Wpisy z tagiem: amerykańska

sobota, 19 maja 2012

Victorię poznajemy w momencie, gdy kończy osiemnaście lat i zmuszona jest opuścić dom dziecka, w którym, z małymi przerwami na 32 domy zastępcze, mieszkała właściwie od urodzenia. Trafia do domu przejściowego, niestety nie znajdując na czas pracy, zmuszona jest opuścić także i to miejsce i... wylądować właściwie na ulicy, bez żadnych perspektyw i nadziei na lepsze jutro. Victoria posiada jednak jedną umiejętność, która pomoże jej jakoś odbić się od dna, mianowicie zna język kwiatów. Język kwiatów, który pozwala jej na znalezienie pracy w pewnej, małej kwiaciarni oraz zdobycia grona wiernych klientów, do charakterów i problemów których bezbłędnie potrafi dobrać odpowiednie rośliny. 

Historię Victorii poznajemy właściwie z dwóch perspektyw, co początkowo sprawiło, że trochę się gubiłam. W końcu słuchałam tej książki, nie miałam tekstu przed oczami, więc musiałam się jakoś dopiero wczuć w ten rytm. Śledzimy więc życie głównej bohaterki w czasie teraźniejszym, jej zmagania z tym, aby jakoś dotrwać do kolejnego dnia, szukanie pracy, coraz większy rozwój umiejętności, a także pojawiającą się na horyzoncie miłość oraz jej życie od momentu trafienia do domu dziecka, poprzez różne etapy dorastania aż do momentu, gdy trafiła do swego ostatniego z domów zastępczych, do Elizabeth. To właśnie Elizabeth nauczyła Victorię języka kwiatów, ale w pewnym momencie wydarzyło się miedzy nimi coś takiego, że dziewczyna była zmuszona opuścić i ten, pełen miłości dom.  

Sekretny język kwiatów to wzruszająca książka, pokazująca jak ciężko jest odnaleźć w życiu swoje własne miejsce, jak ciężko jest znaleźć coś, co zmusi nas do wyjścia z własnej skorupy, do zaufania innym ludzi. I choć bohaterka momentami strasznie drażni swoim egoizmem, to ciężko w tym wszystkim nie okazać jej współczucia i zrozumienia. 

Diffenbaugh w swojej książce skupiła się przede wszystkim na relacjach między kobietami. Mężczyźni choć się tu pojawiają, to w znacznej mniejszości i stojąc jakby na uboczu.  Mamy więc Renatę, pracodawczynie Victorii, jej siostrę Natalię i matkę, którą wszyscy zwą mamą Rubi. I one są chyba tym przykładem relacji najcieplejszych, bo mimo pewnych dzielących ich różnic, mimo tego, że momentami mają się nawzajem serdecznie dosyć, to postronny obserwator widzi, jakie przywiązanie i wzajemny szacunek je łączy. Mamy tu też Elizabeht, matkę zastępczą naszej bohaterki, jej siostrę Katarinę i ich matkę. Siostrę, z którą coś w przeszłości poróżniło ją tak bardzo, że żadna z nich nie potrafi wybaczyć. Matkę, dzięki której zaczęły stosować język kwiatów w swoich listach, bojąc się ich przechwytywania. Wreszcie mamy też cały szereg kobiet stykających się z samą Victorią. Poczynając od Meredith, pracownicy socjalnej, sprawującej nad nią pieczę od samego początku, poprzez różne kobiety, które starały się (mniej lub bardziej) stać jej opiekunkami, dziewczyny mieszkające w domu dziecka, aż do Renaty i Elizabeth właśnie. W każdym z tych związków widać wyraźnie jej strach przed drugim człowiekiem, przez zaufaniem mu, okazaniem jakiegokolwiek przywiązania.

Na koniec słów kilka o lektorce, która jest wielkim atutem tego audiobooka. Katarzyna Zielińska sprawia wrażenie, jakby była stworzona do tej roli, przysięgam. Jest po prostu genialna. Ma subtelny, delikatny, dźwięczny głos, który sprawiał, że momentalnie się zatapiałam, w tym co czyta. Ona dosłownie tym swoim głosikiem czaruje. Więc wkoło mogłoby się walić i palić, a ja i tak byłabym całkowicie odizolowana od świata zewnętrznego. Mam wielką nadzieję, że jeszcze kiedyś będę miała okazję posłuchać książki, naprawdę jakiejkolwiek, w jej interpretacji.

