Wpisy z tagiem: dramat

czwartek, 19 kwietnia 2012

Życie jest piękne (1997) - reż. Roberto Benigni

Czy da się mówić o Holokauście z uśmiechem na ustach? Czy tą tragedię da się przedstawić w sposób choć trochę optymistyczny? Dotąd sądziłam, że nie, nie ma na to szans. A jednak, Beniginiemu się udało. Choć może nie do końca, bo mimo całego ciepła płynącego z ekranu, mimo uśmiechu wywoływanego przez zachowanie głównego bohatera, nie uda nam się uniknąć choć kilku łez.

Guido Orefice (Roberto Benigni) to prosty człowiek, pochodzący z prowincji, który dary losu przyjmuje z wiecznym uśmiechem na ustach, bez względu na to, jak te dary się prezentują. Poznajemy go gdy przybywa do większego miasta w Toskanii i poznaje swoją... księżniczkę Dorę (Nicoletta Braschi). Po kilku zbiegach okoliczności, zabawnych sytuacjach i porwaniu jej z własnych zaręczyn w końcu udaje im się założyć rodzinę, w której wkrótce potem pojawia się największe szczęście czyli syn Giosué (Giorgio Cantarini). Szczęście mogłoby więc trwać w najlepsze, ale... trwa wojna. Guido jako pół-Żyd zostaje z synkiem przeznaczony do transportu, Dora nie chcąc ich opuszczać dobrowolnie do nich dołącza. Tak wszyscy razem trafiają do obozu koncentracyjnego. Guido nie chcąc jednak tłumaczyć synowi zawiłości i, nie oszukujmy się, potworności ich obecnej sytuacji udaje, że wszystko co się dzieje wokół to tylko zabawa, gra, w której główną nagrodę stanowi czołg.

Wiadomo, nie ma się co tu doszukiwać wiernego odwzorowania obozów koncentracyjnych, tego tu nie znajdziemy. W obrazie Bienigniego jest momentami wręcz sielsko i anielsko, ale też podejrzewam, że nie o to reżyserowi chodziło, aby przekazywać widzom jakieś historyczne prawdy. Nie, on skupił się na przedstawieniu relacji ojciec-syn. Na pokazaniu ojcowskiej miłości, swego rodzaju poświęcenia, tego, że mimo przeciwności losu, mimo wszelkiego zła z jakim Guido musiał stykać się dzień w dzień, wracał do syna z uśmiechem na twarzy, próbując uchronić go przez codziennością, próbując za wszelką cenę przedłużyć jego dzieciństwo. Piękny, wzruszający film, podczas którego zdarzy Wam się z pewnością uśmiechnąć przez łzy. Polecam z całego serca.

 

Był sobie chłopiec (2002) - reż. Chris Weitz, Paul Weitz

Will Freeman (Hugh Grant) ma 36 lat, wygodne życie, duże mieszkanie (którego zresztą z nikim nie musi dzielić) i pieniądze po tatusiu, które sprawiły, że nigdy nie musiał pracować ani martwić się o to jak przeżyć kolejny dzień. Beztroski i wymyślający kolejne genialne sposoby na zdobycie miłej pani na kilka randek (kilka, bo bez przesady, Will nie ma zamiaru z nikim się wiązać!) pewnego dnia na swojej drodze spotyka Marcusa (Nicholas Hoult). Marcus okazuje się być zupełnym przeciwieństwem Willa. To 12-letni chłopiec, gnębiony w szkole i opiekujący się coraz bardziej popadającą w depresje matką (Toni Collette). 

Takim oto sposobem Marcus szuka schronienia w wygodnym domu, u boku Willa, który jako dorosły mężczyzna powinien sobie ze wszystkim bez problemu poradzić, a Will uczy się od Marcusa jak się w końcu tym dorosłym mężczyzną stać. Tworzy się między nimi specyficzna więź, dają sobie wzajemne wsparcie, bo przecież nikt nie jest samotną wyspą, co zresztą w filmie jest bardzo często podkreślane. 

