Wpisy z tagiem: rosyjska
wtorek, 03 kwietnia 2012
Cała akcja skupiona jest wokół ucieczki Kiryła przed funkcyjnymi, którzy właściwie nie wiadomo czego chcą od niego chcą. Zabić? Nie bardzo, puścić wolno też bez sensu, zwłaszcza, że został oskarżony o mnóstwo rzeczy, w tym co najważniejsze, zabójstwo funkcyjnej-akuszerki. Może więc uwięzić w którymś ze światów, tylko w którym? Ucieka więc ten biedny Moskwianin, a to trafiając do Wasylisy, celniczki znanej mu z Nirwany, a to do Janusu, świata w którym zimy są tak mroźne, a lata tak upalne, że wątpi się w istnienie tam jakiegokolwiek żywego stworzenia. Ba, trafia nawet do Polski, do zwykłego, najzwyklejszego Elbląga! A przez cały czas próbuje uniknąć śmierci, wymyślić rozwiązanie, zdecydować co dalej ze sobą zrobić i dowiedzieć się o co w ogóle z tymi funkcyjnymi chodzi. Tak jak w Brudnopisie, tak i w Czystopisie Łukjanienko wraz z rozpoczęciem każdego nowego rozdziału raczy nas prywatnymi przemyśleniami na sprawy zupełnie różne, poczynając od ubrania, poprzez czynność snu, na czytaniu książek kończąc. Od jakiegoś czasu wydaje mi się, że minął ten krótki okres, gdy czytanie książek było powszechną rozrywką. Kino nie zdołało stworzyć konkurencji - wyjście do niego było wydarzeniem, a książka zawsze leżała pod ręką. [...] Za to wideo, a potem komputer zadały książkom potężny cios. Film to czytanie dla ubogich duchem, tych, którzy nie są w stanie wyobrazić sobie wojny światów, siebie na mostku "Nautiliusa" czy w gabinecie Nero Wolfe'a. Kino to papka, obficie nasączona cukrem efektów specjalnych, papka, której nie trzeba żuć, wystarczy otworzyć usta i łykać. [...] A czytanie wróciło do swego stanu pierwotnego, gdy stanowiło rozrywkę dla wybranych. Książki stały się droższe, nakłady mniejsze - mniej więcej tak, jak w dziewiętnastym wieku. Można się z tego powodu smucić, a można uczciwie zadać sobie pytanie - czy naprawdę sto procent społeczeństwa musi lubić balet? Słuchać muzyki klasycznej? Interesować się rzeźbą czy malarstwem? Albo chodzić na ryby czy na mecze piłki nożnej? Według mnie należy uznać od razu: czytanie nie jest rozrywką dla wszystkich. I w ogóle jest nie tyle rozrywką, ile pracą.* Czasem te prywatne wtręty mogą nudzić, czasem drażnić, czasem może czytelnik zechciałby je pominąć. Ja nie chciałam, bo mi się to bardzo podoba. Lubię gdy autor poprzez swoje powieści potrafi nie tylko wciągnąć czytelnika w wir wydarzeń, ale także wyrazić swoje własne zdanie na każdy temat i w dodatku zrobić to w tak nienachalny sposób. Czasem tak się dzieje - poznasz jakiegoś człowieka i nagle rozumiesz, że moglibyście zostać przyjaciółki. Że on mógłby stać się twoim przyjacielem, może nawet najlepszym. Ale rozdziela was życie - to tylko w książkach dla dzieci ludzie na przekór wszystkiemu pozostają przyjaciółmi.** Tak naprawdę, ja właściwie nie wiem skąd się wzięły te wszystkie głosy rozczarowania. No owszem, może i Czystopis jest ciutkę gorszy niż jego poprzednik, bo już nie zachwyca tą świeżością, już wiemy na czym oparta jest fabuła i trudniej jest nas zaskoczyć. Tempo akcji odrobinkę zwalnia, ale za to moim zdaniem przez całą powieść utrzymuje się na równym poziomie, co dla mnie też jest raczej plusem. Nie ma tu zbędnych dłużyzn, nie wleczemy się za tym Kiryłem zupełnie bez sensu, wręcz przeciwnie poznajemy nowe światy i dążymy wraz z nim do rozwiązania zagadki funkcyjnych. Jedyną rzeczą do jakiej mogłabym się przyczepić to zakończenie, bo one na tle całości wypada po prostu fatalnie. Na tyle fatalnie, że po przewróceniu ostatniej strony pomyślałam sobie: no i co? to już? już wszystko? Takie to jakieś wyszło mało efektowne, zbyt proste, i... bo ja wiem, jakieś takie bezsensowne. I