Wpisy z tagiem: reportaż

niedziela, 29 stycznia 2012

Książeczkę tę przeczytałam bodajże dwa tygodnie temu i nie wiem czy gdyby nie to, że podczas czytania zawsze robię sobie krótkie notatki miałabym co o niej dziś napisać. Choć niewielka i przyjemna w odbiorze, z głowy ulatuje w czasie krótszym niż ten, który poświęcimy na jej lekturę. 

Książeczka Kraśko to taka Szwecja w pigułce. Trochę historii (niestety nawet ciut więcej niż trochę) i kilka interesujących ciekawostek. Na przykład, no wiecie, ja nie jestem fanką śledzi, szczerze to chyba jedna z niewielu (jeśli nie jedyna) ryba, której nie lubię, ale nie miałam pojęcia, że pewien jego rodzaj jest aż tak, ekhm... śmierdzący, a przy okazji na tyle groźny, że w życiu nie wpuszczą Was z nim do samolotu, w obawie przed wybuchem. Nie wiedziałam też dla kogo i z jakiej okazji ABBA napisała i zaśpiewała swoją znaną chyba każdemu Dancing Queen. O, a przy okazji, nie miałam też pojęcia, że gdzieś istnieje hotel, który każdego roku budowany jest od nowa. 

Jak dla mnie było tu zdecydowanie zbyt wiele informacji dotyczących rodziny królewskiej i o wiele za dużo historii (ponad połowa tej cienizny), z której dziś już nawet niewiele pamiętam. Chętnie poczytałabym więcej o tych różnych ciekawostkach, a nie o tym jak to się stało, że Francuz został królem Szwecji, skąd on się właściwie wziął i jak pięknie się odpłacił za to co dostał. 

Co nie zmienia oczywiście faktu, że Kraśko pisze bardzo przystępnym językiem i całkiem miło się to czyta.

***

A jeśli ktoś chciałby otrzymać tę książkę - nic prostszego! Napiszcie tylko czemu miałaby ona trafić właśnie do Was :) W przypadku większej ilości chętnych zrobię losowanie we wtorek. 

Piotr Kraśko, Świat według reportera: Szwecja, Warszawa, National Geographic 2011.

czwartek, 22 grudnia 2011

Gdy Europa czyta, Indie rozmawiają.* 

Niewiele czytałam dotąd o Indiach, nigdy w tym kraju nie byłam, bollywoodzkich produkcji właściwie nie oglądam, a jednak odkąd zobaczyłam tę książkę w zapowiedziach coś nieustannie mnie ku niej popychało. Co mogę napisać? Jeśli dzięki temu czemuś natknę się na więcej takich książek to proszę, niech pcha mnie jak najczęściej.

Bo jak się okazało Lalki w ogniu to świetna książka. Wciągająca i napisana tak, że Indie czuć niemal wszystkimi zmysłami. Czytając o targowiskach słyszę ich hałas, widzę feerię barw, którą ukazują, czuję zapach ryb i świeżych owoców. Zatrzymując się na rozdziale poświęconym jedzeniu cieszę się, że mój żołądek jest pełny, bo przesiąknięta zapachem smażonych warzyw i szafranu zaczęłabym się pewnie rozpaczliwie rozglądać chociażby za miseczką ryżu. Gdy autorka pisze o republice latryn czuję autentyczny wstręt i obrzydzenie, gdy wyobrażam sobie małe dzieci wyciągające rączki po kilka rupii w odruchu współczucia sięgam do własnej kieszeni. 

