Wpisy z tagiem: podróżnicza

wtorek, 17 kwietnia 2012

Wydaje mi się, że Włochy są wciąż i nieustannie jednym z tych krajów, który nas, Polaków niezmiernie fascynuje. To ta część Europy, w której wciąż z chęcią spędzamy urlop.

Ale nie tylko. Bo przecież uwielbiamy też czy to zwyczajnie oglądać piękne, włoskie krajobrazy serwowane nam filmach czy też czytać historie o ludziach, którzy porzucając wszystko, postanowili przenieść się na włoskie Capri czy do Apulii. Przewodnik autorstwa Tima Jepsona okazuje się więc świetną pozycją nie tylko dla tych, którzy planują podróż, ale także dla tych, którzy po prostu chcieliby się dowiedzieć czegoś więcej o ojczyźnie pizzy. 

Najpierw dostajemy południowe Włochy jako całość, w pigułce. Poczytamy więc troszkę o ich historii i kulturze, o krajobrazie i gospodarce, oraz o różnicach pomiędzy Włochami południowymi i północnymi, po to, by następnie przejść do tej jednej, konkretnej części południa, która interesuje nas najbardziej czy też poczytać o każdej z nich z osobna. Każdy z regionów, poczynając od Neapolu, poprzez wybrzeże Amalii, Apulię, Kalabrię i Bascilicatę aż po Sycylię i Sardynię został opisany dość dokładnie, a autor przyłożył się mocno do opisu tych miejsc, które koniecznie powinniśmy zobaczyć. Mocno, to znaczy do tego stopnia, że w przypadku niektórych muzeów pokusił się na przykład o dokładny opis ich poszczególnych sal.

Na końcu książki zamieszczono praktyczne porady, a wśród nich: rady dla podróżnych obejmujące na przykład terminy, w których najlepiej wybrać się do Włoch, rzeczy, które koniecznie powinniśmy ze sobą zabrać, informacje o tym jak dojechać na południową część kraju (autobusem, samochodem, samolotem), jak się po niej poruszać, zarówno w miastach jak i po całym regionie. Znajdziemy tu też słów kilka na temat etykiety i obyczajów Włochów, a także alarmowe telefony i porady dotyczące tego co powinniśmy zrobić w przypadku wypadku samochodowego czy zguby, jak również informacje o hotelach, możliwych wycieczkach oraz kalendarz wydarzeń kulturalnych czy religijnych. 

To, co mi bardzo przeszkadzała to miniaturowa czcionka, która naprawdę szybko męczyła wzrok. Rozumiem oczywiście, że spowodowana jest raczej niewielkim formatem, ale taki rozmiar to z pewnością nie na moje oczy. Powiedzmy jednak, że tę mękę chociaż częściowo wynagradza cała masa cudownych zdjęć. Dla osób wybierających się w najbliższej przyszłości do południowej części Włoch – pozycja obowiązkowa. Zapewniam, bez problemu zmieści się w każdej torebce!

Recenzja opublikowana na kobieta20.pl

Tim Jepson, Neapol i południowe Włochy, Warszawa, G+J RBA Wydawnictwo 2012.

czwartek, 15 marca 2012

Czy po samym zapachu da się określić, gdzie, w jakim kraju, a może nawet mieście właśnie się znajdujemy? Pamiętam, że gdy byłam młodsza, ilekroć wracaliśmy z wakacji, rodzice po zapachu wyczuwali, że za chwilę wjedziemy do Wrocławia, bo już czuć... smród spalin. Do dziś nie wiem, ile w tym było prawdy, ja nigdy nie wyczuwałam tej różnicy. Wyczuwam ją natomiast będąc z dala od miasta, nad morzem, nad jeziorem, ba, wyczuwam tę różnicę w powietrzu siadając chociażby na działce, wchodząc do parku. Ale ja przecież nie o sobie miałam...

