Wpisy z tagiem: hiszpańska
niedziela, 01 kwietnia 2012
Mamy rok 1937. Rodzina Sauvelle po stracie głowy rodziny, została właściwie z niczym, schronienie otrzymując na wyspie w pobliżu posiadłości Crevenmoore, gdzie Simone otrzymała pracę u pewnego, dość nietypowego, fabrykanta zabawek. Dwójka jej dzieci, Irene i Dorian początkowo zafascynowani fabryką, powoli zaczynają odkrywać tajemnice skrywane przez jej właściciela, w czym pomaga im dwójka tutejszych dzieciaków: Hannah, która wkrótce po przybyciu Sauvelle'ów ginie w niewyjaśnionych okolicznościach oraz jej kuzyn Ismael. Do rezydencji wciąż przychodzą listy od tajemniczego Daniela Hoffmana, których Simone absolutnie nie można otwierać. Mechaniczne zabawki zdają się nocą jakby ożywać. A Irene i Ismael w starej latarni odkrywają stary, zapomniany dziennik kobiety, która zaginęła kilka lat wcześniej. Światło września to powieść o zaprzedaniu duszy, o demonach przeszłości, które potrafią nas dopaść w każdej sytuacji, nawet wtedy, gdy zdawałoby się, że już dawno zdążyliśmy o nich zapomnieć. O przeszłości, która pojawiając się znienacka, potrafi całe nasze życie zamienić w piekło, zniszczyć wszystko co przez lata budowaliśmy. Ale oprócz ciemnej strony naszej rzeczywistości, znajdziemy tu także motyw pierwszej młodzieńczej miłości, małe światełko w tunelu. Stawiając w roli demona cień, własny cień człowieka, Zafon przywołuję ten irracjonalny strach znany chyba każdemu z nas. Strach przez czymś nieokreślonym, przez czymś, czego często nie potrafimy nazwać, co trudno jest nam zobaczyć. Sprawnie nawiązuje także do wydarzeń z drugiej wojny światowej, która to okazała się cieniem najgorszym z możliwych. Faktycznie ciężko by się było nie zgodzić z tym, że autor bazuje na sprawdzonych pomysłach. Że powiela schematy zastosowane wcześniej w Księciu mgły. Tylko co z tego, kiedy u niego cała fabuła jest tak perfekcyjnie skonstruowana? Kiedy ja czytam i zapominam o tym wszystkim, co się dzieje wokół? Kiedy czuję ciarki na plecach i boję się nocą wyjść na przedpokój, bo nie wiem czy nie czyha tam na mnie cień? Zakochuję się powoli w tym klimacie, który serwuje nam Zafon. Zakochuję się w tym napięciu, które umiejętnie nam dawkuję. Zakochuję się w tej grozie, przeznaczonej niby dla młodzieży, a jednak poruszającej wyobraźnię także dorosłego czytelnika. I wiecie co? Niech sobie autor powiela schematy, na zdrowie mu, a ja będę się w tym zaczytywać, aż do znudzenia. Choć nie wiem czy to jest w stanie mi się znudzić. Carlos Ruiz Zafon, Światła września, Warszawa, Muza SA 2011.
