Wpisy z tagiem: australijska
piątek, 09 marca 2012
Znany czy nieznany, gotuje z całą pewnością smacznie i wyjątkowo prosto, o czym świadczy jego najnowsza książka. Najlepsze dania Billa to zbiór stu przepisów, na potrawy z różnych zakątków świata, uproszczonych na tyle, na ile to tylko możliwe. Znajdziemy tu więc kilka pomysłów na śniadanie, jak chociażby tajemniczo brzmiącą szakszukę czy najzwyklejsze w świecie naleśniki, propozycje sałatek, a wśród nich bliskowschodni fattusz czy znany chyba wszystkim coleslaw, a także rozdział poświęcony deserom, który kusi zdjęciami, a pod wpływem którego stwierdziłam, że może w końcu odważę się zrobić tiramisu. W książce znalazły się też rozdziały poświęcone wypiekom (np. ciasteczka z kawałkami czekolady i orzechami czy ciasto marchewkowe), zupy (jak chociażby tom yum lub zupa rybna z chorizo), które akurat do mnie nie przemówiły, ale ja ogólnie nie przepadam za zupami. A także propozycje na przyrządzenie ryżu, makaronu i pieczywa (w tym rozdziale przepisy np. na pad see ew czy swojską zapiekankę z kiełbasą i kapustą), kurczaka (m.in. satay), mięso (np. chrupiący boczek z sosem jabłkowym), owoce morza (chociażby placuszki rybne czy grzanki z krewetkami) oraz warzywa (a wśród nich kilka przepisów na dipy). Tak jak napisałam każdy z przepisów został maksymalnie uproszczony, a większość składników, która będzie nam potrzebna do przyrządzenia proponowanych przez Grangera potraw, jest łatwo dostępna w sklepie. Zarówno każdy rozdział, jak i każdy pojedynczy przepis poprzedzony został krótkim wstępem, związanym czasem ze wspomnieniami i osobistymi przemyśleniami autora, a czasem z informacjami dotyczącymi na przykład pochodzenia danego dania. Wydanie książki zachwyca. Twarda oprawa, kredowy papier, cudowne zdjęcia, które sprawiają, że od samego patrzenia cieknie nam ślinka, i co najważniejsze, porządne szycie, dzięki któremu możemy książkę rozłożyć na blacie kuchennym, bez obawy, że po wypróbowaniu zaledwie kilku przepisów, całkowicie nam się rozpadnie. I w ten sposób dochodzimy do największej wady, czyli ceny. Ta okładkowa to 69,99 zł, w niektórych księgarniach książkę możemy dostać kilka złotych taniej, pytanie tylko czy warto wydać na zbiór przepisów, z których większość, może odrobinę zmodyfikowaną, ale jednak, można znaleźć na licznych portalach czy blogach kulinarnych? Ale na to niech już każdy odpowie sobie sam. Recenzja opublikowana na kobieta20.pl Bill Granger, Najlepsze dania Billa, Warszawa, Muza SA 2012.
sobota, 02 lipca 2011
Jasper Jones to wyrzutek, mieszaniec, półsierota. Wychowywany przez ojca alkoholika, trwoniącego ostatnie pieniądze. Przez wiecznie towarzyszący głód zmuszany do drobnych kradzieży. Przez mieszkańców miasteczka, sąsiadów, ludzi, którym wydaje się, że wiedzą wszystko, utożsamiany z czystym złem. Gdy pewnego dnia Jasper, w miejscu znanym tylko dwóm osobom, w swoim miejscu, znajduje martwą Laurę Wishart zupełnie nie wie co robić. Wie za to, że gdy tylko ludzie ją znajdą wszelkie podejrzenia padną właśnie na niego. Nie będzie