jeszcze ostatnia rzecz, nie dotycząca już bezpośrednio książki. Miałam spore problemy, żeby dostać tę książkę w bibliotece. Pierwszą część też miałam wypożyczoną, więc trochę bez sensu było by kupowanie drugiej. Ja wiem, że pewnie nie powinnam się czepiać, ale dla mnie to jednak odrobinę dziwne, że biblioteki (nawet nie to, że jedna, ale przynajmniej kilka) nie uzupełniają cykli i zmuszają czytelnika do jeżdżenia po całym mieście, żeby dostać drugą część. Ale to nic, bo przecież znalazła się też jedna biblioteka, w której drugą część dostać można i owszem, za to z pierwszą jest kiepsko... Nie widzą, że to jeden cykl czy jak? Siergiej Łukjanienko, Czystopis, Warszawa, Wydawnictwo MAG 2008. *s. 222 **s. 257
poniedziałek, 09 stycznia 2012
Nigdy, przenigdy nie chciałabym się znaleźć na miejscu Kiryła Maksymowa. Wyobraź sobie, że wracasz do domu, który okazuje się nie być już Twoim domem. Zamieszkany przez obcą kobietę, posiadającą dokumenty potwierdzające jej zameldowanie. Całkowicie odmieniony, choć to przecież niemożliwe, by w kilka zaledwie godzin zdążyć wymienić meble, tapety i podłogi. Twój ukochany pies, który był z Tobą właściwie od zawsze, nagle zaczyna na Ciebie warczeć, zupełnie Cię nie poznaje. Poznawać przestają Cię też znajomi, najbliżsi przyjaciele, w końcu i rodzice. Klucz do mieszkania łamie się w pół, wszelkie dokumenty potwierdzające Twoje istnienie w tajemniczy sposób znikają, a w końcu i dowód tożsamości rozpada Ci się w rękach. Jesteś, a chwilę później jakby Cię nie było. Tak właśnie stało się z głównym bohaterem Brudnopisu. Został całkowicie wymazany, jak się okazuje nie bez powodu. Zupełnie zniknął ze znanego sobie świata, po to by pojawić się w innym. Albo nawet w kilku innych i przyjąć całkiem odpowiedzialną funkcję, do której jest zupełnie nieprzygotowany. Książka rosyjskiego pisarza, choć nieformalnie, została jednak podzielona na dwie części. W pierwszej z nich obserwujemy cały proces znikania, w drugiej przyglądamy się temu jak Kirył radzi sobie w nowej roli. Pierwsza wprowadza nas w klimat powieści, przy drugiej ledwo co nadążamy z przewracaniem stron, bo im dalej, tym bardziej akcja przyspiesza, po to, żeby zostawić nas z pełnym niedomówień zakończeniem i chęcią natychmiastowego sięgnięcia po część kolejną. Łukjanienko bardzo swobodnie i jakby mimochodem wtrąca do powieści swoje własne przemyślenia. A to w postaci słów kilku o współczesnych zespołach muzycznych, a to licznych odwołań do literatury. Tej wysokich lotów, do której sam autor nie jest przekonany, tej popularnej, jak Harry Potter czy Władca Pierścieni i tej tworzonej przez współczesnych rosyjskich fantastów, a nawet przez niego samego. Właściwie każdy rozdział rozpoczyna się takim krótkim wstępem, odnoszącym się w jakiś sposób do treści, ale nie związanym z nią ściśle, który pozwala nam się doskonale wczuć w klimat. A klimat tu jest, oj jest... Mroźna Moskwa, tajemniczy Kimgin, słoneczna plaża zwana Skansenem czy Nirwana, gdzie od momentu wejścia automatycznie poprawia nam się humor to miejsca, do których prowadzi nas autor. Miejsca, do których każdy z nas chciałby zaglądnąć choć na krótką chwilę. Zresztą nie tylko miejsca Łukjanienko tworzy z wielką fantazją, także jego poznacie są barwne, nie pozostawiające obojętnym, i mimo pewnych ulepszeń, na wskroś ludzkie. Od pierwszych stron czytelnik czuje swego rodzaju więź z Kiryłem, Kotia jest przyjacielem z rodzaju tych, których każdy z nas chciałby posiadać (przynajmniej do czasu), a Natalia Iwanowa z miejsca budzi wstręt. To było moje pierwsze spotkanie z tym rosyjskim pisarzem, ale już wiem, że z pewnością nie będzie ostatnim. Siergiej Łukjanienko, Brudnopis, Warszawa, Wydawnictwo MAG 2008.
