Wpisy z tagiem: Carta Blanca

piątek, 20 kwietnia 2012

Czy filozofia musi być nudna? Oczywiście, że nie. Pierwszym dowodem na to, niech będą wykłady z historii filozofii, w których uczestniczyłam na pierwszym roku. Samo to, że miło je wspominam i że chodziłam na nie z niekłamaną przyjemnością (czego o większości wykładów powiedzieć nie mogę) stanowi już niezłą rekomendację. Drugim dowodem mogłaby być książka Roberta Rowlanda Smitha. Ale nie jest. Przynajmniej nie dla mnie.

W kilkunastu rozdziałach, swą budową przypominających jeden dzień, a więc zaczynających się od porannej pobudki i śniadania, poprzez pracę, zakupy, przyjęcia, aż na pójściu spać kończąc, Smith stara się nam udowodnić, że pewne myśli filozoficzne możemy odnaleźć w każdym aspekcie naszego życia. Powołując się zresztą nie tylko na filozofów, ale także socjologów, psychologów, a często zdarza mu się przywoływać również przykłady z filmu czy literatury. 

Na siłowni spotkasz socjologa i historyka Michela Foucaulta, tłumaczącego, dlaczego twoje ćwiczenia stanowią formę kontroli państwowej. Jacques Lacan, psychoanalityk, pomoże ci w zakupach, a gdy wpatrzysz się w lustro w przymierzalni, objaśni niebezpieczeństwa narcyzmu. Kiedy będziesz w pracy, Karol Marks wyszepcze ci do ucha, jak przestać być niewolnikiem pieniędzy.* 

Dowiemy się więc jakie są różnice pomiędzy straganem a centrum handlowym i co łączy to drugie z Internetem. Swoją drogą miło było się dowiedzieć, że karta kredytowa łagodzi ból większości ludzi, bo zawsze wydawało mi się, że to tylko ja mam takie halo, że faktycznie wolę płacić tą kartą niż gotówką, bo wtedy jakoś sobie to płacenie odsuwam w czasie, a przy gotówce często płakać mi się chce. Smith spróbuje także wytłumaczyć dlaczego tak dobrze pamiętamy niemalże każdy dzień urlopu podczas gdy wszystkie pozostałe dni zdają nam się zlewać w jedną całość, jakich chwytów retorycznych używamy przy kłótni z partnerem, choć często nawet nie zdajemy sobie z tego sprawy czy też, co takiego, jaka magia tkwi w telewizorze, że potrafimy nie tylko godzinami się w niego wpatrywać, ale i ciężko nam się oprzeć chociażby zerknięciu na niego, gdy siedzimy w pubie czy na lotnisku. Przyjrzymy się też kilku paradoksom, przy których ciężko się chociażby nie uśmiechnąć. Jak chociażby ten, że w Los Angeles wręcz wskazane jest jechać na siłownie samochodem! A przecież wystarczyłoby odpuścić jazdę i zamienić ją na spacer czy bieg, a ta siłownia już nie byłaby wcale potrzebna. Przy okazji, jeśli dręczą Was takie pytania jak: kto powinien zapłacić rachunek, gdy jesz lunch z rodzicami albo czy zrobienie sobie wagarów od pracy jest naprawdę takie złe, to też warto do książki zajrzeć. Bo to przecież tylko niewielka część tego, co można w niej znaleźć. 

A mimo tego wszystkiego... no cóż, ja już do niej nie wrócę. Mimo swojej prostoty i silenia się na naprawdę lekki ton Śniadanie z Sokratesem niestety do mnie nie przemówiło. Czytałam tę książkę prawie dwa miesiące, bo musiałam robić sobie przerwy, po prostu nie byłam w stanie przyswoić sobie na raz więcej niż rozdział czy dwa. Bardzo możliwe, że to moja wina, że to ja nie mogłam się wciągnąć, skupić, załapać tego toku rozumowania autora. Ale momentami miałam też wrażenie, że on sam jakby się gubił w tym co chce czytelnikowi przekazać. 

Podsumowując, jeśli ktoś lubi szeroko pojętą filozofię i doszukiwanie się mądrości w każdej, nawet najbardziej prozaicznej czynności, Śniadanie z Sokratesem będzie dla niego pozycją wręcz idealną. Ja natomiast dochodzę do wniosku, że swoją znajomość z filozofią powinnam zakończyć jakiś czas temu, razem ze zdaniem egzaminu.

Robert Rowland Smith, Śniadanie z Sokratesem. Filozofia na talerzu, Warszawa, Carta Blanca 2012.

* s. 11

czwartek, 22 grudnia 2011

Gdy Europa czyta, Indie rozmawiają.* 

Niewiele czytałam dotąd o Indiach, nigdy w tym kraju nie byłam, bollywoodzkich produkcji właściwie nie oglądam, a jednak odkąd zobaczyłam tę książkę w zapowiedziach coś nieustannie mnie ku niej popychało. Co mogę napisać? Jeśli dzięki temu czemuś natknę się na więcej takich książek to proszę, niech pcha mnie jak najczęściej.