Świat w zasięgu nosa to zbiór dziewięciu wywiadów i ciekawostek wyciągniętych z dziesiątego, który jednak nie został opublikowany w całości. Wśród rozmówców właściwie same sławy. I tak, Robert Makłowicz opowiada o aromatach Skandynawii, Włoch, Francji czy Słowenii, która okazuje się być prawdziwym tyglem zapachowym. Wojciech Cejrowski, jak zwykle z humorem, przybliża nam woń amazońskiego deszczu, drewnianego dymu czy gazety, którą pachnie poranna Kolumbia. Martyna Wojciechowska zabiera nas w podróż do Azji, próbując przybliżyć jej specyficzny zapach... religijności. Urszula Dudziak mówi o tym, jak w samym centrum Manhattanu udało jej się poczuć odrobinkę Tatr i jak to możliwe, że swąd tragedii z 11 września rozwiał się po całym Nowym Jorku. Beata Pawlikowska zdradza w jaki sposób przechowuje w domu zapachy przywiezione z podróży. Mateusz Kusznierewicz opisuje woń powietrza, unoszącego się nad oceanami. Wiktor Bater przyznaje, że w rosyjskiej restauracji ciężko jest wyczuć zapach spożywanej właśnie potrawy, gdyż wszystko przesiąknięte jest papierosowym dymem. Artur Orzech udowadnia, że Bliski Wschód to nie tylko pachnący bukiet kwiatów i przypraw. Jarosław Kret natomiast opowiada o tym, jak to na Madagaskarze udało mu się odnaleźć aromat polskiego chleba z lat 50. 

To wszystko może brzmieć ciekawie i pachnąco, czegoś mi jednak w tej książce zabrakło. Po takim tytule spodziewałam się odrobinki magii. Tego, że rozmówcy dadzą radę opisać te wszystkie zapachy w taki sposób, bym ja, siedząc w zaciszu własnego pokoju, była w stanie je poczuć. Zachwycić się nimi, zachłysnąć. Bym rozmarzyła się przy zapachu porannej kawy, wiatru znad oceanu czy świeżo wypieczonego chleba. Albo bym wzdrygnęła się chociażby na myśl o wszechogarniającym zapachu cebuli, której naprawdę nie cierpię. Nic takiego się nie stało, żadnych emocji nie było. Świat w zasięgu nosa przeczytałam szybko, to fakt, zresztą myślę, że spory wpływ na to miała dość duża czcionka, ale myślę, że w tym przypadku wygrywają książki napisane osobiście przez Cejrowskiego czy Wojciechowską.

Katarzyna Skawska, Krzysztof Świdrak, Świat w zasięgu nosa, Warszawa, National Geographic 2009.

czwartek, 22 grudnia 2011

Gdy Europa czyta, Indie rozmawiają.* 

Niewiele czytałam dotąd o Indiach, nigdy w tym kraju nie byłam, bollywoodzkich produkcji właściwie nie oglądam, a jednak odkąd zobaczyłam tę książkę w zapowiedziach coś nieustannie mnie ku niej popychało. Co mogę napisać? Jeśli dzięki temu czemuś natknę się na więcej takich książek to proszę, niech pcha mnie jak najczęściej.

Bo jak się okazało Lalki w ogniu to świetna książka. Wciągająca i napisana tak, że Indie czuć niemal wszystkimi zmysłami. Czytając o targowiskach słyszę ich hałas, widzę feerię barw, którą ukazują, czuję zapach ryb i świeżych owoców. Zatrzymując się na rozdziale poświęconym jedzeniu cieszę się, że mój żołądek jest pełny, bo przesiąknięta zapachem smażonych warzyw i szafranu zaczęłabym się pewnie rozpaczliwie rozglądać chociażby za miseczką ryżu. Gdy autorka pisze o republice latryn czuję autentyczny wstręt i obrzydzenie, gdy wyobrażam sobie małe dzieci wyciągające rączki po kilka rupii w odruchu współczucia sięgam do własnej kieszeni. 

Wilk opisując Indie zestawia nowoczesność z tradycją, wielkie bogactwo z nędzą, czystość z wszędobylskim brudem. Dotyka niemalże wszystkich aspektów życia Hindusów. Przeczytamy tu o religii, tak dla nich ważnej, o bogach widocznych niemalże wszędzie, a także o wierze w liczne zabobony i potrzebie konsultowania się z astrologami przed podjęciem ważnych decyzji. Znajdziemy fragmenty mówiące o miłości, tak ciągle niedostępnej w kraju gdzie małżeństwa zawiera się ze względu na korzyści, które mogą przynieść rodzinie. Dużo uwagi autorka poświęca miejscu kobiety w indyjskiej społeczności, która wciąż bez mężczyzny przy boku pozostaje właściwie nikim, a nawet z mężczyzną powinna pozostać jakby niewidzialna. Podczas czytania zostaniemy zarażeni zachwytem targowiskami, na których dostaniemy można dosłownie wszystko: ryby oprawiane bezpośrednio na oczach kupca, wieprzowinę, sari, piękne, kolorowe materiały, biżuterię kurzącą blaskiem i sprawiającą wrażenie niezbędnej do życia.