Był sobie chłopiec to bardzo przyjemny film, zabawny, poruszający. No a Hugh Grant w roli dużego chłopca wypada jak zwykle uroczo. 

 

Smerfy (2011) - reż. Raja Gosnell

Nie skłamię jeśli napiszę, że gdy byłam małą dziewczynką to właśnie Smerfy należały do moich ulubionych dobranocek (no ok, zaraz obok Gumisiów), kwestią czasu było więc obejrzenie filmu, różnie zresztą odbieranego.

Uciekając przez Gargamelem (a jakże!) i z małą hmm... pomocą uroczego Ciamajdy, gromadka Smerfów przenosi się na ulice Nowego Jorku. Za nimi niestrudzenie podąża Gargamel z Klakierem. A na miejscu wszyscy spotykają Patricka (Neil Patrick Harris) oraz Grace (Jayma Mays) Winslow, którym ostatnio w życiu się nie układa. To znaczy układa się może i całkiem nieźle, Grace jest w ciąży, Patrick ma całkiem dobrą pracę... tylko, no właśnie. Raz, że chciałby, by praca była lepsza, stara się więc nieustannie o awans, a dwa, że ma też pewne wątpliwości co do tego czy poradzi sobie z byciem ojcem. 

Fabuła była ciekawa, nie zabrakło zabawnych sytuacji, a kreacja Gargamela (w tej roli Hank Azaria), jego wyłanianie się z dymu i tekst: Zdechłeś, tak? wypadają po prostu genialnie i pewnie jeszcze długi czas będę się z nich śmiać. Co tu dużo pisać, mnie Smerfy w nowej, kinowej wersji, podobały się bardzo, nie wykluczam, że kiedyś obejrzę je sobie raz jeszcze. 

środa, 11 kwietnia 2012

Anonimus (2011) - reż. Roland Emmerich

Roland Emmerich, znany nam chyba głównie ze swoich filmów katastroficznych tym razem wziął na warsztat literaturę i spory niektórych historyków tejże, dotyczące postaci jednego z najwybitniejszych pisarzy literatury angielskiej. Przyznaję bez bicia, nie interesowałam się nigdy nadmiernie postacią Williama Szekspira, a o teorii jakoby był analfabetą i oszustem podpisującym i wystawiającym cudze sztuki pod własnym nazwiskiem dowiedziałam się dopiero przy okazji filmu.

Mamy więc postać Edwarda de Vere (Rhys Ifans), hrabiego Oxfordu, który we wczesnej młodości trafiając na dwór królowej Elżbiety i biorąc za żonę córkę Wiliama Cecila (David Thewlis), królewskiego doradcy, zmuszony właściwie został do rezygnacji ze swej największej namiętności, a więc tworzenia sztuk. Nie zgadzając się z owym zakazem w żaden sposób, pisze dalej w tajemnicy, a dążąc do tego, by jego dramaty podziwiać mogła większa publiczność, która z pewnością zdolna jest do tego, by wyłapać pewne nawiązania do współczesnej mu polityki, prosi Bena Jonsona (Sebastian Armesto) o wystawienie ich pod własnym nazwiskiem. Ten natomiast przekazuje je jednemu ze swych aktorów, czyli Williamowi Szekspirowi (Rafe Spall) właśnie.

W odbiorze początkowo może przeszkadzać zaburzona chronologia, ale wystarczy odrobina skupienia i szybko połapiemy się o co chodzi. Moim zdaniem Anonimus to świetnie oddany klimat okresu elżbietańskiego, wielka dbałość o szczegóły, zachwycające kostiumy i kapitalny pomysł na pierwszą i ostatnią scenę stanowiącą klamrę spinającą całość. Ze swojej strony gorąco polecam, choćby dla zaspokojenia ciekawości i poznania zupełnie innej, niż powszechnie znana, twarzy Szekspira. 