sprawiedliwych sądów, nie będzie żadnych pytań, wszyscy zgodnie uznają, że wszystkiemu winny jest Jones. Chcąc tego uniknąć postanawia rozwikłać tę sprawę na własną rękę. Wiedząc, że sam może nie dać rady, o pomoc prosi Charlesa Bucktina. To właśnie Charles stanie się narratorem powieści, osobą dzięki której dane nam będzie poznać całą historię. Jestem zachwycona bohaterami stworzonymi przez Silveya. Oddanie ich wszystkich lęków, słabości, pokazanie złożoności ludzkiej natury wyszło mu naprawdę świetnie. Dawno nie czytałam książki, w której portrety psychologiczne postaci byłyby tak genialnie odwzorowane. Zbrodnia mimo, że cały czas obecna w powieści jest jednak tylko wyjściem do innych problemów poruszanych przez autora. Kwestia nietolerancji, rasizmu, dręczenia słabszych od siebie... Mam wrażenie, że właśnie to stało się dla Silveya impulsem do stworzenia Jaspera Jonesa. Dodatkowo poruszył też trudne kwestie rodzinne. Tajemnice odkrywane po kilkunastu latach, zaniedbanie, zdrada, przemoc na tle seksualnym. Wciąż się zastanawiam jak on to zrobił. Jak to możliwe, że poruszając tyle tematów udało mu się nie pogubić, a wręcz przeciwnie: połączył wszystko zgrabnie, przez całą lekturę trzymał mnie w napięciu, a przy tym zakończył wszystko doskonałymi wręcz rozwiązaniami. Żeby nie było jednak zbyt przygnębiająco znajdziemy w powieści też chwile radości. To małe zwycięstwa, sprawiające, że życie staje się lepsze. To pierwsze miłości, tak niewinne w swojej prostocie. To przyjaźnie, dla których jest się w stanie poświęcić spokój ducha. Wielkim atutem powieści było dla mnie przywołanie kilku, jak się okazało, autentycznych zbrodni. Swoją drogą sam fakt poszukiwania przeze mnie informacji, dodatkowo, zupełnie poza lekturą, powinien świadczyć o jej wielkiej wartości. Aż ciężko uwierzyć w to, do czego ludzie są zdolni. Ludzie, co trzeba dodać, na pozór prowadzący normalne życie. Jasper Jones zdaje się też prawdziwą kopalnią wiedzy jeśli chodzi o znanych i cenionych pisarzy amerykańskich. Kerouac, Lee, Kesey, Sallinger, Twain… to tylko niektóre z nazwisk pojawiających się na kartach powieści. Zresztą pisarstwo jako takie odgrywa też niemałą rolę w całości książki. Podsumowując: Jasper Jones wywołuje w czytelniku ogrom emocji. Jasper Jones boli, Jasper Jones wzrusza, Jasper Jones zmusza czytelnika do zastanowienia się nad tym, gdzie przebiegają pewne granice, jeśli w ogóle jeszcze istnieją. Poruszanie zbyt wielu problemów na kartach jednej powieści rzadko wychodzi aż tak dobrze. Przy nagromadzeniu wielu wątków niektóre się zaczyna się traktować po macoszemu, inne rozwija bardziej niż na to zasługują. Mam wrażenie, że u Silveya wszystko jest dokładnie wyważone, proporcje idealnie zachowane. Oszczędność słów, genialny styl, krótkie, rzeczowe zdania, które mówią więcej niż tysiące słów, to coś co sprawia, że bez wahania sięgnę po kolejne książki autora, jeśli tylko ukażą się na polskim rynku. Recenzja opublikowana na kobieta20.pl Ocena: 6/6 Craig Silvey, Jasper Jones, Poznań, Dom Wydawniczy Rebis 2011.
