Mimo ostrzeżeń sięgnęłam oczywiście po drugą część cyklu Poprawianie błędów. Jakoś tak, jak się coś zaczęło to powinno się skończyć prawda? No chyba, że od początku nam nie podpasuje, ale mnie się Brudnopis bardzo podobał. Podeszłam do Czystopisu z pewną rezerwą, pełna obaw i nastawiona w zasadzie na to, że pewnie gdzieś w połowię wymięknę i nie dam rady doczytać. Nic z tych rzeczy! Choć nieco słabsza, druga część wciągnęła mnie prawie na równi z pierwszą.

Cała akcja skupiona jest wokół ucieczki Kiryła przed funkcyjnymi, którzy właściwie nie wiadomo czego chcą od niego chcą. Zabić? Nie bardzo, puścić wolno też bez sensu, zwłaszcza, że został oskarżony o mnóstwo rzeczy, w tym co najważniejsze, zabójstwo funkcyjnej-akuszerki. Może więc uwięzić w którymś ze światów, tylko w którym? Ucieka więc ten biedny Moskwianin, a to trafiając do Wasylisy, celniczki znanej mu z Nirwany, a to do Janusu, świata w którym zimy są tak mroźne, a lata tak upalne, że wątpi się w istnienie tam jakiegokolwiek żywego stworzenia. Ba, trafia nawet do Polski, do zwykłego, najzwyklejszego Elbląga! A przez cały czas próbuje uniknąć śmierci, wymyślić rozwiązanie, zdecydować co dalej ze sobą zrobić i dowiedzieć się o co w ogóle z tymi funkcyjnymi chodzi. 

Tak jak w Brudnopisie, tak i w Czystopisie Łukjanienko wraz z rozpoczęciem każdego nowego rozdziału raczy nas prywatnymi przemyśleniami na sprawy zupełnie różne, poczynając od ubrania, poprzez czynność snu, na czytaniu książek kończąc. 

Od jakiegoś czasu wydaje mi się, że minął ten krótki okres, gdy czytanie książek było powszechną rozrywką. Kino nie zdołało stworzyć konkurencji - wyjście do niego było wydarzeniem, a książka zawsze leżała pod ręką. [...] Za to wideo, a potem komputer zadały książkom potężny cios. Film to czytanie dla ubogich duchem, tych, którzy nie są w stanie wyobrazić sobie wojny światów, siebie na mostku "Nautiliusa" czy w gabinecie Nero Wolfe'a. Kino to papka, obficie nasączona cukrem efektów specjalnych, papka, której nie trzeba żuć, wystarczy otworzyć usta i łykać. [...] A czytanie wróciło do swego stanu pierwotnego, gdy stanowiło rozrywkę dla wybranych. Książki stały się droższe, nakłady mniejsze - mniej więcej tak, jak w dziewiętnastym wieku. Można się z tego powodu smucić, a można uczciwie zadać sobie pytanie - czy naprawdę sto procent społeczeństwa musi lubić balet? Słuchać muzyki klasycznej? Interesować się rzeźbą czy malarstwem? Albo chodzić na ryby czy na mecze piłki nożnej? Według mnie należy uznać od razu: czytanie nie jest rozrywką dla wszystkich. I w ogóle jest nie tyle rozrywką, ile pracą.*

Czasem te prywatne wtręty mogą nudzić, czasem drażnić, czasem może czytelnik zechciałby je pominąć. Ja nie chciałam, bo mi się to bardzo podoba. Lubię gdy autor poprzez swoje powieści potrafi nie tylko wciągnąć czytelnika w wir wydarzeń, ale także wyrazić swoje własne zdanie na każdy temat i w dodatku zrobić to w tak nienachalny sposób.

