Wpisy z tagiem: spotkanie autorskie
wtorek, 06 grudnia 2011
Narzekam wciąż na wieczny niedobór spotkań autorskich w moim mieście. Narzekam tym bardziej, że Wrocław w końcu wielkim miastem jest, uznanym skądinąd za stolicę kultury, a to chyba też powinno do czegoś zobowiązywać. Ostatni czas jednak okazał się obfity w różne wydarzenia kulturalne, a ja na jakiś przynajmniej czas czuję się w pełni zaspokojona, choć nie udało mi się uczestniczyć we wszystkim co sobie zaplanowałam.
Pierwsze ze spotkań, w którym miałam okazję uczestniczyć odbyło się jeszcze w listopadzie w ramach Międzynarodowego Festiwalu Kryminału, a było to spotkanie z... Robertem Makłowiczem. Wyobrażam sobie Wasze miny, moja wyglądała tak samo, gdy zastanawiałam się co Makłowicz mógłby robić na spotkaniu poświęconym kryminałom. Odpowiedź jest prosta: gotować! O ludzie, jakie tam się rozchodziły zapachy... A jedną z dwóch potraw miałam nawet okazję spróbować i choć nie lubię (a przynajmniej tak myślałam) owoców morza to wierzcie mi risotto nero di sepia okazało się pyszne ;). Oczywiście związek z kryminałem też był, całkiem oczywisty, otóż Makłowicz przygotował dla nas potrawy jadane przez komisarza Salvo Montalbano, z powieści Camilleriego. W międzyczasie znany kucharz raczył nas również opowieściami o swych podróżach, potrawach poznawanych tu i tam oraz czytanych i lubianych kryminałach, a nawet o tym pierwszym kryminale jaki wpadł w jego ręce, gdy miał zaledwie 6 lat. Prócz pięknych zapachów, ciekawych opowieści nie obyło się również bez ogromnej dawki szczerego śmiechu. Kolejne trzy spotkania zostały zorganizowane w ramach Wrocławskich Promocji Dobrych Książek. Dwa z nich to te z finalistami Nagrody Angelus: Wojciechem Tochmanem i Swietłaną Aleksijewicz, skupione głównie wokół nominowanych książek.
Wojciech Tochman opowiedział więc nam o Dzisiaj narysujemy śmierć i o tym po co w ogóle pisać o ludobójstwie. Wyznał jak ciężko jest mu rozmawiać z oprawcami, jak zmieniło się jego podejście do świadków tych wydarzeń, a także do ludzi, którym te wydarzenia są właściwie obojętne, bo nie chcą wcale o nich wiedzieć, nie sięgają po książki, przełączają program. Kiedyś miał to ludziom za złe, teraz twierdzi, że mają do tego przecież pełne prawo. Mówił również o obciążeniach psychicznych, na jakie jest narażony pisząc o wojnach, twierdząc jednocześnie, że fakt, że poświęca się rzeczom naprawdę ważnym w jakiś sposób mu to jednak rekompensuje. Wyznał też słuchaczom w jaki sposób pracuje nad każdą książką oraz że... zazdrości Szczygłowi jego umiejętności i tego, że nawet o trudnych rzeczach ten potrafi pisać w sposób może nie tyle zabawny, co jednak dość przyjemny. Tak, że chce się to czytać. A ja wtedy pomyślałam: któż nie zazdrości Szczygłowi? ;)
Swietłana Aleksijewicz, jak się wkrótce okazało, tegoroczna zwyciężczyni, uchyliła nam rąbka tajemnicy na temat kolejnych planowanych książek, o Czarnobylu czy wojnie widzianej tym razem oczyma dzieci. Wróciła zresztą myślami do własnego dzieciństwa, w którym brakowało jednak mężczyzn, w którym zaraz po wojnie dominowały kobiety, od których dowiadywała się wszystkiego o tym co się wydarzyło. Wspomniała też o pierwszej wstrząsającej dla niej historii, o kobiecie z jej wioski, do której ludzie mieli ogromny dystans, a która jak się okazało w czasie wojny utopiła swoje dzieci, bo nie widziała innego wyjścia. Opowiedziała nam o tym, że praca nad każdą książką zajmuje jej około 10 lat. Tyle czasu potrzebuje na to, żeby porozmawiać z kilkoma setkami ludzi, żeby zdobyć w jakiś sposób ich zaufanie, żeby zechcieli w ogóle z nią rozmawiać, bo jak się okazuje, ludzie zaczynają zamykać się we własnej skorupie, gdy na jaw wychodzi, że Swietłana jest literatką. Na koniec pisarka udzieliła nam też małej rady na temat tego co zrobić, by być dobrym pisarzem. I wiecie co? To wcale nie wygląda na takie trudne, bo wystarczy być dobrym i ciekawym świata człowiekiem ;).
Ostatnie ze spotkań, w jakich uczestniczyłam podczas trwania WPDK było to z Pauliną Wilk. Już nie finalistką Nagrody Angelusa, ale osobą, jak sądzę równie ciekawą, co jej poprzednicy. Jak łatwo się domyślić spotkanie krążyło wokół Indii, którymi autorka jest zafascynowana. Opowiedziała nam też troszkę o dziewczynce, która znalazła się na okładce jej książki, o sytuacji indyjskich kobiet i o tym, że jako turyści powinniśmy się wyzbyć wiecznej chęci niesienia pomocy, którą odczuwamy, gdy widzimy co się dzieje na indyjskich ulicach. Podkreśliła, że Indie są wbrew pozorom tak uporządkowanym światem, że powinniśmy z pokorą przyjmować to co nam dają, to co nam pokazują, nie próbując w żaden sposób w ten świat ingerować.
