Wpisy z tagiem: 5
niedziela, 20 maja 2012
Ależ mnie wciągnęło! Od pierwszych stron niemalże. Wciągnęło, zainteresowało, zaskoczyło, poruszyło i wywołało ogrom emocji, nie zawsze tych pozytywnych. Ja się w ogóle zastanawiam, jak to się stało, że do tej pory nie trafiłam na żadną inną książkę tej autorki, bo teraz na pewno sięgnę po więcej. Wiecie do czego doprowadzić może fatalne zauroczenie? Ano na przykład do tego, że ciapowaty facet, weźmie się w końcu w garść, zechce zmienić swoje życie i chcąc poderwać całkiem niebrzydką starszą (od siebie, bo ogólnie nadal młodą) kobitkę zamieni się w detektywa... co niekoniecznie będzie jego najlepszym pomysłem. Jaro zostaje bowiem przez ową kobitkę, Ilonę, poproszony o odnalezienie jej byłego męża i odzyskanie jej własności, która pozwoli na poprawienie życiowych standardów jej i dwóch uroczych córek. I Jaro, owszem, znajduję jej męża (noo, nie sam oczywiście, bo fajtłapa z niego straszna, ale przy pomocy kochanej babci) tyle, że znajduje go przywiązanego do krzesła i w kałuży krwi. Niedługo potem dostaje też kolejne zadanie. Ginie bowiem matka jednej z koleżanek Ilony i dobrze by było, gdyby ktoś ją w końcu odnalazł, skoro policja sobie nie radzi. W dodatku ktoś zaczyna znęcać się nad podwórkowymi kotami, które babcia Halinka z watahą koleżanek regularnie dokarmiają. Na pozór nic nie łączy tych trzech spraw. Na pozór... Niewątpliwą zaletą powieści Fryczkowskiej są postacie przez nią stworzone. Oczywiście, prym wiodą główni bohaterowie. Siedemdziesięcioletnia Halina z miejsca wzbudza naszą sympatię, a ciapowaty Jarcio, pielęgnujący w sobie wciąż małe, odrzucone dziecko, sprawia, że mamy ochotę się nim zaopiekować. Ale warto też zwrócić uwagę na postacie drugoplanowe, zwłaszcza na kobiety i szereg problemów z jakimi muszą się one zmagać. Bo tego znajdziemy w powieści multum, bowiem jej karty zajmują kobiety samotne, porzucone, żyjące w związkach bez miłości, romansujące w tajemnicy przed światem i najbliższymi przyjaciółmi, szukające ciepła i zrozumienia, rozwiedzione, opuszczone, zmuszone do podejmowania zgubnych w skutkach decyzji. One właśnie są siłą tej książki i sprawiają, że jest ona czymś więcej niż zwykłym kryminałem. Mimo lekkości stylu, dzięki któremu po kolejnych stronach mknie się z prędkością światła, fabuła już wcale taka lekka nie jest. Pojawia się tu bowiem problem znęcania się nad zwierzętami, a nawet ich zabójstw i ja przy każdej takiej wzmiance odczuwałam niemalże fizyczny ból. Chciałabym wierzyć w to, że wszystko zostało wymyślone przez autorkę, że to tylko czysta fikcja, ale przecież wszyscy wiemy, jak jest i naprawdę ostrzegam osoby kotolubne, bo w książce znajduje się kilka dość drastycznych opisów, przy których zaciska się zęby ze złości i bezsilności. Można by powiedzieć, że najnowsza powieść Fryczkowskiej to po prostu bardzo dobry, ale typowy kryminał z trupem w tle. Można. Ale dla mnie to też po trochu książka o tym, by nie patrzeć na świat przez pryzmat stereotypów oraz by, już z całą pewnością, nie stać z założonymi rękami i z milczącym przyzwoleniem traktować zło, które nas otacza. Anna Fryczkowska, Starsza pani wnika, Warszawa, Prószyński i S-ka 2012.