Wilk opisując Indie zestawia nowoczesność z tradycją, wielkie bogactwo z nędzą, czystość z wszędobylskim brudem. Dotyka niemalże wszystkich aspektów życia Hindusów. Przeczytamy tu o religii, tak dla nich ważnej, o bogach widocznych niemalże wszędzie, a także o wierze w liczne zabobony i potrzebie konsultowania się z astrologami przed podjęciem ważnych decyzji. Znajdziemy fragmenty mówiące o miłości, tak ciągle niedostępnej w kraju gdzie małżeństwa zawiera się ze względu na korzyści, które mogą przynieść rodzinie. Dużo uwagi autorka poświęca miejscu kobiety w indyjskiej społeczności, która wciąż bez mężczyzny przy boku pozostaje właściwie nikim, a nawet z mężczyzną powinna pozostać jakby niewidzialna. Podczas czytania zostaniemy zarażeni zachwytem targowiskami, na których dostaniemy można dosłownie wszystko: ryby oprawiane bezpośrednio na oczach kupca, wieprzowinę, sari, piękne, kolorowe materiały, biżuterię kurzącą blaskiem i sprawiającą wrażenie niezbędnej do życia.

Nie zabraknie tu też rozdziału o kolejach i wiecznie przepełnionych pociągach, tętniących życiem o każdej porze dnia i nocy. I o ulicach, na których nie obowiązują żadne zasady, a już na pewno nie te pisane, a które każdego dnia zamieniają się w jedną wielką łaźnię, w której dostrzec można setki mężczyzn oddających się porannej toalecie. Mnie natomiast chyba najbardziej zafascynował (i zmusił do własnych poszukiwać) fragment, niestety dość niewielki, o hidźrach, czyli transseksualistach, homoseksualistach, eunuchach tworzących w tym kraju zupełnie odrębną kastę.

Znajdzie się tu nawet niespodzianka dla każdego książkoholika, w postaci rozdziału poświęconego książkom właśnie. Bo choć w Indiach stopień analfabetyzmu wciąż jest całkiem spory to jednak i tam dostępne są budynki po brzegi wypełnione książkami, w których znaleźć można niemal wszystko, od Harry'ego Pottera po Mein Kampf Hitlera.

Zarzuty? Są! Oczywiście! Zbyt mało zdjęć na przykład. Teoretycznie, biorąc pod uwagę plastyczny język autorki, podczas czytania mamy to wszystko o czym pisze i tak przed oczami, ale ja bym tak chętnie sobie pooglądała te zdjęcia teraz, po zakończeniu lektury, albo w przerwach pomiędzy kolejnymi rozdziałami, a tu zaledwie cztery wkładki, na każdej dosłownie kilka fotografii. Mało mi.

Co nie zmienia faktu, że Lalki w ogniu to jedna z lepszych książek, jakie czytałam w tym roku i polecam ją po stokroć, a każdemu kto się jeszcze waha z zakupem radzę szybciutko biec do księgarni.

Paulina Wilk, Lalki w ogniu. Opowieści z Indii, Warszawa, Carta Blanca 2011.

s. 152

Strona autorki

piątek, 16 grudnia 2011

Gdy słyszymy hasło: II wojna światowa przed oczami pojawiają nam się Niemcy i Rosja. Nikt z nas nie myśli nad tym jak bardzo złączeni jesteśmy z Wielką Brytanią.

A jak się okazuje jesteśmy bardzo. W latach 1939-1947 około 200 tysięcy Polaków opuściło kraj osiadając na Wyspach. Wielu z nich nie wróciło już nigdy więcej do Polski. Uciekając najpierw przed wojną, potem przed komunizmem właśnie w Anglii postanowili zbudować swoją małą ojczyznę. Ewa Winnicka zaś skrupulatnie, ale też bez zbędnego oceniania, opisuje między innymi te próby stworzenia czegoś polskiego na obczyźnie, próby odnalezienia się w zupełnie innym świecie. Wiele miejsca poświęca też stosunkom polski-angielskim na przestrzeni prawie siedemdziesięciu lat. Na przykładzie żydowskich dzieci wywożonych na Wyspy podczas wojny, ratowanych od śmierci pokazuje jak ciężko jest im teraz, gdy są już dorośli określić własną tożsamość.