Audiobook można pobrać tutaj

Vanessa Diffenbaugh, Sekretny język kwiatów, Warszawa, Świat Książki 2011.

czyta: Katarzyna Zielińska

wtorek, 10 kwietnia 2012

Tak właśnie postępują ludzie. Mówią do ciebie. Mówią od rzeczy. Mówią do ciebie i za ciebie. I w ten sposób nadają ci osobowość, którą określa sposób, w jaki sami ciebie odgrywają. Przez cały czas, kiedy z tobą przebywają, stwarzając ciebie ze swoich własnych pragnień, towarzysza, malca, futrzastego przyjaciela, który kocha swojego właściciela tylko za czułe słówka.* 

Chciałabym móc napisać coś innego, ale prawda jest taka, że dawno żadna książka nie wymęczyła mnie tak jak Rozważania psa Mafa i jego przyjaciółki Marilyn Monroe. Dawno już tak obsesyjnie nie sprawdzałam ile też stron zostało mi do końca i nie obmyślałam ile dni zajmie mi jeszcze czytanie tej jednej książki. Dawno też z taką nadzieją nie czekałam na jakiś fragment, który pozwoli na całkowitą zmianę mojego zdania i dawno nie czekałam na zakończenie, po którym mogłabym powiedzieć łał, jednak było warto. No cóż, nie było.

Zaczęło się całkiem znośnie, choć z miejsca przeraziła mnie ilość nazwisk rzucanych to tu, to tam, które jak od razu stwierdziłam, znać powinnam, a nie znałam. Nic to, przebrnęłam przez te kilkanaście pierwszych stron, które skądinąd czytałam już trzeci raz, bo to nie było moje pierwsze podejście do tej książki. W końcu się zawzięłam, przebrnęłam, zrobiło się nawet całkiem przyjemnie, interesująco, mam wrażenie, że tylko po to, żeby przyjemnie zacząć staczać się w dół. I w dół. I jeszcze dalej w dół...

Maf, skrót od Mafioso, to uroczy maltańczyk, prezent jaki Marilyn Monroe otrzymała od Franka Sinatry. Piesek, który w swoim życiu bywał już tu i tam, który niejedno widział i niejedno wie. Maskotka, którą Monroe zdaje się zabierać ze sobą wszędzie, od fryzjera, przez psychoterapeutkę, na wystawnych bankietach, pełnych sław lat 60. kończąc. I niemożliwie wręcz spostrzegawczy obserwator. Za jego pośrednictwem mamy więc okazję bliżej poznać między innymi wspomnianego już Sinatrę, który zdaje się być strasznym gburem, prezydenta Kennedy'ego do granic możliwości oczarowanego sądzoną towarzyszką Mafa, no i ją samą. Marylin, która poznajemy w nie najlepszym okresie jej życia i która chcąc, nie chcąc, jawi nam się jako osoba przejmująco samotna i zagubiona, choć stale przebywająca wśród ludzi. 

Widok odległego nocnego nieboskłonu często przynosi pociechę: pozwala nam wierzyć, że wszyscy jesteśmy w równym stopniu samotni.**

Maf, stara się rozmawiać z ludźmi, ale w międzyczasie wdaje się również w konwersacje z innymi psami, kotami, które mówią tylko wierszem, szczurami, muchami i wszelkimi innymi żywymi stworzeniami, jakie tylko uda mu się spotkać na swej drodze. Filozofuje, rozprawia o współczesnym filmie, często odwołuje się do literatury, szczególną uwagę zwracając na postaci psów, pojawiające się tu i ówdzie. 

Jednak mimo całej sympatii, którą obdarzyłam nad wyraz rezolutnego narratora, większość tej książki zwyczajnie mnie wynudziła. Nie wiem czy to za sprawą mozolnego stylu autora czy może ogromnej ilości nazwisk, pojawiającej się na kartach powieści, z których ja łącznie kojarzyłam może z dziesięć, ale były momenty kiedy po prostu głośno ziewałam. I kiedy szczerze cieszyłam się, że nie jest jeszcze na tyle ciepło, żeby w moim pokoju roiło się od much, bo z całą pewnością, prędzej czy później spora ich grupka znalazłaby się w mojej buzi. Mam też wrażenie, że autor troszkę przedobrzył. Gdzieś próbował wcisnąć jakiś wierszyk, w innym miejscu fragment dramatu... A ja się pytam po co to komu, skoro do całości nic tak naprawdę nie wniosło?

Prawda jest niestety taka, że poza kilkoma naprawdę trafionymi spostrzeżeniami, niewiele z tych psich rozważań wynika, a jeszcze mniej zostaje w głowie. Możliwe też, że z powodzeniem można by było czytać tylko co drugą stronę, bo niekoniecznie sprawia to jakąkolwiek różnice.

I właściwie nie wiem komu mogłabym tę powieść polecić. Na pewno nie fanom Monroe, bo czeka ich tylko rozczarowanie. 

Andrew O'Hagan, Rozważania psa Mafa i jego przyjaciółki Marilyn Monroe, Warszawa, Świat Książki 2011.