sobota, 19 maja 2012
Historię Victorii poznajemy właściwie z dwóch perspektyw, co początkowo sprawiło, że trochę się gubiłam. W końcu słuchałam tej książki, nie miałam tekstu przed oczami, więc musiałam się jakoś dopiero wczuć w ten rytm. Śledzimy więc życie głównej bohaterki w czasie teraźniejszym, jej zmagania z tym, aby jakoś dotrwać do kolejnego dnia, szukanie pracy, coraz większy rozwój umiejętności, a także pojawiającą się na horyzoncie miłość oraz jej życie od momentu trafienia do domu dziecka, poprzez różne etapy dorastania aż do momentu, gdy trafiła do swego ostatniego z domów zastępczych, do Elizabeth. To właśnie Elizabeth nauczyła Victorię języka kwiatów, ale w pewnym momencie wydarzyło się miedzy nimi coś takiego, że dziewczyna była zmuszona opuścić i ten, pełen miłości dom. Sekretny język kwiatów to wzruszająca książka, pokazująca jak ciężko jest odnaleźć w życiu swoje własne miejsce, jak ciężko jest znaleźć coś, co zmusi nas do wyjścia z własnej skorupy, do zaufania innym ludzi. I choć bohaterka momentami strasznie drażni swoim egoizmem, to ciężko w tym wszystkim nie okazać jej współczucia i zrozumienia. Diffenbaugh w swojej książce skupiła się przede wszystkim na relacjach między kobietami. Mężczyźni choć się tu pojawiają, to w znacznej mniejszości i stojąc jakby na uboczu. Mamy więc Renatę, pracodawczynie Victorii, jej siostrę Natalię i matkę, którą wszyscy zwą mamą Rubi. I one są chyba tym przykładem relacji najcieplejszych, bo mimo pewnych dzielących ich różnic, mimo tego, że momentami mają się nawzajem serdecznie dosyć, to postronny obserwator widzi, jakie przywiązanie i wzajemny szacunek je łączy. Mamy tu też Elizabeht, matkę zastępczą naszej bohaterki, jej siostrę Katarinę i ich matkę. Siostrę, z którą coś w przeszłości poróżniło ją tak bardzo, że żadna z nich nie potrafi wybaczyć. Matkę, dzięki której zaczęły stosować język kwiatów w swoich listach, bojąc się ich przechwytywania. Wreszcie mamy też cały szereg kobiet stykających się z samą Victorią. Poczynając od Meredith, pracownicy socjalnej, sprawującej nad nią pieczę od samego początku, poprzez różne kobiety, które starały się (mniej lub bardziej) stać jej opiekunkami, dziewczyny mieszkające w domu dziecka, aż do Renaty i Elizabeth właśnie. W każdym z tych związków widać wyraźnie jej strach przed drugim człowiekiem, przez zaufaniem mu, okazaniem jakiegokolwiek przywiązania. Na koniec słów kilka o lektorce, która jest wielkim atutem tego audiobooka. Katarzyna Zielińska sprawia wrażenie, jakby była stworzona do tej roli, przysięgam. Jest po prostu genialna. Ma subtelny, delikatny, dźwięczny głos, który sprawiał, że momentalnie się zatapiałam, w tym co czyta. Ona dosłownie tym swoim głosikiem czaruje. Więc wkoło mogłoby się walić i palić, a ja i tak byłabym całkowicie odizolowana od świata zewnętrznego. Mam wielką nadzieję, że jeszcze kiedyś będę miała okazję posłuchać książki, naprawdę jakiejkolwiek, w jej interpretacji. Audiobook można pobrać tutaj. Vanessa Diffenbaugh, Sekretny język kwiatów, Warszawa, Świat Książki 2011. czyta: Katarzyna Zielińska
poniedziałek, 07 maja 2012
W ich domu już nie słychać śmiechu, skończyły się wspólne spacery do parku, a dni stały się w tak smutny sposób szare. Choć wiele straciła, w życiu Andzi jest coś, a także ktoś, kto pomaga jej trudny czas przetrwać. Coś, czyli tajemnica, którą tato dziewczynki powierzył jej tuż przed śmiercią. Ktoś, czyli Jeremiasz, chłopiec, który się nie odwraca, który z dnia na dzień potrafił stać się przyjacielem. - Mamo, dlaczego nie było końca świata, kiedy tatuś umarł? - zapytała niedawno, zamykając komiks, w którym bohater ratował Ziemię przed zagładą.- Był koniec świata, kochanie - odpowiedziała mama - Ale nikt poza nami tego nie zauważył.* Mimo ciężkiego tematu, książka zdaje się nie przytłaczać smutkiem. Nie przyprawia o wzruszenie, raczej wywołuje pewną nostalgię. Tęsknotę na tym co ulotne, czego nie da się zatrzymać. Ale też zwraca uwagę na te wartości, które powinny być w naszym życiu ważne. Rodzinę, miłość, przyjaźń. I przypomina o tym, jak ważne są drobne sprawy życia codziennego, jak smaczny, świeży sernik czy uśmiech na twarzy ukochanej osoby. Tekst uzupełniają piękne ilustracje Emilii Dziubak. Już dla nich samych warto książeczkę choć przekartkować. A jak już się to zrobi, to uwierzcie mi, nie sposób będzie się z nią zapoznać w całości.
