Wpisy z tagiem: dziecięca

poniedziałek, 07 maja 2012

Gdy umiera tato Andzi jej życie staje się zupełnie inne. Nie tylko dlatego, że nagle z dnia na dzień, zaczyna w nim brakować jednej z najważniejszych osób. Także dlatego, że ta druga najważniejsza osoba, jej mama, się zmienia. Traci gdzieś radość życia, nie potrafi znaleźć sobie miejsca. I mimo wysiłków tak ciężko jest jej przywyknąć do tego, że z rodziny trzyosobowej nagle zrobiła się dwuosobowa, niepełna.

W ich domu już nie słychać śmiechu, skończyły się wspólne spacery do parku, a dni stały się w tak smutny sposób szare. 

Choć wiele straciła, w życiu Andzi jest coś, a także ktoś, kto pomaga jej trudny czas przetrwać. Coś, czyli tajemnica, którą tato dziewczynki powierzył jej tuż przed śmiercią. Ktoś, czyli Jeremiasz, chłopiec, który się nie odwraca, który z dnia na dzień potrafił stać się przyjacielem. 

- Mamo, dlaczego nie było końca świata, kiedy tatuś umarł? - zapytała niedawno, zamykając komiks, w którym bohater ratował Ziemię przed zagładą.- Był koniec świata, kochanie - odpowiedziała mama - Ale nikt poza nami tego nie zauważył.*

Mimo ciężkiego tematu, książka zdaje się nie przytłaczać smutkiem. Nie przyprawia o wzruszenie, raczej wywołuje pewną nostalgię. Tęsknotę na tym co ulotne, czego nie da się zatrzymać. Ale też zwraca uwagę na te wartości, które powinny być w naszym życiu ważne. Rodzinę, miłość, przyjaźń. I przypomina o tym, jak ważne są drobne sprawy życia codziennego, jak smaczny, świeży sernik czy uśmiech na twarzy ukochanej osoby. 

Tekst uzupełniają piękne ilustracje Emilii Dziubak. Już dla nich samych warto książeczkę choć przekartkować. A jak już się to zrobi, to uwierzcie mi, nie sposób będzie się z nią zapoznać w całości.

[źródło]

Barbara Kosmowska, il. Emilia Dziubak, Dziewczynka z parku, Warszawa, Wydawnictwo W.A.B. 2012.

*s. 60-61.

czwartek, 15 grudnia 2011

Postać Beatrix Potter fascynuje mnie chyba odkąd pamiętam. Jako dziecko marzyłam o tym, by na mojej półce stanęła cała kolekcja jej malutkich książeczek. A gdy kilka lat temu obejrzałam film o tej kobiecie (jeśli ktoś jeszcze nie widział to polecam!), potrafiącej tupnąć nóżką, sprzeciwiającej się XIX-wiecznym konwenansom i dążącej do realizacji własnych marzeń, zafascynowała mnie też nie tylko jako autorka, ale i jako kobieta. W obliczu tego wszystkiego nie powinno dziwić, że gdy ubiegłoroczne wydanie wszystkich opowiastek autorki trafiło w moje ręce nie potrafiłam przestać się nim cieszyć, zresztą co tu dużo mówić... dalej nie potrafię. Powracam więc, choć na chwilę, do krainy dzieciństwa i czytam, oglądam, głaszczę jak największy skarb. 

Niektóre z powiastek Beatrix Potter były mi już wcześniej znane, niektóre są dla mnie zupełną nowością, zresztą i dla totalnych fanów znajdzie się tu pewna niespodzianka, bo dopiero teraz kilka utworów po raz pierwszy ujrzało światło dzienne. Nie ma się też co martwić, że bajeczki o przygodach królika Piotrusia czy Tekli Kałużyńskiej okażą się przestarzałe. Mimo upływu ponad stu lat każdy z tych utworów jest w stanie zachwycić dziecko XXI wieku (nawet jeśli to dziecko ma już przeszło dwadzieścia lat, ale ciii ;)). Wielkim plusem są ilustracje zdobiące książkę, zachowane w oryginalnej formie, tak jak je tworzyła sama Beatrix Potter, a dla tych starszych dodatkową atrakcją z pewnością staną się krótkie notki poprzedzające każdy z utworów, a opisujące okoliczności ich powstania. 