Czasem tak się dzieje - poznasz jakiegoś człowieka i nagle rozumiesz, że moglibyście zostać przyjaciółki. Że on mógłby stać się twoim przyjacielem, może nawet najlepszym. Ale rozdziela was życie - to tylko w książkach dla dzieci ludzie na przekór wszystkiemu pozostają przyjaciółmi.**

Tak naprawdę, ja właściwie nie wiem skąd się wzięły te wszystkie głosy rozczarowania. No owszem, może i Czystopis jest ciutkę gorszy niż jego poprzednik, bo już nie zachwyca tą świeżością, już wiemy na czym oparta jest fabuła i trudniej jest nas zaskoczyć. Tempo akcji odrobinkę zwalnia, ale za to moim zdaniem przez całą powieść utrzymuje się na równym poziomie, co dla mnie też jest raczej plusem. Nie ma tu zbędnych dłużyzn, nie wleczemy się za tym Kiryłem zupełnie bez sensu, wręcz przeciwnie poznajemy nowe światy i dążymy wraz z nim do rozwiązania zagadki funkcyjnych. Jedyną rzeczą do jakiej mogłabym się przyczepić to zakończenie, bo one na tle całości wypada po prostu fatalnie. Na tyle fatalnie, że po przewróceniu ostatniej strony pomyślałam sobie: no i co? to już? już wszystko? Takie to jakieś wyszło mało efektowne, zbyt proste, i... bo ja wiem, jakieś takie bezsensowne. 

I jeszcze ostatnia rzecz, nie dotycząca już bezpośrednio książki. Miałam spore problemy, żeby dostać tę książkę w bibliotece. Pierwszą część też miałam wypożyczoną, więc trochę bez sensu było by kupowanie drugiej. Ja wiem, że pewnie nie powinnam się czepiać, ale dla mnie to jednak odrobinę dziwne, że biblioteki (nawet nie to, że jedna, ale przynajmniej kilka) nie uzupełniają cykli i zmuszają czytelnika do jeżdżenia po całym mieście, żeby dostać drugą część. Ale to nic, bo przecież znalazła się też jedna biblioteka, w której drugą część dostać można i owszem, za to z pierwszą jest kiepsko... Nie widzą, że to jeden cykl czy jak?

Siergiej Łukjanienko, Czystopis, Warszawa, Wydawnictwo MAG 2008.

*s. 222

**s. 257

poniedziałek, 26 marca 2012

Proszę Państwa, oto audiobook w najlepszej jego postaci. Audiobook, który bez wahania mogłabym polecić wszystkim tym, którzy mają jakiekolwiek obiekcje przez rozpoczęciem swej przygody z książką do słuchania. Ponad stu najbardziej znanych polskich aktorów, udzielających głosów poszczególnym bohaterom, mnóstwo doskonałych efektów dźwiękowych i ponad dwadzieścia dwie godziny dobrej zabawy. Przesłuchanie go w całości, biorąc pod uwagę, że Narrenturm słuchałam tylko w drodze do i z uczelni oraz podczas nielicznych (jeszcze wtedy za sprawą kiepskiej pogody) spacerów, zajęło mi ponad trzy tygodnie. Ale uwierzcie, warto było!

Wszystko zaczyna się właściwie dość kiepsko. Oto mamy mocno rozbudowaną scenę seksu Reinmara z Bielawy i Adeli de Stercza, w której bohaterka jęczy tak, że uszy puchną, a my zastanawiamy się czy słuchanie w tramwaju pełnym ludzi było aby na pewno dobrym pomysłem, bo przecież jak ktoś te jęki płynące z słuchawek usłyszy, to pomyśli, żeśmy nienormalni całkiem. Nic to, nie warto się zrażać, trzeba to przesłuchać, albo te fragmenty pominąć, bo później jest już coraz lepiej. Otóż okazuje się bowiem, że Adela, mając już własnego męża, którym Reinmar z całą pewnością nie jest, nniewątpliwie nie powinna się znaleźć z nim w łóżku, co uświadamiają obydwojgu kochanków bracia wspomnianego męża, którzy w owym łóżku ich przyłapują. I tu się zaczyna ostra jazda, krzyki, płacze, pościgi, ucieczki i ogólne, że tak powiem, mordobicie, z ofiarami śmiertelnymi zresztą. 

