Wpisy z tagiem: thriller/sensacja/kryminał

niedziela, 20 maja 2012

Ależ mnie wciągnęło! Od pierwszych stron niemalże. Wciągnęło, zainteresowało, zaskoczyło, poruszyło i wywołało ogrom emocji, nie zawsze tych pozytywnych. Ja się w ogóle zastanawiam, jak to się stało, że do tej pory nie trafiłam na żadną inną książkę tej autorki, bo teraz na pewno sięgnę po więcej.

Wiecie do czego doprowadzić może fatalne zauroczenie? Ano na przykład do tego, że ciapowaty facet, weźmie się w końcu w garść, zechce zmienić swoje życie i chcąc poderwać całkiem niebrzydką starszą (od siebie, bo ogólnie nadal młodą) kobitkę zamieni się w detektywa... co niekoniecznie będzie jego najlepszym pomysłem. Jaro zostaje bowiem przez ową kobitkę, Ilonę, poproszony o odnalezienie jej byłego męża i odzyskanie jej własności, która pozwoli na poprawienie życiowych standardów jej i dwóch uroczych córek. I Jaro, owszem, znajduję jej męża (noo, nie sam oczywiście, bo fajtłapa z niego straszna, ale przy pomocy kochanej babci) tyle, że znajduje go przywiązanego do krzesła i w kałuży krwi. Niedługo potem dostaje też kolejne zadanie. Ginie bowiem matka jednej z koleżanek Ilony i dobrze by było, gdyby ktoś ją w końcu odnalazł, skoro policja sobie nie radzi. W dodatku ktoś zaczyna znęcać się nad podwórkowymi kotami, które babcia Halinka z watahą koleżanek regularnie dokarmiają. Na pozór nic nie łączy tych trzech spraw. Na pozór...

Niewątpliwą zaletą powieści Fryczkowskiej są postacie przez nią stworzone. Oczywiście, prym wiodą główni bohaterowie. Siedemdziesięcioletnia Halina z miejsca wzbudza naszą sympatię, a ciapowaty Jarcio, pielęgnujący w sobie wciąż małe, odrzucone dziecko, sprawia, że mamy ochotę się nim zaopiekować. Ale warto też zwrócić uwagę na postacie drugoplanowe, zwłaszcza na kobiety i szereg problemów z jakimi muszą się one zmagać. Bo tego znajdziemy w powieści multum, bowiem jej karty zajmują kobiety samotne, porzucone, żyjące w związkach bez miłości, romansujące w tajemnicy przed światem i najbliższymi przyjaciółmi, szukające ciepła i zrozumienia, rozwiedzione, opuszczone, zmuszone do podejmowania zgubnych w skutkach decyzji. One właśnie są siłą tej książki i sprawiają, że jest ona czymś więcej niż zwykłym kryminałem.

Mimo lekkości stylu, dzięki któremu po kolejnych stronach mknie się z prędkością światła, fabuła już wcale taka lekka nie jest. Pojawia się tu bowiem problem znęcania się nad zwierzętami, a nawet ich zabójstw i ja przy każdej takiej wzmiance odczuwałam niemalże fizyczny ból. Chciałabym wierzyć w to, że wszystko zostało wymyślone przez autorkę, że to tylko czysta fikcja, ale przecież wszyscy wiemy, jak jest i naprawdę ostrzegam osoby kotolubne, bo w książce znajduje się kilka dość drastycznych opisów, przy których zaciska się zęby ze złości i bezsilności.

Można by powiedzieć, że najnowsza powieść Fryczkowskiej to po prostu bardzo dobry, ale typowy kryminał z trupem w tle. Można. Ale dla mnie to też po trochu książka o tym, by nie patrzeć na świat przez pryzmat stereotypów oraz by, już z całą pewnością, nie stać z założonymi rękami i z milczącym przyzwoleniem traktować zło, które nas otacza.

Anna Fryczkowska, Starsza pani wnika, Warszawa, Prószyński i S-ka 2012.

piątek, 18 listopada 2011

W poszukiwaniu odprężenia i dobrej rozrywki sięgnęłam po kolejną książkę z cyklu o Lily Bard. Styl Harris znam i lubię, wiedziałam więc czego mogę się spodziewać. Tym samym, wiedziałam, że się nie zawiodę.

