Wpisy z tagiem: Polska

niedziela, 20 maja 2012

Ależ mnie wciągnęło! Od pierwszych stron niemalże. Wciągnęło, zainteresowało, zaskoczyło, poruszyło i wywołało ogrom emocji, nie zawsze tych pozytywnych. Ja się w ogóle zastanawiam, jak to się stało, że do tej pory nie trafiłam na żadną inną książkę tej autorki, bo teraz na pewno sięgnę po więcej.

Wiecie do czego doprowadzić może fatalne zauroczenie? Ano na przykład do tego, że ciapowaty facet, weźmie się w końcu w garść, zechce zmienić swoje życie i chcąc poderwać całkiem niebrzydką starszą (od siebie, bo ogólnie nadal młodą) kobitkę zamieni się w detektywa... co niekoniecznie będzie jego najlepszym pomysłem. Jaro zostaje bowiem przez ową kobitkę, Ilonę, poproszony o odnalezienie jej byłego męża i odzyskanie jej własności, która pozwoli na poprawienie życiowych standardów jej i dwóch uroczych córek. I Jaro, owszem, znajduję jej męża (noo, nie sam oczywiście, bo fajtłapa z niego straszna, ale przy pomocy kochanej babci) tyle, że znajduje go przywiązanego do krzesła i w kałuży krwi. Niedługo potem dostaje też kolejne zadanie. Ginie bowiem matka jednej z koleżanek Ilony i dobrze by było, gdyby ktoś ją w końcu odnalazł, skoro policja sobie nie radzi. W dodatku ktoś zaczyna znęcać się nad podwórkowymi kotami, które babcia Halinka z watahą koleżanek regularnie dokarmiają. Na pozór nic nie łączy tych trzech spraw. Na pozór...

Niewątpliwą zaletą powieści Fryczkowskiej są postacie przez nią stworzone. Oczywiście, prym wiodą główni bohaterowie. Siedemdziesięcioletnia Halina z miejsca wzbudza naszą sympatię, a ciapowaty Jarcio, pielęgnujący w sobie wciąż małe, odrzucone dziecko, sprawia, że mamy ochotę się nim zaopiekować. Ale warto też zwrócić uwagę na postacie drugoplanowe, zwłaszcza na kobiety i szereg problemów z jakimi muszą się one zmagać. Bo tego znajdziemy w powieści multum, bowiem jej karty zajmują kobiety samotne, porzucone, żyjące w związkach bez miłości, romansujące w tajemnicy przed światem i najbliższymi przyjaciółmi, szukające ciepła i zrozumienia, rozwiedzione, opuszczone, zmuszone do podejmowania zgubnych w skutkach decyzji. One właśnie są siłą tej książki i sprawiają, że jest ona czymś więcej niż zwykłym kryminałem.

Mimo lekkości stylu, dzięki któremu po kolejnych stronach mknie się z prędkością światła, fabuła już wcale taka lekka nie jest. Pojawia się tu bowiem problem znęcania się nad zwierzętami, a nawet ich zabójstw i ja przy każdej takiej wzmiance odczuwałam niemalże fizyczny ból. Chciałabym wierzyć w to, że wszystko zostało wymyślone przez autorkę, że to tylko czysta fikcja, ale przecież wszyscy wiemy, jak jest i naprawdę ostrzegam osoby kotolubne, bo w książce znajduje się kilka dość drastycznych opisów, przy których zaciska się zęby ze złości i bezsilności.

Można by powiedzieć, że najnowsza powieść Fryczkowskiej to po prostu bardzo dobry, ale typowy kryminał z trupem w tle. Można. Ale dla mnie to też po trochu książka o tym, by nie patrzeć na świat przez pryzmat stereotypów oraz by, już z całą pewnością, nie stać z założonymi rękami i z milczącym przyzwoleniem traktować zło, które nas otacza.