*s. 87

**s. 51

niedziela, 08 kwietnia 2012

Czy macie takie sny, które powtarzają się z pewną, może nie zawsze regularną, częstotliwością? Które pamiętacie jeszcze z dzieciństwa? Które wydają się tak realistyczne i jednocześnie tak przerażające, że budzicie się zlani potem? A co jeśli to nie tylko sen? Co jeśli to przebłysk jakiegoś wspomnienia, dalekiego, już prawie nieuchwytnego, takiego, którego próbowaliście za wszelką cenę się pozbyć? Za wszelką cenę wymazać z pamięci, bo okazywało się zbyt bolesne.

Ethan, główny bohater, a jednocześnie jeden ze strażników Veridianu, ma taki sen. Powtarzający się odkąd tylko sięga pamięcią. Za każdym razem przerażający coraz bardziej. I związany z jego siostrą, której wspomnienie powoli zaczyna się zacierać w jego pamięci. To wszystko jednak na moment przycicha, gdyż na barki naszego bohatera spada spora odpowiedzialność. Ethan jako strażnik przechodzi bowiem na wyższy szczebel, z Ucznia staje się Nauczycielem, a pod opiekę dostaje Isabel, młodszą siostrę swojego niegdyś najlepszego przyjaciela. Dziewczynę kiedyś obsesyjnie w nim zakochaną, którą będzie musiał nauczyć walczyć, władać mieczem i... przenosić się w czasie. I przyznać trzeba, że większość fabuły skupiona jest właśnie wokół tego nauczania, choć pojawia się też kilka podróży w czasie, mających na celu zapobiegnięcie jakimkolwiek zmianom w historii, które mogłyby mieć dla nas tragiczne skutki. 

Wydaje się, że to wszystko gdzieś już było. Podróże w czasie. Motyw ucznia i nauczyciela. Walka dobra ze złem. Ostateczna bitwa, w której czeka bohaterów rozliczenie z demonami z przeszłości i lęk przed utratą tego, co dla nich najważniejsze. A jednak... Jednak czuć w powieści Curley pewną świeżość, a połączenie tych wszystkich elementów wychodzi jej na tyle zgrabnie, że Straż pochłania się z przyjemnością. 

Ale nie ma co tu się doszukiwać czy rozbudowanej intrygi czy pełnych portretów psychologicznych postaci. Nie, trzeba pamiętać o tym, że Straż jest właściwie zwykłą młodzieżówką, stojącą na dobrym poziomie i owszem, ale jednak nie wybitną. Gdzieś tam po drodze napotykamy na problemy rodzinne, na odejście ojca alkoholika, na depresje matki po utracie córki, ale to wszystko mam wrażenie pobrzmiewa tylko w tle, może odrobinę dla urozmaicenia fabuły, dla wyjaśnienia postępowania bohaterów w niektórych momentach, ale nie ma chyba kluczowego znaczenia. Curley postawiła sobie za cel raczej zapewnienie nam po prostu świetnej rozrywki. Interesującej, choć opartej na sprawdzonym schemacie walki dobra ze złem, z trzymającą w napięciu akcja, przyspieszającą na każdej kolejnej stronie i prowadzącą czytelnika do zakończenia, które sprawia, że chętnie sięgnęłoby się po drugi tom... gdyby tylko był pod ręką.

Marianne Curley, Straż, Warszawa, Wydawnictwo Jaguar 2011.

piątek, 30 marca 2012

Oriana Fallaci, jedna z najbardziej znanych dziennikarek XX wieku, korespondentka wojenna i kobieta, którą ja mogę tylko podziwiać po dziesięciu latach milczenia została zmuszona do ponownego zabrania głosu. Zamach z 11 września spowodował, że znów zaczęła krzyczeć, efektem czego stała się Wściekłość i duma. Książka, za którą zresztą w efekcie nieźle jej się oberwało. I ja się wcale temu nie dziwię. 

Ale na wojnach zawsze widziałam, jak ludzi zabijano. Nigdy nie widziałam, jak ludzie zabijają się sami, jak rzucają się bez spadochronów z okien osiemdziesiątego czy dziewięćdziesiątego czy setnego piętra...* 

Wściekłość i duma została właściwie w całości poświęcona islamowi, zagrożeniom płynącym z jego praktykowania oraz tym, na które narażeni są obywatele krajów goszczących u siebie bliskowschodnich emigrantów. 

