Wpisy z tagiem: Wielka Brytania
środa, 11 kwietnia 2012
Roland Emmerich, znany nam chyba głównie ze swoich filmów katastroficznych tym razem wziął na warsztat literaturę i spory niektórych historyków tejże, dotyczące postaci jednego z najwybitniejszych pisarzy literatury angielskiej. Przyznaję bez bicia, nie interesowałam się nigdy nadmiernie postacią Williama Szekspira, a o teorii jakoby był analfabetą i oszustem podpisującym i wystawiającym cudze sztuki pod własnym nazwiskiem dowiedziałam się dopiero przy okazji filmu. Mamy więc postać Edwarda de Vere (Rhys Ifans), hrabiego Oxfordu, który we wczesnej młodości trafiając na dwór królowej Elżbiety i biorąc za żonę córkę Wiliama Cecila (David Thewlis), królewskiego doradcy, zmuszony właściwie został do rezygnacji ze swej największej namiętności, a więc tworzenia sztuk. Nie zgadzając się z owym zakazem w żaden sposób, pisze dalej w tajemnicy, a dążąc do tego, by jego dramaty podziwiać mogła większa publiczność, która z pewnością zdolna jest do tego, by wyłapać pewne nawiązania do współczesnej mu polityki, prosi Bena Jonsona (Sebastian Armesto) o wystawienie ich pod własnym nazwiskiem. Ten natomiast przekazuje je jednemu ze swych aktorów, czyli Williamowi Szekspirowi (Rafe Spall) właśnie. W odbiorze początkowo może przeszkadzać zaburzona chronologia, ale wystarczy odrobina skupienia i szybko połapiemy się o co chodzi. Moim zdaniem Anonimus to świetnie oddany klimat okresu elżbietańskiego, wielka dbałość o szczegóły, zachwycające kostiumy i kapitalny pomysł na pierwszą i ostatnią scenę stanowiącą klamrę spinającą całość. Ze swojej strony gorąco polecam, choćby dla zaspokojenia ciekawości i poznania zupełnie innej, niż powszechnie znana, twarzy Szekspira.
Oto bardzo ciekawa, a przy tym całkiem nieźle zreazlizowana wizja przyszłości. Ludzie przestają się starzeć kończąc 25 lat, a pieniądze zostały wymienione na czas. Tak więc pensje dostajemy w minutach, jedzenie kupujemy za minuty, czynsz opłacamy minutami. Są tacy, którzy nie muszą się martwić o swój byt, na koncie mając zgromadzone miliony godzin, i tacy, którzy codziennie budząc się z zapasem zaledwie jednego dnia, drżą o każdą kolejną minutę, nie wiedząc czy po prostu nie padną gdzieś na środku ulicy. Wśród tych drugich znajdziemy Willa Salasa (Justin Timberlake), który pewnego dnia od przypadkowo poznanego człowieka, znudzonego swoim wiecznym życiem, otrzymuje w prezencie kilka tysięcy godzin. Ponieważ gesty takie znacząco odstają od normy, Will zostaje oskarżony o zabicie swego darczyńcy i zaczyna się jego ucieczka przed władzą oraz walka z istniejącym systemem. Nie w pojedynkę oczywiście, a z uroczą zakładniczką, córką jednego z najbogatszych ludzi, Sylwią Weis (Amanda Seyfried). Wyścig z czasem to film, dzięki któremu powiedzenie czas to pieniądz nabiera zdecydowanie nowego znaczenia. Mnie bardzo podoba się pomysł wizji przyszłości przedstawiona przez twórców. Sam pomysł, bo wizja walki o każdą kolejną minutę naszego życia już nie bardzo. Choć tak sobie myślę, że bez względu na to czym by nam płacili i czy pracujemy dla pieniędzy czy dla czasu i tak wciąż walczymy o to samo.