Nie zabraknie tu też rozdziału o kolejach i wiecznie przepełnionych pociągach, tętniących życiem o każdej porze dnia i nocy. I o ulicach, na których nie obowiązują żadne zasady, a już na pewno nie te pisane, a które każdego dnia zamieniają się w jedną wielką łaźnię, w której dostrzec można setki mężczyzn oddających się porannej toalecie. Mnie natomiast chyba najbardziej zafascynował (i zmusił do własnych poszukiwać) fragment, niestety dość niewielki, o hidźrach, czyli transseksualistach, homoseksualistach, eunuchach tworzących w tym kraju zupełnie odrębną kastę.

Znajdzie się tu nawet niespodzianka dla każdego książkoholika, w postaci rozdziału poświęconego książkom właśnie. Bo choć w Indiach stopień analfabetyzmu wciąż jest całkiem spory to jednak i tam dostępne są budynki po brzegi wypełnione książkami, w których znaleźć można niemal wszystko, od Harry'ego Pottera po Mein Kampf Hitlera.

Zarzuty? Są! Oczywiście! Zbyt mało zdjęć na przykład. Teoretycznie, biorąc pod uwagę plastyczny język autorki, podczas czytania mamy to wszystko o czym pisze i tak przed oczami, ale ja bym tak chętnie sobie pooglądała te zdjęcia teraz, po zakończeniu lektury, albo w przerwach pomiędzy kolejnymi rozdziałami, a tu zaledwie cztery wkładki, na każdej dosłownie kilka fotografii. Mało mi.

Co nie zmienia faktu, że Lalki w ogniu to jedna z lepszych książek, jakie czytałam w tym roku i polecam ją po stokroć, a każdemu kto się jeszcze waha z zakupem radzę szybciutko biec do księgarni.

Paulina Wilk, Lalki w ogniu. Opowieści z Indii, Warszawa, Carta Blanca 2011.

s. 152

Strona autorki

sobota, 01 października 2011

Zazdroszczę tej kobiecie, nie tylko tylu wypraw, tylu przygód, ale przede wszystkim jej odwagi i tego, że nie zawaha się przed niczym, a nawet jak się zawaha... to i tak jest w stanie pokonywać swoje granice.

Po Zapiski (pod)różne sięgnęłam jednak z lekką niepewnością, bojąc się, że krótkie notatki, czasem zajmujące dosłownie dwie strony, nie będą w stanie mnie wciągnąć ani wywołać żadnych emocji. Bałam się, że to będą jakieś nic nieznaczące fragmenty, zupełnie wyrwane z kontekstu i zebrane w jedną całość, tylko i wyłącznie... dla zarobku.

Jakże się myliłam, Wojciechowska pisze świetnie, ja bawiłam się doskonale, wciągnęłam od pierwszej strony, każdy fragment stanowi idealną całość, a zarobek, no cóż, mam nadzieję, że będzie duży, a z pewnością w pełni zasłużony.

Wraz z autorką znajdziemy się więc na rytuale oczyszczania u napalonego szamana, pod wodą pływając między rekinami, w zatłoczonym indyjskim przedziale dla panów albo w etiopskim areszcie. Razem z nią będziemy wybierać piękne sari, lepić garnki, wściekać się przy wyplataniu panamy i polować na czterometrową anakondę. A przy tym nie obejdzie się bez śmiechu, pozwalającego spalić trochę zbędnych kalorii, ale i kilku wzruszeń.

W te wszystkie zapiski Wojciechowska zgrabnie wplata własne przemyślenia. O ludziach, o zwyczajach, o swoich własnych wyborach, o strachu przed zmianami, o marzeniach, tych spełnionych i nie, o bliskich za którymi tęskni, a którym nie zawsze zdąży powiedzieć wszystko co by chciała. Dużo uwagi poświęca również różnicom kulturowym, które czasem są naprawdę ogromne. Przy czytaniu o nich naprawdę cieszyłam się, że żyję tu gdzie żyję, że nie musiałam w wieku 14 lat wyjść za mężczyznę, którego nie kocham, że nie muszę codziennie zbierać kilkunastu kilogramów alg za które dostanę marne kilka centów.