Na Boga! Czy nie rozumiecie, że ci wszyscy Osamowie bin Ladenowie uważają się za uprawnionych do zabijania was i waszych dzieci, bo pijecie alkohol, bo nie nosicie długich bród, czadoru czy burki, bo chodzicie do teatru i do kina, bo kochacie muzykę i śpiewacie piosenki, bo tańczycie i oglądacie telewizję, bo nosicie minispódniczki albo szorty, bo na plaży i na basenie opalacie się nago, czy prawie nago, bo kochacie się wtedy, kiedy chcecie i z tymi, z którymi chcecie, czy też dlatego, że nie wierzycie w Boga?!? Jestem ateistką, chwała Bogu. I nie mam zamiaru dać się ukarać tym niedorozwiniętym bigotom, którzy zamiast wnieść swój wkład w ulepszenie ludzkości, salamują i gdaczą modlitwy pięć razy dziennie.**

Od autorki obrywa się właściwie wszystkim po kolei. Poczynając oczywiście od muzułmanów, których religię, którą uważa za zło samo w sobie, poprzez jej rodzinne Włochy, kończąc na każdym jednym narodzie Europy, który pozwala na rozwój tak powszechnie chwalonej wielokulturowości, prowadzącej w efekcie tylko do zagłady. 

Oto jest zatem moja odpowiedź na pytanie o to, co nazywanie "różnicami między dwoma kulturami". Jest na tym świecie miejsce dla każdego. W swoich własnych domach, swoich własnych krajach ludzie robią, co chcą. Jeśli zatem w krajach muzułmańskich kobiety są tak głupie, że noszą czadory i burki, jeśli są tak niemądre, że akceptują fakt, iż są mniej warte od wielbłąda, jeśli są tak tępe, że wychodzą za mąż za rozpustnika, który chce mieć cztery żony, tym gorzej dla nich. Jeśli ich mężczyźni są tak niemądrzy, że odmawiają kieliszka wina czy szklanki piwa, to samo. Ja nie zamierzam mieszać się do ich wyboru. Mnie wychowano w zrozumieniu wolności, do cholery, a moja matka zawsze mówiła: "Świat jest ciekawy, bo jest różnorodny". Ale jeśli próbują narzucić te szaleństwa mnie, mojemu życiu, mojemu krajowi, jeśli chcą zastąpić moją kulturę swoją kulturą czy swoją rzekomą kulturą... A chcą. Osama bin Laden oświadczył, że cały ziemski glob musi stać się muzułmański, że po dobroci czy nie on nas nawróci, że aby osiągnąć ten cel, zabija nas i nadal będzie zabijał.*** 

Nie muszę się z Fallaci zgadzać we wszystkim i nie we wszystkim się zgadzam. Na przykład, nie wierzę w to, że żaden inny naród nie potrafi się w obliczu wielkiej tragedii zjednoczyć tak jak Stany Zjednoczone. W ogóle w swoich poglądach autorka jest dla mnie trochę zbyt... pro-amerykańska, jeśli wiecie co mam na myśli. Nie zgadzam się też absolutnie z tym, że nie ma umiarkowanej formy islamu. Może to głupie porównanie, ale to dla mnie tak, jakby każdego katolika nazywać inkwizytorem, gotowym spalić na stosie, każdego kto w jakikolwiek sposób sprzeciwi się jego religii. Inna sprawa, że razi mnie momentami ten jej krzyk, ta jej wściekłość, ta pretensja żywiona do świata i ludzi wkoło. To wszystko jednak nie zmienia faktu, że podziwiam ją jako kobietę, jako dziennikarkę i jako osobę. Zazdroszczę jej wiedzy, obeznania i przede wszystkim odwagi, tego, że potrafiła wykrzyczeć to co myśli każdemu w twarz. Dosłownie każdemu, bez względu na jego rangę. Że umiała krzyczeć, gdy powinna siedzieć cicho. Chciałabym kiedyś mieć w sobie choć połowę jej pewności i tego głębokiego przekonania, że moje poglądy są słuszne. 

Powiedziałam więc, że nie będę pisać kłamstw, a dyrektor naczelny (gruby i nadęty chrześcijański demokrata) wrzasnął, że dziennikarz jest maszyną do pisania i że ma obowiązek pisać to, za co mu płacą. "Nie pluje się na talerz, z którego się je". Płonąc z oburzenia, odpowiedziałam, że może sobie zatrzymać taki talerz dla siebie, że jeśli mam się stać maszyną do pisania, to wolę umrzeć z głodu, a on zwolnił mnie natychmiast".**** 

Za zarzucenie cytatami przepraszam, i tak nie przytoczyłam wszystkich, które bym chciała. Mimo wszystko Wściekłość i dumę polecam, chyba każdy powinien wyrobić sobie pewne własne poglądy, na rzeczywistość, która nas otacza.