W Londyńczykach znalazły się dwa utwory, które dla mnie znacząco się wybijają na tle całej reszty. Pierwszy z nich to Zastąpiona, w którym autorka opisuje losy pierwszej żony Władysława Andersa. Irena Anders to na tych kilkunastu stronach żona stęskniona i kochająca, z nadzieją czekająca na koniec wojny, po to tylko by się dowiedzieć, że została wymieniona na tą młodszą.

Drugi z nich, Tato to właściwie zbiór e-maili, z których wyłania się obraz ojca-tyrana. Ojca, który po przeżyciu wojennego piekła sam postanowił zgotować je swojej rodzinie. Ojca, który bił i wykańczał psychicznie, ojca od którego córki postanowiły uciec, a o którym jednak, po upływie kilkunastu lat, chciałyby się dowiedzieć czegoś więcej. Choć każda z wiadomości, wymienianych między autorką, a Celiną, jedną z córek, jest dość sucha, właściwie wyprana z emocji, to cała historia wyciska łzy z oczu.

Lektura Londyńczyków to jedna z tych nielicznych sytuacji, podczas której, zarzucana co rusz datami, nazwiskami czy miejscami nie zaczęłam zwyczajnie ziewać. Wręcz przeciwnie, książkę Ewy Winnickiej czyta się jak naprawdę dobrą powieść. I niech to będzie najlepszą rekomendacją.

Recenzja opublikowana na kobieta20.pl

Ewa Winnicka, Londyńczycy, Wołowiec, Wydawnictwo Czarne 2011.

piątek, 02 grudnia 2011

Kaprysik. Damskie historie to zbiór sześciu reportaży, zamkniętych w uroczej oprawie, które pierwotnie ukazywały się na łamach Wysokich obcasów.

Zbiór otwiera tekst o Janinie Turek, kobiecie, która już nie żyje, a która przez 57 lat, od 1943-2000 roku, zgromadziła 728 zeszytów. Zeszytów, nie pamiętników, bo nie ma tam nic o jej emocjach, odczuciach, przemyśleniach, to tysiące stron zapisanych suchymi faktami. Można się więc dowiedzieć z nich co danego dnia Janina Turek jadła, ale już nie czy jej smakowało; co czytała, ale nie czy to co czytała wywołało w niej jakieś odczucia; ile razy była w teatrze, ale nie czy sztuka zrobiła na niej jakiekolwiek wrażenie. Co zadziwiające o swoich uczuciach też pisała, ale już nie w zeszytach.

Kolejną z bohaterek Szczygła jest Anna, która przez ponad dziesięć lat, mniej lub bardziej regularnie przyjeżdża do pewnego fotografa, z własnymi ubraniami i rekwizytami, czasem z towarzyszącym jej mężem, po to tylko, by zrobić kilka, kilkanaście, kilkadziesiąt zdjęć, których i tak nigdy nikomu nie pokazuje. Ot, taki Kaprysik.

Jest tu też opowieść o kartce. Zwykłej i niezwykłej zarazem. Znalezionej przez Szczygła zupełnie przypadkiem, w jednej z warszawskich kawiarni, a zawierającej nazwiska i adresy kobiet, zupełnie z pozoru ze sobą niepołączonych. W dodatki kartki dość starej, bo sprzed co najmniej kilkunastu lat. To chyba najciekawsza historia z całego zbioru, poszukiwania autora, próby dojścia do jakiegokolwiek wniosku i wreszcie szczegóły z życia co niektórych z bohaterek były naprawdę zadziwiające, intrygujące, momentami nawet szokujące. 

Zachwyca historia pewnego rektora, który w korytarzy swego wydziału postawił pomnik swojej żonie. I to żonie żyjącej, bo przecież pomniki zawsze kojarzą nam się z osobami, które już odeszły. Piękny dowód miłości i uwielbienia, prawda?