poniedziałek, 17 października 2011
Każda kobieta powinna od czasu do czasu zobaczyć, że ktoś jest dla niej zdolny do wariackich postępków.* Wziąć sobie za żonę wiedźmę, pff, też mi sztuka. Każdy facet jest na to narażony. Ja, choć do żony mi daleko, już nie raz usłyszałam od mojego M. urocze: Ty wiedźmo, czasem z miłym dodatkiem w postaci oskarżenia o rzucanie klątw różnorakich. Niestety, do Bielaninowej wiedźmy mi daleko. Niestety, bo ona jest prawdziwa. I niestety, bo moje garnki same się nie zmywają, a obiad sam się nie podaje do stołu. Ale też przy okazji nie znikam z łóżka w środku nocy i nie wracam do niego śmierdząca brudnym psem. To na pewno plus, zwłaszcza, że któregoś razu mogłabym nie wrócić. Tak jak nie wraca Natasza, gdy Siergiej w przypływie złości/nieostrożności/głupoty (niepotrzebne skreślić) wrzuca do ognia znalezioną na jej ubraniu sierść. Dlaczego zniknęła? Nie wiadomo. Jak ją odzyskać? Nie wiadomo. Wiadomo za to, że błąka się gdzieś w jednym z kilkunastu równoległych światów, w których historia niejednokrotnie zmienia swój bieg i wszystko może się jeszcze zdarzyć. W którym? No cóż... Nie wiadomo. Tak więc, chcąc - nie chcąc, będzie Sieriożka biegał po tych światach równoległych z aniołem pod prawą, i diabłem po lewą pachą. A to zawita do średniowiecznej Hiszpanii, a to do światu Asgardu, zahaczając też o świat wypełniony magią do granic możliwości. A w tej wiecznej bieganinie zmuszony będzie do walki z Puszczykiem, niespełna rozumu przemieńcem, który ubzdurał sobie, że Natasza należy się jemu. Moim sercem zawładnął oczywiście Ancyfer i Farmazon, z naciskiem na tego drugiego. Wprowadzanie przez autorów postaci diabłów i aniołów, wiecznie ze sobą walczących, wiecznie się ze sobą kłócących i traktowanie tego wszystkiego z humorem i odpowiednim dystansem jest dla mnie ogromnym plusem. Podobało mi się to u Sadowa, podoba i u Bielanina, i chyba u Bielanina nawet bardziej, bo tu się te ich cechy wymieniają tak zgrabnie, że tworzy się istna mieszanka wybuchowa, gdy anioł szykuje się do bójki, a diabeł nadstawia mu drugi policzek... Ok, z tym drugim policzkiem bez przesady, ale fakt faktem, że momentami można się pogubić w tym, który z nich jest tą jasną, a który ciemną stroną duszy Sierożki. Pozostając jeszcze przy temacie postaci: wielkie brawa za wprowadzenie uroczego chińskiego smoka Bot Siu, który wśród wrogów sieje pogrom, a dla przyjaciół jest tak słodki i uroczy, że aż cukier z niego ścieka. To zestawienie jego wielkości, siły i umiejętności z jednoczesną miłością do poezji i brakiem jakiejkolwiek poprawności językowej w tym co mówi sprawa, że wyobraziłam go sobie jako takiego kochanego, puchatego smoczka, do którego od pierwszych chwil chciałoby się przytulić. Dużą wagę Bielanin przywiązuje do poezji, której nadaje wręcz magiczną moc. Właśnie poezja jest tu największą bronią Sierożki, dzięki której radzi sobie z olbrzymami zamieszkałymi Jotunheim czy stadem wściekłych wilków. I o ile fanką samej poezji nie jestem, na ogół jej nie doceniam, rzadko kiedy rozumiem, o tyle w magię słowa wierzę bardzo mocno. I choć wypowiadając pewne słowa na głos nie sprawimy, że nagle wokół nas pojawi się grupa przyjaciół