Barbara Kosmowska, il. Emilia Dziubak, Dziewczynka z parku, Warszawa, Wydawnictwo W.A.B. 2012. *s. 60-61.
wtorek, 01 maja 2012
Oto jeden z najlepszych przykładów powieści, której siłę stanowi nie fabuła, nie miejsce akcji, ale jej bohaterowie. Josephine Linc. Steelson, czarnucha od prawie stu lat. Rankiem lubi jeździć autobusem dla bogatych, siada wśród białych i jest zadowolona, że w końcu może to robić, że po tylu latach może spojrzeć białemu prosto w twarz, dotknąć go. Mało tego, jest jeszcze bardziej zadowolona, gdy na twarzy tego białego widzi grymas niezadowolenia. To ona, jako pierwsza, wyczuwa tą sukę, która niesie ze sobą tragedię. Ksiądz, który co tydzień zagląda do więzienia, odprawić mszę czy udzielić spowiedzi. W głębi serca brzydzi się tego, z czym musi mieć styczność. Gardzi czarnuchami z więzienia i najchętniej by ich wszystkich pozabijał, czyniąc to, rzecz jasna, w imię Pana i na jego prośbę. Keanu Burns w trakcie pracy na platformie wiertniczej przeżył jakiś straszliwy wypadek, przez który nie może spokojnie żyć. Cały czas męczą go koszmary, cały czas ma przed oczami spalone ciała. Nie potrafi przestać o nich myśleć. Wbrew wszelkim zakazom, prośbom ewakuacji i zbliżającego się huraganu jedzie w kierunku przeciwnym do wszystkich. Jedzie do Nowego Orleanu, gdzie sześć lat wcześniej zostawił kobietę, którą kochał nad życie. Ona, Rose, właśnie przegrała walkę o alimenty uznając, że ojciec jej synka wcale nim nie jest, choć doskonale wiedziała, że to nieprawda. Jest zagubiona. Kryje w sobie jakąś bolesną tajemnicę. Tajemnicę, która nie pozwala jej spokojnie żyć i patrzeć na dziecko, z należną mu miłością. Gromada więźniów, której udaje się wydostać z cel, gdy tylko woda zaczyna wdzierać się do miasta i sprawia, że pada cała elektryczność. Wśród nich jest Buckeley, ten, który stanie się naszym narratorem. Wciąż rozdarty pomiędzy tym co chce, a tym co powinien robić. Zbyt słaby, by przeciwstawić się większości. Przez całą powieść przeplata się narracja tych pięciu osób. Przeplata, a czasem miesza w taki sposób, że ta piątka zdaje się być jednością, choć każdy z nich jest zupełnie inny. Każda z postaci stworzona przez Gaude jest na swój sposób fascynująca, a Katrina stanowi tu właściwie tylko tło wydarzeń, pretekst do pokazania tego, co się dzieje z ludźmi postawionymi w obliczu tragedii. Jak bardzo potrafimy zmienić się, gdy nasze życie jest zagrożone, jak nieprawdopodobnych wyborów potrafimy dokonywać. Styl Laurenta Gaudé jest bardzo oszczędny, a on sam stoi jakby na uboczu. Nie udziwnia fabuły, nie urozmaica jej. A ja momentami miałam wrażenie, że jako autor w ogóle nie ingeruje w całość wydarzeń, nawet nie próbuje tego robić. Że sam nie wie, co się dalej wydarzy, że nie ma żadnego planu. Pozwala swoim postaciom żyć własnym życiem, iść w tę stronę, w którą chcą iść, bez względu na to, co on sam sobie początkowo założył. Laurent Gaudé, Huragan, Warszawa, Wydawnictwo W.A.B. 2012.