piątek, 16 grudnia 2011
A jak się okazuje jesteśmy bardzo. W latach 1939-1947 około 200 tysięcy Polaków opuściło kraj osiadając na Wyspach. Wielu z nich nie wróciło już nigdy więcej do Polski. Uciekając najpierw przed wojną, potem przed komunizmem właśnie w Anglii postanowili zbudować swoją małą ojczyznę. Ewa Winnicka zaś skrupulatnie, ale też bez zbędnego oceniania, opisuje między innymi te próby stworzenia czegoś polskiego na obczyźnie, próby odnalezienia się w zupełnie innym świecie. Wiele miejsca poświęca też stosunkom polski-angielskim na przestrzeni prawie siedemdziesięciu lat. Na przykładzie żydowskich dzieci wywożonych na Wyspy podczas wojny, ratowanych od śmierci pokazuje jak ciężko jest im teraz, gdy są już dorośli określić własną tożsamość. W Londyńczykach znalazły się dwa utwory, które dla mnie znacząco się wybijają na tle całej reszty. Pierwszy z nich to Zastąpiona, w którym autorka opisuje losy pierwszej żony Władysława Andersa. Irena Anders to na tych kilkunastu stronach żona stęskniona i kochająca, z nadzieją czekająca na koniec wojny, po to tylko by się dowiedzieć, że została wymieniona na tą młodszą. Drugi z nich, Tato to właściwie zbiór e-maili, z których wyłania się obraz ojca-tyrana. Ojca, który po przeżyciu wojennego piekła sam postanowił zgotować je swojej rodzinie. Ojca, który bił i wykańczał psychicznie, ojca od którego córki postanowiły uciec, a o którym jednak, po upływie kilkunastu lat, chciałyby się dowiedzieć czegoś więcej. Choć każda z wiadomości, wymienianych między autorką, a Celiną, jedną z córek, jest dość sucha, właściwie wyprana z emocji, to cała historia wyciska łzy z oczu. Lektura Londyńczyków to jedna z tych nielicznych sytuacji, podczas której, zarzucana co rusz datami, nazwiskami czy miejscami nie zaczęłam zwyczajnie ziewać. Wręcz przeciwnie, książkę Ewy Winnickiej czyta się jak naprawdę dobrą powieść. I niech to będzie najlepszą rekomendacją. Recenzja opublikowana na kobieta20.pl Ewa Winnicka, Londyńczycy, Wołowiec, Wydawnictwo Czarne 2011.
sobota, 09 października 2010
Przy okazji pisania o Footloose marudziłam, że wszystkie filmy taneczne oparte są na tej samej fabule przez co każdy kolejny zdaje się powielać poprzedni przez co to wszystko robi się nudne. I faktycznie, w przypadku Step Up 3D fabuła jest powielona. Znów to samo, znów te same zawody, znów to samo dążenie do celu, znów walka o zdobycie pierwszego miejsca i nagrody pieniężnej, która pozwoli na uratowanie miejsca, w którym odbywałyby się dalsze treningi i znów te same miłości między głównymi bohaterami, a jednak... Ja jestem zachwycona. Mam wrażenie, że w filmach tanecznych fabuła już dawno zeszła na drugi plan, na pierwszy za to wysuwają się coraz to lepsze choreografie, a tutaj zarówno choreograf, jak i tancerze dali z siebie dosłownie wszystko. Taniec na najlepszym poziomie, świeeetna muzyka, niezłe ciacho w roli głównej, przezabawni bliźniacy i efekty 3D sprawiają, że ja jestem absolutnie, zupełnie, w całości kupiona i film pewnie obejrzę z wielką chęcią ponownie. Ocena: 5/6
Nie tak dawno pisałam o książce, dziś parę słów o filmie. O dziwo, podobało mi się. Pomimo początkowych nerwów, bo pozmieniano nie tylko co niektóre pytania i fakty z życia głównego bohatera, ale także jego imię! W dodatku Dev Patel jakoś tak średnio pasował mi do roli Jamala (ponieważ piszę o filmie, posługiwać się będę imieniem filmowym), o wiele bardziej pasowałby mi aktor grający Salima, ale do reżysera mi daleko, toteż mówię trudno i zmuszona jestem przyjąć jego wizję. Tak, jak w książce tak i tutaj środek jakoś tak średnio przypadł mi do gustu, ciągnął się trochę bez sensu, zaczynał nudzić, ale na szczęście akcja w końcu się rozkręciła, wszystko ładnie zaczęło się łączyć i cóż, podobało mi się chyba bardziej niż książka. Postacie wyrazistsze, Indie, mimo panującej w nich biedy (której temat wcale nie został tu spłaszczony, kornwalio ;)) dużo bardziej przekonujące, a i sama historia ciekawsza. Na wielką pochwałę zasługuje oczywiście kapitalna muzyka. Zabrakło mi co prawda postaci pani adwokat, koniec nadal jest nieco naciągnięty, a w pewne wydarzenia nadal trudno uwierzyć, ale mimo tych potknięć ja jestem na tak. Ocena: 4,5/6