Relacja wokalistki Tercetu Egzotycznego, a właściwie zapis jej rozmowy z Dariuszem Zaborkiem, podczas której wspomina swoich dwóch Zbigniewów, już nieżyjących, a bardzo jej przecież bliskich przyprawia o wzruszenie.

Ostatni utwór to właściwie tylko (a może aż?) zbiór korespondencji wymienianych między dwoma kobietami przed ponad dwadzieścia lat. Nie cały, to oczywiste, ale zawierający te, zdaje się, najważniejsze momenty z życia każdej z nich, a przy okazji pokazujące też w jakiś sposób to co się działo w Polsce w latach 80. i 90. ubiegłego stulecia. 

Każda z tych historii jest na swój sposób wyjątkowa. Każda wzrusza, bawi, wywołuje nostalgię lub błogi uśmiech. Warto je poznać.

Mariusz Szczygieł, Kaprysik. Damskie historie, Warszawa, Wydawnictwo Agora 2010. 

poniedziałek, 21 listopada 2011

Nigdy nie przestanę podziwiać ludzi takich jak autorzy reportaży zawartych w tych zbiorze. Mój szacunek dla tego co robią jest ogromny. Nigdy nie przestanę się zastanawiać skąd się w ludziach bierze taka siła i determinacja, skąd w nich tyle zaparcia, by zdobyć to co niezdobyte, by mimo różnych przeszkód dopiąć swego celu.

Adventure to zbiór siedemnastu reportaży. Reportaży o niesamowitych przygodach i niesamowitych ludziach. Mamy tu więc spływ Wisłą, od Warszawy aż do Gdańska na własnoręcznie zbudowanej tratwie, pobijanie rekordu w szybkości zdobywania polskich szczytów, przeprawę przez gąszcz afrykańskiej dżungli, wyprawę autostopem dookoła świata i rowerem po Patagonii, zdobycie niezdobytego dotąd himalajskiego szczytu czy oczekiwanie na pojawienie się kapryśnej zorzy polarnej.

Niejednokrotnie podczas lektury przychodziło mi na myśl pytanie: i po co to komu?. Choroby wysokościowe, problemy z żołądkiem, strach, zmęczenie i wycieńczenie. To wszystko towarzyszy bohaterom zawartych w tym zbiorze tekstów. To wszystko plus zapewne niesamowita satysfakcja z osiągnięcia tego, co nieosiągalne, z dopięcia swego, z przezwyciężenia własnych słabości. Satysfakcja, której ja pewnie nawet w połowie nie mogę sobie wyobrazić, a co dopiero kiedykolwiek ją poczuć. Zazdroszczę im wszystkim i każdemu z osobna, zdając sobie jednocześnie sprawę, że siedzi we mnie zbyt wielki leń i tchórz, żeby zdobyć się na wyściubienie nosa poza swe przytulne mieszkanko. 

Niestety mam jeden poważny zarzut co do tej pozycji. Od samego początku, od pierwszego reportażu wydawało mi się, że czegoś tu brakuje, że większość z nich (choć nie wszystkie!) jest jakaś niepełna, jakby okrojona, bo momentami okazywało się, że poszczególne akapity niewiele mają ze sobą wspólnego. Pewności nabrałam dochodząc do tekstu Roberta Maciąga, który okazał się po prostu fragmentami z jego debiutanckiej książki. W miarę nieźle dobranymi i skomponowanymi, ale jednak tylko fragmentami. To okrojenie tekstów do niezbędnego minimum nie wyszło im na dobre, wręcz przeciwnie – sprawiło, że żaden z nich niczym się nie wyróżnia, nie zapada w pamięć, nie zostaje na dłużej. Emocje towarzyszące lekturze też są jakby mniejsze, bo jak wczuć się w klimat zimowej Rosji czy niebezpiecznych himalajskich szczytów, kiedy musimy się z nim pożegnać już po kilku stronach?