czwartek, 19 kwietnia 2012
Czy da się mówić o Holokauście z uśmiechem na ustach? Czy tą tragedię da się przedstawić w sposób choć trochę optymistyczny? Dotąd sądziłam, że nie, nie ma na to szans. A jednak, Beniginiemu się udało. Choć może nie do końca, bo mimo całego ciepła płynącego z ekranu, mimo uśmiechu wywoływanego przez zachowanie głównego bohatera, nie uda nam się uniknąć choć kilku łez. Guido Orefice (Roberto Benigni) to prosty człowiek, pochodzący z prowincji, który dary losu przyjmuje z wiecznym uśmiechem na ustach, bez względu na to, jak te dary się prezentują. Poznajemy go gdy przybywa do większego miasta w Toskanii i poznaje swoją... księżniczkę Dorę (Nicoletta Braschi). Po kilku zbiegach okoliczności, zabawnych sytuacjach i porwaniu jej z własnych zaręczyn w końcu udaje im się założyć rodzinę, w której wkrótce potem pojawia się największe szczęście czyli syn Giosué (Giorgio Cantarini). Szczęście mogłoby więc trwać w najlepsze, ale... trwa wojna. Guido jako pół-Żyd zostaje z synkiem przeznaczony do transportu, Dora nie chcąc ich opuszczać dobrowolnie do nich dołącza. Tak wszyscy razem trafiają do obozu koncentracyjnego. Guido nie chcąc jednak tłumaczyć synowi zawiłości i, nie oszukujmy się, potworności ich obecnej sytuacji udaje, że wszystko co się dzieje wokół to tylko zabawa, gra, w której główną nagrodę stanowi czołg. Wiadomo, nie ma się co tu doszukiwać wiernego odwzorowania obozów koncentracyjnych, tego tu nie znajdziemy. W obrazie Bienigniego jest momentami wręcz sielsko i anielsko, ale też podejrzewam, że nie o to reżyserowi chodziło, aby przekazywać widzom jakieś historyczne prawdy. Nie, on skupił się na przedstawieniu relacji ojciec-syn. Na pokazaniu ojcowskiej miłości, swego rodzaju poświęcenia, tego, że mimo przeciwności losu, mimo wszelkiego zła z jakim Guido musiał stykać się dzień w dzień, wracał do syna z uśmiechem na twarzy, próbując uchronić go przez codziennością, próbując za wszelką cenę przedłużyć jego dzieciństwo. Piękny, wzruszający film, podczas którego zdarzy Wam się z pewnością uśmiechnąć przez łzy. Polecam z całego serca.
Will Freeman (Hugh Grant) ma 36 lat, wygodne życie, duże mieszkanie (którego zresztą z nikim nie musi dzielić) i pieniądze po tatusiu, które sprawiły, że nigdy nie musiał pracować ani martwić się o to jak przeżyć kolejny dzień. Beztroski i wymyślający kolejne genialne sposoby na zdobycie miłej pani na kilka randek (kilka, bo bez przesady, Will nie ma zamiaru z nikim się wiązać!) pewnego dnia na swojej drodze spotyka Marcusa (Nicholas Hoult). Marcus okazuje się być zupełnym przeciwieństwem Willa. To 12-letni chłopiec, gnębiony w szkole i opiekujący się coraz bardziej popadającą w depresje matką (Toni Collette). Takim oto sposobem Marcus szuka schronienia w wygodnym domu, u boku Willa, który jako dorosły mężczyzna powinien sobie ze wszystkim bez problemu poradzić, a Will uczy się od Marcusa jak się w końcu tym dorosłym mężczyzną stać. Tworzy się między nimi specyficzna więź, dają sobie wzajemne wsparcie, bo przecież nikt nie jest samotną wyspą, co zresztą w filmie jest bardzo często podkreślane. Był sobie chłopiec to bardzo przyjemny film, zabawny, poruszający. No a Hugh Grant w roli dużego chłopca wypada jak zwykle uroczo.