Widzisz, kiedy byłam małą dziewczynką, sypiałam w "bibliotece", taką niewłaściwą nazwę nadali moi ubodzy rodzice pokoikowi, który był dosłownie od podłogi do sufitu wyłożony książkami kupowanymi na raty. Na półce ponad miniaturową kanapą, którą nazywałam moim łóżkiem, stała ogromna książka z zakwefioną damą uśmiechającą się do mnie z okładki, więc pewnego wieczora odwzajemniłam jej uśmiech, zaspokajając swoją ciekawość. To znaczy, czytając pierwsze strony. Matka nie chciała, żebym czytała tę książkę. Jak tylko zobaczyła ten klejnot w moich rękach, skonfiskowała go, jakby to był słownik grzechów i deprawacji. "Wstydź się, wstydź się - to nie jest dla dzieci". Ale potem zmieniła zdanie i udzieliła pozwolenia. "Dobrze, przeczytaj ją, przeczytaj I tak cię czegoś nauczy". W ten sposób "Baśnie z tysiąca i jednej nocy" stały się opowieściami mojego dzieciństwa, a od tamtej pory - częścią mojego książkowego dzieciństwa.***** 

Oriana Fallaci, Wściekłość i duma, Warszawa, Wydawnictwo Cyklady 2003

*s. 54

**s. 78-79

***s. 89-90

****s. 46

*****s. 43-44

poniedziałek, 20 lutego 2012

Dużo już było o tej książce, ale i ja pozwolę sobie dołożyć swoje trzy grosze. Choć jak to grosze, nie będą się zbyt wiele różnić od innych. Motyl bowiem okazał się, zgodnie z oczekiwaniami, książką bardzo dobrą, choć odrobinę jednak kulejącą na poziomie emocji. 

Alice Howland to pięćdziesięcioletnia kobieta, stojąca właściwie u szczytu kariery i wykonująca swoją pracę oraz powierzone jej zadania najlepiej jak potrafi. Aż do czasu. Oto bowiem w jej życie wkrada się odrobina chaosu. Nagle zaczyna gubić wątki podczas prowadzenia wykładów, zapomina przepisów, z których korzysta niemal od zawsze, a punkty umieszczone na listach rzeczy do zrobienia tracą dla niej znaczenie, bo nie bardzo wie, co mogłyby oznaczać. Początkowo zwala to wszystko na stres, zmęczenie i menopauzę. Nie widząc jednak poprawy, postanawia wybrać się do lekarza, który przedstawia jednoznaczną diagnozę: Alzheimer o wczesnym początku.

Lisa Genova świetnie przedstawiła postać Alice. No właśnie. Niby świetnie, ale jakby czegoś mi tu zabrakło. Doskonale widać zagubienie bohaterki, widać jej strach, jej niepewność co do przyszłości, to wszystko się niby czuje, a jednak nie tak do końca. Nie potrafiłam wejść całkowicie w jej głowę, z drugiej strony może trochę się bałam. Nie mniej jednak, dla mnie ta straszna, straszliwa choroba, jest czymś co może człowieka zupełnie załamać, myślałam, że będę płakać podczas lektury jak dziecko, zwłaszcza, że ja w ogóle straszna płaczka książkowo-filmowa jestem, a jakby średnio mnie to ruszyło. Pomijając może kilka scen, w których faktycznie stanęły mi łzy w oczach, ale ich było naprawdę niewiele.

Nieważne. W każdym razie i tak za wielką zaletę uważam sam fakt, że autorka stanęła po tej drugiej stronie. Że postarała się oddać to, co siedzi w głowie człowieka, który dzień po dniu, zaczyna tracić wszystko. Człowieka, który zapomina o najważniejszych rzeczach, o swoich pasjach, marzeniach, planach, o swoich najbliższych. Owszem, kojarzę zarówno książki, jak i filmy, w których problem Alzheimera się pojawia, ale na ogół jest on tylko pewnym dodatkiem do fabuły, a jeśli już stanowi główny temat to przedstawiony zostaje z punktu widzenia opiekuna. 

Inna sprawa, że i u Genovy zainteresowali mnie niezmiernie właśnie opiekunowie. Te postacie stojące gdzieś na uboczu, na drugim planie i ich postawy prezentowane w zderzeniu z tak straszną chorobą. Myślę, że na uwagę zasługują zwłaszcza John, mąż Alicii oraz Lydia, jej najmłodsza córka. Ten pierwszy niedopuszczający do siebie myśli o tym, co spotyka jego żonę, niepotrafiący pogodzić się z tym, że powoli zaczyna ją bezpowrotnie tracić, rzucający się w wir pracy, próbujący właściwie cały czas odwracać głowę od problemu i zachowywać się tak, jakby nic się nie zmieniło. I ta druga, która mimo wszystkich nieporozumień jakie między nimi były, mimo tego, że Alicii nigdy nie podobały się jej życiowe wybory, mimo wiecznego niezadowolenia, nawiązuje z matką najbliższą więź, wspiera ją we wszystkim i stara się pomóc najlepiej jak potrafi. Szczerze, zafascynowało mnie to jak zaczęły niemalże odkrywać się na nowo, dopiero poznawać, w ogóle rozmawiać ze sobą.