Bo jak się okazało Lalki w ogniu to świetna książka. Wciągająca i napisana tak, że Indie czuć niemal wszystkimi zmysłami. Czytając o targowiskach słyszę ich hałas, widzę feerię barw, którą ukazują, czuję zapach ryb i świeżych owoców. Zatrzymując się na rozdziale poświęconym jedzeniu cieszę się, że mój żołądek jest pełny, bo przesiąknięta zapachem smażonych warzyw i szafranu zaczęłabym się pewnie rozpaczliwie rozglądać chociażby za miseczką ryżu. Gdy autorka pisze o republice latryn czuję autentyczny wstręt i obrzydzenie, gdy wyobrażam sobie małe dzieci wyciągające rączki po kilka rupii w odruchu współczucia sięgam do własnej kieszeni. 

Wilk opisując Indie zestawia nowoczesność z tradycją, wielkie bogactwo z nędzą, czystość z wszędobylskim brudem. Dotyka niemalże wszystkich aspektów życia Hindusów. Przeczytamy tu o religii, tak dla nich ważnej, o bogach widocznych niemalże wszędzie, a także o wierze w liczne zabobony i potrzebie konsultowania się z astrologami przed podjęciem ważnych decyzji. Znajdziemy fragmenty mówiące o miłości, tak ciągle niedostępnej w kraju gdzie małżeństwa zawiera się ze względu na korzyści, które mogą przynieść rodzinie. Dużo uwagi autorka poświęca miejscu kobiety w indyjskiej społeczności, która wciąż bez mężczyzny przy boku pozostaje właściwie nikim, a nawet z mężczyzną powinna pozostać jakby niewidzialna. Podczas czytania zostaniemy zarażeni zachwytem targowiskami, na których dostaniemy można dosłownie wszystko: ryby oprawiane bezpośrednio na oczach kupca, wieprzowinę, sari, piękne, kolorowe materiały, biżuterię kurzącą blaskiem i sprawiającą wrażenie niezbędnej do życia.

Nie zabraknie tu też rozdziału o kolejach i wiecznie przepełnionych pociągach, tętniących życiem o każdej porze dnia i nocy. I o ulicach, na których nie obowiązują żadne zasady, a już na pewno nie te pisane, a które każdego dnia zamieniają się w jedną wielką łaźnię, w której dostrzec można setki mężczyzn oddających się porannej toalecie. Mnie natomiast chyba najbardziej zafascynował (i zmusił do własnych poszukiwać) fragment, niestety dość niewielki, o hidźrach, czyli transseksualistach, homoseksualistach, eunuchach tworzących w tym kraju zupełnie odrębną kastę.

Znajdzie się tu nawet niespodzianka dla każdego książkoholika, w postaci rozdziału poświęconego książkom właśnie. Bo choć w Indiach stopień analfabetyzmu wciąż jest całkiem spory to jednak i tam dostępne są budynki po brzegi wypełnione książkami, w których znaleźć można niemal wszystko, od Harry'ego Pottera po Mein Kampf Hitlera.

Zarzuty? Są! Oczywiście! Zbyt mało zdjęć na przykład. Teoretycznie, biorąc pod uwagę plastyczny język autorki, podczas czytania mamy to wszystko o czym pisze i tak przed oczami, ale ja bym tak chętnie sobie pooglądała te zdjęcia teraz, po zakończeniu lektury, albo w przerwach pomiędzy kolejnymi rozdziałami, a tu zaledwie cztery wkładki, na każdej dosłownie kilka fotografii. Mało mi.

Co nie zmienia faktu, że Lalki w ogniu to jedna z lepszych książek, jakie czytałam w tym roku i polecam ją po stokroć, a każdemu kto się jeszcze waha z zakupem radzę szybciutko biec do księgarni.

Paulina Wilk, Lalki w ogniu. Opowieści z Indii, Warszawa, Carta Blanca 2011.

s. 152

Strona autorki

czwartek, 25 sierpnia 2011

Mając czterdziestkę na karku i dobrze płatną, stałą pracę Anthony Bourdain dochodzi do wniosku, że czegoś mu w życiu brakuje. Postanawia więc wyruszyć, wraz ze stale mu towarzyszącą ekipą telewizyjną, niemalże dookoła świata w poszukiwaniu posiłku doskonałego. O tym czy znalezienie owego posiłku jest w ogóle możliwe i w czym ta doskonałość miałaby się objawić dowiemy się sięgając po Świat od kuchni.