Anna Fryczkowska, Starsza pani wnika, Warszawa, Prószyński i S-ka 2012.

poniedziałek, 07 maja 2012

Gdy umiera tato Andzi jej życie staje się zupełnie inne. Nie tylko dlatego, że nagle z dnia na dzień, zaczyna w nim brakować jednej z najważniejszych osób. Także dlatego, że ta druga najważniejsza osoba, jej mama, się zmienia. Traci gdzieś radość życia, nie potrafi znaleźć sobie miejsca. I mimo wysiłków tak ciężko jest jej przywyknąć do tego, że z rodziny trzyosobowej nagle zrobiła się dwuosobowa, niepełna.

W ich domu już nie słychać śmiechu, skończyły się wspólne spacery do parku, a dni stały się w tak smutny sposób szare. 

Choć wiele straciła, w życiu Andzi jest coś, a także ktoś, kto pomaga jej trudny czas przetrwać. Coś, czyli tajemnica, którą tato dziewczynki powierzył jej tuż przed śmiercią. Ktoś, czyli Jeremiasz, chłopiec, który się nie odwraca, który z dnia na dzień potrafił stać się przyjacielem. 

- Mamo, dlaczego nie było końca świata, kiedy tatuś umarł? - zapytała niedawno, zamykając komiks, w którym bohater ratował Ziemię przed zagładą.- Był koniec świata, kochanie - odpowiedziała mama - Ale nikt poza nami tego nie zauważył.*

Mimo ciężkiego tematu, książka zdaje się nie przytłaczać smutkiem. Nie przyprawia o wzruszenie, raczej wywołuje pewną nostalgię. Tęsknotę na tym co ulotne, czego nie da się zatrzymać. Ale też zwraca uwagę na te wartości, które powinny być w naszym życiu ważne. Rodzinę, miłość, przyjaźń. I przypomina o tym, jak ważne są drobne sprawy życia codziennego, jak smaczny, świeży sernik czy uśmiech na twarzy ukochanej osoby. 

Tekst uzupełniają piękne ilustracje Emilii Dziubak. Już dla nich samych warto książeczkę choć przekartkować. A jak już się to zrobi, to uwierzcie mi, nie sposób będzie się z nią zapoznać w całości.

[źródło]

Barbara Kosmowska, il. Emilia Dziubak, Dziewczynka z parku, Warszawa, Wydawnictwo W.A.B. 2012.

*s. 60-61.

wtorek, 17 kwietnia 2012

Jarosław Kret po raz pierwszy wylądował w Egipcie za sprawą studenckiego stypendium. Powitał go wtedy Zamalek, jedna z, nazwijmy to, dzielnic Kairu, w której spędził swą pierwszą noc. Noc, co trzeba dodać, bajkową, magiczną, pachnącą ciepłem i spokojem, cichą jak mało co. 

To jednak była tylko noc. A rankiem się zaczęło... Ryk klaksonów, zgiełk, kurz, miliony samochodów jeżdżących we wszystkie możliwe strony, bez żadnych zasad, wszechobecny chaos przywodzący na myśl tylko jedno pytanie, mianowicie czy ktokolwiek nad tym wszystkim panuje? A jednocześnie ludzie zaczepiający cię na każdym kroku z sympatycznym hello, welcome, how are you i where are you from, którzy nie oczekują... żadnej odpowiedzi. 

Dzięki książce pana od pogody jadąc do Egiptu będziemy znali najczęściej używane tam słowo, wiedzieli o tym, że każdy napotkany człowiek, może okazać się policjantem, bo jeżeli na ulicy spotyka się dwoje Egipcjan, możesz być pewien, że troje z nich jest policjantem* oraz orientowali się w zakresie obowiązków bawwaba obecnego w każdej napotkanej kamienicy. 

Dowiemy się też między innymi dlaczego w koptyjskich świątyniach nad lampami zawieszane są strusie jaja, czy w Egipcie naprawdę trzeba się targować, a jeśli tak to w jaki sposób to zrobić, by jak najwięcej zyskać i jednocześnie nie obrazić przy tym sprzedającego oraz czy nikab naprawdę stanowi symbol zniewolenia kobiety muzułmańskiej czy jest noszony z zupełnie innych powodów?