Trafiłam też w książce na fragment, który wyjątkowo mną wstrząsnął. Taki, który bardziej niż inne zmusił do myślenia. Chodzi mi o scenę, w której Alice zastanawia się nad tym czy nie wolałaby przypadkiem mieć raka. 

Podsumowując, książka Genovy to ważna książka, poruszająca ciężki temat, a jednak napisana z ogromną lekkością. Taką, która sprawia, że czytamy ją prawie niezauważalnie, z ciekawością przewracając kolejne strony, jakbyśmy czytali o czymś zupełnie innym. A jednocześnie sprawia, że robimy te kilka przystanków w momentach, które tego wymagają. W momentach, które sprawiają, że na chwilę przestajemy czytać, odkładamy książkę, łapiemy oddech i zastanawiamy się nad życiem swoim i swoich bliskich. 

Lisa Genova, Motyl, Słupsk, Papierowy Księżyc 2011.

piątek, 10 lutego 2012

Zdarzają się krótkie okresy radości, które trzeba rozciągać na wiele pustych lat...*

Czy spotykając czasem kogoś po raz pierwszy macie wrażenie, że znacie go właściwie od zawsze? Czy patrząc mu głęboko w oczy czujecie coś, jakiś maleńki impuls, jakbyście się już kiedyś spotkali? Czy wdając się w dłuższą rozmowę wydaje się Wam, że spędziliście z tą osobą dużo więcej czasu niż tylko te kilka godzin? Że spędziliście z nią właściwie całe swoje życie... A nie pomyśleliście nigdy, że to może nie być tylko ulotne wrażenie?

Daniel i Lucy, a może powinnam napisać Sophie, spotkali się po raz pierwszy w 541 roku. W dodatku, spotkali się w niezbyt sprzyjających okolicznościach. Ona, jako niewinna kobieta i on, jako oprawca, podpalający wioskę, do której nie powinien nawet wchodzić.

To jednak nie był jedyny raz kiedy mieli okazję się zobaczyć. Obydwoje bowiem wracają na ziemię wielokrotnie. Obydwoje przeżywają jedno życie za drugim. Czasem nie spotykają się w ogóle. Czasem robią to zupełnie przypadkiem. Zawsze jednak coś ich rozdziela. Bo jak być z kobietą będącą żoną naszego brata, choćbyśmy go nienawidzili z całych sił? Jak być z kobietą starszą od siebie o kilkadziesiąt lat? Albo wręcz przeciwnie, kilkadziesiąt lat młodszą? I wreszcie, jak być z kobietą, która za nic nie może nas sobie przypomnieć?

Jest XXI wiek. Daniel i Lucy spotykają się po raz wtóry. Okoliczności są więcej niż lepsze. Obydwoje są wolni, obydwoje piękni jak marzenie i obydwoje w podobnym przedziale wiekowym. Tylko co z tego, jeśli Lucy, choć niewątpliwie coś ją do Daniela przyciąga, za nic nie może go sobie przypomnieć? I czy Daniel ma w sobie na tyle siły i odwagi, by znów zabiegać o kobietę, którą kolejny raz może stracić? A może jeśli się kogoś tak bardzo kocha powinno się pozwolić mu w końcu odejść...

Poznajemy myśli Daniela, towarzyszące mu przez tysiąclecia, widzimy pewne kluczowe wydarzenia jego życia, a właściwie żyć, z drugiej strony śledząc też z uwagą to o czym opowiada nam Lucy. I ja, jeśli mam być szczera, wyczekiwałam z niecierpliwością tych rozdziałów, których główną bohaterką była właśnie ona. Może jako kobiecie, bliżej mi po prostu do kobiety, a może czekałam na nie ze względu na to, że były tak rzadkie.

Cała opowieść warta jest poznania. To piękna historia, pozwalająca uwierzyć w prawdziwą miłość, i to nie tylko taką do grobowej deski, jak widać. Autorka pozostawiła otwarte zakończenie, umożliwiające nam na własne interpretacje. Wprowadziła odrobinkę napięcia, w miejscach gdzie jest ono najbardziej potrzebna. Dostarczyła mi odrobiny wzruszeń, pozwoliła na zatopienie się w czasach i miejscach tak mi odległych i wlała w moje serce odrobinę ciepełka i nadziei. Bo jeśli coś się kończy to niekoniecznie kończy się na zawsze. A może nawet, nie kończy się nigdy?

Uwielbiałam Brashares serwującą mi opowieść o spodniach, które pragnęłaby mieć w swojej szafie każda nastolatka. A teraz? Cóż, mogę powiedzieć... Teraz uwielbiam Brashares opowiadającą o miłości, jakiej każda kobieta chciałaby doświadczyć.

Ann Brashares, Nigdy i na zawsze, Warszawa, Wydawnictwo Otwarte 2012.