Fabuła właściwie jest dosyć prosta. Jeździ ten Reynervan po całym Śląsku, co rusz z innym towarzyszem, spotykając wreszcie prawdziwych przyjaciół, gotowych pójść dla niego w ogień (choć żaden się przecież do tego nie przyzna), od którego to momentu jeżdżą sobie razem, w trójkę. Mota się nasz bohater między tym co podpowiada mu rozum, a więc ucieczką na Węgry, doradzaną mu przez każdą napotkaną, choć ciut przychylnie nastawioną mu duszę, a tym, co mówi serce, czyli akcja mającą na celu odzyskanie ukochanej i wyrwanie jej niemalże z rąk wrogów (u których może niekoniecznie jest jej aż tak źle, jak biedny, naiwny Reinmar sądzi). Co rusz wdaje się w bójki, napotyka z każdej strony na niebezpieczeństwa, a Sterczowie dosłownie depczą mu po piętach. Między jedną bójką, a drugą, Sapkowski zaś raczy nas paroma historycznymi faktami, spotkaniami ze znanymi postaciami (tu warto wspomnieć chociażby o przypadkowym spotkaniu z Janem Gutenbergiem, który właśnie pracuję nad ruchomą czcionką i podczas którego mamy okazję wysłuchać krótkiej dyskusji na temat tego, czy możliwość powielania pewnych dzieł - chociażby ksiąg świętych, na pewno może przysłużyć się ludzkości, czy też pewien odcinek drogi pokonany przez Reinmara w towarzystwie Zawiszy Czarnego, opowiadającego o bitwie pod Grunwaldem) i paleniem na stosie, co gorszych przeciwników chrześcijaństwa, wyznawców Jana Hussa, a czasem po prostu kogo się nawinie. 

Ta prostota jednak, ta zwyczajna wydawałoby się powieść drogi, w połączeniu z bardzo dokładnie rozbudowanym tłem historycznym i odrobiną magii, z tą dbałością o wszystkie szczegóły, w końcu jednak musi zachwycić. 

Przy okazji niesamowita jest ta przyjaźń, która chcąc czy nie chcąc rodzi się pomiędzy Reynevanem, Szarlejem, a Samsonem Miodkiem. To, że w najgorszych sytuacjach mogli na sobie polegać i że choć każdy zapierał się jak mógł, udowadniając jaki z niego przebrzydły egoista, to tak czy siak, nie zostawiali się w potrzebie. Był nawet taki fragment, kiedy idąc na przystanek, droga przed oczami zaczęła mi się rozmazywać, bo tak się wzruszyłam. 

Z całą pewnością mogę stwierdzić, że nie sięgnęłabym po tę książkę w wersji papierowej. Słyszałam o niej wcześniej wiele razy i owszem, nazwisko autora znane jest chyba każdemu, ale mnie po prostu odstraszają setki dat, miejsc i nazwisk. Już sam fakt, że powieść ta stoi gdzieś tam na pograniczu powieści historycznej i fantasy sprawił, że się wzdrygałam. A nawet jeśli by się tak zdarzyło, że Narrenturm trafiłoby do moich rąk, nie sądzę, że byłabym w stanie je doczytać. A jednak... jako audiobook wypada właściwie idealnie. Setki różnych głosów, odpowiednia intonacja, krzyki, jęki, śpiewy chórów kościelnych, mnóstwo rozmaitych odgłosów. Od bitew, uderzania o siebie mieczy, łamanie kości, poprzez tętent kopyt, trzaskanie ognia w kominku, silniejszy wiatr, aż do dźwięków towarzyszących chociażby pojawianiu się tajemniczego pomurnika, które sprawiają, że czujemy ciarki na plecach. To wszystko niesamowicie pobudza wyobraźnie, na tyle, że pewnego dnia wracając późno do domu i mając na uszach słuchawki, zaczęłam się obsesyjnie rozglądać wkoło siebie. 