Kret w dość przyjemny, a często także zabawny sposób, serwuje nam obserwacje z targu wielbłądów, na którym miał okazję spędzić cały dzień czy wspomnienia z przepięknego wschodu słońca na górze Synaj. Chyba najpiękniejszego widoku, jaki w życiu oglądał. No, może poza równie zachwycającą, pełną barw rafą koralową, która dotknięta ręka człowieka nigdy już nie będzie taka sama jak kilkanaście lat temu. Jak wtedy, gdy zobaczył ją po raz pierwszy.

Autor momentami kpi sobie z turystów, których w ostatnich latach zdecydowanie się w Egipcie namnożyło, a którzy przyjeżdżają tam tylko po to, by zniszczyć co zastane, jeść wszystko jak leci, popijać to drinkami, a potem odchorowywać dwa kolejne dni, bo przecież za to właśnie zapłacili.

Egipt Kreta jest cudownym miejscem. Wielobarwnym, ciepłym, zachwycającym, a czasem bardzo zaskakującym. I choć zniszczony nieco ręką człowieka, choć niepozbawiony kilku wad, to nadal mocno przypomina istny raj na ziemi. Raj, do którego z chęcią każdy z nas by się udał.

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości portalu Lektury Reportera

Jarosław Kret, Mój Egipt, Warszawa, Świat Książki 2011.

*s. 59

poniedziałek, 26 marca 2012

Proszę Państwa, oto audiobook w najlepszej jego postaci. Audiobook, który bez wahania mogłabym polecić wszystkim tym, którzy mają jakiekolwiek obiekcje przez rozpoczęciem swej przygody z książką do słuchania. Ponad stu najbardziej znanych polskich aktorów, udzielających głosów poszczególnym bohaterom, mnóstwo doskonałych efektów dźwiękowych i ponad dwadzieścia dwie godziny dobrej zabawy. Przesłuchanie go w całości, biorąc pod uwagę, że Narrenturm słuchałam tylko w drodze do i z uczelni oraz podczas nielicznych (jeszcze wtedy za sprawą kiepskiej pogody) spacerów, zajęło mi ponad trzy tygodnie. Ale uwierzcie, warto było!

Wszystko zaczyna się właściwie dość kiepsko. Oto mamy mocno rozbudowaną scenę seksu Reinmara z Bielawy i Adeli de Stercza, w której bohaterka jęczy tak, że uszy puchną, a my zastanawiamy się czy słuchanie w tramwaju pełnym ludzi było aby na pewno dobrym pomysłem, bo przecież jak ktoś te jęki płynące z słuchawek usłyszy, to pomyśli, żeśmy nienormalni całkiem. Nic to, nie warto się zrażać, trzeba to przesłuchać, albo te fragmenty pominąć, bo później jest już coraz lepiej. Otóż okazuje się bowiem, że Adela, mając już własnego męża, którym Reinmar z całą pewnością nie jest, nniewątpliwie nie powinna się znaleźć z nim w łóżku, co uświadamiają obydwojgu kochanków bracia wspomnianego męża, którzy w owym łóżku ich przyłapują. I tu się zaczyna ostra jazda, krzyki, płacze, pościgi, ucieczki i ogólne, że tak powiem, mordobicie, z ofiarami śmiertelnymi zresztą. 

Fabuła właściwie jest dosyć prosta. Jeździ ten Reynervan po całym Śląsku, co rusz z innym towarzyszem, spotykając wreszcie prawdziwych przyjaciół, gotowych pójść dla niego w ogień (choć żaden się przecież do tego nie przyzna), od którego to momentu jeżdżą sobie razem, w trójkę. Mota się nasz bohater między tym co podpowiada mu rozum, a więc ucieczką na Węgry, doradzaną mu przez każdą napotkaną, choć ciut przychylnie nastawioną mu duszę, a tym, co mówi serce, czyli akcja mającą na celu odzyskanie ukochanej i wyrwanie jej niemalże z rąk wrogów (u których może niekoniecznie jest jej aż tak źle, jak biedny, naiwny Reinmar sądzi). Co rusz wdaje się w bójki, napotyka z każdej strony na niebezpieczeństwa, a Sterczowie dosłownie depczą mu po piętach. Między jedną bójką, a drugą, Sapkowski zaś raczy nas paroma historycznymi faktami, spotkaniami ze znanymi postaciami (tu warto wspomnieć chociażby o przypadkowym spotkaniu z Janem Gutenbergiem, który właśnie pracuję nad ruchomą czcionką i podczas którego mamy okazję wysłuchać krótkiej dyskusji na temat tego, czy możliwość powielania pewnych dzieł - chociażby ksiąg świętych, na pewno może przysłużyć się ludzkości, czy też pewien odcinek drogi pokonany przez Reinmara w towarzystwie Zawiszy Czarnego, opowiadającego o bitwie pod Grunwaldem) i paleniem na stosie, co gorszych przeciwników chrześcijaństwa, wyznawców Jana Hussa, a czasem po prostu kogo się nawinie. 