Do tego autorka raczy nas mnóstwem ciekawostek. Przykład? No cóż, nie wiem jak wy, ale ja nie miałam pojęcia, że tak naprawdę więcej ludzi zostaje zaatakowanych przed delfiny niż rekiny albo że islandzka książka telefoniczna jest właściwie nie do opanowania dla kogoś spoza tego kraju, bo członkowie tej samej rodziny mogą mieć zupełnie różne nazwiska.

Bardzo podobał mi się styl Wojciechowskiej, nie ma w tej książce silenia się na sztywny, inteligencki ton, Martyna pisze prosto, bez unikania potocznych zwrotów, mam wrażenie, że po prostu tak jak czuje. A przez to możemy sobie wyobrazić, że siedzimy zaraz obok niej, że uczestniczymy w tych wszystkich wydarzeniach, że jesteśmy tam: w Japonii, w Indiach, w Mongolii, w Nepalu (choć tu akurat może niekoniecznie chcielibyśmy się znaleźć).

Książkę uzupełniają oczywiście fotografie, nie tak liczne jakby mi się marzyło, ale ja-maruda zawsze liczę na dużo więcej. Choć wydaje mi się, że przy takiej cenie jest ich w sam raz. O, właśnie - cena też wypada na plus. Niecałe 25 zł za wydanie w twardej oprawie, na kredowym papierze i ze zdjęciami to naprawdę niewiele. 

Czas spędzony przy zapiskach (pod)różnych uważam za jak najbardziej udany, tych którzy wahają się przed zakupem książki zapewniam, że nie ma przed czym, a sama z wielką chęcią sięgnę po pozostałe książki Wojciechowskiej.

Martyna Wojciechowska, Zapiski (pod)różne, Warszawa, Wydawnictwo G+J 2011.

czwartek, 25 sierpnia 2011

Mając czterdziestkę na karku i dobrze płatną, stałą pracę Anthony Bourdain dochodzi do wniosku, że czegoś mu w życiu brakuje. Postanawia więc wyruszyć, wraz ze stale mu towarzyszącą ekipą telewizyjną, niemalże dookoła świata w poszukiwaniu posiłku doskonałego. O tym czy znalezienie owego posiłku jest w ogóle możliwe i w czym ta doskonałość miałaby się objawić dowiemy się sięgając po Świat od kuchni.

Książka ta to swoiste zapiski z podróży, w których autor opowiada o potrawach charakterystycznych dla pewnych obszarów. Trafia więc między innymi do Rosji, gdzie uczy się pić wódkę na równi z jej rodowitymi mieszkańcami, Hiszpanii, w której uczestniczy w potao – całonocnym chodzeniu od baru do baru po to by najeść się i napić do syta czy Wietnamu, gdzie przy okazji targu na wodzie można dostać mnóstwo pyszności płynąc po prostu przed siebie.

Czasem dania opisywane przez Bourdina są tak apetyczne, że normalnym odruchem staje się zaglądnięcie do lodówki. Czasem wręcz przeciwnie. No chyba, że dla kogoś zarżnięcie świni lub przygotowanie całego jagnięcia (nie pomijając opisu usuwania jego wnętrzności) mogłoby być czymś apetycznym. Dla mnie nie było.

Na całe szczęście jednak autor nie skupia się tylko na jedzeniu. Dzięki temu książka ta dużo zyskuje na swojej wartości. Bo okazuje się, że to także opowieść o miejscach, które Bourdain odwiedza, o ludziach tam żyjących, ich zwyczajach, sposobach na życie, codziennych smutkach i troskach.

Ale uwaga! To jeszcze nie wszystko. Bo autor w całość swoich zapisków sprawnie wplata kilka (a czasem kilkanaście) zdań o ojcu, żonie czy bracie. No i są wspomnienia, chociażby pierwszej zjedzonej małży. A także odrobina marudzenia, właściwie może nawet nie odrobina, gdyż Bourdain lubi sobie ponarzekać. Na warunki nie odpowiadające jego wymaganiom czy ekipę próbującą kręcić go w nienajlepiej nadających się do tego momentach.

Mimo tego dobrze mi było w tej podróży. Z zainteresowaniem przyglądałam się barwom i kształtom mijanych miast i miasteczek, z zafascynowaniem chłonęłam zapachy i smaki, które znany kucharz starał się mi przybliżyć. Jednocześnie też bardzo odczuwałam brak jakichkolwiek zdjęć. Nie tylko potrawy, ale i niektóre miejsca opisywane przez Bourdaina aż proszą się o pokazanie.