piątek, 19 listopada 2010
Księcia mgły zaczęłam czytać wieczorem, leżąc już w łóżku, w końcu tak lubię najbardziej, ale to był błąd. Pomijając już to, że mimo wielkiego zmęczenia pochłonęłam dosłownie migiem sto stron, ale ja po prostu mimo tego zmęczenia po tych stu stronach bałam się zasnąć! Dziwne głosy z szafy, które przestraszyły Irinę, przestraszyły również mnie, i ta twarz klauna, którą cały czas miałam przed oczami. Ale od początku. Jest rok 1943, trwa wojna, duże miasta nie są najlepszymi miejscami do życia, więc rodzina Carverów postanawia przeprowadzić się do małej rybackiej wioski. I już od początku towarzyszą tej przeprowadzce dziwne rzeczy. Najpierw dziwny dworcowy zegar, który pokazuje zupełnie inną godzinę i wydawać by się mogło, że po prostu się zaciął, ale po dokładniejszym przyglądnięciu się okazuje się, że jego wskazówki ruszają się nie w tę stronę. Potem ni stąd ni z owąd pojawia się tajemniczy kot, znaleziony i przygarnięty przed najmłodszą siostrę Irinę. I może w tym kocie nie byłoby nawet nic dziwnego, gdyby nie to, że zdaje się on śledzić domowników, a na dodatek nie rusza powiekami! Następnie dziwny ogród, pełen kamiennych postaci. I w końcu ta najgorsza wiadomość o śmierci chłopca mieszkającemu w tym domu wcześniej i filmy dające do myślenia, a nakręcone właśnie przez niego. A do tego dochodzi wrak statku, który zatonął podczas pierwszej wojny światowej, magik o twarzy klauna, który spełni każde życzenie, ale musi dostać coś w zamian. Stary latarnik, który jako jedyny w mieście zna prawdziwą historię Księcia Mgły, ale niechętnie się nia dzieli. I nastoletni Roland, który w moim odczuciu stanowi absolutne centrum powieści, a który w niedługim czasie zaprzyjaźnia się z Maksem i Alicją. Zafon przez całą, dosłownie calusieńką książkę ostro grał na moich emocjach. A to straszył, a to bawił, a to podsuwał rozwiązania, które w końcu okazywały się błędne. I mam wrażenie, że wsystko po to bym przywiązała się do tych bohaterów i po to, żeby na samym końcu doprowadzić mnie do łez. Autentycznie. Bo to nie tak miało się skończyć, bo jak to tak mogło być? Bo dlaczego nie po mojej myśli? Dlaczego nie tak jak ja sobie, zaplanowałam, miałam w głowie już taki piękny plan, zakończenie z happy endem, a tu taki cios. I ja tą grą na emocjach jestem zachwycona. Uwielbiam takie książki, których nie czytam z obojętnością i wyrazem znudzenia na twarzy. A przy tym Zafon bardzo umiejętnie porusza kwestie przyjaźni, pierwszej miłości, okrucieństwa ludzi i tego ile jesteśmy w stanie poświęcić dla spełnienia własnych pragnień, zmuszając czytelnika do zastanowienia się nad tym jak my by postąpił, co zrobił i ile byłby w stanie poświęcić. Czuję się w pełni kupiona i czekam z niecierpliwością na wydanie kolejnej części. Bo bardzo jestem ciekawa co będzie dalej i choć to naiwne to jednak mam nadzieję, że to zakończenie nie jest może znowu takie ostateczne. Może Zafon nie pozwoli mojej romantycznej duszy tak cierpieć. Ocena: 5,5/6 Carlos Ruiz Zafon, Książę mgły, Warszawa, MUZA SA, 2010.
sobota, 23 października 2010
Sam Daniel początkowo podający się za stolarza, w końcu stając w obronie innego więźnia decyduje się przyznać do prawdziwego zawodu. Od tej pory jego zadaniem staje się stworzenie skrzypiec idealnych, a przy zadaniu tym Danielowi udaje się zapomnieć o całym świecie, a przede wszystkim o niezbyt kolorowej otaczającej go rzeczywistości. Między hitlerowcami zaś powstają zakłady dotyczące czasu i jakości wykonania tytułowych skrzypiec, od których to zakładów zależeć będzie życie lutnika. Naczytałam się wcześniej tylu pochlebnych recenzji, że nastawiłam się na naprawdę pasjonującą powieść pokazującą trudy obozowego życia. I klops, bo dostałam książkę bardziej o skrzypcach niż o obozie i w moim przypadku zaskutkowało to brakiem wzruszeń, wciągnięcia i w ogóle jakichkolwiek emocji, może poza złością, bo zła jestem na siebie, bo przecież pieniądze wydane na tą książkę mogłam zagospodarować dużo lepiej. Mam nieodparte wrażenie, że tutaj Auschwitz jest tylko tłem. Elementem, który miał posłużyć autorce jako taki niezbędnik do tego, by książka dobrze się sprzedała, bo obozy to przecież chwytliwy temat. I mimo, że książka wzbogacona została autentycznymi dokumentami dotyczącymi chociażby kar jakie mogli dostać więźniowie, to samemu wizerunkowi obozu jakoś tej autentyczności brak. Najbardziej jakoś utkwiło mi w pamięci to, że Daniel już podczas pierwszego dnia (!) w Oświęcimiu bał się, że pod prysznicem zamiast wody spłynie na niego śmiercionośny gaz. Sama postać lutnika też mi niestety nie podeszła. Za mało w nim uczuć, emocji, strachu przede wszystkim. Za mało głębi. Nie wspomnę już o reszcie postaci, które zostały tu ledwo co nakreślone. Sama akcja też wydaje się zawierać jakieś luki. Dodatkowo strasznie denerwowało mnie przechodzenie ni z tego ni z owego z narracji trzecio- na pierwszoosobową i z powrotem. Ja niestety ogólnie jestem nieprzekonana, ale jeśli ktoś chciałby przeczytać niewymagającą, w dodatku niewielką objętościowo, a więc nie zabierającą zbyt wiele czasu książkę to właściwie czemu nie? Ocena: 3/6 Maria Angels Anglada, Skrzypce z Auschwitz, Warszawa, MUZA SA, 2010.
