Wpisy z tagiem: szwedzka

poniedziałek, 28 lutego 2011

Nie wiem jak to się stało, faktem jednak jest, że w dobie kryminałów skandynawskich z żadnym dotąd nie miałam styczności. Nawet Larsson, tak głośny i tak przez wszystkich chwalony czeka nadal na lepsze czasy, a przerażona objętością pewnie zbyt prędko po niego nie sięgnę. W moje łapki trafiła jednak książka Sjöwall i Wahlöö uważanych za rodziców szwedzkich kryminałów, na których w późniejszych latach wzorował się między innymi wspomniany wyżej Sting Larsson. Mało tego, trafiła do mnie ich ponoć najbardziej znana powieść, mianowicie Śmiejący się policjant. Jak wypadło nasze spotkanie? Dość przyjemnie, obyło się jednak bez fajerwerków i jeśli wszystkie szwedzkie kryminały wypadają tak jak ten to nie wiem czym tu się ekscytować i dlaczego miałoby się je traktować lepiej niż chociażby nasze, polskie.

Na ulicach Sztokholmu patrol składający się z dwóch policjantówa, przy tym, bądźmy szczerzy, totalnych gamonii, znajduje piętrowy autobus, a w nim osiem osób zabitych i jedną ciężko ranną. Istna rzeź. Sprawa staje się tym ważniejsza, że wśród zabitych figuruje także jeden z najlepszych policjantów z wydziału Martina Becka – Ake Stenström, nikt nie wie w jaki sposób się tam znalazł, dokąd jechał i nad czym właściwie obecnie pracował. Zabitych nic ze sobą nie łączyło, nie znaleziono też broni, a te dwa gamonie, które autobus znalazły, zniszczyły przy okazji większość śladów. Policjanci łapią się więc każdego tropu, który wydaje im się choć trochę prawdopodobny trafiając w końcu na niewyjaśnioną, szesnastoletnią sprawę Teresy Camarão, która w jakiś sposób zdaje się łączyć z masakrą w piętrusie.

Śmiejący się policjant napisany jest prostym językiem, a podział na krótkie, kilkustronicowe rozdziały sprawia, że pochłania się go momentalnie. Osobiście bardzo lubię, gdy rozdział zajmuje dwie, trzy strony, a nie na przykład pięćdziesiąt. Od razu czyta mi się milej, wygodniej i jakby szybciej. Postacie wzbudzają sympatię, głównie chyba przez to, że nie robi się z nich ani żadnych bohaterów ani tym bardziej geniuszy, którzy wiedzą kto zabił zanim jeszcze akcja na dobre się rozkręci. Policję przedstawiono jako zwykłych ludzi, z szeregiem wad zresztą, którzy też mają prawo do popełniania błędów. Nie znajdziemy tu śledztwa prowadzonego w zastraszającym tempie, nie dostaniemy wyników DNA chwilę po tym jak zostały wysłane do laboratorium, mało tego nie dostaniemy tych wyników w ogóle, bo to jeszcze nie ten czas. Wszystko toczy się powoli i spokojnie, śledztwo trwa tygodniami, dzięki czemu czytelnik sam spokojnie, niemal równocześnie ze śledczymi, dochodzi do oczywistych wniosków. Jak pisałam achów i ochów nie będzie, choć jeśli nadarzy się okazja to nie odmówię sobie spędzenia kilku chwil w towarzystwie Martina Becka.

Książkę otrzymałam od wydawnictwa Amber.

Ocena: 4/6

Maj Sjöwall, Per Wahlöö, Śmiejący się policjant, Warszawa, Wydawnictwo Amber 2011.

wtorek, 19 października 2010

Ta książka zdecydowanie nie należy do kategorii przeczytaj i zapomnij. To książka po której człowiek zaczyna myśleć, analizować z nadmierną dokładnością swoje ciało i reakcje. Zaczyna się zastanawiać czy palce jego dłoni zaciskają się aby na pewno wystarczająco mocno, a skurcze w nodze są tylko wynikiem nadmiernego napięcia mięśni. A co jeśli to te początkowe, prawie niewidoczne objawy SLA, które zazwyczaj się ignoruje?

SLA, czyli stwardnienie zanikowe boczne to choroba, na którą cierpiała autorka książki. To choroba, która powoli pozbawia człowieka wszelkich podstawowych przyjemności, paraliżuje go, nie pozwalając na jedzenie ulubionych potraw czy przytulenie ukochanego dziecka, a w końcu i na oddychanie. To jedna z tych chorób, która przeraża tym bardziej im dłużej się o niej myśli. Ulla-Carin opisuje historię nie tylko swojego życia, ale i swojego umierania, które pełne jest smutków, ale i radości, bo paradoksalnie zaczynamy doceniać swoje życie i cieszyć się z najmniejszych drobnostek, wtedy dopiero gdy zaczynamy je tracić. Opowiada też o problemach związanych z otrzymaniem odpowiedniej opieki medyczne, choć tu akurat moim zdaniem Szwecji jako państwu należą się wielkie brawa, bo w porównaniu do naszych polskich realiów, tam człowiekowi umierającemu zapewnia się warunki na naprawdę wysokim poziomie. Myślami często wraca do wydarzeń sprzed kilku(nastu) lat.

Wiosłować bez wioseł należy do książek, które wzruszają. Tym bardziej, gdy pomyśli się o tym, że autora nie ma już wśród nas.

Ocena: 5/6

Ulla-Carin Lindquit, Wiosłować bez wioseł. Książka o życiu i śmierci, Warszawa, Jacek Santorski & CO, 2006.

Tagi
Teksty umieszczone na stronie są mojego autorstwa,proszę o niekopiowanie ich bez mojej zgody!

Czytadełko
on Google+