Wpisy z tagiem: National Geographic
czwartek, 15 marca 2012
Czy po samym zapachu da się określić, gdzie, w jakim kraju, a może nawet mieście właśnie się znajdujemy? Pamiętam, że gdy byłam młodsza, ilekroć wracaliśmy z wakacji, rodzice po zapachu wyczuwali, że za chwilę wjedziemy do Wrocławia, bo już czuć... smród spalin. Do dziś nie wiem, ile w tym było prawdy, ja nigdy nie wyczuwałam tej różnicy. Wyczuwam ją natomiast będąc z dala od miasta, nad morzem, nad jeziorem, ba, wyczuwam tę różnicę w powietrzu siadając chociażby na działce, wchodząc do parku. Ale ja przecież nie o sobie miałam... Świat w zasięgu nosa to zbiór dziewięciu wywiadów i ciekawostek wyciągniętych z dziesiątego, który jednak nie został opublikowany w całości. Wśród rozmówców właściwie same sławy. I tak, Robert Makłowicz opowiada o aromatach Skandynawii, Włoch, Francji czy Słowenii, która okazuje się być prawdziwym tyglem zapachowym. Wojciech Cejrowski, jak zwykle z humorem, przybliża nam woń amazońskiego deszczu, drewnianego dymu czy gazety, którą pachnie poranna Kolumbia. Martyna Wojciechowska zabiera nas w podróż do Azji, próbując przybliżyć jej specyficzny zapach... religijności. Urszula Dudziak mówi o tym, jak w samym centrum Manhattanu udało jej się poczuć odrobinkę Tatr i jak to możliwe, że swąd tragedii z 11 września rozwiał się po całym Nowym Jorku. Beata Pawlikowska zdradza w jaki sposób przechowuje w domu zapachy przywiezione z podróży. Mateusz Kusznierewicz opisuje woń powietrza, unoszącego się nad oceanami. Wiktor Bater przyznaje, że w rosyjskiej restauracji ciężko jest wyczuć zapach spożywanej właśnie potrawy, gdyż wszystko przesiąknięte jest papierosowym dymem. Artur Orzech udowadnia, że Bliski Wschód to nie tylko pachnący bukiet kwiatów i przypraw. Jarosław Kret natomiast opowiada o tym, jak to na Madagaskarze udało mu się odnaleźć aromat polskiego chleba z lat 50. To wszystko może brzmieć ciekawie i pachnąco, czegoś mi jednak w tej książce zabrakło. Po takim tytule spodziewałam się odrobinki magii. Tego, że rozmówcy dadzą radę opisać te wszystkie zapachy w taki sposób, bym ja, siedząc w zaciszu własnego pokoju, była w stanie je poczuć. Zachwycić się nimi, zachłysnąć. Bym rozmarzyła się przy zapachu porannej kawy, wiatru znad oceanu czy świeżo wypieczonego chleba. Albo bym wzdrygnęła się chociażby na myśl o wszechogarniającym zapachu cebuli, której naprawdę nie cierpię. Nic takiego się nie stało, żadnych emocji nie było. Świat w zasięgu nosa przeczytałam szybko, to fakt, zresztą myślę, że spory wpływ na to miała dość duża czcionka, ale myślę, że w tym przypadku wygrywają książki napisane osobiście przez Cejrowskiego czy Wojciechowską. Katarzyna Skawska, Krzysztof Świdrak, Świat w zasięgu nosa, Warszawa, National Geographic 2009.
niedziela, 29 stycznia 2012
Książeczkę tę przeczytałam bodajże dwa tygodnie temu i nie wiem czy gdyby nie to, że podczas czytania zawsze robię sobie krótkie notatki miałabym co o niej dziś napisać. Choć niewielka i przyjemna w odbiorze, z głowy ulatuje w czasie krótszym niż ten, który poświęcimy na jej lekturę. Książeczka Kraśko to taka Szwecja w pigułce. Trochę historii (niestety nawet ciut więcej niż trochę) i kilka interesujących ciekawostek. Na przykład, no wiecie, ja nie jestem fanką śledzi, szczerze to chyba jedna z niewielu (jeśli nie jedyna) ryba, której nie lubię, ale nie miałam pojęcia, że pewien jego rodzaj jest aż tak, ekhm... śmierdzący, a przy okazji na tyle groźny, że w życiu nie wpuszczą Was z nim do samolotu, w obawie przed wybuchem. Nie wiedziałam też dla kogo i z jakiej okazji ABBA napisała i zaśpiewała swoją znaną chyba każdemu Dancing Queen. O, a przy okazji, nie miałam też pojęcia, że gdzieś istnieje hotel, który każdego roku budowany jest od nowa. Jak dla mnie było tu zdecydowanie zbyt wiele informacji dotyczących rodziny królewskiej i o wiele za dużo historii (ponad połowa tej cienizny), z której dziś już nawet niewiele pamiętam. Chętnie poczytałabym więcej o tych różnych ciekawostkach, a nie o tym jak to się stało, że Francuz został królem Szwecji, skąd on się właściwie wziął i jak pięknie się odpłacił za to co dostał. Co nie zmienia oczywiście faktu, że Kraśko pisze bardzo przystępnym językiem i całkiem miło się to czyta. *** A jeśli ktoś chciałby otrzymać tę książkę - nic prostszego! Napiszcie tylko czemu miałaby ona trafić właśnie do Was :) W przypadku większej ilości chętnych zrobię losowanie we wtorek. Piotr Kraśko, Świat według reportera: Szwecja, Warszawa, National Geographic 2011.