*s. 92.

sobota, 04 lutego 2012

Oto cała prawda o czasie: nigdy się nie zatrzymuje i nigdy się nie powtarza.*

Nie wiem czy byłabym w stanie wskazać rodzinę, w której choć jednej osoby nie zabrałby nowotwór. Na ogół wykrywany zbyt późno, na ogół atakujący więcej niż jeden organ... Moim zdaniem ta choroba za każdym razem boli tak samo, za każdym razem jest równie niesprawiedliwa, za każdym razem doprowadza nas do beznadziejnej wręcz bezradności, ale mam wrażenie, że im młodsze osoby dopada tym więcej jakoś jest w nas pretensji do świata, do losu, do Boga. A co jeśli atakuje sześcioletnie dziecko?

Elena Desserich była zupełnie zwyczajną dziewczynką. Kolor różowy był dla niej niemal podstawą ubioru, a ozdoby we włosach czymś zupełnie naturalnym. Choć często tęskniła za rodzicami to jednak uwielbiała spędzać czas w szkole. A dla młodszej siostrzyczki byłaby w stanie zrobić wszystko, opiekowała się nią najlepiej jak umiała i uczyła tego, czego sama nauczyła się stosunkowo niedawno. Aż do czasu. U Eleny bowiem wykryto pewnego dnia rzadki rodzaj guza mózgu. 

Wiadomość z nieba to pamiętnik rodziców Eleny, który początkowo stanowił zwykłe zapiski, mające być kiedyś pamiątką dla jej młodszej siostry. To opis nieustającej walki o życie ukochanego dziecka. To zapiski z kilku upadków, z wielu chwil wątpliwości, z dni, kiedy najtwardszy zupełnie opadłby z sił, ale i z tych wzlotów, małych wielkich radości, ogromnych nadziei i woli przetrwania. Obraz sześcioletniej dziewczynki jaki się z tych zapisków wyłania niewątpliwie robi wrażenie ze względu na dojrzałość, jaką powoli zaczynamy w niej dostrzegać, ale i mocno zasmuca, gdy dociera do nas jak bardzo Elena jest zmęczona tą całą sytuacją i jak bardzo pragnie zwykłego powrotu do normalności, której nie może jej zapewnić nawet realizacja najskrytszych marzeń.

Lekarstwa nie stoją na półkach z zabawkami i nie mają metek. I choć mamy każdą zabawkę o jakiej małe dziewczynki mogą tylko zamarzyć wiara jest teraz towarem deficytowym. Robimy więc co możemy, rozpieszczamy je, traktujemy jak księżniczki i kupujemy wszystko, czego chcą. W jakiś sposób jest to nagroda za to, że nasze dzieci mają raka. Nagle troszczymy się, kochamy, nagle kupujemy im świat. Jednak jest za późno. Jedyne czego chce Elena, to być normalna.**

Wiadomość z nieba to dla mnie też niesamowity obraz powolnego godzenia się z losem, znajdowania siły w tym co kilka miesięcy wcześniej byłoby w stanie totalnie nas wykończyć i uśmiechu na ustach mimo wszelkich przeciwności losu. Nigdy nie przestanę podziwiać osób, które w obliczu tragedii nie załamują rąk, nie poddają się, a wręcz przeciwnie - potrafią cieszyć się życiem dużo bardziej niż ci, którzy nie są zmuszeni do obcowania na co dzień z nieuleczalną chorobą.

Brooke i Keith Desserich, Wiadomość z nieba, Słupsk, Papierowy Księżyc 2011.

*s. 128

**s. 90-91.

poniedziałek, 26 grudnia 2011

Boże, użycz mi pogody ducha, abym godził się z tym, czego nie mogę zmienić, odwagi, abym zmieniał to, co mogę zmienić, i mądrości, abym odróżniał jedno od drugiego.

Liz Murray przedstawia nam historię swojego życia. To dzieciństwo spędzone z rodzicami, wiecznie zaćpanymi, wydającymi na narkotyki ostatnie pieniądze z zasiłku, który przeznaczony był na jedzenie dla całej rodziny. Dzieciństwo, gdy wielokrotnie chodziła spać głodna, gdy z powodu braku ciepłej wody i za przeproszeniem, syfu w całym domu, chodziła brudna i zaniedbana, a przez to była wyśmiewana i odrzucana przez rówieśników, co skutecznie zniechęciło ją do szkoły.

To młodość spędzona poza domem, na klatkach schodowych, w domach przyjaciół, na ulicy, gdy każdy dzień był wielką niewiadomą. Gdy zdobycie kilku groszy, w ten czy inny sposób, stawało się jej być albo nie być. To młodość spędzona u boku mężczyzny, który ją wyniszczał. To młodość podczas której zupełnie nie mogła liczyć na ojca, przebywającego w przytułku i matkę, chorą na AIDS i tak wyniszczoną, że nie dożyła nawet jej szesnastych urodzin. I to wreszcie młodość, podczas której zapragnęła zmienić swoje życie, być tą dziewczyną, która potrafi dokonać tego co wydaje się niemal niemożliwe. 