Na pochwałę zasługuje za to samo wydanie książki. Kredowy papier, szycie, mnóstwo, po prostu całe mnóstwo fotografii (momentami nawet wydaje się, że więcej tu zdjęć niż tekstu), a przy tym stosunkowo niewysoka cena. 

Adventure to taka wyprawa po najpiękniejszych zakątkach świata, podczas której dużo widzimy, dużo odkrywamy, bez wytchnienia przeskakujemy z miejsca na miejsce, ale tak naprawdę niewiele z tego pamiętamy, nie przywozimy z niej żadnych wspomnień ani pragnienia powrotu. Po drugą część reportaży, której premiera zbliża się wielkimi krokami, raczej już nie sięgnę, ale większość nazwisk pojawiających się na kartach pierwszej zapamiętam. Będę wypatrywać ich na okładkach książek, jako jedynych autorów, ciekawa tego, jak wiele są w stanie osiągnąć ci ludzie. 

Recenzja opublikowana na kobieta20.pl

Adventure. 17 niesamowitych wypraw, Warszawa, Wydawnictwo G+J 2011.

piątek, 08 lipca 2011

Powiem szczerze. Trochę się bałam. Po pierwsze: Szczygła w tym wydaniu. Trochę jeszcze niewyrobionego, szukającego własnego stylu, zupełnie początkującego i co najważniejsze piszącego o Polsce. Właśnie, Polska. Ja się chyba najbardziej bałam jej obrazu w tej książce. Obrazu, którego nie tyle nie znam, co po prostu nie pamiętam. Lata 90., początki kapitalizmu, zmiany zachodzące tam gdzie się ich najmniej spodziewano.

Mimo obaw po książkę sięgnęłam i już przy pierwszej stronie poczułam się jak u siebie. W drugim zdaniu zobaczyłam: idę na róg Nowowiejskiej i Jedności. Czekam na ósemkę*, toż to Wrocław proszę Państwa! Obawy zniknęły, niepewność wyfrunęła, a ja zatopiłam się w lekturze.

Początkowo było ciężko. Obraz Polaków wynurzający się z pierwszych stron nie zachwyca. To ludzie, którzy z dnia na dzień stracili wszystko, są zagubieni, niepewni przyszłości i próbują kombinować. Niestety, na wszelkie sposoby. Ogłoszenia prasowe momentami doprowadzały mnie do łez. Ze śmiechu. Wystawianie na sprzedaż wszystkiego, wieczna chęć robienia interesów, czasem z góry skazanych na niepowodzenie, nieustanna potrzeba wygadania się, poużalania i przedstawienia własnej osoby w jak najlepszym świetle. To obraz Polaka lat 90. W mojej głowie mniej więcej do połowy książki pobrzmiewało jedno zdanie: cholera, niech ktoś mi teraz powie, że pieniądze szczęścia nie dają

A potem nastąpił jakby obrót o 180 stopni i zaczęły się tematy całkiem przyjemne, napawające mnie choć odrobiną optymizmu, bo okazało się, że może te wczesne lata kapitalizmu nie były aż tak ciężkie jak by się mogło wydawać, a Polak to nie cwaniak rozglądający się na lewo i prawo w poszukiwaniu jak najlepszej okazji do zarobku.

Jeśli spojrzymy na Niedzielę, która zdarzyła się w środę jak na całość to faktycznie można zarzucić jej nierówność. Tyle, że ja jej zarzucać nie będę, bo raz: taką nierówność można zarzucić każdemu zbiorowi, nieważne czy to reportaże, wiersze czy opowiadania, a dwa: ja sama nie umiem do końca określić z czego owa nierówność wynika. Zastanawia mnie czy odczułam ją naprawdę tylko ze względu na styl pisania czy też bardziej ze względu na podejmowane tematy.Nic nie poradzę na to, że jedne zainteresowały mnie bardziej, inne mniej.