Minusy? Owszem są. Na przykład ciągnące się w nieskończoność obrad czy to Husytów czy też Ślązaków. I wtrącenia po łacinie. Dla mnie to było ogromne utrudnienie, bo nie miałam książki przed oczami, nie mogłam sprawdzić danego wyrażenia w słowniku, nie mogłam zajrzeć do przypisów, byłam w tym przypadku zdana całkowicie na łaskę lektorów, którzy tłumaczenia łaciny postanowili zgrabnie omijać. Kolejny minus, który może okazać się dość uciążliwy to bardzo długie rozdziały. Każdy rozdział to godzina lub półtorej słuchania, ja miałam wszystko zgrane na ipodzie, więc włączałam dokładnie w tym miejscu, w którym skończyłam słuchać, a jednak... przy słuchaniu na przykład na komputerze to może być bardzo niewygodnie. No ale, czasem pewne rzeczy trzeba po prostu przeboleć.

Czy sięgnę po kolejne części? Pfff, pytanie! Jasne, że sięgnę. Ale tylko jeśli zostaną wyprodukowane w ten sam sposób. Tak więc czekam, z nadzieją, i z niecierpliwością na Bożych bojowników, z tymi samymi głosami w rolach głównych. 

Audiobook zaś można pobrać tutaj, do czego naprawdę gorąco zachęcam. 

Andrzej Sapkowski, Narrenturm, Polskie Radio 2009

czyta: zespół aktorów

czwartek, 26 stycznia 2012

Kolejny raz Filip Engell ląduje w królestwie Lucyfera przez zupełny przypadek. Tym razem trafia tam, by pomóc Sørenowi, który niechybnie połknął pigułkę przemiany, będąc przekonanym, że to… proszek od bólu głowy.

Pytanie tylko jak pomóc koledze i wyciągnąć go z miejsca, w którym z całą pewnością nie powinien się znaleźć, a przynajmniej jeszcze nie teraz, skoro zupełnie nie wiadomo jakie to miejsce? Pomijając już całą rozległość samego Piekła, które zdaje się ciągnąć w nieskończoność, nie zapominajmy, że Søren mógł trafić także do Hadesu, Hellu, Asgardu, może i nawet do… Raju. Choć to akurat w jego przypadku wydaje się to całkiem nieuzasadnione. 

Okazuje się też, że od ostatniego pobytu Filipa w Piekle wiele się tam zmieniło. I to wcale nie na lepsze. Diabły otrzymały śmiertelność, za którą nie są ani trochę wdzięczne, zaczynają się więc bunty i ucieczki, brakuje rąk do pracy, potępieńcy panoszą się bez nadzoru, a w powietrzu wisi groźba wojny. Może więc kolejna śmierć Filipa wcale nie jest tylko przypadkiem?

Kenneth E. Andersen już po raz trzeci zabiera nas w niezwykłą podróż po czeluściach Piekła i nie tylko. Mamy też okazję pohasać po zielonych łąkach Raju, i zajrzeć do starożytnego świata umarłych, w których rządzi nieco psychopatyczny Hades. Odkrywamy kolejne zakamarki królestwa Lucyfera goszcząc u samotnego, a przez to odrobinę szalonego malarza czy trafiając do przerażającego Lasu Strachu. Spotykamy kolejne tak dobrze znane nam postacie. Kuba Rozpruwacz uciekający przed zabitymi kobietami, Barabasz mający smaczek na Filipa, Noe błąkający się po Piekle w poszukiwaniu odrobiny spokoju i zapomnienia czy Herkules odczuwający wieczne pragnienie to tylko niektóre z nich.