Nie skłamię jeśli napiszę, że gdy byłam małą dziewczynką to właśnie Smerfy należały do moich ulubionych dobranocek (no ok, zaraz obok Gumisiów), kwestią czasu było więc obejrzenie filmu, różnie zresztą odbieranego. Uciekając przez Gargamelem (a jakże!) i z małą hmm... pomocą uroczego Ciamajdy, gromadka Smerfów przenosi się na ulice Nowego Jorku. Za nimi niestrudzenie podąża Gargamel z Klakierem. A na miejscu wszyscy spotykają Patricka (Neil Patrick Harris) oraz Grace (Jayma Mays) Winslow, którym ostatnio w życiu się nie układa. To znaczy układa się może i całkiem nieźle, Grace jest w ciąży, Patrick ma całkiem dobrą pracę... tylko, no właśnie. Raz, że chciałby, by praca była lepsza, stara się więc nieustannie o awans, a dwa, że ma też pewne wątpliwości co do tego czy poradzi sobie z byciem ojcem. Fabuła była ciekawa, nie zabrakło zabawnych sytuacji, a kreacja Gargamela (w tej roli Hank Azaria), jego wyłanianie się z dymu i tekst: Zdechłeś, tak? wypadają po prostu genialnie i pewnie jeszcze długi czas będę się z nich śmiać. Co tu dużo pisać, mnie Smerfy w nowej, kinowej wersji, podobały się bardzo, nie wykluczam, że kiedyś obejrzę je sobie raz jeszcze.
wtorek, 17 kwietnia 2012
Wydaje mi się, że Włochy są wciąż i nieustannie jednym z tych krajów, który nas, Polaków niezmiernie fascynuje. To ta część Europy, w której wciąż z chęcią spędzamy urlop. Ale nie tylko. Bo przecież uwielbiamy też czy to zwyczajnie oglądać piękne, włoskie krajobrazy serwowane nam filmach czy też czytać historie o ludziach, którzy porzucając wszystko, postanowili przenieść się na włoskie Capri czy do Apulii. Przewodnik autorstwa Tima Jepsona okazuje się więc świetną pozycją nie tylko dla tych, którzy planują podróż, ale także dla tych, którzy po prostu chcieliby się dowiedzieć czegoś więcej o ojczyźnie pizzy. Najpierw dostajemy południowe Włochy jako całość, w pigułce. Poczytamy więc troszkę o ich historii i kulturze, o krajobrazie i gospodarce, oraz o różnicach pomiędzy Włochami południowymi i północnymi, po to, by następnie przejść do tej jednej, konkretnej części południa, która interesuje nas najbardziej czy też poczytać o każdej z nich z osobna. Każdy z regionów, poczynając od Neapolu, poprzez wybrzeże Amalii, Apulię, Kalabrię i Bascilicatę aż po Sycylię i Sardynię został opisany dość dokładnie, a autor przyłożył się mocno do opisu tych miejsc, które koniecznie powinniśmy zobaczyć. Mocno, to znaczy do tego stopnia, że w przypadku niektórych muzeów pokusił się na przykład o dokładny opis ich poszczególnych sal. Na końcu książki zamieszczono praktyczne porady, a wśród nich: rady dla podróżnych obejmujące na przykład terminy, w których najlepiej wybrać się do Włoch, rzeczy, które koniecznie powinniśmy ze sobą zabrać, informacje o tym jak dojechać na południową część kraju (autobusem, samochodem, samolotem), jak się po niej poruszać, zarówno w miastach jak i po całym regionie. Znajdziemy tu też słów kilka na temat etykiety i obyczajów Włochów, a także alarmowe telefony i porady dotyczące tego co powinniśmy zrobić w przypadku wypadku samochodowego czy zguby, jak również informacje o hotelach, możliwych wycieczkach oraz kalendarz wydarzeń kulturalnych czy religijnych. To, co mi bardzo przeszkadzała to miniaturowa czcionka, która naprawdę szybko męczyła wzrok. Rozumiem oczywiście, że spowodowana jest raczej niewielkim formatem, ale taki rozmiar to z pewnością nie na moje oczy. Powiedzmy jednak, że tę mękę chociaż częściowo wynagradza cała masa cudownych zdjęć. Dla osób wybierających się w najbliższej przyszłości do południowej części Włoch – pozycja obowiązkowa. Zapewniam, bez problemu zmieści się w każdej torebce! Recenzja opublikowana na kobieta20.pl Tim Jepson, Neapol i południowe Włochy, Warszawa, G+J RBA Wydawnictwo 2012.