Szalenie podobał mi się reportaż na temat języka polskiego, wprowadzania do niego obcych słów, tworzenia nowych na jego podstawie, zapożyczeń i tego, że lubujemy się we wtrącaniu tu czy tam jak największej ilości angielskich słów. Nie wiem jaki dokładnie miało to rozmiar w czasach opisywanych przez Szczygła, wiem jak to wygląda dziś. I choć sama czasem do swoich wypowiedzi wtrącam obce słówka (czy też zapożyczenia, co robię z pewnością bardzo często nawet o tym nie wiedząc) to już lajki, hejty i inne bajdełeje używane na wszelkie możliwe sposoby, czasem zupełnie bez sensu doprowadzają mnie do szału. 

Słów kilka na temat wydania, które jest piękne, naprawdę. Jest efektowne, jest bardzo staranne pod względem typograficznym. Zero literówek, bardzo dużo zdjęć, kredowy papier. Cud, miód i orzeszki, chciałoby się rzec. Tyle, że się nie rzeknie, bo przy tym wszystkim ma też przeokrutnie niewygodny format. Naprawdę nie pamiętam kiedy ostatni raz bym się aż tak napowyginała przy czytaniu. Nic to. Wlaściwie, jeśli się zastanowić... może dla kilku chwil przyjemności i niewygodny format jest do przeżycia?

Recenzja napisana dla portalu LubimyCzytać.pl

Ocena: 4,5/6

Mariusz Szczygieł, Niedziela, która zdarzyła się w środę, Wołowiec, Wydawnictwo Czarne 2011.

*Tamże, s. 5.

środa, 13 kwietnia 2011

- Znowu, mamo – mówi mi syn – znowu w nocy zgrzytałaś zębami.

- Znowu chrupałam? Przepraszam.

- Jakbyś kamień jadła.[1]

Wiosna 1992 roku. Miałam dwa latka, niecałe dwa latka i świat pełen kolorów, radości i beztroski. W Bośni właśnie rozpoczynała się wojna. Kobiety gwałcono, mężczyzn zabijano na środku podwórka, ludzi wyciągano z domów, wywożono do obozów, bezwładne już ciała porzucano w jaskiniach.

W Potoczarach kobietom i dzieciom kazano iść na prawo, mężczyznom na lewo. O tym, czy chłopiec jest jeszcze dzieckiem, czy już mężczyzną, decydował sznurek, który powieszono na wysokości 150 centymetrów (niektórzy mówią o 140, inni o 160). Który chłopak był wyższy – tego odbierano matce.[2]

Badanie DNA jest z pewnością czymś nowym w historii wojen. Tak jak body bags, komputery, Internet, skomputeryzowane chłodnie, wózki widłowe, brytfanny na kółkach. Poza tym wszystko już było: obozy, baraki, selekcje, getta, kryjówki, ukrywanie prześladowanych, opaski na rękawach, sterty butów po zgładzonych, głód, szaber, pukanie do drzwi w nocy, zniknięcia sprzed domu, krew na ścianach, palenie domostw, palenie stodół z ludźmi w środku, pacyfikacje wsi, oblężone miasta, żywe tarcze, gwałty na kobietach wroga, zabijanie inteligencji w pierwszej kolejności, kolumny tułaczy, masowe egzekucje, masowe groby, ekshumacje masowych grobów, międzynarodowe trybunały, zaginieni bez wieści.[3]

Wojciech Tochman bohaterkami swej książki uczynił bośniackie kobiety. To one zabierają głos, to one w ogóle chcą mówić, bo mężczyźni choć obecni, to do rozmowy niechętni. Przez wstyd, przez rozgoryszenie, przez poczucie niesprawiedliwości.

Mamy więc córki, które straciły ojców. Żony, które już nigdy nie ujrzą mężów. Siostry, których bracia zginęli. I matki, których największym pragnieniem jest możliwość pochowania swych synów. Żadna z tych kobiet nie łudzi się, że ich bliscy jeszcze żyją, one po prostu mają nadzieję, że kości ich mężczyzn zostaną znalezione, że dzięki temu będą im mogły zapewnić godny pochówek.