Z zasady już tak jest, że gdy zachwyci mnie książka, filmowi zrealizowanego na jej podstawie bardzo trudno jest mnie zadowolić. Widzę każde najmniejsze niedociągnięcie, denerwują mnie wszelkie wprowadzone przez twórców zmiany i niezadowolona marudzę, że mogli się w ogóle nie brać za ekranizacje skoro nie wiedzieli jak najwierniej oddać książkę. W przypadku Lektora marudzenia nie będzie, bo film moim zdaniem jest doskonały pod każdym względem. Nie dziwią mnie ani trochę wszystkie nagrody czy nominacje Kate Winslet za tę rolę, bo zagrała świetnie, jej zagubienie w sądzie, władza nad Michaelem, uczenie się alfabetu, dla mnie mistrzostwo. Zresztą David Kross, w roli młodego Michaela także zagrał całkiem nieźle. Przy końcówce napłakałam się jak naprawdę przy mało czym i płakałam jeszcze jakiś po zakończeniu filmu. Jeśli ktoś jeszcze nie widział – polecam, z całego serca. Ocena: 6/6
poniedziałek, 17 maja 2010
W obliczu filmowej wersji Godzin to wszystko staje się nieważne. Nieważne stają się różnice i pominięcia, jeśli oczywiście takie istnieją, bo ja ich nie dostrzegłam, nieważne, że moje wyobrażenia dotyczące chociażby wyglądu bohaterów były zupełnie inne, bo film jest doskonały. Pod każdym, najmniejszym względem. Doskonała muzyka, scenografia, gra aktorska, zwłaszcza Nicole Kidman, której szczerze mówiąc początkowo nawet nie poznałam, ale ponieważ wiedziałam, że ma grać jedną z głównych postaci., w końcu domyśliłam się, że to właśnie ona została Virginią Woolf. Naprawdę, zagrała po mistrzowsku i nie wiem czy aż tak bardzo przesadzę pisząc, że to chyba jej najlepsza rola. Oczywiście w żaden sposób nie chcę tu ujmować innym aktorom, bo każda z osób zagrała na najwyższym poziomie. Oddanie klimatu książki z pewnością nie było zadaniem łatwym, ale zarówno twórcy, jak i aktorzy sprostali zadaniu. Jestem zachwycona, a Godziny to jeden z tych filmów, które w pełni dorównują książce. Swoją drogą udało mi się w końcu dorwać w bibliotece Panią Dalloway. Teraz pozostaje tylko pytanie: zachwyci czy rozczaruje? Ocena: 6/6
czwartek, 29 października 2009
Dr Emma Lloyd (Uma Thurman) jest lekarką do spraw sercowych. Prowadzi program radiowy w ramach którego co dnia udziela setką kobiet porad. Przy okazji jest szczęśliwie zakochana i niedługo ma poślubić Richarda (Colin Firth).
Ocena: 4/6 Film mi się podobał, a gdybym nie czytała książki to z pewnością podobał by mi się jeszcze bardziej. Wiadomo, jak to w adaptacjach książek bywa, pewne szczegóły zostały zmienione, a tutaj nawet zadziwiająco dużo. Choć może takie tylko odniosłam wrażenie ze względu na to, że właśnie jestem w trakcie lektury drugiej części. I choć na początku te zmienione szczegóły mnie drażniły to w końcu się przyzwyczaiłam i wciągnęłam. Bardzo podobała mi się postać zagrana przez Helen Mirren. Dokładnie tak sobie wyobrażałam Elinor. Uważam też, że jej dom, a przede wszystkim biblioteka zostały bardzo dobrze odtworzone.
Wielkim zaskoczeniem dla mnie była postać Smolipalucha (czy też Dustfinger’a, bo akurat jego imię w filmie zostało nie przetłumaczone), którego zagrał Paul Bettany, z resztą zrobił to doskonale. Zdecydowanie zupełnie inaczej sobie go wyobrażałam. No w każdym bądź razie po oglądnięciu filmu to nadal moja ulubiona postać.
No cóż, film oczywiście wszystkim polecam. Tym, którzy czytali i którzy nie czytali. A mnie pozostaje czekać i mieć nadzieję, że druga część także zostanie sfilmowana.![]() Ocena: 6/6 |
Archiwum
Zakładki:
*
Całkowita liczba wyświetleń
Dla czytelnika
Mole książkowe
Strony autorów
Współpracuję
Wyzwania
Tagi
Czytadełko on Google+ |