 

Wyścig z czasem (2011) - reż. Andrew Niccol

Oto bardzo ciekawa, a przy tym całkiem nieźle zreazlizowana wizja przyszłości. Ludzie przestają się starzeć kończąc 25 lat, a pieniądze zostały wymienione na czas. Tak więc pensje dostajemy w minutach, jedzenie kupujemy za minuty, czynsz opłacamy minutami. Są tacy, którzy nie muszą się martwić o swój byt, na koncie mając zgromadzone miliony godzin, i tacy, którzy codziennie budząc się z zapasem zaledwie jednego dnia, drżą o każdą kolejną minutę, nie wiedząc czy po prostu nie padną gdzieś na środku ulicy. Wśród tych drugich znajdziemy Willa Salasa (Justin Timberlake), który pewnego dnia od przypadkowo poznanego człowieka, znudzonego swoim wiecznym życiem, otrzymuje w prezencie kilka tysięcy godzin. Ponieważ gesty takie znacząco odstają od normy, Will zostaje oskarżony o zabicie swego darczyńcy i zaczyna się jego ucieczka przed władzą oraz walka z istniejącym systemem. Nie w pojedynkę oczywiście, a z uroczą zakładniczką, córką jednego z najbogatszych ludzi, Sylwią Weis (Amanda Seyfried).

Wyścig z czasem to film, dzięki któremu powiedzenie czas to pieniądz nabiera zdecydowanie nowego znaczenia. Mnie bardzo podoba się pomysł wizji przyszłości przedstawiona przez twórców. Sam pomysł, bo wizja walki o każdą kolejną minutę naszego życia już nie bardzo. Choć tak sobie myślę, że bez względu na to czym by nam płacili i czy pracujemy dla pieniędzy czy dla czasu i tak wciąż walczymy o to samo.

niedziela, 08 stycznia 2012

Samotny mężczyzna (2009) - reż. Tom Ford

Bardzo lubię Colina Firtha, Julianne Moore znałam dotąd właściwie tylko z Godzin, gdzie zrobiła na mnie niesamowite wrażenie. Pomyślałam więc, że ta dwójka w rolach głównych,  wysoka ocena filmu i zachwalające a to książkę, a to film recenzję tu i tam niewątpliwie okażą się gwarancja sukcesu.

Samotny mężczyzna właściwie samą fabułą także skojarzył mi się z Godzinami. Bo tu również mamy ukazanie jednego dnia z życia Georga Falconera (w tej roli Colin Firth właśnie), profesora uniwersyteckiego, który zmaga się z utratą najbliższej osoby, spotyka dawną miłość i... flirtuje z kim popadnie.

Piękny jest ten film, nie da się ukryć, piękna jest scenografia, piękna muzyka, piękne kostiumy i sami bohaterowie też są piękni. Tyle, że nic poza tym. Od początku wszystko posuwa się tak ospale i bez życia, że aż samej zachciało mi się spać. Zaś mniej więcej w połowie doszłam do wniosku, że zupełnie nie interesuje mnie to co dzieje się na ekranie, co się dalej stanie z głównym bohaterem, jego odczucia są mi zupełnie obojętne, szukam sobie innych zajęć, błądzę wzrokiem po ścianach. 

Brak zainteresowania pozwalam sobie zrzucić na ignorancję i brak zrozumienia dla ambitnego kina. Czy cokolwiek. W każdym razie książkę, choć wcześniej tego nie planowałam, teraz chciałabym przeczytać, bo sam temat jest niezwykle ciekawy, a może w wersji papierowej lepiej mi się przyjmie. 

 

Charlie St. Cloud (2010) - reż. Burr Steers 

Już ponad rok temu miałam okazję przeczytać Charlie'go St. Cloud (jeśli ktoś nie kojarzzy fabuły to odsyłam właśnie tam). Książka zrobiła na mnie niesamowite wrażenie, więc kwestią czasu pozostawało obejrzenie filmu. Choć nie powiem, Zac Efron, kojarzony głównie z High School Musical odrobinę mnie odstraszał.