Ta prostota jednak, ta zwyczajna wydawałoby się powieść drogi, w połączeniu z bardzo dokładnie rozbudowanym tłem historycznym i odrobiną magii, z tą dbałością o wszystkie szczegóły, w końcu jednak musi zachwycić. 

Przy okazji niesamowita jest ta przyjaźń, która chcąc czy nie chcąc rodzi się pomiędzy Reynevanem, Szarlejem, a Samsonem Miodkiem. To, że w najgorszych sytuacjach mogli na sobie polegać i że choć każdy zapierał się jak mógł, udowadniając jaki z niego przebrzydły egoista, to tak czy siak, nie zostawiali się w potrzebie. Był nawet taki fragment, kiedy idąc na przystanek, droga przed oczami zaczęła mi się rozmazywać, bo tak się wzruszyłam. 

Z całą pewnością mogę stwierdzić, że nie sięgnęłabym po tę książkę w wersji papierowej. Słyszałam o niej wcześniej wiele razy i owszem, nazwisko autora znane jest chyba każdemu, ale mnie po prostu odstraszają setki dat, miejsc i nazwisk. Już sam fakt, że powieść ta stoi gdzieś tam na pograniczu powieści historycznej i fantasy sprawił, że się wzdrygałam. A nawet jeśli by się tak zdarzyło, że Narrenturm trafiłoby do moich rąk, nie sądzę, że byłabym w stanie je doczytać. A jednak... jako audiobook wypada właściwie idealnie. Setki różnych głosów, odpowiednia intonacja, krzyki, jęki, śpiewy chórów kościelnych, mnóstwo rozmaitych odgłosów. Od bitew, uderzania o siebie mieczy, łamanie kości, poprzez tętent kopyt, trzaskanie ognia w kominku, silniejszy wiatr, aż do dźwięków towarzyszących chociażby pojawianiu się tajemniczego pomurnika, które sprawiają, że czujemy ciarki na plecach. To wszystko niesamowicie pobudza wyobraźnie, na tyle, że pewnego dnia wracając późno do domu i mając na uszach słuchawki, zaczęłam się obsesyjnie rozglądać wkoło siebie. 

Minusy? Owszem są. Na przykład ciągnące się w nieskończoność obrad czy to Husytów czy też Ślązaków. I wtrącenia po łacinie. Dla mnie to było ogromne utrudnienie, bo nie miałam książki przed oczami, nie mogłam sprawdzić danego wyrażenia w słowniku, nie mogłam zajrzeć do przypisów, byłam w tym przypadku zdana całkowicie na łaskę lektorów, którzy tłumaczenia łaciny postanowili zgrabnie omijać. Kolejny minus, który może okazać się dość uciążliwy to bardzo długie rozdziały. Każdy rozdział to godzina lub półtorej słuchania, ja miałam wszystko zgrane na ipodzie, więc włączałam dokładnie w tym miejscu, w którym skończyłam słuchać, a jednak... przy słuchaniu na przykład na komputerze to może być bardzo niewygodnie. No ale, czasem pewne rzeczy trzeba po prostu przeboleć.

Czy sięgnę po kolejne części? Pfff, pytanie! Jasne, że sięgnę. Ale tylko jeśli zostaną wyprodukowane w ten sam sposób. Tak więc czekam, z nadzieją, i z niecierpliwością na Bożych bojowników, z tymi samymi głosami w rolach głównych. 

Audiobook zaś można pobrać tutaj, do czego naprawdę gorąco zachęcam. 