piątek, 13 maja 2011
Tym razem, wraz z autorką, udałam się do Meksyku, zaczynając od wagonu metra przeznaczonego tylko i wyłącznie dla kobiet. Dlaczego? Ano dlatego, że meksykańscy mężczyźni mają zbyt ruchliwe ręce. Zawędrowałam i na sam szczyt Piramidy Słońca, na której kilkaset lat temu składano ofiary z ludzi. Cały czas zaś towarzyszył mi zapach meksykańskich potraw, których główny składnik stanowi niezawodna tortilla, no i papryka. Tak, papryka. Nawet nie miałam pojęcia, że istnieje aż tyle jej rodzajów, ciężko w to uwierzyć i zastanawiam się jak się połapać przy zakupach, żeby nie wybrać przypadkiem tej najostrzejszej. Dużo miejsca Pawlikowska poświęca azteckim bogom i Aztekom w ogóle. Ich teoriom o stworzeniu świata i jego końcu, który, jak sami przecież wiecie, zbliża się według nich wielkimi krokami. Opowiada o wojnie bogów, o Montezumie, o przybyciu Hiszpanów do Mekyku, przytaczając przy tym wypowiedzi ówczesnych kronikarzy. Jak dla mnie nawet trochę za dużo tych wypowiedzi. W ogóle mam wrażenie, że za dużo tu historii, o której przecież wcale nie chciałam czytać, bo liczyłam po prostu na miłą wędrówkę ulicami współczesnego Meksyku. To jest mój główny zarzut, choć trzeba przyznać, że i historię, tak przeze mnie znienawidzoną, autorka podaje nam w wersji light. Łatwej do przyswojenia, z przymrużeniem oka i zadziornym uśmieszkiem. Tak jak poprzednio nastawić się możecie na zdjęcia, zabawne rysunki i prowizoryczną mapkę (taką specjalnie dla mnie, jak to ujął mój M.). W ogóle bardzo podobają mi się te nowe wydania dzienników Pawlikowskiej. O małym formacie, bez problemu mieszczące się w torebce, ale za to wydane w staranny sposób, o czym świadczą choćby kolorowe fotografie, na kredowym papierze. Ach, no i dochodzi też ta kusząca, niska cena, która przecież dla nikogo z nas nie pozostaje bez znaczenia, prawda? A na Blondynkę w Meksyku, lub gdzie indzie,j warto się skusić. Ocena: 4/6 Beata Pawlikowska, Blondynka w Meksyku, Warszawa, National Geographic 2011.
wtorek, 03 maja 2011
Sięgając po Blondynkę w Indiach obawiałam się trochę, że znów postawię Pawlikowskiej te same zarzuty. Jednak nie, tym razem uśmiech miałam przylepiony do twarzy, kilka razy parsknęłam śmiechem, a książeczkę przeczytałam błyskawicznie, nie tylko ze względu na niewielką objętość, ale i sposób pisania, od którego, jak się okazało, jednak ciężko się oderwać. Indie zawsze kojarzyły mi się w feerią barw, królestwem intensywnych smaków i zapachów. I to by się zgadzało. Nie zgadza się natomiast temperatura, która wbrew pozorom niekoniecznie jest tak wysoka jak zawsze to sobie wyobrażałam. Wielkim problemem w Indiach, nie dla tubylców rzecz jasna, ale dla przyjezdnych, staje się przejście na drugą stronę ulicy. Ruch drogowy pozbawiony żadnych zasad, oprócz tej, że pierwszeństwo ma ten, który jest większy i silniejszy, sprawia, że pokonanie nawet kilku metrów zdaje się graniczyć z cudem. Chyba, że jest się na tyle odważnym, by lawirować bez zawahania między rozpędzonymi samochodami. W swoim mini-dzienniku, jak go nazwałam, Pawlikowska przedstawia nam krótką historię Taj Mahal, mauzoleum powstałego w wyniku wielkiej miłości i opowiada o wrażeniach z pobytu w Świątyni Szczurów, do której raczej nie odważyłabym się wejść. Zabiera nas też na teren indyjskiej pustyni, gdzie zmierzyć jej się przyszło ze stadem dzikich wielbłądów oraz do jednej z najmniejszych osad jakie dane jej było zobaczyć, gdzie mimo trudności związanych ze zdobyciem wody, tubylcy bez wahania poczęstowali ją herbatą. Książka łatwa i przyjemna, napisana z przymrużeniem oka, uzupełniona mnóstwem zdjęć, które oglądam wciąż i wciąż, a do tego sprzedawana w przystępnej cenie. Czegóż chcieć więcej? Ocena: 4,5/6 Beata Pawlikowska, Blondynka w Indiach, Warszawa, National Geographic 2011. |
Archiwum
Zakładki:
*
Całkowita liczba wyświetleń
Dla czytelnika
Mole książkowe
Strony autorów
Współpracuję
Wyzwania
Tagi
Czytadełko on Google+ |