W gruncie rzeczy niepotrzebnie, bo choć do najlepszych mu jeszcze daleko to i do najgorszych nie należy, mało tego, całkiem nieźle poradził sobie z odtworzeniem głównej roli. W przeciwieństwie zresztą do Amandy Crew, która niestety wypadała dość sztucznie. Ogólnie film uważam za niezły, choć do pierwowzoru mu nieco brakuje. Tym razem skończyło się u mnie na kilku wzruszeniach, nie było tylu emocji co przy czytaniu. Niemniej jednak, przyjemnie się to wszystko oglądało, przyjemnie było spojrzeć na wyobrażenie reżysera, które momentami było zupełnie różne od mojego. Swoją drogą i tu zostaniemy uraczeni cudownymi widoczkami pobliskich lasów, oceanu, a nawet cmentarza, który wieczorem, zamiast przyprawiać o gęsią skórkę, zwyczajnie urzeka. 

 

Dziewczyna z marzeniami - reż. Drew Barrymore

Nie miałam pojęcia, że Drew Barrymore wzięła się za reżyserowanie. Dowiedziałam się dopiero po obejrzeniu filmu, gdy zaglądnęłam sobie na filmweb i jestem mile zaskoczona. Naprawdę. 

Bliss Cavendar (w tej roli świetna Ellen Page) to dziewczyna z małego miasteczka, z którego jak najszybciej chciałaby się wyrwać. Sytuacji nie poprawia jej wymagająca matka, próbująca na siłę wręcz wciskać ją w pewne normy i udowodnić jakiej to idealnej córki się dorobiła. Bliss średnio zadowolona z przypisywanej jej roli i konkursów piękności, na które co rusz się ją wysyła, trafiając pewnego dnia na ulotkę reklamującą organizowane w pobliskim miasteczku derby na rolkach postanawia, w tajemnicy przed rodzicami, zacząć realizować własne marzenia. 

Nie jest to może żadne arcydzieło, ale opcja na miły wieczór z całą pewnością. Kilka zabawnych scen, odrobina wzruszeń pod koniec, prawdziwa przyjaźń, pierwsze zauroczenie i dążenie do sukcesu na własną rękę. Jak dla mnie wystarczy.

czwartek, 20 października 2011

Zastanawiałam się czy coś o tej książce w ogóle napisać, czy jestem w stanie wspomnieć o niej cokolwiek, czy potrafię przelać swoje myśli na klawiaturę i doszłam do wniosku, że coś napisać po prostu powinnam, nawet jeśli miałoby to być banalne polecam, niepoparte nawet żadnymi argumentami. 

Nasza klasa to dramat podzielony na XIV aktów-lekcji, w których śledzimy życie bohaterów od czasów szkolnych, właściwie aż do końca każdego z nich. To obraz stosunków polsko-żydowskich na przestrzeni lat, skupiający się głównie wokół tragedii w Jedwabnem, o której co by nie mówić wiemy niewiele.

Nasza klasa to książka trudna. Nie tylko ze względu na poruszany przez autora temat, ale także ze względu na formę jaką swemu utworowi nadaje. Przyznam, że początkowo lektura szła mi dość ciężko, miałam nawet ochotę zrezygnować, dochodząc do wniosku, że jak tak dalej pójdzie to nie będę w stanie wyłapać pewnych niuansów i zrozumieć połowy tekstu. A jednak, im dalej czytamy, tym mniej zaczynamy zwracać uwagę na samą formę, tym ważniejsza staje się sama treść i nieważne jest w jaki sposób została ona przedstawiona.

Zdaję sobie sprawę, że wybierając dramat dla przedstawienia życia swoich bohaterów, mogło być autorowi po prostu wygodniej, że może w taki sposób łatwiej było przekazać i wzbudzić w czytelniku wszystkie te emocje, które wzbudził (zdecydowanie!), bo wszystko jest napisane krótko i dobitnie. 