gotowych nas wesprzeć, to są słowa, które potrafią zmienić bieg wydarzeń, które potrafią nam pomóc lub nas pogrążyć. W Mojej żonie wiedźmie wszystko dzieje się szybko, akcja nie zwalnia ani na minutę, za to autor wydaje się być niekończącą się kopalnią nowych, zaskakujących pomysłów, które dodatkowo urozmaica przez liczne odniesienia do historii czy mitologii. A cała historia doprawiona jest taką dawką dobrego humoru, że nie sposób choć raz przy lekturze nie wybuchnąć śmiechem. Kolejne spotkanie z rosyjską fantastyką uważam za bardzo udane, na pewno spotkamy się jeszcze nie raz. Andriej Bielanin, Moja żona wiedźma, Lublin, Fabryka Słów 2009. *Tamże, s. 453.
sobota, 20 sierpnia 2011
Flossia Naren to mag-justycjariusz, mag niezależny, czy też, bardziej po naszemu, mag śledczy. Jest cholernie dobra, o czym świadczy chociażby zaufanie samego króla czy fakt, że podawane przez nią rozwiązania nigdy nie są poddawane w wątpliwość. Przy okazji jej usługi są też cholernie drogie, co wynika oczywiście z tej pierwszej cechy. Jest też dość oschła, cyniczna, ironiczna i niezbyt sympatyczna, co właściwie też można tłumaczyć jej profesjonalizmem. W końcu przy tak dobrym zmyśle obserwacji, umiejętności wyciągania prawidłowych wniosków i rozwiązywania spraw niedorozwiązania może sobie pozwolić na taką arogancje. Zwłaszcza, że jak się okazuje jest ona raczej na pokaz, bo w głębi serca Flossia jest magiem całkiem ludzkim. Swoją drogą co by nie mówić w porównaniu ze swoim dziadkiem wypada nadzwyczaj miło. Każdy z rozdziałów jest jakby zupełnie inną sprawą, którą nasza bohaterka próbuje rozwiązać, zazwyczaj z powodzeniem zresztą (jest cholernie dobra i cholernie droga, pamiętacie?). Czasem prowadzi śledztwo zupełnie sama, czasem z pomocą żołnierzy króla, a czasem w towarzystwie dość ciapowatego porucznika Laurinne’a. Jest tu więc sprawa pisarza, w którego domu zaczynają się dziać dziwne rzeczy – zupełnie jak w jego książkach, z nawiedzaniem go przez duchy na czele. Jest rozprzestrzeniająca się z prędkością światła zaraza tirety, bardzo poważnej choroby, zbierającej obfite plony, a uznanej początkowo za czerwoną febrę. Jest kradzież koni przez tajemniczego osobnika, który z całą pewnością ma opanowane chociażby podstawy sztuki magicznej. I wszystko byłoby ok, bo i kreacja głównej bohaterki mi się spodobała i rozwiązanie spraw z reguły okazywało się dla mnie sporym zaskoczeniem, tylko że jakoś zabrakło mi magii. I to nie tylko tej książkowej, choć i jej jest jak na mój gust troszkę za mało, ale i tej między mną a książka. Nie porwała mnie zupełnie, nie wciągnęła, nie wywołała niekontrolowanych wybuchów śmiechu, na które tak liczyłam. W dodatku te poszczególne sprawy… Hmm, no niby coś tam je łączyło, ale tak naprawdę niewiadomo za bardzo co. Czasem miałam wrażenie, że autorka wprowadza nowe miejsca i nowe postacie zupełnie bez sensu, żeby zapełnić miejsce, czy jak. Szkoda, miałam nadzieję na niezłą przygodę, przedłużoną o mający niedawno premierę drugi tom, a dostałam mocno przeciętną powieść i wątpliwości co do tego czy warto poświęcić czas na kolejną część. Ocena: 3/6 Kira Imajłowa, Mag niezależny Flossia Narren. Część I , Lublin, Fabryka Słów 2011.