Lily od czasu do czasu pomaga Marshallowi w prowadzeniu siłowni. Pewnego razu, wyręczając chwilowo niedomagającego szefa i otwierając Body Time zamiast niego, zastaje tam jednego z klientów. To Del. Del, którego już dawno nie powinno być na sali, a którego Lily zastaje przygniecionego sztangą, ze zmiażdżonym gardłem. Czy możliwe by był to przypadek?

Niemożliwe. Tym bardziej, że to nie pierwsza przypadkowa śmierć w ostatnim czasie, w dodatku wśród mieszkańców Shakespeare zaczyna narastać niechęć do czarnej części społeczeństwa, za wycieraczkami samochodów pojawiają się ulotki zachęcające do jej gnębienia, A sama Lily coraz częściej natyka się na tajemniczego mężczyznę z czarnym kucykiem, który wzbudza w niej nie tylko odrobinę strachu, ale i pożądania.

Jak widać, w tej części autorka serwuje nam troszkę więcej wrażeń niż poprzednio. W ogóle jest w pisarstwie Harris coś takiego co wciąga mnie od pierwszych stron i nie pozwala oderwać się od książki, dopóki nie dowiem się jak te wszystkie zdarzenia się łączą, dopóki nie dostrzegę tych związków między nimi. A jak już dostrzegę, to czytam szybko dalej, żeby się przekonać, że faktycznie - miałam rację.

Czyste szaleństwo to nie jest literatura wysokich lotów i kto się takiej spodziewa, srogo się zawiedzie. To nie jest nawet dobrze skonstruowany kryminał, a gdzie tam! Ale ja nadal będę stać przy swoim twierdząc, że to dobra literatura rozrywkowa i z przyjemnością sięgnę po kolejne książki z tego cyklu.

Charlaine Harris, Czyste szaleństwo, Kraków, Wydawnictwo Znak 2011.

wtorek, 15 listopada 2011

Pewna psycholog prosi o pomoc parę prywatnych detektywów: Patricka Kenzie i Angelę Gennaro. Okazuje się, że wszystko zaczęło się od pojawienia się w jej życiu pewnej kobiety, podającej się za studentkę, która odkąd dowiedziała się o pewnej zbrodni mogącej mieć związek z bostońską mafią, boi się o własne życie. Sama doktor zaś od anonimowego nadawcy otrzymuje zdjęcie swojego syna, zaczyna się więc obawiać o jego los. Kenzie i Gennaro podejmują się obserwacji chłopaka, nie zdając sobie sprawy, do czego ich to wszystko doprowadzi. Nie wiedzą jeszcze, że jedna zbrodnia pociągnie za sobą szereg kolejnych. Może gdyby wiedzieli co ich czeka w ogóle nie przyjęliby tego zgłoszenia...

Rozpoczyna się więc prawdziwa jazda bez trzymanki. Jedna zbrodnia nakręca drugą, trup ściele się gęsto, akcja nie zwalnia nawet na minutę i okazuje się, że nic nie jest takie jakie się początkowo wydaje. 

Obok wątku czysto kryminalnego śledzimy również losy dwójki głównych bohaterów. Ciemności, weź mnie za rękę to druga powieść z cyklu o Patricku Kenzie i Angeli Gennaro, nic więc dziwnego, że mamy okazję poznać pewne szczegóły z ich przeszłości, jak i przyglądać się relacjom między nimi. Zresztą, przeszłość, szczególnie Patricka odgrywa w tej książce wielką rolę, bo właściwie wszystko będzie krążyć wokół niej, a popełniane zbrodnie nie będą wolne od związku z wydarzeniami sprzed kilkunastu lat. 

Lehane bez najmniejszego zawahania odkrywa przed nami tajniki ludzkiej psychiki, szczególną uwagę zwracając na najciemniejsze zakamarki naszych dusz, od których żaden z ludzi nie jest wolny. Zło tkwi w każdym z nas, a to czy damy mu dojść do głosu zależy nie tylko od nas samych, ale także od środowiska czy okoliczności w jakich akurat się znajdziemy.