Dostrzegłam też sporą wadę, którą trudno mi było ominąć. Ciężko mi się czytało tę książkę. Na szczęście nie jest to raczej wina jej treści, a wyglądu. Każda pojedyncza strona jest maksymalnie zapełniona tekstem, marginesy są maleńkie, a ja przez całą niemalże lekturę zastanawiałam się czy nie lepiej byłoby zwiększyć objętość, nawet dwukrotnie, byleby tylko odciążyć oczy czytelników, które przy takiej ilości tekstu bardzo się męczą i zmuszają do częstszych przerw. A to niestety nie pozwala na całkowite zatracenie.

Książkę przeczytałam dzięki portalowi nakanapie.pl.

Anthony Bourdain, Świat od kuchni: w poszukiwaniu posiłku doskonałego, Warszawa, Wydawnictwo Carta Blanca 2011.

piątek, 13 maja 2011

Blondynka… idealnie odnalazła się jako przerywnik między kolejnymi stronami referatu, zapewniając mi odrobinę rozrywki i rozluźnienia.

Tym razem, wraz z autorką, udałam się do Meksyku, zaczynając od wagonu metra przeznaczonego tylko i wyłącznie dla kobiet. Dlaczego? Ano dlatego, że meksykańscy mężczyźni mają zbyt ruchliwe ręce. Zawędrowałam i na sam szczyt Piramidy Słońca, na której kilkaset lat temu składano ofiary z ludzi. Cały czas zaś towarzyszył mi zapach meksykańskich potraw, których główny składnik stanowi niezawodna tortilla, no i papryka. Tak, papryka. Nawet nie miałam pojęcia, że istnieje aż tyle jej rodzajów, ciężko w to uwierzyć i zastanawiam się jak się połapać przy zakupach, żeby nie wybrać przypadkiem tej najostrzejszej.

Dużo miejsca Pawlikowska poświęca azteckim bogom i Aztekom w ogóle. Ich teoriom o stworzeniu świata i jego końcu, który, jak sami przecież wiecie, zbliża się według nich wielkimi krokami. Opowiada o wojnie bogów, o Montezumie, o przybyciu Hiszpanów do Mekyku, przytaczając przy tym wypowiedzi ówczesnych kronikarzy. Jak dla mnie nawet trochę za dużo tych wypowiedzi. W ogóle mam wrażenie, że za dużo tu historii, o której przecież wcale nie chciałam czytać, bo liczyłam po prostu na miłą wędrówkę ulicami współczesnego Meksyku.

To jest mój główny zarzut, choć trzeba przyznać, że i historię, tak przeze mnie znienawidzoną, autorka podaje nam w wersji light. Łatwej do przyswojenia, z przymrużeniem oka i zadziornym uśmieszkiem.

Tak jak poprzednio nastawić się możecie na zdjęcia, zabawne rysunki i prowizoryczną mapkę (taką specjalnie dla mnie, jak to ujął mój M.). W ogóle bardzo podobają mi się te nowe wydania dzienników Pawlikowskiej. O małym formacie, bez problemu mieszczące się w torebce, ale za to wydane w staranny sposób, o czym świadczą choćby kolorowe fotografie, na kredowym papierze.

Ach, no i dochodzi też ta kusząca, niska cena, która przecież dla nikogo z nas nie pozostaje bez znaczenia, prawda? A na Blondynkę w Meksyku, lub gdzie indzie,j warto się skusić.

Ocena: 4/6

Beata Pawlikowska, Blondynka w Meksyku, Warszawa, National Geographic 2011.

wtorek, 03 maja 2011

Pierwszą książką Beaty Pawlikowskiej którą przeczytałam była Blondynka śpiewa w Ukajali. Czytana krótko po książce Cejrowskiego wypadała co najmniej blado. Cóż, jeśli chodzi o ten niepowtarzalny, gawędziarski styl, ciężko mu dorównać. Denerwowałam się wtedy strasznie, że autorka próbuje pisać z humorem, a zamiast tego wychodzi jej to wszystko mdło, sztucznie i na siłę. W dodatku miałam wrażenie, że nic tylko narzeka, a to na upał, a to na wilgoć, a to na owady. Piszę o tym wszystkim dlatego, że zastanawiam się teraz, czy to jej styl się polepszył, czy może moje podejście do jej książek się zmieniło.