Jarosław Kret po raz pierwszy wylądował w Egipcie za sprawą studenckiego stypendium. Powitał go wtedy Zamalek, jedna z, nazwijmy to, dzielnic Kairu, w której spędził swą pierwszą noc. Noc, co trzeba dodać, bajkową, magiczną, pachnącą ciepłem i spokojem, cichą jak mało co. To jednak była tylko noc. A rankiem się zaczęło... Ryk klaksonów, zgiełk, kurz, miliony samochodów jeżdżących we wszystkie możliwe strony, bez żadnych zasad, wszechobecny chaos przywodzący na myśl tylko jedno pytanie, mianowicie czy ktokolwiek nad tym wszystkim panuje? A jednocześnie ludzie zaczepiający cię na każdym kroku z sympatycznym hello, welcome, how are you i where are you from, którzy nie oczekują... żadnej odpowiedzi. Dzięki książce pana od pogody jadąc do Egiptu będziemy znali najczęściej używane tam słowo, wiedzieli o tym, że każdy napotkany człowiek, może okazać się policjantem, bo jeżeli na ulicy spotyka się dwoje Egipcjan, możesz być pewien, że troje z nich jest policjantem* oraz orientowali się w zakresie obowiązków bawwaba obecnego w każdej napotkanej kamienicy. Dowiemy się też między innymi dlaczego w koptyjskich świątyniach nad lampami zawieszane są strusie jaja, czy w Egipcie naprawdę trzeba się targować, a jeśli tak to w jaki sposób to zrobić, by jak najwięcej zyskać i jednocześnie nie obrazić przy tym sprzedającego oraz czy nikab naprawdę stanowi symbol zniewolenia kobiety muzułmańskiej czy jest noszony z zupełnie innych powodów? Kret w dość przyjemny, a często także zabawny sposób, serwuje nam obserwacje z targu wielbłądów, na którym miał okazję spędzić cały dzień czy wspomnienia z przepięknego wschodu słońca na górze Synaj. Chyba najpiękniejszego widoku, jaki w życiu oglądał. No, może poza równie zachwycającą, pełną barw rafą koralową, która dotknięta ręka człowieka nigdy już nie będzie taka sama jak kilkanaście lat temu. Jak wtedy, gdy zobaczył ją po raz pierwszy. Autor momentami kpi sobie z turystów, których w ostatnich latach zdecydowanie się w Egipcie namnożyło, a którzy przyjeżdżają tam tylko po to, by zniszczyć co zastane, jeść wszystko jak leci, popijać to drinkami, a potem odchorowywać dwa kolejne dni, bo przecież za to właśnie zapłacili. Egipt Kreta jest cudownym miejscem. Wielobarwnym, ciepłym, zachwycającym, a czasem bardzo zaskakującym. I choć zniszczony nieco ręką człowieka, choć niepozbawiony kilku wad, to nadal mocno przypomina istny raj na ziemi. Raj, do którego z chęcią każdy z nas by się udał. Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości portalu Lektury Reportera. Jarosław Kret, Mój Egipt, Warszawa, Świat Książki 2011. *s. 59
środa, 11 kwietnia 2012