Ciemności, weź mnie za rękę to świetnie napisany kryminał. Autor sprawnie poprowadził akcje, co rusz dokładając nam nowych zagadek, odpowiednio dawkując napięcie i doprowadzając do tego, że momentami czujemy ciarki na plecach. Nie jest jednak aż tak groźnie jak mogłoby się wydawać, bo w tej stworzonej przez niego, dość mrocznej powieści, prześwitują jednak malutkie promyki, w postaci zabawnych, często mocno ironicznych, dialogów bohaterów. 

Choć to jedna z wcześniejszych powieści stworzonych przez Lehana trzyma dość wysoki poziom. To nie było moje pierwsze spotkanie z tym autorem, i mam wielką nadzieję, że nie będzie ostatnim.

Recenzja opublikowana na kobieta20.pl

Dennis Lehane, Ciemności, weź mnie za rękę, Warszawa, Prószyński i S-ka 2011.

czwartek, 06 października 2011

Podobało mi się, nawet bardzo i ubolewam nad tym, że zakończenie było takie a nie inne, bo ono mi się akurat nie spodobało. Ale o tym później.

Lily Bard to kobieta lekko po trzydziestce, która zamieszkała w uroczym miasteczku Shakespeare przed kilkoma laty. Utrzymuje się z pracy sprzątaczki, a wiele mieszkańców Apartamentów Ogrodowych z chęcią korzysta z jej usług, bo choć Bard wiele wie, widzi i słyszy to jest przy tym wyjątkowo dyskretna. I tak prowadziłaby sobie spokojne, wolne od problemów życie, gdyby nie jeden nocny spacer podczas którego znajduje ciało właściciela owych Apartamentów, wiezione zresztą bezczelnie w jej własnym kuble na śmieci. 

Czysta jak łza przypomniała mi trochę serię o Harper Connelly, którą bardzo miło wspominam. Tu też mamy ucieczkę przed przeszłością i rozwiązanie tajemnicy pewnego morderstwa. Z tą tylko różnicą, że Lily żadnych cech nadprzyrodzonych nie posiada, no i nie ma przy sobie niczego sobie przybranego brata. Ma za to niczego sobie trenera karate. 

Spodobała mi się sama postać głównej bohaterki, może też dlatego, że łączy nas kilka wspólnych cech. Ja też staram się jednak stać gdzieś na uboczu niż w centrum, raczej obserwować niż zabierać głos. I często to co gdzieś tam sobie myślę jednak nie wychodzi poza moją głowę. I być może całe szczęście. 

Tak jak już wspomniałam, trochę rozczarowało mnie samo zakończenie. Owszem autorka mnie zaskoczyła, bo miałam zupełnie inne typy, z tym, że to które wybrała wydało mi się mało efektowne, za mało mi tu sensacji, zwłaszcza w porównaniu z tym jak ja sama sobie to wszystko wymyśliłam. 

Wydaje mi się, że krzywdzące dla obu serii Harris, jest okrzykiwanie ich przez wydawców czy też osoby odpowiedzialne za promocję znakomitymi kryminałami (czy też porównywanie głównej bohaterki do Lisabeth Sandler - co prawda książek Larssona nie czytałam, ale bez wahania mogę się założyć, że to porównanie przynajmniej odrobinę przesadzone). To automatycznie podnosi poprzeczkę, a tym samym oczekiwania czytelników, co jak zauważyłam (czytając ileś tam recenzji tej książki) prowadzi do dość licznych rozczarowań.

Owszem w obu przypadkach ten wątek kryminalny jest, ale mam wrażenie, że ważniejsze jest skupienie się na psychice bohaterek, ich relacjach z innymi ludźmi, często też na społeczeństwie, które je otacza, a przez to wpływa na takie, a nie inne zachowania. Przede wszystkim zaś Harris stara się zapewnić czytelnikom po prostu odrobinę dobrej, niewymagającej rozrywki i to akurat, moim zdaniem, udaje jej się w stu procentach. Dla mnie każda jej kolejna książka oznacza miło spędzony czas, po prostu.