niedziela, 24 października 2010
Ale zacznijmy od początku, choć ten akurat do najlepszych nie należy. Otóż już na samym wstępie poznajemy wspomnianą przeze mnie Olgę, studentkę filologii hiszpańskiej. Biedną jak mysz kościelna, albo może raczej jak po prostu... studentka, i wątpiącą w swoją dalszą karierę, bo do czego właściwie ukończenie tego właśnie kierunku mogłoby się jej przydać? Zresztą pojawiają się również problemy związane z tą studencką biedą, kiedy to człowieka nie stać chociażby na opłacenie kolejnego semestru. W każdym bądź razie problemy dziewczyny zostają rozwiązane równie szybko, jak się pojawiają, a na rozmyślania nad własną egzystencją nie pozostaje jej wiele czasu, bo oto ni z tego, ni z owego zjawia się psychopata usiłujący poderżnąć jej gardło. I tu następuje magiczne szast-prast, dzięki któremu nasza bohaterką trafia do Ortanu. Może nie tylko dzięki temu szast-prat, bo trochę przykłada do tego rękę także wiecznie eksperymentujący z magią Mafiej, książe-elf. I tu już zaczyna się jazda bez trzymanki, pojawiają się coraz to lepsze postacie, poznajemy masę historii nie z tej ziemii i żałujemy, gdy nieubłaganie zbliżamy się do końca lektury, mając jednak nikłą nadzieję, że wydawnictwo chętnie przetłumaczy kolejny tom cyklu. Spodziewałam się, miałam nadzieję, w głębi serca naprawdę czułam, że czeka mnie książka zabawna i pełna zaskakujących zwrotów akcji, ale żebym miała ochotę wybuchnąć śmiechem w poczekalni u lekarza, pełną ludzi ze zbolałymi minami? Tego naprawdę nie oczekiwałam, ale sami powiedzcie jak można usiedzieć spokojnie, gdy spotykamy króla ujaranego do tego stopnia, że widzi różowe słoniki? Dobra, król palący fajkę jest całkiem ok, popijający winko czy wódkę, czemu nie, ale króla popalającego trawkę nie miałam okazji spotkać jeszcze w absolutnie żadnej powieści! Choć nie jest też wcale tak, że cała książka jest do śmiechu, są i te smutne momenty, jak to i w życiu bywa, i w tym miejscu przedstawić należy Żaka, królewskiego błazna i przyjaciela, który choć na codzień zajmuje się właśnie rozśmieszaniem to nosi w sobie historię tak straszną i przejmująco smutną, że aż miałoby się ochotę go przytulić. Tak więc Pankiejewa przedstawia nam historie Olgi, Żaka, króla Szellara i jego wstąpienia na tron, a także królewskiego kuzyna Elmara do szaleństwa zakochanego w pięknej nimfie, którą w naszych czasach nazwalibyśmy raczej nimfomanką. Do tego dodaje wiedźmę rzucająca uroki, a raczej złote pajęczyny i parę morderców, która ją ściga, a która choć darzy się nienawiścią tak wielką, jak stąd na koniec świata i z powrotem, to zmuszona jest pracować razem, mało tego, zmuszeni są również w ramach tej pracy udawać wzorowe, kochające się małżeństwo. Zresztą to o czym piszę to tylko niewielka część postaci tak barwnych, że nie jestem nawet w stanie wskazać swego faworyta, a to mi się rzadko zdarza. To idealna powieść dla osób, które w książkach szukają przede wszystkim rozrywki i to takiej stojącej na najwyższym poziomie, choć zdaję sobie sprawę, że co delikatniejszych czytelników razić mogą rzucane co jakiś czas wulgaryzmy, tyle, że moim zdaniem tu akurat wpasowują się naprawdę doskonale. Nie muszę chyba dodawać, że polecam? Ocena: 5,5/6 Oksana Pankiejewa, Przekraczając granice, Lublin, Fabryka Słów, 2010.