Andrzej Sapkowski, Narrenturm, Polskie Radio 2009

czyta: zespół aktorów

poniedziałek, 19 marca 2012

Zazdroszczę przeogromnie tym ludziom, którzy mając w domu już jednego psa i jednego półkota (dzielonego właściwie z sąsiadka zza płotu) mogą sobie pozwolić na przygarnięcie jeszcze jednego stworzenia. I to jakiego! Chyba każdy kojarzy wygląda doga niemieckiego. No właśnie. Otóż Fijałkowscy zdecydowali się na przygarnięcie zaledwie dwuletniego psiaka, który na zbliżeniu wyglądał jak piętrowa kamienica z pyskiem zamiast bramy*. W ten sposób w domu Jędrzeja i PAni śmierdząc wiec jak śmierdzi sfermentowana bieda ze śmietnika**, pojawił się Emil. 

Najpierw była długa droga nad morze, potem przeprawa z tym śmierdzącym czymś w samochodzie przez kilkaset kilometrów, a w końcu to, co wysiadło, było tak rozpaczliwie smutne i zrezygnowane, patrzące z żałością na świat, zdeptane, zgaszone, z pokoślawionymi nogami, wpadniętymi, niedowidzącymi oczami, z ogonem ciągnącym się po ziemi niczym zszargany tren, ze śladami pogryzienia na grzbiecie, chude, zaniedbane... i cuchnące jak zatkany rynsztok***. Trzeba więc było się jakoś zająć tym zwierzęciem, żeby na powrót odzyskało radość z życia, przysługującą każdego boskiemu stworzeniu. Początki były ciężkie. Brak akceptacji między psami, które nagle nie wiadomo dlaczego zmuszone były nawzajem się chociażby tolerować. Drzwi odrapane do granic możliwości. Przeraźliwe wycie po każdym wyjściu właścicieli z domu, choćby zniknęli na zaledwie pięć sekund. Strach Emila przed tym, że znów zostanie opuszczony. I kończąca się powoli cierpliwość właścicieli...

Pochłonęłam tę książkę (dosłownie!) w kilka godzin. Na przemian śmiałam się w głos i ocierałam łzy wzruszenia. Raz nawet wybuchnęłam płaczem, gdy w którymś z rozdziałów autor wspomniał o suczce collie, która tak długo czekała w schronisku, bez żadnej nadziei, że gdy w końcu ktoś postanowił ją przygarnąć zwyczajnie pękło jej serce, z tej radości. Emil to mimo łatwej formy, bardzo mądra książka. Pokazująca to jak bardzo zależne są od nas zwierzęta. Pokazujące to, jak bardzo oddani są ludzie pracujący czy to w schroniskach, czy w fundacjach zajmujących się ratowaniem zwierząt, w jakikolwiek sposób skrzywdzonych. 

Mimo zapewnień autora, jakoby za zwierzętami zbytnio nie przepadał, a do styczności z nimi, był przymuszany tylko i wyłącznie przez słynącą ze swego miłosierdzia PAnię, z każdej strony tej książki wyziera też przeogromna dawka miłości. Miłości jak najbardziej odwzajemnionej zresztą, bo nie tylko Fijoł kocha Emila, ale i Emil darzy swojego pana tak wielkim uczuciem i oddaniem, że gotowy jest za nim łazić krok w krok, nawet jeśli zmierzają właśnie w kierunku toalety.

Dla pewności, dodam tylko, że książkę polecam z całego serca. To dobry humor, mnóstwo ciepła i optymizm w najczystszej postaci.

Ach... i jeszcze jedno! Wiecie, jaki jest szczyt niemożliwości? Ujrzeć Emila bez gila****.

Jędrzej Fijałkowski, Emil, czyli kiedy szczęśliwe są psy - szczęśliwy jest cały świat, Poznań, Zysk i S-ka 2009.