Cieszę się, że kolejne części już na mnie czekają i z pewnością niedługo po nie sięgnę. 

Charlaine Harris, Czysta jak łza, Kraków, Wydawnictwo Znak 2011.

niedziela, 18 września 2011

W kwietniu miałam okazję przeczytać Grobową tajemnicę, najnowszą i jak wynika z zakończenia ostatnią część serii o Harper Conelly. Teraz doczytałam część trzecią, której nie dane było mi poznać wcześniej i... zrobiło mi się smutno. Bo polubiłam dwójkę bohaterów stworzonych przez Harris, ciężko się z nimi żegnać i mam jednak odrobinkę nadziei, że może powstanie kolejna część ich przygód.

Tym razem Harper i Tolliver lądują w Doraville, małym prowincjonalnym miasteczku położonym w górach. Tam po raz pierwszy Harper musi odszukać ofiary seryjnego mordercy, po raz pierwszy dostaje zadanie odszukania kilku ciał naraz. Dokładnie sześciu. A jak się wkrótce okazuje znajduje ich nawet odrobinę więcej. W międzyczasie, jakby obok, ale idąc tym samym torem, rozwija się na naszych oczach również wątek miłosny. 

W tej części Harris serwuje nam kilka scen łóżkowych, nad którymi niektórzy mogliby kręcić nosem. No cóż, niezbyt subtelnie jej to wszystko wychodzi, ale ja kręcić nosem nie będę, bo raz, że tych scen aż tak wiele nie było, a dwa - widziałam gorsze opisy seksualnych ekscesów. Tak więc ja przymykam oko. A zresztą cieszę się, że wszystko wyszło jak wyszło, bo przy czytaniu dwóch pierwszych części przecież tylko czekałam na taki właśnie rozwój wypadków.

Autorka nie zapomina zadbać o nowych czytelników, którzy zdecydują się zacząć przygodę od tej własnie części. Właściwie w każdej książce z osobna przypomina nam kluczowe kwestie, takie jak porażenie piorunem, czy wspomnienia o rodzinnym domu. Dla stałych czytelników to może być chyba denerwujące, gdy czyta się całość serii za jednym zamachem, jednak przy dłuższych przerwach między tomami nie przeszkadza aż tak bardzo. 

Tak jak poprzednio, tak i tu akcja rozwija się dość szybko, jak dla mnie na tyle szybko, że od Lodowego grobu ciężko było mi się oderwać. Miłośnikom kryminałów lubujących się w skomplikowanych sprawach książek Harris jednak nie polecam. Tak jak w poprzednich częściach, tak i tutaj, dość szybko wpadamy na możliwe zakończenie, rozwiązanie nasuwa się właściwie samo i czytamy raczej tylko dla potwierdzenia własnych teorii niż żeby na kilku ostatnich stronach otworzyć szeroko oczy ze zdziwienia. Ale mnie to nie przeszkadza. Dla mnie cała ta seria stanowi po prostu doskonały sposób na chwilę dobrej rozrywki. A przecież wiecie jak bardzo ją sobie cenię. 

Charlaine Harris, Lodowaty grób, Lublin, Fabryka Słów 2010.

czwartek, 21 kwietnia 2011

Harper i Tolliver znowu w akcji!

Tym razem lądują w okolicach Dallas, na prośbę pewnej zamożnej dziedziczki Lizzy Joyce. Harper ma za zadanie potwierdzić przyczynę zgonu jej dziadka, a przy tej okazji wychodzi na jaw, że jego pielęgniarka wcale nie zmarła z powodu wykrwawienia wcale nie przez komplikacje po wycięciu wyrostka, ale przez źle przeprowadzony poród. Zaczynają narastać pytania: czyje jest to dziecko? Czy przeżyło? Gdzie się teraz znajduje? I czy przysługuje mu jakaś część spadku?

W międzyczasie z więzienia wychodzi Matthew, ojciec Tollivera. Teoretycznie czysty, teoretycznie pragnący się zmienić i naprawić błędy z przeszłości i nawiązać kontakt z synem.