Nie opuszczam żadnej ekshumacji. Był wysoki, ubrany w niebieską koszulkę i robocze zielone spodnie. Poznam go, pożegnam. Bo jak długo można tęsknić za człowiekiem, o którym wiesz, że już nigdy do ciebie nie wróci?[4]

Ciężko mi pisać o książce, jak widać wolę przytaczać cytaty. Tym bardziej więc podziwiam autora za podjęcie się tak ciężkiego tematu. Za opisanie tego co się w Bośni dzieje po: po wojnie, po tragicznych wydarzeniach, po morderstwach, po odnalezieniu kolejnych zbiorowych mogił. A nie dzieje się nic dobrego. Jest bieda, jest strach, jest tęsknota i są Serbowie zajmujący muzułmańskie domy, unikający kamer, aparatów i rozmów z obawy przed rozpoznaniem.

- Nie wrócimy na swoje – mówi, kiedy idziemy z powrotem do centrum. – Nie po to Serbowie rozpętali wojnę i czyścili z nas miasteczko po miasteczku. Jeśli zabiłeś tylu ojców, mężów i synów, to nie chcesz widzieć wdów. Po co mamy ci przypominać, kim jesteś. To ględzenie o powrotach jest wielką manipulacją świata: patrzcie, jak wszystko się dobrze skończyło! Serbowie, Muzułmanie i Chorwaci znowu mieszkają razem w wieloetnicznej Bośni. I nasi politycy to powtarzają, żeby się światu przypodobać. Nie widzą, co mówią. Chyba nigdy nie byli w Bratunacu.[5]

Podziwiam Tochmana za pisanie o tym wszystkim w taki sposób. Bez emocji, bez ocen, bez zbędnych komentarzy, zupełnie na sucho. Z tych samych mniej więcej powodów podziwiam doktor Ewę Klonowski, za jej pracę, za to ile uwagi poświęca każdej ze znalezionych kości i jak bardzo musi się starać, żeby nie podchodzić do tego zbyt emocjonalnie.

Tyle doktor Ewa wyczytała z kości. Mówi o tym beznamiętnie: - Masz emocje, masz noc z głowy. Ja i tak kiepsko tu śpię. Budzę się o trzeciej nad ranem i widzę podziurawione czaszki. Zastrzelili faceta. Jednego, drugiego, pięćdziesiątego. Rozumiem. Ale jak to możliwe, że pół setki mężczyzn jedzie pokornie na śmierć? Dlaczego nic nie robią? Nie ratują się? Kilku morderców każe im wysiadać z autobusu. Oni pokornie wysiadają. Pokornie stają pod ścianą.[6]

Właśnie, jak to możliwe?

Ocena: 5,5/6

Wojciech Tochman, Jakbyś kamień jadła, Sejny, Pogranicze 2002.

[1] Tamże, s. 78.

[2] Tamże, s. 25.

[3] Tamże, s. 21.

[4] Tamże, s. 82.

[5] Tamże, s. 35

[6] Tamże, s. 96.

poniedziałek, 04 kwietnia 2011

Naprawdę rzadko zdarza mi się porzucić książkę w połowie. Zawsze staram się jakoś jednak przemęczyć i doczytać do końca, wiadomo, że czasami ten ostatni rozdział potrafi całkowicie zmienić nasze odczucia. Niestety, książka I ktoś rzucił za nim zdechłego psa pokonała mnie na całej linii. Nie pamiętam kiedy ostatni raz tak bardzo się nad czymkolwiek namęczyłam, chyba nawet skrypty wchodzą mi lepiej.