*s. 23

**s. 9

***s. 27

****s. 154

czwartek, 15 marca 2012

Czy po samym zapachu da się określić, gdzie, w jakim kraju, a może nawet mieście właśnie się znajdujemy? Pamiętam, że gdy byłam młodsza, ilekroć wracaliśmy z wakacji, rodzice po zapachu wyczuwali, że za chwilę wjedziemy do Wrocławia, bo już czuć... smród spalin. Do dziś nie wiem, ile w tym było prawdy, ja nigdy nie wyczuwałam tej różnicy. Wyczuwam ją natomiast będąc z dala od miasta, nad morzem, nad jeziorem, ba, wyczuwam tę różnicę w powietrzu siadając chociażby na działce, wchodząc do parku. Ale ja przecież nie o sobie miałam...

Świat w zasięgu nosa to zbiór dziewięciu wywiadów i ciekawostek wyciągniętych z dziesiątego, który jednak nie został opublikowany w całości. Wśród rozmówców właściwie same sławy. I tak, Robert Makłowicz opowiada o aromatach Skandynawii, Włoch, Francji czy Słowenii, która okazuje się być prawdziwym tyglem zapachowym. Wojciech Cejrowski, jak zwykle z humorem, przybliża nam woń amazońskiego deszczu, drewnianego dymu czy gazety, którą pachnie poranna Kolumbia. Martyna Wojciechowska zabiera nas w podróż do Azji, próbując przybliżyć jej specyficzny zapach... religijności. Urszula Dudziak mówi o tym, jak w samym centrum Manhattanu udało jej się poczuć odrobinkę Tatr i jak to możliwe, że swąd tragedii z 11 września rozwiał się po całym Nowym Jorku. Beata Pawlikowska zdradza w jaki sposób przechowuje w domu zapachy przywiezione z podróży. Mateusz Kusznierewicz opisuje woń powietrza, unoszącego się nad oceanami. Wiktor Bater przyznaje, że w rosyjskiej restauracji ciężko jest wyczuć zapach spożywanej właśnie potrawy, gdyż wszystko przesiąknięte jest papierosowym dymem. Artur Orzech udowadnia, że Bliski Wschód to nie tylko pachnący bukiet kwiatów i przypraw. Jarosław Kret natomiast opowiada o tym, jak to na Madagaskarze udało mu się odnaleźć aromat polskiego chleba z lat 50. 

To wszystko może brzmieć ciekawie i pachnąco, czegoś mi jednak w tej książce zabrakło. Po takim tytule spodziewałam się odrobinki magii. Tego, że rozmówcy dadzą radę opisać te wszystkie zapachy w taki sposób, bym ja, siedząc w zaciszu własnego pokoju, była w stanie je poczuć. Zachwycić się nimi, zachłysnąć. Bym rozmarzyła się przy zapachu porannej kawy, wiatru znad oceanu czy świeżo wypieczonego chleba. Albo bym wzdrygnęła się chociażby na myśl o wszechogarniającym zapachu cebuli, której naprawdę nie cierpię. Nic takiego się nie stało, żadnych emocji nie było. Świat w zasięgu nosa przeczytałam szybko, to fakt, zresztą myślę, że spory wpływ na to miała dość duża czcionka, ale myślę, że w tym przypadku wygrywają książki napisane osobiście przez Cejrowskiego czy Wojciechowską.

Katarzyna Skawska, Krzysztof Świdrak, Świat w zasięgu nosa, Warszawa, National Geographic 2009.

wtorek, 06 marca 2012

- Aniu, co dla ciebie znaczy "kochać"?
Bawię się koronką przy rękawach.
- To znaczy, że nie czuje się strachu.

Z wielką niecierpliwością czekałam na tę książkę. W końcu wiedziałam już czego mniej więcej mogę się po Wardzie spodziewać. I przez tą wiedzę, nie ukrywajmy, bardzo mocno podniosłam jej poprzeczkę. A autorka? No cóż, mało tego, że ją przeskoczyła. Ja w dodatku mam wrażenie, że zrobiła to bez najmniejszego wysiłku. 

Aaron i Ania to rodzeństwo właściwie idealne. Takie, które poszłoby za sobą, nie tylko na koniec świata, ale nawet i w ogień. Takie, które byłoby w stanie dla siebie nawzajem zrobić wszystko. Takie, które każdy z nas chciałby mieć.