Do tego policja, która od lat próbuje rozwiązać sprawę Cameron otrzymuje anonimowy telefon z wiadomością, że dziewczynę widziano w jednym z centrów handlowych. Ktoś zaczyna także czaić się na życie Harper.

Tak jak w poprzednich częściach tak i tutaj akcja szybko gna do przodu, a dzieje się, jak widać, jeszcze więcej. Po raz pierwszy Harris zaskoczyła mnie swoim zakończeniem. Nie całym oczywiście, pewne rzeczy niemalże od początku podane są nam na tacy, ale jednak element zaskoczenia był, co wychodzi autorce bardzo na plus.

Tym razem w główną sprawę zostaje wciągnięta także rodzina Harper, w więc jej ojczym i przybrany brat Mark, co dodatkowo urozmaica książkę. Chyba pierwszy raz poza czystą rozrywką zaczęłam też trochę nad książką rozmyślać. O tym jakie relacje łączą przybrane rodzeństwo i co jest się w stanie zrobić dla prawdziwej rodziny, nawet jeśli zawodzi ona na całej linii.

Grobową tajemnicę zdecydowanie uważam za najlepszą część i pędzę szukać Lodowatego grobu, który nieopatrznie pominęłam.

Mam tylko nadzieję, że rozwiązana zagadka zaginięcia Cameron nie wróży zakończenia cyklu.

Recenzja napisana dla portalu LubimyCzytać.pl

Ocena: 5/6

Charlaine Harris, Grobowa tajemnica, Lublin, Fabryka Słów 2011.

czwartek, 31 marca 2011

Najnowsza książka Anny Klejzerowicz to druga część przygód Emila Żądło, o czym dowiedziałam się właściwie dopiero od autorki. Szkoda, że nota wydawcy w żaden sposób o tym nie informuje.

Akcja powieści rozpoczyna się w Japonii w 1905 r. zabójstwem trzech osób. Na razie nie wiemy o nich właściwie nic, nie mamy pojęcia kim te trzy osoby były, co ich łączyło, i czym właściwie zasłużyły sobie na śmierć.

Następnie przenosimy się ponad sto lat w przód, lądując we współczesnym Trójmieście, u boku znanego detektywa Emila Żądło. Otóż okazuje się, że ktoś uparcie posługuje się jego imieniem i nazwiskiem wypisując różne głupoty na forach internetowych. Do tego dochodzą głuche telefony, a w końcu i kolejne zabójstwa. Ofiar w tej książce mamy całkiem sporo. Okazuje się, że każda z zabitych osób jest w jakimś, mniejszym lub większym stopniu, związana z tajemniczymi japońskimi drzeworytami.

Już przy okazji poprzedniej czytanej przeze mnie książki Klejzerowicz, chwaliłam sobie bardzo jej styl. Te krótkie, zwięzłe zdania i ogromna ilość dialogów to rzeczy, które naprawdę w literaturze uwielbiam. Pozwalają na maksymalne przyspieszenie akcji, a przez to wciągają czytelnika w wir wydarzeń tak mocno, że ciężko jest zająć się czymkolwiek innym. Autorka mimo natłoku wydarzeń na całe szczęście nie pozwala nam się jednak w sprawie pogubić, kilka razy podsumowując to, co bohaterom udało się do danej chwili odkryć.

Kolejny raz wielki plus należy się za bohaterów. Wszystkich, absolutnie, bo Emil Emilem, to jest niewątpliwie gwiazda tej książki i nie da się tego ukryć, ale jakby mógł sobie poradzić bez Marty i jej niesamowitej wiedzy na temat sztuki? Nie mówiąc już o tym jak wielką rolę w śledztwie odgrywa podkomisarz Marek Zebra.

To pozycja obowiązkowa, nie tyle dla fanów kryminałów, ile dla fanów japońskiej kultury, japońskiej historii i Japonii w ogóle, bo znaleźć tu można pełno tu ciekawostek na ten temat, dzięki którym widać jak wiele pracy autorka włożyła w przygotowanie swej powieści.