Roland Emmerich, znany nam chyba głównie ze swoich filmów katastroficznych tym razem wziął na warsztat literaturę i spory niektórych historyków tejże, dotyczące postaci jednego z najwybitniejszych pisarzy literatury angielskiej. Przyznaję bez bicia, nie interesowałam się nigdy nadmiernie postacią Williama Szekspira, a o teorii jakoby był analfabetą i oszustem podpisującym i wystawiającym cudze sztuki pod własnym nazwiskiem dowiedziałam się dopiero przy okazji filmu. Mamy więc postać Edwarda de Vere (Rhys Ifans), hrabiego Oxfordu, który we wczesnej młodości trafiając na dwór królowej Elżbiety i biorąc za żonę córkę Wiliama Cecila (David Thewlis), królewskiego doradcy, zmuszony właściwie został do rezygnacji ze swej największej namiętności, a więc tworzenia sztuk. Nie zgadzając się z owym zakazem w żaden sposób, pisze dalej w tajemnicy, a dążąc do tego, by jego dramaty podziwiać mogła większa publiczność, która z pewnością zdolna jest do tego, by wyłapać pewne nawiązania do współczesnej mu polityki, prosi Bena Jonsona (Sebastian Armesto) o wystawienie ich pod własnym nazwiskiem. Ten natomiast przekazuje je jednemu ze swych aktorów, czyli Williamowi Szekspirowi (Rafe Spall) właśnie. W odbiorze początkowo może przeszkadzać zaburzona chronologia, ale wystarczy odrobina skupienia i szybko połapiemy się o co chodzi. Moim zdaniem Anonimus to świetnie oddany klimat okresu elżbietańskiego, wielka dbałość o szczegóły, zachwycające kostiumy i kapitalny pomysł na pierwszą i ostatnią scenę stanowiącą klamrę spinającą całość. Ze swojej strony gorąco polecam, choćby dla zaspokojenia ciekawości i poznania zupełnie innej, niż powszechnie znana, twarzy Szekspira.
Oto bardzo ciekawa, a przy tym całkiem nieźle zreazlizowana wizja przyszłości. Ludzie przestają się starzeć kończąc 25 lat, a pieniądze zostały wymienione na czas. Tak więc pensje dostajemy w minutach, jedzenie kupujemy za minuty, czynsz opłacamy minutami. Są tacy, którzy nie muszą się martwić o swój byt, na koncie mając zgromadzone miliony godzin, i tacy, którzy codziennie budząc się z zapasem zaledwie jednego dnia, drżą o każdą kolejną minutę, nie wiedząc czy po prostu nie padną gdzieś na środku ulicy. Wśród tych drugich znajdziemy Willa Salasa (Justin Timberlake), który pewnego dnia od przypadkowo poznanego człowieka, znudzonego swoim wiecznym życiem, otrzymuje w prezencie kilka tysięcy godzin. Ponieważ gesty takie znacząco odstają od normy, Will zostaje oskarżony o zabicie swego darczyńcy i zaczyna się jego ucieczka przed władzą oraz walka z istniejącym systemem. Nie w pojedynkę oczywiście, a z uroczą zakładniczką, córką jednego z najbogatszych ludzi, Sylwią Weis (Amanda Seyfried). Wyścig z czasem to film, dzięki któremu powiedzenie czas to pieniądz nabiera zdecydowanie nowego znaczenia. Mnie bardzo podoba się pomysł wizji przyszłości przedstawiona przez twórców. Sam pomysł, bo wizja walki o każdą kolejną minutę naszego życia już nie bardzo. Choć tak sobie myślę, że bez względu na to czym by nam płacili i czy pracujemy dla pieniędzy czy dla czasu i tak wciąż walczymy o to samo. |
Archiwum
Zakładki:
*
Całkowita liczba wyświetleń
Dla czytelnika
Mole książkowe
Strony autorów
Współpracuję
Wyzwania
Tagi
Czytadełko on Google+ |