I na tym wszystkie plusy się kończą, bo ich życie okazuje się jednym wielkim pasmem nieszczęść. I nawet poświęcenia, jakich są w stanie dokonać nie mogą tego zmienić. Matka, tkwiąca w depresji odkąd pamiętają, nieżyjący ojciec, który swoją drogą też miał swoje za uszami, ciotka, z jednej strony pragnąca nieść pomoc, a z drugiej patrząca na krzywdę z tak brutalną obojętnością, że serce się kraja i jej facet, najgorszy koszmar. 

Warda mocno gra na emocjach czytelnika. Wywołuje wstręt, oburzenie, współczucie, złość i taką beznadziejną bezradność. Wywołuje okropne wyrzuty sumienia, gdy zaczynamy sobie przypominać, że tak, gdzieś tam, kiedyś i w naszym otoczeniu był ktoś kto wyglądał i zachowywał się dziwnie, ktoś kto zawsze stał na uboczu. Jej opisy są bardzo sugestywne i choć nie o wszystkim pisze wprost to jednak robi to w taki sposób, że bez problemu byłam w stanie wyobrazić sobie najgorszą ze scen.  

Autorka stworzyła swe postacie w tak doskonały sposób, że aż chciałoby się, żeby gdzieś tam coś zazgrzytało, bo niemalże wchodzimy w skórę bohaterów, czujemy ich lęk, ich przerażenie, czujemy przejmujący ból, chcemy uwolnić się od tego wszystkiego, co ich spotyka. 

Wiem już, jak to jest, kiedy boli. Wiem, jak to jest, kiedy twoje ciało uderza o ścianę, kiedy nie masz nad nim kontroli, kiedy w gardle więźnie ci krzyk, łamiesz paznokcie, szorując nimi po podłodze, kiedy chcesz się bronić i nie moższ. Albo wtedy, gdy ktoś wbija ci kolano w plecy tak, że nie można się ruszyć, bije pięścią między łopatki, aż huczy ci w głowie, szarpie za włosy i wydaje komendy, których nie chcesz, naprawdę nie chcesz wykonać, ale musisz, bo inaczej wszystko będzie boleć o wiele bardziej. Już wiem.*

Pozwolę sobie pominąć zachowania zarówno Cecylii Budzisz, matki rodzeństwa, jak i ich ciotki Gabrysi, bo jakby mimochodem zwróciłam uwagę też na coś zupełnie innego. Uderzyło mnie to, jak mało w gruncie rzeczy mogły zrobić osoby postronne, nawet jeśli w jakiś sposób próbowały rodzeństwu pomóc. Jak wybrać co byłoby dla nich odpowiednie? Czy lepiej byłoby pozostawić Aarona i Anię w chorej sytuacji czy zgłosić ich przypadek do odpowiednich władz i rozdzielić ich, być może na zawsze?  

Jeszcze długo po skończeniu czytania, ile razy pomyślałam o tej książce, chciało mi się płakać. Nad losem tych dzieciaków, których ktoś z ogromną łatwością pozbawił tego, co w życiu najpiękniejsze. Ale też najbardziej dlatego, że choć Dziewczynka, która widziała zbyt wiele jest czystą fikcją, to ta historia mogła zdarzyć się naprawdę.

Małgorzata Warda, Dziewczynka, która widziała zbyt wiele, Warszawa, Prószyński i S-ka 2012.

*s. 36.

**s. 157.

poniedziałek, 05 marca 2012

Premiera już 7 marca!

Na okładce widnieje pewien napis: każda z nas ma swoje Różany. Och, jakże bym chciała w to wierzyć! Jakże chciałabym wierzyć, że gdzieś tam na przedmieściach czeka mój własny dworek (może to być i mały biały domek), z pięknym ogrodem, zadbanym przez cały rok, w lecie dającym schronienie i miejsce idealne do wypoczynku oraz ludźmi, na których zawsze mogę liczyć. Bo takie właśnie są Różany, położone pod Krakowem. Różany to miejsce, w którym czas się zatrzymał. Skrywające pewne tajemnice, przesiąknięte cudownymi zapachami, posiadające nawet swoją zjawę, nękającą niewiernych mężczyzn! Co tu dużo pisać, Różany to miejsce przypominające po prostu raj, z którego Zosia, główna bohaterka brutalnie została wygnana. W dodatku przez osobę, którą kocha najbardziej na świecie...