Dla mnie Cień gejszy okazał się kilkoma godzinami świetnej rozrywki, które skończyły się ogromną chęcia przeczytania pierwszej książki z Emilem Żądło w roli głównej.

Recenzja napisana dla portalu Lubimyczytac.pl

 

Strona autorki.

Ocena: 4,5/6

Anna Klejzerowicz, Cień gejszy, Zakrzewo, Replika 2011.

poniedziałek, 28 lutego 2011

Nie wiem jak to się stało, faktem jednak jest, że w dobie kryminałów skandynawskich z żadnym dotąd nie miałam styczności. Nawet Larsson, tak głośny i tak przez wszystkich chwalony czeka nadal na lepsze czasy, a przerażona objętością pewnie zbyt prędko po niego nie sięgnę. W moje łapki trafiła jednak książka Sjöwall i Wahlöö uważanych za rodziców szwedzkich kryminałów, na których w późniejszych latach wzorował się między innymi wspomniany wyżej Sting Larsson. Mało tego, trafiła do mnie ich ponoć najbardziej znana powieść, mianowicie Śmiejący się policjant. Jak wypadło nasze spotkanie? Dość przyjemnie, obyło się jednak bez fajerwerków i jeśli wszystkie szwedzkie kryminały wypadają tak jak ten to nie wiem czym tu się ekscytować i dlaczego miałoby się je traktować lepiej niż chociażby nasze, polskie.

Na ulicach Sztokholmu patrol składający się z dwóch policjantówa, przy tym, bądźmy szczerzy, totalnych gamonii, znajduje piętrowy autobus, a w nim osiem osób zabitych i jedną ciężko ranną. Istna rzeź. Sprawa staje się tym ważniejsza, że wśród zabitych figuruje także jeden z najlepszych policjantów z wydziału Martina Becka – Ake Stenström, nikt nie wie w jaki sposób się tam znalazł, dokąd jechał i nad czym właściwie obecnie pracował. Zabitych nic ze sobą nie łączyło, nie znaleziono też broni, a te dwa gamonie, które autobus znalazły, zniszczyły przy okazji większość śladów. Policjanci łapią się więc każdego tropu, który wydaje im się choć trochę prawdopodobny trafiając w końcu na niewyjaśnioną, szesnastoletnią sprawę Teresy Camarão, która w jakiś sposób zdaje się łączyć z masakrą w piętrusie.

Śmiejący się policjant napisany jest prostym językiem, a podział na krótkie, kilkustronicowe rozdziały sprawia, że pochłania się go momentalnie. Osobiście bardzo lubię, gdy rozdział zajmuje dwie, trzy strony, a nie na przykład pięćdziesiąt. Od razu czyta mi się milej, wygodniej i jakby szybciej. Postacie wzbudzają sympatię, głównie chyba przez to, że nie robi się z nich ani żadnych bohaterów ani tym bardziej geniuszy, którzy wiedzą kto zabił zanim jeszcze akcja na dobre się rozkręci. Policję przedstawiono jako zwykłych ludzi, z szeregiem wad zresztą, którzy też mają prawo do popełniania błędów. Nie znajdziemy tu śledztwa prowadzonego w zastraszającym tempie, nie dostaniemy wyników DNA chwilę po tym jak zostały wysłane do laboratorium, mało tego nie dostaniemy tych wyników w ogóle, bo to jeszcze nie ten czas. Wszystko toczy się powoli i spokojnie, śledztwo trwa tygodniami, dzięki czemu czytelnik sam spokojnie, niemal równocześnie ze śledczymi, dochodzi do oczywistych wniosków. Jak pisałam achów i ochów nie będzie, choć jeśli nadarzy się okazja to nie odmówię sobie spędzenia kilku chwil w towarzystwie Martina Becka.

Książkę otrzymałam od wydawnictwa Amber.

Ocena: 4/6

Maj Sjöwall, Per Wahlöö, Śmiejący się policjant, Warszawa, Wydawnictwo Amber 2011.

 
1 , 2 , 3
Tagi
Teksty umieszczone na stronie są mojego autorstwa,proszę o niekopiowanie ich bez mojej zgody!

Czytadełko
on Google+