Jeśli jeszcze nie macie odpowiedniego prezentu dla swojego szkraba Powiastki Beatrix Potter nadają się na tą okazję idealnie. I niech Was nie zraża przerażająca cena. Zdaję sobie sprawę, że niejednego rodzica może ona może przyprawić o zawrót głowy, ale wierzcie mi, to wydanie jest tego warte. A jeśli ciężko uwierzyć w moje słowa, idźcie do księgarni, weźcie tę książkę do rąk, obejrzyjcie kilka stron i... przekonajcie się sami jak wiele uroczych wieczorów może ona zapewnić nie tylko Waszym pociechom, ale i Wam samym. 

Beatrix Potter, Powiastki Beatrix Potter, Warszawa, Wydawnictwo Wilga 2010.

niedziela, 27 listopada 2011

Cóż to za pozytywna książeczka. Fanów Mikołajka przyprawi o miły ślinotok, nie-fanów zmusi do sięgnięcia po jego przygody, a jednych i drugich zachęci do spędzania większej ilości czasu w kuchni. Choć w teorii przeznaczona dla młodszych odbiorców, sprawi też wiele radości tym starszym. Żywy przykład w mojej postaci. 

Książka została podzielona na pięć głównych działów, takich jak: 10 niesamowicie smacznych dań czy 10 fantastycznych deserów. W obrębie każdego z nich znajdziemy po dziesięć przepisów, czasem bardzo prostych, czasem wymagających troszkę więcej wysiłków, a czasem też takich przy których niezbędna będzie pomoc rodzica, co zostało w każdym z tych przypadków zaznaczone.

Myślę, że każde dziecko, które samodzielnie, bez pomocy rodziców zrobi dla nich przysmak z kiwi, ciasto z herbatnikami lub kolorową sałatkę misz-masz przyprawi o dumę nie tylko mamę i tatę, ale przede wszystkim samego siebie. Cóż, ja przekroczyłam dwudziestkę, a nadal przecież odczuwam wielką satysfakcję, gdy uda mi się przygotować coś nowego i okazuje się, że moi bliscy zjadają to nie tylko ze smakiem, ale i bez żadnych skutków ubocznych ;).

Piękne jest samo wydanie książki, stylizowane trochę na zwykły maminy (lub babciny ;)) zeszyt z przepisami. Na co drugiej stronie znajduje się miejsce na własne notatki, któremu towarzyszy zabawna ilustracja i cytacik, pochodzące z książek Sempe i Goscinnego. Każdy rozdział zaś zakończony został całą wolną kartką do zapełnienia własnym przepisem. 

Dla młodszych (i starszych) kucharzy, poznających tę tajemną sztukę, jaką okazuje się niejednokrotnie przygotowanie posiłku dla całej rodziny, ewentualnie zgrai kolegów, polecam. Gorąco, serdecznie i smacznie. Do ugryzienia.

Christine de Beaupre, Beatrice Valentin, Przepisy Mikołajka, Kraków, Wydawnictwo Znak 2011.

niedziela, 20 listopada 2011

Macie w domu sześcio-, siedmio- a może ośmiolatka, który wciąż ma problemy z nauczeniem się alfabetu? Myślicie, że nie ma sposobu na to, by choć raz nie pomylił się przy żmudnej i uciążliwej recytacji literki po literce? Otóż jest! Przynajmniej jeden, w postaci Literozagadek.

Literozagadki to zgrabnie napisane, pełne rymów, czterowersowe wierszyki, które za bohaterów mają poszczególne litery polskiego alfabetu, także te bardziej uciążliwe, jak ą, ę czy ź. Szkoda tylko, że autor nie postawił na znaczną większość i dołożył też kilka utworów, w których rozwiązanie niekoniecznie komponuje się z całością wierszyka.

Mimo tej niedogodności książeczka ta stanowi doskonałe połączenie zabawy z nauką, które małemu i dużemu dostarczy mnóstwo radości. Kto wie, może po lekturze wierszyków Łukasza Dębskiego, Wasz szkrab zacznie nie tylko z zacięciem i ogromną pewnością siebie recytować alfabet, ale także tworzyć własne Literozagadki?

Na każdej stronie znajdziemy również świetne ilustracje Anny Kaszuby-Dębskiej, czasem zabawne, czasem dość abstrakcyjne, uzupełnione podpisami a to postaci, a to rzeczy rozpoczynających się od tej literki, której akurat dotyczy umieszczony na stronie wierszyk. 

Cóż, w takich momentach pozostaje nam tylko żałować, że mamy tak niewiele liter w naszym alfabecie...