Każda kolejna część Wielkiej wojny diabłów okazuje się dla mnie świetną rozrywką. Mało tego, mam wrażenie, że im dalej tym bardziej te książki mnie wciągają i robi mi się po prostu przykro na myśl o tym, że powoli zbliżamy się do finiszu. Choć po cichu liczę ciągle na to, że na tym cyklu autor swej twórczości nie zakończy. 

Niestety, tym razem bardzo wyraźnie widać pośpiech i niedokładność przy samym przygotowaniu książki do druku. Liczne literówki, brak znaków interpunkcyjnych oraz zdania bez ładu i składu momentami mocno psuły odbiór całości. 

Mimo tego bez wahania mogę napisać, że to najlepsza część cyklu, a zakończenie zaserwowane nam przez autora aż zmusza do sięgnięcia po tom ostatni. Miejmy nadzieję, że równie zaskakujący i... o wiele bardziej dopracowany pod względem technicznym.

Recenzja opublikowana na dlalejdis.pl

Kenneth B. Andersen, Śmierć w pigułce, Warszawa, Wydawnictwo Jaguar 2011.

poniedziałek, 09 stycznia 2012

Nigdy, przenigdy nie chciałabym się znaleźć na miejscu Kiryła Maksymowa.

Wyobraź sobie, że wracasz do domu, który okazuje się nie być już Twoim domem. Zamieszkany przez obcą kobietę, posiadającą dokumenty potwierdzające jej zameldowanie. Całkowicie odmieniony, choć to przecież niemożliwe, by w kilka zaledwie godzin zdążyć wymienić meble, tapety i podłogi. Twój ukochany pies, który był z Tobą właściwie od zawsze, nagle zaczyna na Ciebie warczeć, zupełnie Cię nie poznaje. Poznawać przestają Cię też znajomi, najbliżsi przyjaciele, w końcu i rodzice. Klucz do mieszkania łamie się w pół, wszelkie dokumenty potwierdzające Twoje istnienie w tajemniczy sposób znikają, a w końcu i dowód tożsamości rozpada Ci się w rękach. Jesteś, a chwilę później jakby Cię nie było.

Tak właśnie stało się z głównym bohaterem Brudnopisu. Został całkowicie wymazany, jak się okazuje nie bez powodu. Zupełnie zniknął ze znanego sobie świata, po to by pojawić się w innym. Albo nawet w kilku innych i przyjąć całkiem odpowiedzialną funkcję, do której jest zupełnie nieprzygotowany.

Książka rosyjskiego pisarza, choć nieformalnie, została jednak podzielona na dwie części. W pierwszej z nich obserwujemy cały proces znikania, w drugiej przyglądamy się temu jak Kirył radzi sobie w nowej roli. Pierwsza wprowadza nas w klimat powieści, przy drugiej ledwo co nadążamy z przewracaniem stron, bo im dalej, tym bardziej akcja przyspiesza, po to, żeby zostawić nas z pełnym niedomówień zakończeniem i chęcią natychmiastowego sięgnięcia po część kolejną. 

Łukjanienko bardzo swobodnie i jakby mimochodem wtrąca do powieści swoje własne przemyślenia. A to w postaci słów kilku o współczesnych zespołach muzycznych, a to licznych odwołań do literatury. Tej wysokich lotów, do której sam autor nie jest przekonany, tej popularnej, jak Harry Potter czy Władca Pierścieni i tej tworzonej przez współczesnych rosyjskich fantastów, a nawet przez niego samego. 

Właściwie każdy rozdział rozpoczyna się takim krótkim wstępem, odnoszącym się w jakiś sposób do treści, ale nie związanym z nią ściśle, który pozwala nam się doskonale wczuć w klimat. A klimat tu jest, oj jest... Mroźna Moskwa, tajemniczy Kimgin, słoneczna plaża zwana Skansenem czy Nirwana, gdzie od momentu wejścia automatycznie poprawia nam się humor to miejsca, do których prowadzi nas autor. Miejsca, do których każdy z nas chciałby zaglądnąć choć na krótką chwilę.