niedziela, 12 września 2010
Tylko jak ja miałam się nie śmiać, gdy kosmita poszukujący zaginionego Gurba gubił głowę gdzieś na środku ulicy w Barcelonie, pił piwko pakując się nie tylko w kłopoty z policją, ale także prawie popadając w nałóg, a także znalazł całkiem niezły sposób na podryw zabójczo pięknej sąsiadki? Czytając powieść Mendozy nasunął mi się jeden wniosek: ludzkie życie jest jednak strasznie skomplikowane i trudne, i sama się sobie dziwię, że jakoś się w tym wszystkim odnajduję. Na uwagę zasługuje także świetne wydanie, wydawnictwo Znak wpadło na świetny pomysł z tymi zintegrowanymi okładkami. Wszystkie książki powinny być wydawane w takich właśnie, ni to miękkich ni twardych okładkach, dzięki czemu nie są ani ciężkie ani nie ulegną zbyt szybko zniszczeniu. A co do samego Gurba, czy się odnalazł i jak skończył, o tym już musicie przekonać się sami. Zapewnijcie sobie tylko chusteczki gdzieś pod ręką, bo zapewniam, będziecie płakać... ze śmiechu! Ocena: 5/6 Eduardo Mendoza, Brak wiadomości od Gurba, Kraków, Znak, 2010.
poniedziałek, 26 lipca 2010
Powieść Barrio to kilkupokoleniowa saga opowiadająca o kobietach z przeklętego rodu Laguna. Zaczyna się od spotkania Clary Laguny z mężczyzną z Andaluzjii, który szybko staje się jej kochankiem. Miłość rozkwita w najlepsze, a jej konsekwencją jest ciąża Clary. Ciąża, która spowoduje narodziny kolejnej Laguny, kolejnej przeklętej kobiety. Ciąża, która mogłaby odmienić wszystko, ale nie zmienia nic, bo po kochanku z Andaluzji zostaje Clarze jedynie podarowany przez niego Czerwony Dom. Dom, który kobieta w akcie zemsty i desperacji postanawia zamienić w burdel. A wokół niego rozkwita ogród, który w żaden sposób nie chce podporządkować się prawom natury. Barrio ukazuje nam życie pięciu kobiet, a każde z nich dyktowane jest żądzą zemsty. Właściwie każda kobieta z tego rodu wini poprzedniczki za swoje nieszczęśliwe życie. Żadna nie potrafi odciąć się raz na zawsze od przeszłości, a życie ich i ich ukochanych na ogół kończy się tragedią. Z pewnością nie jest to lektura lekka, łatwa i przyjemna. Jej treść opiera się w pełni na cierpieniu, bólu i ludzkiej samotności. I nie wiem czego się właściwie po tej książce spodziewałam, ale na pewno nie tego co otrzymałam. Bo mimo tego, że ubrana została w piękną szatkę, i to nie tylko graficzną, ale również słowną, bo autorka naprawdę ma świetny styl, i momentami aż marzyłam o tym, żeby ktoś mi to przeczytał w oryginale, bo mimo że nie znam hiszpańskiego musiałoby to brzmieć po prostu cudownie. A jednak czegoś mi zabrakło, a momentami nawet się nudziłam i rozglądałam w poszukiwaniu czegoś innego do czytania. Zresztą w przerwach między kolejnymi rozdziałami Ogrodu wiecznej wiosny udało mi się przeczytać kilka innych książek, a to niewątpliwie o czymś świadczy. Liczyłam, że opowieść o rodzie Laguna wciągnie mnie i nie będę mogła się od niej oderwać. Trochę się niestety przeliczyłam, a szkoda. Ocena: 4,5/6 Cristina Lopez Barrio, Ogród wiecznej wiosny, Kraków, Wydawnictwo Otwarte, 2010.