Nie lubię tego robić, ale po spędzeniu nad książką ponad tygodnia, przeczytaniu jej połowy, próbie zmiany podejścia i patrzenia na książkę nieco łagodniej doszłam do wniosku, że nie warto. Naprawdę, nie warto się męczyć, zwłaszcza gdy zdałam sobie sprawę jak wiele lepszych książek na mnie czeka. i czuję się usprawiedliwiona, bo włożyłam naprawdę wiele wysiłku, żeby przynajmniej próbowałam.

W założeniu Jean Rolin chciał napisać książkę w całości poświęconą psom feralnym, czyli takim, które kiedyś udomowione na powrót stają się dzikie. W tym celu zaplanował podróż niemalże dookoła świata. Podróżując poprzez Tajlandię, Meksyk, Liban, Izrael i wiele innych państw miał pokazać swym czytelnikom w jaki sposób te bezdomne psy funkcjonują w obrębie różnych kultur. Moim zdaniem nie pokazał.

Na tych kilkudziesięciu przeczytanych przeze mnie stronach naprawdę mało znalazłam informacji o psach. Mam wrażenie, że były one raczej tylko pretekstem dla autora do tego, żeby opisał własne podróże, spostrzeżenia i uczucia jakie nim podczas tych podróży władały. W dużej mierze zwrócił także uwagę na ludzi, na społeczeństwa w jakich dane mu było przebywać, na różnice kulturowe. Naprawdę mało w tej książce o psach, a jeśli już to wspomniane są one jakby mimochodem, bardzo krótko i od niechcenia.

Ta zmiana tematu nie byłaby jeszcze taka zła. Przecież o ludziach też lubię czytać, o podróżach, o poznawaniu innych kultur, obyczajach ludzi na całym świecie wprost uwielbiam. Tym jednak co wpłynęło na ostateczną decyzję o odłożeniu książki okazał się styl autora. Dla mnie po prostu niestrawny. Długie, złożone, zawiłe zdania, momentami ciągnące się przez pół strony doprowadzały mnie do szału. Nie potrafiłam się zupełnie skupić, a dochodząc do końca zdania nie pamiętałam już o czym było na początku i chcąc czy nie chcąc musiałam do niego wrócić, przez co miałam wrażenie, że jedną stronę czytam w nieskończoność. Kolejne rozdziały (nie za każdym razem, ale często, zbyt często, by tego nie zauważyć) wydawały mi się jakimś oderwaniem od więdługiekszej całości. Rzadko kiedy udawało mi się dostrzec między nimi jakiekolwiek związki. Czasami zastanawiałam się czy to nie są zaledwie wycinki z różnych utworów autora posklejane bez ładu i składu. W dodatku moim zdaniem Rolin pisze po prostu nudno.

Poniżej zaś mała próbka stanowiąca jednocześnie, co trzeba podkreślić, jedno zdanie:

Kiedy się przybyło od północy, przekroczywszy Litani pieszo mostem Kasmiyeh, pokawałkowanym przez bombardowanie, ale wystającym z niezbyt głębokiej wody, a potem czekało się wśrób bananowców na samochód, który wyjechał nam z Tyru, wreszcie przebyło się możliwie najszybciej drogą pełną lejów, dziesięć kilometrów dzielących miasto od mostu Kasmiyeh, kiedy zatem przybyło się z północy i wjechało do Tyru arterią, o którą w dole rozbijały się fale, podczas gdy z przeciwnej strony drogi, pośród budynków, które się ostały, widać było inne, zniszczone, o charakterystycznym dla wielopiętrowych budowli ostrzelanych przez "inteligentne" bomby o wyglądzie ciasta francuskiego, odnosiło się najpierw wrażenie, że miasto jes opuszczone albo życie w nim skryło się w piwnicach. *

Ocena: 1,5/6

Jean Rolin, I ktoś rzucił za nim zdechłego psa, Wołowiec, Wydawnictwo Czarne 2011.

*Tamże, s. 76-77.

 
1 , 2
Tagi
Teksty umieszczone na stronie są mojego autorstwa,proszę o niekopiowanie ich bez mojej zgody!

Czytadełko
on Google+