Słobodzianek bawi się nie tylko psychiką swoich bohaterów, którą traktuje trochę jak plastelinę, układając z niej to co mu się podoba, ale także psychiką odbiorcy, który początkowo święcie przekonany po której stronie ma stanąć w pewnym momencie się gubi i nie wie już nic. Nie wie dlaczego i jak to wszystko mogło się stać, nie wie gdzie przebiegają pewne granice, nie odróżnia barwy czarnej od białej i zaczyna intensywnie myśleć nad tym co by było gdyby stanął na miejscu jednego z uczniów tej właśnie klasy. 

Autor często i dość szybko zamienia swoich bohaterów rolami. Właśnie, zamienia, sprawia, że ofiary stają się oprawcami, pokazuje, że pragnienie zemsty potrafi być czasem dużo silniejsze niż zdrowy rozsądek. Nie bardzo rozumiem czemu zarzuca się autorowi stereotypowość i przedstawianie Polaków w złym świetle, bo moim zdaniem żadna z jego postaci nie jest ani w pełni czarna, ani w pełni biała. Każda z jego postaci jest po prostu na wskroś ludzka, a tego co dzieje się w ich umysłach nie sposób przewidzieć i, często, zrozumieć. 

Słobodzianek nie stroni od opisów dość drastycznych, makabrycznych wręcz i choć to może razić czy zniechęcać, należy pamiętać o tym, że przecież takie rzeczy się działy, że miały miejsce gwałty, palenie żywcem, liczne tortury. Że ludzie robili wszystko, żeby po prostu przeżyć i nieważne było jaką tak naprawdę to życie będzie miało później wartość, czy będzie można ze spokojem spoglądnąć co dzień w lustro czy już na zawsze będzie się w nim widzieć zbrodniarza.

Podsumowując: forma mi nie podeszła, za to sama treść zrekompensowała wszystko. Bo treść jest wstrząsająca, jest przerażająca, jest zmuszająca do myślenia. I choć raz, w przypadku nagrody NIKE, uważam, że jest ona nagrodą w pełni zasłużoną.

Jedno jest pewne, bardzo chciałabym zobaczyć ten dramat na scenie, bardzo.

Tadeusz Słobodzianek, Nasza klasa, Gdańsk, Słowo/obraz terytoria 2009.

poniedziałek, 29 sierpnia 2011

I co ja mogę napisać? Tak właśnie działa siła blogów. Rzadko sięgam po dramaty (wyjątkiem jest tu Schmitt, ale to raczej ze względu na to, że uwielbiam go jako autora i staram się czytać wszystko co napisze), pierwsza czytana przeze mnie książka Pagnola podobała mi się raczej umiarkowanie i to właśnie pozytywne recenzje pojawiające się tu i ówdzie skłoniły mnie w dużej mierze do sięgnięcie po Żonę piekarza. Dobra, zadziałała też trochę cudna okładka (jestem wzrokowcem, nic na to nie poradzę) i przedmowa z poprzedniej książki (o czym pisałam tu).

Fabuła jest już chyba większości z Was znana. Do małej prowansalskiej wioski wprowadza się piekarz z piękną żoną (naprawdę Piękną, nawet przez duże P, w całej wiosce nie znalazłby się mężczyzna, który miałby odmienne zdanie). Niestety, uroda w tym przypadku poważnie szkodzi, przynajmniej jeśli spojrzeć na postać piekarza, bo właśnie dzięki niej na piekarzową zwraca uwagę pasterz. A ta nie wahając się ani chwili postanawia z nim uciec. Dość naiwne, prawda?

No właśnie, ja też tak myślałam. I w gruncie rzeczy jest tak naiwnie przez cały utwór. Nagle wszelkie waśnie przestają być ważne, sąsiedzi skłóceni z dziada pradziada zaczynają żyć w cudownej zgodzie, a wszystko tylko po to, by odnaleźć piekarzową, sprowadzić ją do wioski i odzyskać chleb o cudownym smaku i zapachu, którego pieczenia zrozpaczony mąż odmówił. Tylko, że ta naiwność w tym przypadku jest tak cudownie urocza, że ja nie potrafię się nią nie zachwycić. Tym bardziej, że Pagnol tu i tam dorzuca jakieś mądrości, nie robiąc tego wcale na siłę, tak jak to czasem bywa.