czwartek, 29 kwietnia 2010
Każda dziewczynka lubi bajki, nikt mi nie wmówi, że jest inaczej. Z resztą wskazałabym z pewnością, bez żadnego trudu przynajmniej jedną dojrzałą kobietę, która nadal marzy, że zjawi się książe na białym koniu. Uwielbiamy baśnie, pragniemy w nie wierzyć. Tylko co się dzieje gdy zamiast szczęśliwego zakończenia, zamiast białej sukni i księcia przy boku księżniczka zostaję pozbawiona rodziców i przyjaciół? No właśnie, taką bajką jest w pewnością „Długa Berta”, z tym, że zamiast księżniczki mamy zwykłą, może nie do końca, ale narazie nie o tym, dziewczynę z miasteczka o poetycko brzmiącej nazwie Navidad czy też różowej wioski, której patronką jest Różowa Najświętsza Panienka. Berta urodziła się podczas tęczy, co dla mieszkańców miasteczka miało zwiastować jakiś cud, szczególny dar, który otrzymają od niebios, dziecko urodzone podczas tęczy powinno być wyjątkowe czy to pod względem wyglądu czy też posiadanych talentów. I fakt, Berta jest wyjątkowa. Tyle, że nikt nie spodziewał się takiego cudu, i w ogóle co to za cud, żeby kobieta była tak długa, to raczej wstyd, i faktycznie dla Berty bycie tak długą to prawie jak koniec świata, aż do momentu gdy w wiosce pojawia się ten piękny „książe”, który jest jeszcze dłuższy od niej. Tyle, że tu sprawa całkowicie się komplikuje, bo jak Romeo i Julia pochodzili z dwóch skłóconych ze sobą rodów, tak Berta i Jonasz pochodzą z rywalizujących ze sobą od zawsze wiosek. A miłość czasami nie wszystko jednak potrafi pokonać. Prócz zakochanej pary mamy w książce pełno barwnych postaci: Juana Quintanę zakochanego w lewym cycku swej żony Roberty Anayi, Amadeusza Głuptaka – jąkałę oświadczającego się każdej napotkanej kobiecie,alkada Feliciano nazywanego świętym z powodu anielskiej cierpliwości, którą żywi do swej wiecznie gadającej żony Margarity Cifuentes, Pedro Ślepca chodzącego z wiecznie rozpiętym rozporkiem i najbardziej na świecie uwielbiającego kobiece zadki, osła Fryderyka stanowiącego ikonę całej opowieści. Książka zawiera dowcipne ilustracje i aneksy. Swoją drogą pierwszy raz trzymałam w ręku książkę, która została wydana czcionką w kolorze nie czarnym, a granatowym! Tyle o plusach, jeśli zaś chodzi o minusy, cóż, nie bardzo podobał mi się styl Canals, przez który w moim odczuciu książka dużo straciła. Bo choć historia była urocza to męczyły dialogi i wstrącenia, wciskane byle jak, bez żadnego przemyślenie, w jakikolwiek fragment tekstu. Lecz właśnie z powodu głównie tego stylu chętnie przeczytałabym coś jeszcze jej autorstwa, żeby przekonać się czy w późniejszych utworach wypada lepiej niż w przypadku debiutu. Ocena: 3,5/6 Ps. Przypominam o losowaniu, w którym do wygrania jest właśnie ta książka, a które odbędzie się już w sobotę ;) |
Archiwum
Zakładki:
*
Całkowita liczba wyświetleń
Dla czytelnika
Mole książkowe
Strony autorów
Współpracuję
Wyzwania
Tagi
Czytadełko on Google+ |