Łukasz Dębski, il. Anna Kaszuba-Dębska, Literozagadki, Warszawa, Wydawnictwo Wilga 2011.

piątek, 28 października 2011

Czym można sobie zasłużyć na buziaka od najładniejszej dziewczynki z klasy? Co zrobić, by spełnić własne marzenie? Och, nic takiego, wystarczy podarować ukochanej księżyc. 

Kolejna książka ubiegłorocznego Noblisty jest króciutkim utworem. To zaledwie czterdzieści stron, z których co druga przedstawia tylko ilustrację, a ta na której jest tekst to w porywach dziesięć linijek zapisanych dość sporą czcionką. Czy warto ją przeczytać? Warto. Zwłaszcza, że nie zajmie nam ona więcej niż dziesięć minut, więc na dobrą sprawę możemy przystanąć w księgarni i przeczytać ją jeszcze tam.

To bardzo przyjemna historyjka, taka ciepła, taka dzięki której mimowolnie się uśmiechamy, taka która wprowadza w nasze szare życie trochę kolorów. Przy tym ma piękną oprawę graficzną, zdjęcia zdobiące każdą ze stron niewątpliwie przyciągają wzrok. Szkoda tylko, że jest taka króciutka, ale jeśli spojrzeć na nią przez pryzmat odbiorców docelowych, a jest to w końcu książka kierowana do najmłodszych, to zdaje się, że taka objętość w zupełności wystarczy.

Wszystkie pozytywne wrażenia psuje mi częściowo cena książki. Jest ona w pewien sposób uzasadniona, w końcu twarda oprawa, kredowy papier, ilustracje... to wszystko kosztuje. Ja jednak, jeśli mam być szczera, nie wydałabym trzydziestu złotych za zaledwie kilkanaście (może ze dwadzieścia?) zdań.

Choć jeśli miałabym tę powiastkę podarować bliskiej mi osobie, a nie pozostawić tylko dla siebie, to chyba faktycznie byłaby tego warta...

Mario Vargas Llosa, Fonsito i księżyc, Kraków, Wydawnictwo Znak 2011.

poniedziałek, 19 września 2011

Zakochałam się. Autentycznie się zakochałam.

Alicja w krainie czarów należy właściwie już do światowej klasyki, więc o fabule milczę. Muszę przyznać, że pełnej Carrollowej wersji nigdy nie czytałam (ale przecież całe życie przede mną!), za to bardzo chętnie oglądam jej adaptacje (choć nie wszystkie jeszcze widziałam), a wczoraj miałam okazję poznać nieco okrojoną wersję oryginału w tłumaczeniu Bogumiły Kaniewskiej. I to właśnie w niej się zakochałam. To znaczy w książce, nie w tłumaczce.

I nawet nie o tekst tu chodzi, nie o tłumaczenie, bo ono wyszło nadzwyczaj proste, dostosowane do odbioru najmłodszych, choć, całe szczęście, niepomijające przy tym najważniejszych momentów przygód Alicji i niepozbawione odrobiny humoru.

Mnie natomiast chodzi głównie o wydanie, absolutnie wyjątkowe, jakby samo w całości z krainy czarów pochodziło. Każda strona to wielka niespodzianka, cała książka podejrzewam, że nie raz będzie przeglądana przez dziecko, nawet nie po to, żeby posłuchać historii, ale po to, by poodkrywać na nowo te wszystkie fascynujące rzeczy. Rozkładająca się talia kart, która niemal wychodzi nam z książki, rosnąca Alicja i znikający kot z Cheshire wyglądają po prostu niesamowicie. Do tego wszystkiego dochodzą cudowne ilustracje Zdenko Bašića.

Z całego serca polecam to wydanie. To znakomita zabawa, jak się okazuję, nie tylko dla dzieci, ale i dorosłych. Zarówno ja, jak i mój M., siedzieliśmy oczarowani tą książką i obydwoje mieliśmy wielką frajdę odnajdując i uchylając ukryte na kartach książki drzwiczki.

Ach, i jeszcze jedna niespodzianka! Po przeczytaniu pozostaje nam jeszcze odnaleźć klucze, które ukażą nam drogę do Krainy Czarów. I nie mówcie, że nigdy nie byliście ciekawi jak się tam dostać...

Lewis Carroll, tł. Bogumiła Kaniewska, Alicja w Krainie Czarów, Warszawa, Wydawnictwo Wilga 2011.