Dodatkowo dramat poprzedza zaledwie kilkustronicowa opowiastka, pisana prozą, także o pewnym piekarzu i jego żonie, która posłużyła autorowi za wzór, impuls do stworzenia tego utworu. Opowiastka ta, choć złączona z głównym dramatem postaciami, jest zupełnie odmienna, ale w swojej odmienności także zachwyca.

Krótka to książeczka, nie zajmuje wiele czasu, ale zapewniam - sprawi, że wielokrotnie, mimowolnie uśmiechniecie się podczas czytania, zrobi Wam się błogo i ciepło na sercu, a końcowa rozmowa piekarza z kotką wywoła nieustający zachwyt i wzruszenie. Dokładnie tak było ze mną.

Marcel Pagnol, Żona piekarza, Kraków, Wydawnictwo Esprit 2010.

poniedziałek, 14 marca 2011

Buddenbrookowie. Dzieje upadku rodziny to ekranizacja powieści Thomasa Manna o tym samym tytule. Pierwowzoru nie czytałam, już kiedyś wspominałam chyba, że z klasyką mi jakoś nie po drodze, a jeśli już sięgam to są to wyjątki, więc obejdzie się bez porównań. Mogę tylko napisać, że po obejrzeniu filmu bynajmniej nie nabrałam ochoty sięgnięcia po to literackie dzieło.

Cała akcja filmu skupiona jest wokół rodziny Buddenbrooków i ich losów jako rodziny kupieckiej. Pokazano więc bardzo dokładnie realia handlu w dziewiętnastowiecznej Lubece, korzyści płynące z uprawiania wówczas tej profesji oraz konsekwencje płynące zawarcia niekorzystnych transakcji.

W filmie, podejrzewam, że w książce również, skupiono się jednak głównie na trójce rodzeństwa, które choć wychowane według tych samych zasad różni się od siebie radykalnie.  Mamy więc twardo stojącego na ziemi Thomasa (Mark Waschke), dla którego najważniejszą sprawą jest utrzymanie w ryzach rodzinnego majątku, Christiana (August Diehl) stanowiącego całkowite przeciwieństwo starszego brata, który za życiowy cel postawił sobie łamanie wszelkich panujących w jego rodzinie od lat, stawiającego zawsze na pierwszym miejscu rozrywkę. I Tony (Jessica Schwarz), która tylko za sprawą nazwiska pozbawiona została miłości i osobistego szczęścia w zamian otrzymując związki małżeńskie zawierane na zasadzie kolejnej dobrej inwestycji.

Choć film miał potencjał uważam, że nie został on do końca wykorzystany. Zabrakło mi w nim emocji, a chwilami było po prostu nudno. I choć zdaję sobie sprawę, że tak wielką objętościowo powieść na pewno ciężko jest zamknąć w czasie dozwolonym na film to jednak były momenty, które można było pominąć, a film zamiast stracić na pewno by na tym zyskał.

Na wielki plus za to zasługuje z pewnością cała scenografia, piękne zdjęcia, piękne kostiumy. Pozytywnie wypada również ścieżka dźwiękowa do filmu. Na plus zaliczam także grę Augusta Diehla, mam wrażenie, że to właśnie on włożył w swoją postać najwięcej serca. Szkoda tylko, że te wszystkie plusy nie były w stanie przekonać mnie do produkcji.

Fanów ekranizacji kostiumowych z pewnością do Buddenbrooków zachęcać nie trzeba, zniechęcić też raczej będzie ich ciężko. Tym natomiast, którzy oglądają je, tak jak ja, tylko od czasu do czasu, dla dobrej rozrywki, odradziłabym ekranizację powieści Manna w zamian proponując na przykład Zakochaną Jane, która skradła me serce w całości. Ale o tym innym razem.

