Wpisy z tagiem: Mała kurka
poniedziałek, 14 maja 2012
Życie Emily wydaje się być tak typowe, że aż nudne. Po zniknięciu matki, mieszka i zdaje się opiekować własnym ojcem, pomaga siostrze Agacie w domu dziecka, założonym przez jej prababkę, studiuje i pisze pracę na temat żywotów świętych. Właściwie można by przyjąć, że jest wzorem godnym naśladowania. A jednak, ma jedną dość dziwną przypadłość, mianowicie zbiera wycinki dotyczące kobiet-zbrodniarek. Już samo to może brzmieć groźnie, ale, gdy ją poznajemy w dodatku w jej domu zaczyna się dziać coś dziwnego. Dziewczyna czuje, że ktoś ją śledzi, że ktoś ją obserwuje, a różne przedmioty nagle, podczas jej nieobecności, zaczynają zmieniać miejsce. Zaś niedługo później pojawia się u niej dawno zapomniany kuzyn Santiago, z którym połączy dziewczynę żarliwe uczucie. Akcja powieści toczy się powoli i leniwie. Na tyle leniwie, że były takie momenty, gdzie na chwilę traciłam czujność, a w powietrzu wręcz zaczynałam wyczuwać oszałamiający zapach melonów i rozgrzanych do czerwoności ulic Meksyku. I tylko od czasu do czasu autorka pozwalała sobie podnieść na chwilę napięcie, które zmuszało mnie do ponownego skupienia i przewrócenia kolejnych stron. Mimo tego pozornego rozleniwienia, książka ani nie nuży, ani nie dłuży się niepotrzebnie. Wręcz przeciwnie, troszkę się odprężamy, troszkę się odurzamy tymi zapachami i powoli, powoli zapoznajemy się z motywami zabójcy. Bo o tym, co się wydarzy i że ktoś koniec końców zginie, wiemy już od samego początku, a nawet wcześniej, bo przecież wystarczy spojrzeć na wymowny tytuł. Nie wiemy tylko kiedy dokładnie to nastąpi, kto się zabójstwa dopuści i dlaczego właściwie podejmie taką, a nie inną decyzję. Każdy rozdział jest oddzielony od kolejnego krótką notką o co rusz innej zabójczyni. Możemy się domyślać, że są to wycinki zbierane przez Emily i faktycznie mogą one nieco urozmaicać całość powieści, a jednak... Coś mi tu w nich nie zagrało i zastanawiam się, czy pełnią jeszcze jakąkolwiek inną funkcję prócz tej, właściwie dekoracyjnej. Początkowo próbowałam sobie je jakoś połączyć, może wspólnym motywem, może wspólną techniką, myślałam, że z samych tych notek coś się też ułoży, ale jednak mam wrażenie, że nie. Choć może coś istotnego zupełnie nieświadomie przeoczyłam. Jennifer Clement, Trucizną mnie uwodzisz, Piastów, Mała Kurka 2012.
poniedziałek, 16 stycznia 2012
John Harding przenosi nas do pewnego XIX-wiecznego angielskiego dworku. Już samo to miejsce wprowadza czytelnika w niesamowity klimat. Wyobraźcie to sobie: dom uważany za nawiedzony, wielki, pełen długich korytarzy, w których roi się od tajemniczych zakamarków, obrazów przodków i luster, w których zobaczyć można nie tylko własną twarz. Dom pozostawiony gdzieś tam, na zupełnym odludziu, z dala od cywilizacji, otoczony lasami. A w pobliżu pewne jeziorko, na którym utragiczniła się panna Whiteaker. Właśnie... Bo dwór ten choć może sprawiać wrażenie zupełnie opustoszałego wcale taki nie jest. Florence i Giles to rodzeństwo zamieszkujące Blithe od urodzenia. Nie pamiętający swoich rodziców, pozostają pod ścisłą kontrolą wuja, którego w życiu nie widzieli na oczy. Kontrolą zabraniającą chociażby pobierać Flo jakąkolwiek naukę, no, chyba, że chodziłoby o lekcje haftowania, wtedy i owszem. Mimo tych drobnych zakazów, życie ich toczy się jednak dość beztrosko, przynajmniej do momentu, gdy to Giles rozpoczyna kształcenie. Flo zaczyna zaś odwiedzać Theo Van Hossier, patykowaty, cierpiący na ciągłe ataki astmy chłopak, mieszkający w sąsiednim dworze. Jej jedyny, jak się wkrótce okazuje, sprzymierzeniec w walce z panną Taylor, nową guwernantką. Początkowo Siostrzycę bardzo ciężko mi się czytało, nie mogłam się przyzwyczaić do tego specyficznego języka tworzonego przez narratorkę, czasem musiałam zatrzymywać wzrok, domyślać się o co tak naprawdę chodziło. Ale okazało się, że im dalej, tym bardziej wyczekuję tego schodkowania, nocąchodzenia, uniwewygodnienia czy korytarzowania. Mało tego, im dalej czytałam, tym większy był mój podziw nie tyle dla autora, co przede wszystkim dla tłumaczki. Florence to młoda, rezolutna osóbka. To bohaterka, z typu tych, do których chcąc czy nie chcąc, pałamy sympatią od pierwszej strony. Głodna wiedzy, zatopiona w książkach od rana do nocy. Tą sympatię dodatkowo wzmagają opisy jej samodzielnej nauki pisania i czytania oraz pobytów w bibliotece, pełnej książek, ukrytej przed wzrokiem mieszkańców, gdzieś w głębi korytarza, pachnącej kurzem i wręcz całą sobą zachęcającej do zatopienia się w lekturze. John Harding od samego początku pozwala na wytworzenie pewnej więzi między czytelnikiem a narratorką. W końcu jak nie pokochać dziewczynki, która tak uwielbia czytanie, która robi wszystko, żeby móc obcować z książkami? Przez tę specyficzną więź w pewien sposób zaczynamy się z nią utożsamiać, wnikać głęboko w jej psychikę i tak jak ona... powoli wariować. Przyszedł taki moment podczas czytania, że sama zaczęłam się gubić. Straciłam poczucie rzeczywistości. Nie wiedziałam co jest prawda, a co wytworem wyobraźni. Czułam, że autor robi ze mną co chce. To wszystko z dołączoną w gratisie ostro przyspieszającą i zupełnie nieprzewidywalną akcją oraz świetnym zakończeniem, pozostawiającym tak wiele niedomówień daje nam zastrzyk niesamowitych emocji pod koniec. Emocji, po których długo nie można się otrząsnąć. John Harding, Siostrzyca, Piastów, Mała Kurka 2011. |
Archiwum
Zakładki:
*
Całkowita liczba wyświetleń
Dla czytelnika
Mole książkowe
Strony autorów
Współpracuję
Wyzwania
Tagi
Czytadełko on Google+ |