środa, 01 czerwca 2011

Czy jest lepsza okazja do poczytania wierszy Brzechwy i Tuwima niż dzisiejszy dzień? 1 czerca to chyba najlepszy moment do przypomnienia sobie sapiącej Lokomotywy czy Ślimaka, który proszony, choć niechętnie w końcu wystawiał te swoje rożki. A pamiętacie taniec Igły z Nitką albo dwóch Michałów? Jeśli nie to koniecznie sięgnijcie po Wiersze i wierszyki dla najmłodszych. Przypomnijcie sobie własne dzieciństwo, poczytajcie dzieciom, rodzeństwu, siostrzenicy, bratankowi. To świetna zabawa dla każdego, niezależnie od tego którego z autorów wybierzecie. 

Mnie zawsze ciężko jest wybrać jednego z nich i choćby ktoś zmuszał - nie wybiorę. Nie umiem. Obydwoje są dla mnie mistrzami. Wierszy obydwóch chętnie słuchałam, nieco później sama czytałam, uczyłam się na pamięć, recytowałam. Te niezwykle rytmiczne utwory, te zabawy ze słowami... Mogę się tylko cieszyć, że wiersze ulubionych autorów z dzieciństwa nadal są wydawane i co ważniejsze, lubiane.

A pomijając już moje wszystkie tak nieobiektywne przecież, zachwyty nad treścią książeczek warto dodać, że Wiersze i wierszyki dla najmłodszych zasługują na uwagę także ze względu na swą formę. Cudowne ilustracje, pełne intensywnych kolorów, które przyciągają wzrok, a do tego twarde strony nie dające się zbyt szybko (o ile w ogóle) zniszczyć, sprawiają, że  to idealne pozycje dla najmłodszych wielbicieli słowa pisanego. Polecam. Jako prezent na każdą okazję.

Julian Tuwim, il. Marianna Jagoda-Mioduszewska, Wiersze i wierszyki dla najmłodszych, Warszawa, Wydawnictwo Wilga 2001.

Jan Brzechwa, il. Marianna Jagoda-Mioduszewska, Wiersze i wierszyki dla najmłodszych, Warszawa, Wydawnictwo Wilga 2001.

***

Jeśli ktoś chciałby przygarnąć Wiersze i wierszyki dla najmłodszych Juliana Tuwima to jestem skłonna oddać wój egzemplarz :) Jeśli znajdzie się kilka chętnych osób to na ewentualne zgłoszenia czekam do piątku.

poniedziałek, 25 kwietnia 2011

Dziś postanowiłam zrobić sobie wycieczkę do krainy dzieciństwa, a ponieważ Julian Tuwim jest niewątpliwie jednym z dwóch mistrzów, którzy tam rządzą, to chyba nie powinno dziwić, że wybór padł właśnie na niego.

Jego wiersze towarzyszyły mi niemal codziennie. To na nich uczyłam się czytać, to ich uczyłam się na pamięć, to je w końcu wybierałam do recytacji w konkursach. Nigdy nie zapomnę tej dumy, którą czułam występując jako Zosia Samosia. Zresztą po dziś dzień coś z tej Zosi we mnie siedzi.

Po raz kolejny, ciężko już nawet zliczyć który to, do naszych rąk trafia tomik jego najbardziej znane utworów dla dzieci. Tym razem w naprawdę wyśmienitym towarzystwie ilustracji Macieja Szymanowicza. Wiersze wydane w ramach Platynowej serii zachwycają nadal i ciekawa jestem, jak to będzie z z kolejnymi pokoleniami.

Czy za dziesięć lat pan Hilary nadal będzie robił furorę, a Rzepka nadal będzie służyć szkolnym inscenizacjom? Czy w przyszłości dziewczynki utożsamiać się będą z wspomnianą już Zosią, chłopcy z Dyziem Marzycielem, a wszystkich bawić będzie Grześ, co worek piasku niesie?

O tym z pewnością przekonamy się za kilka lat. Ja wierzę, chcę wierzyć, że te wiersze, jak mało które, trafią do serc kolejnych czytelników.

Póki co natomiast, wydanie to, z ogromną przyjemnością, ustawiam zaraz koło tego z 1995 roku, mojego kochanego, które dało mi tyle radości.

Ocena: 5,5/6

Julian Tuwim, il. Maciej Szymanowicz, Wiersze dla dzieci, Warszawa, Wydawnictwo Wilga 2011.

 
1 , 2
Tagi
Teksty umieszczone na stronie są mojego autorstwa,proszę o niekopiowanie ich bez mojej zgody!

Czytadełko
on Google+