Ocena: 3/6

środa, 02 lutego 2011

Rzadko mi się to zdarza, ale owszem czasem oglądam film jeszcze przed przeczytaniem książki. Zwłaszcza jak stanie nade mną pewien Pan i marudzi, żebyśmy w końcu to obejrzeli, a ja niestety zdaję sobie sprawę, że zanim dojdę do książki, która nie jest pożyczką ani egzemplarzem recenzenckim to trochę czasu może minąć, Pan się zaczyna denerwować, ja się zaczynam denerwować i po co to komu? Więc tak, czasem się uginam. Tyle, że po tym ugięciu nie wiem czy chcę jeszcze nadal książkę przeczytać, bo boję się, że to jest ten jeden z niewielu wyjątków kiedy to książka może nie dorównać wersji filmowej, a nie na odwrót.

Charlie Babbit (Tom Cruise) to takie, na moje oko, wieczne dziecko. Wiecznie traktujące wszystko z przymrużeniem oka, wieczne niepoważne, wiecznie popadające w długi i wiecznie obiecujące poprawę i spłatę zaległych, narosłych procentów. Gdy dowiaduje się o śmierci ojca, którego nie widział od kilku(nastu) lat liczy na spory spadek, który pozwoli na rozwiązanie wszystkich problemów. Gdy okazuje się, że rodzic całe trzy miliony dolarów przekazał tajemniczemu powiernikowi wpada w szał. Tym większy, gdy dowiaduje się, że powiernikiem jest Raymond Babbit (Dustin Hoffman), jego starszy brat o którym nawet nie miał pojęcia. Raymond Babbit, czyli mieszkaniec szpitala psychiatrycznego, który nawet nie ma pojęcia do czego te trzy miliony mogłyby mu posłużyć, mało tego, nie zdający sobie nawet sprawy z tego jaka to kupa forsy, jest wysokofunkcjonującym autystykiem. Bez problemu podaje liczbę wykałaczek wysypanych z pudełka, zapamiętuje wszystkie numery z książki telefonicznej po jednokrotnym przeczytaniu, a przy tym nie potrafi nawiązać jakiegokolwiek kontaktu z innym człowiekiem i jakiekolwiek odstępstwo od wyraźnie wyznaczonego harmonogramu dnia skutkuje wpadnięciem w szał. Nie da się ukryć, że Ray potrzebuje dwudziestoczterogodzinnej opieki, mimo tego, dla wywalczenia ogromnego spadku zdesperowany Charlie postanawia go porwać. I tu zaczyna się przygoda, która zmieni życie każdego z nich. Przygoda, która widza wciągnie i wbije w fotel. Przygoda, którą aż chciałoby się zakończyć happy endem, ale przecież nie wszystko zawsze idzie po naszej myśli. Nawet w filmach.

Ile razy myślę co mogłabym o tym filmie powiedzieć czy napisać tyle razy nasuwa mi się jedno jedyne słowo: genialny. Genialne aktorstwo, genialna fabuła, genialna sceneria, nawet muzyka jest tak genialnie dopasowana, że w pewnym momencie przestajemy zwracać na nią uwagę, gdy zaczyna stanowić jedność z obrazem. I naprawdę ciężko jest napisać coś więcej,  

Nasuwa mi się dość smutna refleksja, związana z tym, że nawet najlepsze efekty specjalne spotykane w większość współcześnie tworzonych filmów nie są w stanie dorównać absolutnie niezwykłemu talentowi jaki pokazała dwójka aktorów osadzonych w głównych rolach. Nie dziwię się ani jednej nominacji, ani jednej przyznanej Rain Manowi nagrodzie, a głównie dzięki Hoffmanowi, który ponoć aby przygotować się do roli spotkał się z kilkoma autystykami obserwując ich w codziennym życiu, poznając ich zwyczaje i reakcje, film umieszczam na szczycie mojej osobistej listy najlepszych.