sobota, 28 maja 2011
Spokojnie jednak, tym razem narzekania nie będzie, na szczęście niewiele tych rzekomych włoskich bestsellerów miałam okazję do tej pory czytać, toteż zamiast marudzić na nudę i wtórność mam prawo trochę się pozachwycać. Zwłaszcza, że naprawdę jest czym. Gdy Penny i Alfonso trafiają na Procidę, zakochując się w atmosferze tego miejsca niemal od pierwszego spojrzenia. Błękit morza, intensywność zapachu, drzewa uginające się od świeżych owoców to coś, co nie pozwala im opuścić wyspy. Coś, co sprawia, że postanawiają zostać na niej przynajmniej na rok. A w przyszłości może zamieszkać tam na stałe. Zachwyciły mnie realia Procidy, tej małej wysepki na północ od Capri, jej wąskie uliczki, domki rozbudowywane w miarę rozrostu rodziny i niesamowicie ciepły klimat, spowodowany nie tylko słoneczną pogodą. Zachwyciła mnie społeczność, która tam zamieszkuje, ludzie, jak się okazało, dość nieufni i ostrożni w kontaktach z nowoprzybyłymi, ale za to niezwykle serdeczni i otwarci w stosunku do swoich. Zresztą to właśnie ludzie są przecież niezbędnym składnikiem do prowadzenia szczęśliwego życia, nie tylko na małej włoskiej wysepce, ale w każdym zakątku świata. Green właściwie w każdym rozdziale pozwala sobie na przywołanie, czasem dość osobistych, historii swoich znajomych czy przyjaciół. Często są one zabawne, momentami dość wzruszające, ale jak odnosimy wrażenie, zawsze wywierające jakiś wpływ na zachowanie autorki, w jakiś sposób oddziaływujące na jej życie czy choćby dodające otuchy i zmuszające do dalszego działania. Kolejnym ważnym w tej książce elementem, który nigdy chyba nie przestanie mnie zachwycać, a którego przy powieści osadzonej na tle włoskiej kultury po prostu nie mogło zabraknąć, jest oczywiście jedzenie. Nierozerwalnie zresztą związane ze społecznością Procidy, dla której zorganizowanie kolacji dla osiemnastu osób zdaje się nie stanowić najmniejszego wyzwania. To cudowne z jakim nabożeństwem traktuje się przygotowanie każdej z potraw, jak wielką radość sprawia wyspiarzom gotowanie i jak łatwo przychodzi im znalezienie okazji do wspólnych posiłków. Święto karczocha, święto chleba, święto mandarynek… momentami miałam wrażenie, że każdy ze składników włoskiej kuchni ma swoje święto, podczas którego w centrum miasteczka można cieszyć się posiłkiem z nim w roli głównej. I choć nie sądzę bym kiedykolwiek odważyła się na sałatkę z ośmiornicy czy pastę z dodatkiem mątwy to Green opisuje każde z dań w tak smakowity sposób, że wielką nieostrożnością, żeby nie powiedzieć głupotą, jest zasiadanie do lektury z pustym żołądkiem. Żeby nie było, że nie ostrzegałam! Dużą niespodzianką i zapewne wielkim plusem dla osób lubiących trochę poeksperymentować w kuchni, są przepisy zamieszczone na końcu każdego z rozdziałów. Nie odmówię sobie wypróbowania kilku z nich. Cieszę się też, że wydawnictwo zdecydowało się na uzupełnienie opowieści Green kilkoma zdjęciami, ale nie rozumiem dlaczego są to zdjęcia czarno-białe. Świeże cytryny i karczochy, obiad w ogrodzie, wybrzeże wyspy to wszystko aż prosi się o pokazanie w rzeczywistych, intensywnych kolorach. Recenzja opublikowana na kobieta20.pl Ocena: 5/6 Penelope Green, Na północ od Capri, Warszawa, Prószyński i S-ka 2011.
piątek, 11 lutego 2011
Tymczasem, gdzieś w górach do kolejnego ataku szykuję się Morgarath, największy wróg królestwa, wraz ze swoim oddziałem wargalów. Moim zdaniem Flanagan stanął na wysokości zadania, dzięki czemu powstała nie tylko świetna przygodówka z domieszką fantastyki, ale także powieść o dorastaniu, przyjaźni i poświęceniu. Umieścił napięcie dokładnie tam, gdzie powinno się ono znaleźć, stworzył fascynujących bohaterów, których darzymy sympatią (lub antypatią, ale to rzadziej) już od pierwszych stron. Przy czym moim zdecydowanym faworytem stał się oczywiście Halt, nauczyciel Willa, dla którego uśmiech jest absolutną rzadkością, a jedyna pochwała z jego ust, na którą można ewentualnie liczyć to nieźle. Ciężko jest żyć z takim mistrzem, tym ciężej gdy wymaga on wykonywania wszystkich domowych czynności, ale przecież do wszystkiego można się przyzwyczaić, tym bardziej gdy przed oczami ciągle ma się wizję strzelania z łuku i tropienia nieprzyjaciół. Halt za to mimo dziwnego uosobienia wzbudza naprawdę same ciepłe uczucia. Wyjątkowo miłym zaskoczeniem było dla mnie to, że książka nie skończyła się w jednym z kluczowych momentów, co ostatnio w przypadku serii doprowadza mnie do szewskiej pasji. Nie, tutaj wszystko ładnie zostało powyjaśniane dzięki czemu czytelnik nie zostaje nagle z tysiącem pytań i gorączkowym poszukiwaniem kolejnego tomu. Mało tego, powiem nawet, że tom kończy się w takim momencie, że jeśli komuś styl Flanagana zupełnie nie podszedł to nawet nie musi sięgać po kolejną część, nie będzie takiej potrzeby. Tyle, że mi się spodobało, nawet bardzo, a i do bohaterów się przywiązałam, zwłaszcza do tego ponuraka Halta, dlatego bardzo chętnie przeczytam kolejne części, niech tylko biblioteka się w nie zaopatrzy. Ocena: 5/6 John Flanagan, Zwiadowcy: Ruiny Gorlanu, Gdańsk, Wydawnictwo Jaguar, 2009.