Bałam się, że na ostatnie ze spotkań nie dam rady dojechać, a jednak się udało. Tak więc wczoraj miałam okazję wziąć udział w spotkaniu z Anną Dziewit-Meller i Marcinem Mellerem, poświęconym ich książce Gaumardżos. A właściwie nawet nie tyle książce, ile samej Gruzji i Gruzinom, o których autorzy opowiadali w taki sposób, że jestem zauroczona tym krajem, jego kulturą i obyczajom w nim panującym. W ogóle mój M. stwierdził, że siedziałam wpatrzona w Mellerów jak w bogów, chłonąc dokładnie każde słowo... i w gruncie rzeczy, choć nie zdawałam sobie z tego sprawy, ciężko mi się z nim nie zgodzić. Ale co mogłam zrobić, gdy mówili tak ciekawie, zajmująco, a przy tym dowcipnie? Nie dało się inaczej! Słuchałam więc urzeczona, ani przez chwilę się nie nudząc i nie odczuwając upływającego czasu. A ze spotkania wyszłam naładowana mnóstwem pozytywnej energii i przekonaniem, że jeśli kiedyś będę miała taką możliwość to chętnie posłucham ich raz jeszcze, choćby mieli mówić dokładnie o tym samym.
niedziela, 29 maja 2011
Miałam okazję ostatnio uczesniczyć w dwóch spotkaniach autorskich, na które czywiście, jak największa sierota, zapomniałam wziąć aparatu ;).
Pierwsze ze spotkań, z Markiem Krajewskim, odbyło się 17 maja we wrocławskim Ossolineum. Od razu zaznaczę, że żadnej z jego książek dotąd nie czytałam (zapewniam, że niedługo się to zmieni ;)), za to mój tato jest jego wielkim fanem, a ponieważ samemu pewnie nie chciałoby mu się ruszyć czterech liter... no cóż. Poszłam więc i absolutnie nie żałuję, bo choć spotkanie trwało prawie 2 godziny to w ogóle nie odczuwało się tego upływu czasu. Autor mówił rzecz jasna o swojej najnowszej książce Liczby Charona, ale także o swojej fascynacji matematyką ujawniającą się zresztą ponoć w Liczbach... O wykreowanych przez siebie bohaterach, bardzo podobnych, po to tylko, by nie stracić fanów, którzy polubili pierwszego z nich, czyli Eberharda Mocka. Opowiadał o opisach potraw jakie umieszcza w swoich powieściach i o tym jak dużo trudu przysporzyło mu stworzenie sceny erotycznej, co zawsze wydawało się zadaniem dość banalnym. Nie obyło się oczywiście bez wspomnienia o mistrzach pisarstwa, od których autor uczy się opisów przyrody czy tworzenia portretów psychologicznych. To zaś co najbardziej zachęciło mnie do autora to ciągłe podkreślanie, że nie jest on żadnym wybitnym pisarzem, że to co robi to tylko i wyłącznie jego praca, a on jest zwykłym rzemieślnikiem, który ma wyznaczony plan zajęć i gdy mija pora na pisanie to potrafi przerwać zdanie dosłownie w połowie. Mam wielką nadzieję, że jego książki mnie nie zawiodą. Byłoby szkoda zepsuć sobie tak pozytywne wrażenia.
Na drugie spotkanie, z Marleną de Blasi, udałam się tylko i wyłącznie dzięki temu, że zaglądam na blogi książkowe. Gdyby nie informacja u Montgomerry nie miałabym pojęcia, że cokolwiek się odbywa, bo na stronie Empiku oczywiście informacji o Wrocławiu zero. Potem dziwne, że niewiele osób na te spotkania przychodzi... No ale nic to, było jak było najważniejsze, że się dowiedziałam i mimo nieznajomości jej książek poleciałam na spotkanie, głodna, zmęczona i wściekła, bo jak się okazało autorka spóźniła się pół godziny. Nic to, wierzcie, że cała złość mi przeszła, gdy de Blasi się pojawiła, bo emanowało od niej tak niezwykłe ciepło, że ciężko było się gniewać ;). Oczywiście zaczęło się od rozmowy o jej nowej książce Smaki północnej Italii, od której zgrabnie przeszliśmy do tematu jedzenia, przepisów, włoskiej kuchni i niemożliwości całkowitego jej odtworzenia w jakimkolwiek innym miejscu, choć oczywiście warto próbować. Swoją drogą, wyobraźcie sobie co podczas tych rozmów wyczyniał mój biedny, pusty żołądek. Autorka mówiła także o polskich potrawach, bo jak się okazało miała już okazję spróbować pierogów i żurku, które za sprawą polskich przyjaciół być może zagoszczą i na jej włoskim stole. A ponieważ wydanie Smaków północnej Italii zbiegło się trochę w czasie z wydaniem Amandine to i o niej mogliśmy posłuchać. I szkoda tylko, że prowadzącemu śpieszyło się do zakończenia, bo mimo grających kiszek, mogłabym autorki słuchać i słuchać. *** A na deser, pochwalę się jeszcze kilkoma zdjęciami z naszego wyjścia do Zoo. Niby jestem tam co roku, ale za każdym razem robię zdjęcia i za każdym razem cieszę się jak dziecko. Swoją drogą do tej pory nie wiem jakim cudem udało mi się te zdjęcia tym razem zrobić, bo wierzcie - było ciężko. To, żeby udać się tam akurat 1 maja nie było naszym najlepszym pomysłem ;) |
Archiwum
Zakładki:
*
Całkowita liczba wyświetleń
Dla czytelnika
Mole książkowe
Strony autorów
Współpracuję
Wyzwania
Tagi
Czytadełko on Google+ |