Ilekroć pomyślę o Drodze do Różan mam ochotę się uśmiechnąć. Bo to właśnie tego typu opowieść, bardzo przyjemna, do uśmiechnięcia się, nie śmiechu, nie parskania pod nosem, ale zwykłego ciepłego uśmiechu i odrobinki blasku w oczach. Bogna Ziembicka przeniosła nas do Różan, poprowadziła po uliczkach Krakowa i zapoznała z bohaterami tak interesującymi, że ciężko było ten jej świat opuścić. Co ważne, każda z jej postaci wywołała we mnie jakieś tam emocje. Od wielkiej sympatii, wywołanej szczególnie przez Mariannę, odrobinkę cyniczną czterdziestolatkę, parającą się magią po godzinach, ideał przyjaciółki, o tak wielkim sercu, że dałaby radę zmieścić tam cały świat, zaczynając, poprzez odrobinę współczucia, chęć pomocy, aż do zdenerwowania, a nawet wielkiej wściekłości, bo ile razy na kartach książki pojawiał się Krzysztof, tyle razy miałam ochotę rzucić nią w kąt pokoju.

Zafascynowała mnie historia niani Zuzanny, czekałam z niecierpliwością na te rozdziały poświęcone latom przedwojennym, na to co się zdarzy. A raczej co już się zdarzyło, jak to się stało, że mieszka w Różanach niemal od zawsze, że niemal od zawsze związana jest z rodziną Boruckich, na tyle, że Zosia, nasza główna bohaterka nie wyobraża sobie bez niej życia. Byłam strasznie ciekawa jak się rozwinęła jej miłość do Piotra, czy też dostała swoją szansę, jak to się wszystko potoczyło. No i cóż, napiszę tylko, żę każdy kolejny fragment okazywał się dla mnie coraz większym zaskoczeniem. 

Żeby jednak nie było, że tylko chwalę i się zachwycam, dostrzegam tu też kilka wad. Na przykład to, że na samym początku autorka zasypuje nas niemal ogromem postaci, w którym ciężko się połapać. Inna sprawa, że mam wrażenie, że kilka z tych postaci pojawiło się w powieści troszkę na siłę i niewiele tak naprawdę wniosły do powieści, przykładem niech będzie Paulina, która zawitała do Różan wraz z grupą Niemców i... więcej już na kartach książki się nie pojawiła. 

No i największa wada... Główna postać. O ile w trakcie całej lektury jakoś na tą Zosię i jej niezbyt mi przyjazny charakter przymykałam oko, o tyle dochodząc do końcówki, tak mnie ta jej dziecięca naiwność i totalna obsesja na punkcie Krzysztofa zaczęła drażnić, że miałam ochotę palnąć jej w łeb. Mam takie wrażenie, że autorka sama nie bardzo wiedziała na co się zdecydować, czy stworzyć bohaterkę dojrzałą i odpowiedzialną czy może naiwnego podlotka. Koniec końców wyszła z tego niby dorosła, bo trzydziestoletnia kobieta, a jednak z głową nabitą marzeniami i fantazjami, jakąś wizją świata idealnego, jak piętnastoletnia dziewczynka, która wierzy jeszcze w to, że ludzie są dobrzy, a jak się kogoś kocha, to absolutnie nic nie ma prawa stanąć na przeszkodzie na drodze do stworzenia związku idealnego. 

Droga do Różan to dobra książka, zwłaszcza jeśli weźmiemy pod uwagę, że jest powieściowym debiutem autorki. Nie uchroniła się przed kilkoma błędami, panów raczej nie chwyci za serce, ale kobitki jak najbardziej może. Zwłaszcza te lubiące powieści pełne ciepła i zawiłych, ludzkich historii okraszonych odrobinką miłości i ogromną dawką ludzkiego dobra, wywołującego uśmiech na twarzy i miłe uczucie w głębi serca. 

Bogna Ziembicka, Droga do Różan, Kraków, Wydawnictwo Otwarte 2012.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 13
Tagi
Teksty umieszczone na stronie są mojego autorstwa,proszę o niekopiowanie ich bez mojej zgody!

Czytadełko
on Google+