Ocena: absolutne 6/6

sobota, 09 października 2010

Step Up 3D (2010) – reż. Jon ChuJon Chu

Przy okazji pisania o Footloose marudziłam, że wszystkie filmy taneczne oparte są na tej samej fabule przez co każdy kolejny zdaje się powielać poprzedni przez co to wszystko robi się nudne. I faktycznie, w przypadku Step Up 3D fabuła jest powielona. Znów to samo, znów te same zawody, znów to samo dążenie do celu, znów walka o zdobycie pierwszego miejsca i nagrody pieniężnej, która pozwoli na uratowanie miejsca, w którym odbywałyby się dalsze treningi i znów te same miłości między głównymi bohaterami, a jednak... Ja jestem zachwycona. Mam wrażenie, że w filmach tanecznych fabuła już dawno zeszła na drugi plan, na pierwszy za to wysuwają się coraz to lepsze choreografie, a tutaj zarówno choreograf, jak i tancerze dali z siebie dosłownie wszystko. Taniec na najlepszym poziomie, świeeetna muzyka, niezłe ciacho w roli głównej, przezabawni bliźniacy i efekty 3D sprawiają, że ja jestem absolutnie, zupełnie, w całości kupiona i film pewnie obejrzę z wielką chęcią ponownie.

Ocena: 5/6

 

Slumdog. Milioner z ulicy (2008) – reż. Danny Boyle

Nie tak dawno pisałam o książce, dziś parę słów o filmie. O dziwo, podobało mi się. Pomimo początkowych nerwów, bo pozmieniano nie tylko co niektóre pytania i fakty z życia głównego bohatera, ale także jego imię! W dodatku Dev Patel jakoś tak średnio pasował mi do roli Jamala (ponieważ piszę o filmie, posługiwać się będę imieniem filmowym), o wiele bardziej pasowałby mi aktor grający Salima, ale do reżysera mi daleko, toteż mówię trudno i zmuszona jestem przyjąć jego wizję.

Tak, jak w książce tak i tutaj środek jakoś tak średnio przypadł mi do gustu, ciągnął się trochę bez sensu, zaczynał nudzić, ale na szczęście akcja w końcu się rozkręciła, wszystko ładnie zaczęło się łączyć i cóż, podobało mi się chyba bardziej niż książka. Postacie wyrazistsze, Indie, mimo panującej w nich biedy (której temat wcale nie został tu spłaszczony, kornwalio ;)) dużo bardziej przekonujące, a i sama historia ciekawsza. Na wielką pochwałę zasługuje oczywiście kapitalna muzyka. Zabrakło mi co prawda postaci pani adwokat, koniec nadal jest nieco naciągnięty, a w pewne wydarzenia nadal trudno uwierzyć, ale mimo tych potknięć ja jestem na tak.

Ocena: 4,5/6

 

Lektor (2008) - reż. Stephen Daldry

Z zasady już tak jest, że gdy zachwyci mnie książka, filmowi zrealizowanego na jej podstawie bardzo trudno jest mnie zadowolić. Widzę każde najmniejsze niedociągnięcie, denerwują mnie wszelkie wprowadzone przez twórców zmiany i niezadowolona marudzę, że mogli się w ogóle nie brać za ekranizacje skoro nie wiedzieli jak najwierniej oddać książkę. W przypadku Lektora marudzenia nie będzie, bo film moim zdaniem jest doskonały pod każdym względem. Nie dziwią mnie ani trochę wszystkie nagrody czy nominacje Kate Winslet za tę rolę, bo zagrała świetnie, jej zagubienie w sądzie, władza nad Michaelem, uczenie się alfabetu, dla mnie mistrzostwo. Zresztą David Kross, w roli młodego Michaela także zagrał całkiem nieźle. Przy końcówce napłakałam się jak naprawdę przy mało czym i płakałam jeszcze jakiś po zakończeniu filmu. Jeśli ktoś jeszcze nie widział – polecam, z całego serca.

Ocena: 6/6

 
1 , 2
Tagi
Teksty umieszczone na stronie są mojego autorstwa,proszę o niekopiowanie ich bez mojej zgody!

Czytadełko
on Google+