Przełamać noc to obraz życia fascynującej kobiety. Jestem pełna podziwu dla tego co udało jej się dokonać, mimo wszelkich przeciwności losu. To historia, która niejednokrotnie wzrusza, niejednokrotnie każe ocierać łzy, pokazująca jak wiele silnej woli, jak wiele samozaparcia potrafi mieć w sobie jeden mały człowiek. 

Przełamać noc to też emocjonalnie bardzo ciężka książka. Ja, przyznam, musiałam sobie robić dłuższe przerwy między rozdziałami. Musiałam nawet zrobić sobie przerwę trwającą kilka tygodni, stwierdzając, że nie dam rady tego doczytać, że to nie czas, nie miejsce, że nie mam w sobie tyle siły. Mam takie wrażenie, że choć wiemy co się dzieje na świecie, jak funkcjonują niektóre rodziny, to jednak na co dzień nie dopuszczamy do siebie tej myśli, że jakiekolwiek dziecko, a już tym bardziej swoje własne, można traktować z aż taką obojętnością. Choć z drugiej strony, w pewnym momencie zaczęłam myśleć, że może jednak obojętność nie jest taka zła, że może to lepsze niż okrucieństwo do jakiego niektórzy z rodziców są zdolni. Pomijając jednak tę kwestię, Murray pisze o wszystkim, co ją spotkało z tak rozbrajającą szczerością, że czytając o jej życiu ma się ochotę tę małą dziewczynkę, którą kiedyś była, po prostu przytulić.

Nie chcieli nas krzywdzić. To nie było tak, że w ciągu dnia uciekali gdzieś indziej, by być lepszymi rodzicami dla jakichś innych dzieci, a wieczorem wracali i dla nas byli okropni. Po prostu nie potrafili być rodzicami, jakich chciałam mieć. Jak więc mogłabym ich winić?**

Pokazanie przez Liz stosunku do rodziców, nie tylko jej własnego, ale i jej siostry pozwala nam spojrzeć na dwa zupełne odmienne podejścia. Mamy tu więc autorkę, która jako dziecko zabiegała o miłość, cieszyła się z każdego, choćby minimalnego, objawu rodzicielskiej czułości, była dla matki swego rodzaju ostoją. I mamy też jej siostrę, Lisę, wiecznie obrażoną, wiecznie rzucającą fochy, mającą pretensję do wszystkich, o wszystko i pragnącą mieć życie takie jak wszyscy, nie godzącą się na to, co dostaje od życia.

Widzimy też ich stopniową przemianę, następującą wraz z dorastaniem, gdy Liz staje się nieodpowiedzialną dziewczyną, chcącą oderwać się od swojego życia, wpadającą w tarapaty, szukającą swego miejsca, a Lisa bierze na siebie cały ciężar związany z chorobą matki i utrzymaniem tego wszystkiego co ich otacza w stanie względnej normalności.

Dla mnie Przełamać noc jest też kolejną historią, która pokazuje jak ważni są dla nas inni ludzie. Jak bardzo mogą nas zniszczyć i ile mogą dla nas zrobić, często nie oczekując niczego w zamian, czasem nawet zupełnie nieświadomie. Kto wie, jak Liz poradziłaby sobie bez tej garstki przyjaciół, w której domach zawsze mogła znaleźć schronienie, co zrobiłaby bez tych kilku osób, na które zawsze mogła liczyć. Trudno nie dostrzec też przeogromnego wpływu nauczycieli z Humanistycznej Akademii Przygotowawczej, którzy to wskazali Murray właściwą drogę, pomogli na nią wkroczyć, nie narzucając jednak niczego. 

Myślę, że Przełamać noc jest książką, z rodzaju tych, które naprawdę warto poznać. Zwłaszcza w tych momentach, gdy sądzimy, że nasze życie jest beznadziejne, że nie może już być gorzej, i w takich, w których tracimy wiarę we własne możliwości, w których wydaje nam się, że jesteśmy beznadziejni i nic już z nas nie będzie. To książka, która pokazuje jak bardzo wyjątkowy jest każdy z nas  i jak wiele zależy od tego w jaki sposób postanowimy pokierować swoim życiem. Bo jak się okazuje, każdy, nawet najgorszy los można całkowicie odmienić.

Liz Murray, Przełamać noc, Bielsko-Biała, Wydawnictwo Rodzinne 2011.

*s. 419

**s. 68

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 9
Tagi
Teksty umieszczone na stronie są mojego autorstwa,proszę o niekopiowanie ich bez mojej zgody!

Czytadełko
on Google+