poniedziałek, 08 marca 2010
Rodzina Wolfe’ów jest na wskroś zwyczajna. Nie wyróżnia się niczym specjalnym. Rodzice i trójka dzieci. Pani Wolfe, która zaharowuje się próbując utrzymać rodzinę, pan Wolfe, który stracił pracę w wyniku nieszczęśliwego wypadku, Steve, najstarszy brat Wolfe, który pracując stara się jak może, by jego bliskim żyło się lepiej, proszący wciąż ojca, by zabiegał o zasiłek dla bezrobotnych, który mu przecież przysługuje. Sara, siostra Wolfe, która smutki topi w alkoholu. Oraz oni dwaj, bohaterowie książki. Cameron i Ruben, którzy, aby trochę zarobić postanawiają brać udział w nielegalnych walkach bokserskich. Kim jesteśmy? Zabawne jest to, że nie tak dawno temu wiedzieliśmy dokładnie, kim jesteśmy. Problem stanowiło jedynie to, jacy jesteśmy. Byliśmy wandalami, zabijakami z podwórka, po prostu chłopakami. Wiedzieliśmy, co oznaczają wszystkie te słowa, ale słowa Ruben i Cameron Wolfe były dla nas tajemnicą. Nie mieliśmy pojęcia, dokąd zmierzamy. A może to nie tak? Może to, jaki jesteś, decyduje o tym, kim jesteś? Nie wiem. Teraz wiem tylko, że chcemy być dumni. Choć raz. Chcemy podjąć tę walkę i wznieść się ponad nią. Chcemy spróbować, przeżyć, przetrwać. Chcemy włożyć ją do ust, poczuć jej smak i nigdy go nie zapomnieć, bo dzięki temu jesteśmy silniejsi. Potem Rube otwiera mnie jak chirurg. Nacina moje wątpliwości od gardła po biodro. Powtarza moje pytanie i odpowiada. -Kim jesteśmy? – Krótki wybuch śmiechu. – Kto wie, co zobaczą, ale jak przyjdą obejrzeć nas w walce, będą wiedzieli, że jesteśmy braćmi. Właśnie! Właśnie tym jesteśmy. Może jest to jedyna rzecz, jakiej mogę być pewny. Bracia. Wszystkie dobre rzeczy, które się z tym wiążą. I wszystkie złe. To cieniutka książeczka, licząca zaledwie 150 stron, a większość z nich stanowią opisy walk, uczuć im towarzyszących: radości z wygranej, strachu przez przegraną i zupełnej obojętności ze strony Rube’a, gdy z góry wiadomo, że każda jego kolejna walka będzie wygraną. Aż do tej ostatniej, gdy przyjdzie mu walczyć z najbliższą osobą. Narracja prowadzona jest w punktu widzenia Camerona, a każdy rozdział zakończony został krótką rozmową braci Wilków. Zusak pokazuje nam przede wszystkim jak silna może być braterska miłość i ile tak naprawdę znaczy albo powinna znaczyć dla nas każdego z nas rodzina. Walkę bokserską porównuje do walki toczonej każdego dnia przez każdego z członków rodziny. Udowadnia, że sama możliwość wzięcia w niej udziału jest ważniejsza niż pewna wygrana. Na koniec dodam, że bardzo mnie wzruszyła rozmowa Rubena ze Stephanie, po druzgocącej przegranej Camerona. Kto czytał ten wie. Kto nie czytał, niech czyta ;) Ocena: 4,5/6
czwartek, 29 października 2009
|
Archiwum
Zakładki:
*
Całkowita liczba wyświetleń
Dla czytelnika
Mole książkowe
Strony autorów
Współpracuję
Wyzwania
Tagi
Czytadełko on Google+ |