Sięgając po Blondynkę w Indiach obawiałam się trochę, że znów postawię Pawlikowskiej te same zarzuty. Jednak nie, tym razem uśmiech miałam przylepiony do twarzy, kilka razy parsknęłam śmiechem, a książeczkę przeczytałam błyskawicznie, nie tylko ze względu na niewielką objętość, ale i sposób pisania, od którego, jak się okazało, jednak ciężko się oderwać.

Indie zawsze kojarzyły mi się w feerią barw, królestwem intensywnych smaków i zapachów. I to by się zgadzało. Nie zgadza się natomiast temperatura, która wbrew pozorom niekoniecznie jest tak wysoka jak zawsze to sobie wyobrażałam. 

Wielkim problemem w Indiach, nie dla tubylców rzecz jasna, ale dla przyjezdnych, staje się przejście na drugą stronę ulicy. Ruch drogowy pozbawiony żadnych zasad, oprócz tej, że pierwszeństwo ma ten, który jest większy i silniejszy, sprawia, że pokonanie nawet kilku metrów zdaje się graniczyć z cudem. Chyba, że jest się na tyle odważnym, by lawirować bez zawahania między rozpędzonymi samochodami.

W swoim mini-dzienniku, jak go nazwałam, Pawlikowska przedstawia nam krótką historię Taj Mahal, mauzoleum powstałego w wyniku wielkiej miłości i opowiada o wrażeniach z pobytu w Świątyni Szczurów, do której raczej nie odważyłabym się wejść. Zabiera nas też na teren indyjskiej pustyni, gdzie zmierzyć jej się przyszło ze stadem dzikich wielbłądów oraz do jednej z najmniejszych osad jakie dane jej było zobaczyć, gdzie mimo trudności związanych ze zdobyciem wody, tubylcy bez wahania poczęstowali ją herbatą.

Książka łatwa i przyjemna, napisana z przymrużeniem oka, uzupełniona mnóstwem zdjęć, które oglądam wciąż i wciąż, a do tego sprzedawana w przystępnej cenie. Czegóż chcieć więcej?

Ocena: 4,5/6

Beata Pawlikowska, Blondynka w Indiach, Warszawa, National Geographic 2011.

wtorek, 28 września 2010

Tak nawiązując trochę do wpisu na temat Miłości od ostatniego wejrzenia przy tej książce chciałoby się aż powiedzieć: o, patrzcie, to właśnie dzieje się po ślubie. A dzieje się to, że Robert jako młody mąż jadący do ukochanej żony zastaje ją w niedwuznacznej sytuacji z innym mężczyzną. To stanowi dla niego impuls do podjęcia wyzwania i przejechania na rowerze przez Chiny, Wietnam, Kambodżę i Laos, swoją drogą zastanawiam się czemu tego Laosu zabrakło w tytule. Siedem tysięcy kilometrów w sześć miesięcy.

Jak dla mnie wyczyn to imponujący, tym bardziej w momencie gdy jedzie się samotnie i ze złamanym sercem. Podziwiam autora za to co udało mu się dokonać, za upór i przede wszystkim za odwagę, bo wiem doskonale, że sama nigdy bym się na coś takiego nie odważyła. I cieszę się strasznie, że miałam okazję przeczytać jego relację z podróży. I choć zdaję sobie sprawę, że jak na książkę podróżniczą mało tu opisów mijanych miejsc to jednak uważam, że Maciąg dobrze zrobił na pierwszy plan wyciągając nie te krajobrazy, które przecież oglądać możemy na zamieszczonych w książce zdjęcia, ale mijanych ludzi. Ludzi na wśkroś różnych, fałszywych i szczerych, pomocnych i szkodliwych, ludzi którzy niejednokrotnie bardzo mu pomogli i ludzi bez których być może nie dokonał by tego wszystkiego oraz tych, którzy mu tę podróż utrudnili. Cieszę się także, że w tym wszystkim nie zapomniał pisać o własnych emocjach i nie dziwię się, że czasem brakowało mu sił i miał wszystkiego dosyć, bo zdziwiło by mnie gdyby po takim ciosie i w takich warunkach zachowywał wieczny uśmiech na twarzy. Mogę tylko żałować, że książka jest na tyle krótka, że łyka się ją w zaledwie parę godzin.

Ocena: 4/6

Robb Maciąg, Rowerem przez Chiny, Wietnam i Kambodżę, Poznań, Zysk i S-ka, 2008.

Zapraszam również na stronę autora.

 
1 , 2
Tagi
Teksty umieszczone na stronie są mojego autorstwa,proszę o niekopiowanie ich bez mojej zgody!

Czytadełko
on Google+