Zresztą nie tylko miejsca Łukjanienko tworzy z wielką fantazją, także jego poznacie są barwne, nie pozostawiające obojętnym, i mimo pewnych ulepszeń, na wskroś ludzkie. Od pierwszych stron czytelnik czuje swego rodzaju więź z Kiryłem, Kotia jest przyjacielem z rodzaju tych, których każdy z nas chciałby posiadać (przynajmniej do czasu), a Natalia Iwanowa z miejsca budzi wstręt. 

To było moje pierwsze spotkanie z tym rosyjskim pisarzem, ale już wiem, że z pewnością nie będzie ostatnim.

Siergiej Łukjanienko, Brudnopis, Warszawa, Wydawnictwo MAG 2008.

piątek, 04 listopada 2011

Gdy Garet od tajemniczego jubilera otrzymuje szkatułkę, mającą pieczęć z identycznym wzorem, co sygnet otrzymany od dawno zmarłej matki, nie wie jeszcze, że jej życie obróci się o sto osiemdziesiąt stopni. Przy czym niekoniecznie będzie to zmiana na lepsze... Nagły napad na jej ojca i kradzież obrazów, które miały pomóc w spłaceniu ich długów to zaledwie początek lawiny tragicznych wydarzeń.

Królestwo czarnego łabędzia to sprawnie poprowadzona powieść z gatunku urban fantasy. Mogłaby się zagubić gdzieś w gąszczu podobnych sobie, przejść niezauważona, bo właściwie opiera się na tych samych schematach. Ot, nagle główna bohaterka ma uratować świat (a przynajmniej własnych bliskich) przed zagładą, odkrywa więc w sobie niezwykłe moce, do których użycia nie potrzeba jej właściwie żadnego wysiłku.

Całe szczęście pojawia się tu jednak coś co ją na tle innych powieści wyróżnia. Są to mianowicie liczne nawiązania, głównie do dzieł Szekspira, ale też mitologii czy legend. Znajdziemy tu więc wróżki i ich króla Oberona, Meluzynę panującą nad wodami i wiele innych barwnych postaci, a znajdzie się nawet miejsce dla jednego wampira. Zadziwiające, że przy tej wielości, nie tylko nietypowych stworzeń, ale też różnych wydarzeń, nic tu nie zgrzyta. Całość książki sprawia wrażenie w pełni przemyślanej i świetnie dopracowanej. 

Bardzo spodobał mi się motyw miłości rozkwitającej pomiędzy Willem i Garet. Miłości wciąż niespełnionej, wciąż wymykającej się z rąk, wiecznej, stałej a jednocześnie wciąż nieodkrytej, wciąż odradzającej się, spontanicznej i niespodziewanej.

Niestety, mam wrażenie, że autorzy do końca nie mogli się zdecydować na odbiorcę. Nie wiadomo właściwie dla kogo jest ta książka. Stworzenie dorosłej, bo dwudziestosześcioletniej, bohaterki, która swoje już w życiu przeszła, a aktualnie boryka się z problemami finansowymi wskazywałoby na starszego odbiorcę. Tyle, że Garet, mimo wieku, okazuje się bardzo podobna do szesnastoletnich bohaterek tego typu książek. 

Mimo tego książkę czytało mi się bardzo szybko, bardzo wciągająco, a tym samym bardzo dobrze. Jeśli pojawią się kolejne części bardzo chętnie po nie sięgnę, ciekawa czy autorzy znów inspirować się będą Szekspirem czy zwrócą się może w stronę innego klasyka. Ciekawa czy główna bohaterka dojrzeje. Ciekawa dalszych losów Garet, Willa i Oberona.

Lee Carroll, Królestwo czarnego łabędzia, Warszawa, Prószyński i S-ka 2011.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5
Tagi
Teksty umieszczone na stronie są mojego autorstwa,proszę o niekopiowanie ich bez mojej zgody!

Czytadełko
on Google+