piątek, 24 września 2010
Jeżeli całość rosyjskiej fantastyki prezentuje się tak jak Rzecz o zbłąkanej duszy to właśnie dzięki tej pozycji zdobyła ona swojego kolejnego, wiernego fana. Bo ta książka jest naprawdę świetna, pełna humoru i już nie mogę się doczekać spotkania ze Spadkobiercą Zakonu, czyli drugą książką Siergieja Sadowa. Ezergil wywodzi się ze znakomitego rodu szanujących się diabłów. Ale niestety w każdej rodzinie zdarzyć się musi ta nieszczęsna „czarna owca”, którą w tym przypadku jest Monterrey, wujek Ezergila i jednocześnie jeden z najlepszych aniołów, jakich można znaleźć w raju. To właśnie on, prawie w ostatniej chwili, znajduje bratankowi zadanie na letnie praktyki, który ten musi odbyć, aby znaleźć się w następnej klasie. Zdziwieni? Ja też byłam zdziwiona, czytając o tym, że zarówno diabły, jak i anioły muszą ukończyć kilka klas szkoły, aby móc chociażby posługiwać się ogonem, w pierwszym przypadku, czy skrzydłami w drugim. Tak więc Ezergil za sprawą wujka i tęskniącej za ukochanym synkiem zbłąkanej duszy, a także ojca – pijaka tegoż synka, w ramach letnich praktyk zmuszony jest udać się nie tylko do raju, ale i na ziemię, gdzie w zaliczeniu praktyk zmuszony będzie współpracować z Aloną – aniołem, wysłanym tu także w celu zaliczenia praktyk. A że trójkowy, a przy tym dość bezczelny i potrafiący walczyć o swoje anioł i diabeł – kujon mający od czasu do czasu prawdziwe wyrzuty sumienia są dość niezwykłymi osobowościami samymi w sobie, Nawet we mnie, diable, serce ścisnęło się od tych słów, ale ojciec Aloszy nie był czartem, był człowiekiem, zatem jego serce pozostało niewzruszone**. Mamy więc już idealną mieszankę wybuchową potrafiąca zająć człowieka na kilka(naście) godzin. Do tego dochodzi niesamowite poczucie humoru, bo dzięki co niektórym, a właściwie dzięki większości odzywek Ezergila uśmiałam się jak głupia. Ale to nie tylko książka do śmiechu, bo od czasu do czasu może nam się zakręcić łezka w oku, w końcu ludzkie życie to nie sama rozrywka. Dodatkowo też Sadow zmusza nas w pewien sposób do zastanowienia się nad własnym życiem, człowieczeństwem i tym co czeka na nas po drugiej stronie. Co się tyczy tego ostatniego, mnie jego teorie bardzo się podobają. Nawet najbardziej niewierzący z nas w głębi duszy wierzy, że tam, poza granicą, mimo wszystko coś jest...*** Podsumowując, zazdroszczę autorowi niesamowitej wyobraźni i masy świetnych pomysłów. Napisać książkę, która liczy sobie prawie osiemset stron, a każda z nich przynosi coś nowego, przy czym czytelnik nie czuje się ani trochę znudzony, wręcz przeciwnie, mknie przez kolejne rozdziały, zatrzymując się na trochę przy ostatnich, bo szkoda, że to już koniec, to naprawdę nie lada sztuka. Ocena: 5/6 Siergiej Sadow, Rzecz o zbłąkanej duszy t. 1 i 2, Lublin, Fabryka Słów, 2008. * t. 2, s. 206. ** t. 1, s. 176 *** t. 2, s. 241 |
Archiwum
Zakładki:
*
Całkowita liczba wyświetleń
Dla czytelnika
Mole książkowe
Strony autorów
Współpracuję
Wyzwania
Tagi
Czytadełko on Google+ |