Książka ta to swoiste zapiski z podróży, w których autor opowiada o potrawach charakterystycznych dla pewnych obszarów. Trafia więc między innymi do Rosji, gdzie uczy się pić wódkę na równi z jej rodowitymi mieszkańcami, Hiszpanii, w której uczestniczy w potao – całonocnym chodzeniu od baru do baru po to by najeść się i napić do syta czy Wietnamu, gdzie przy okazji targu na wodzie można dostać mnóstwo pyszności płynąc po prostu przed siebie.

Czasem dania opisywane przez Bourdina są tak apetyczne, że normalnym odruchem staje się zaglądnięcie do lodówki. Czasem wręcz przeciwnie. No chyba, że dla kogoś zarżnięcie świni lub przygotowanie całego jagnięcia (nie pomijając opisu usuwania jego wnętrzności) mogłoby być czymś apetycznym. Dla mnie nie było.

Na całe szczęście jednak autor nie skupia się tylko na jedzeniu. Dzięki temu książka ta dużo zyskuje na swojej wartości. Bo okazuje się, że to także opowieść o miejscach, które Bourdain odwiedza, o ludziach tam żyjących, ich zwyczajach, sposobach na życie, codziennych smutkach i troskach.

Ale uwaga! To jeszcze nie wszystko. Bo autor w całość swoich zapisków sprawnie wplata kilka (a czasem kilkanaście) zdań o ojcu, żonie czy bracie. No i są wspomnienia, chociażby pierwszej zjedzonej małży. A także odrobina marudzenia, właściwie może nawet nie odrobina, gdyż Bourdain lubi sobie ponarzekać. Na warunki nie odpowiadające jego wymaganiom czy ekipę próbującą kręcić go w nienajlepiej nadających się do tego momentach.

Mimo tego dobrze mi było w tej podróży. Z zainteresowaniem przyglądałam się barwom i kształtom mijanych miast i miasteczek, z zafascynowaniem chłonęłam zapachy i smaki, które znany kucharz starał się mi przybliżyć. Jednocześnie też bardzo odczuwałam brak jakichkolwiek zdjęć. Nie tylko potrawy, ale i niektóre miejsca opisywane przez Bourdaina aż proszą się o pokazanie.

Dostrzegłam też sporą wadę, którą trudno mi było ominąć. Ciężko mi się czytało tę książkę. Na szczęście nie jest to raczej wina jej treści, a wyglądu. Każda pojedyncza strona jest maksymalnie zapełniona tekstem, marginesy są maleńkie, a ja przez całą niemalże lekturę zastanawiałam się czy nie lepiej byłoby zwiększyć objętość, nawet dwukrotnie, byleby tylko odciążyć oczy czytelników, które przy takiej ilości tekstu bardzo się męczą i zmuszają do częstszych przerw. A to niestety nie pozwala na całkowite zatracenie.

Książkę przeczytałam dzięki portalowi nakanapie.pl.

Anthony Bourdain, Świat od kuchni: w poszukiwaniu posiłku doskonałego, Warszawa, Wydawnictwo Carta Blanca 2011.

sobota, 26 marca 2011

Spokojne miejsce otoczone zielenią, przesiąknięte zapachem świeżych owoców. Miejsce, w którym wszyscy są dla siebie życzliwi, a czas płynie jakby nieco wolniej. Trudno uwierzyć, że jeszcze gdzieś można się na nie natknąć. A jednak, można. I natknął się na nie Peter Kerr, autor książki, zakochując się od pierwszego wejrzenia i postanawiając porzucić całe swoje dotychczasowe życie w zamian za tą obietnicę bezpiecznej przystani, a potem wydając książkę. Oklepane? Być może. Jednak w trakcie czytania możemy się przekonać, że Pomarańcze w śniegu to nie żadna mdła opowiastka o odnalezieniu wymarzonego domku gdzieś na krańcu świata to książka napisana z humorem, w której wali się coś za każdym razem gdy wydaje nam się, że gorzej już być nie może.

Kerrowie przenoszą się ze Szkocji na Majorkę nie wiedząc o hiszpańskich zwyczajach właściwie nic. Mało tego, operując językiem hiszpańskim na poziomie, powiedzmy, podstawowym, a do tego nabywając farmę, pełną pomarańczy, na których uprawie zupełnie się nie znają. Potem zaś jest już tylko gorzej.

Bojler, z którego ulatnia się gaz, pralka, która lata świetności ma już dawno za sobą, zatkany komin grożący pożarem, szyby, które wylatują podczas burzy i rura odpływowa, którą właściwie ciężko nazwać rurą odpływową to zaledwie niektóre z ich nieszczęść. Wśród nich wszystkich znajdzie się jednak też odrobina prawdziwego szczęścia, w postaci cudownych sąsiadów, zawsze chętnych i gotowych do pomocy. Największą sympatię we mnie wzbudził rzecz jasne stary Pep, zgryźliwy jak mało kto, ale przy tym jednocześnie tak bardzo uroczy, że naprawdę ciężko go nie polubić.

W książce mnóstwo, po prostu mnóstwo uwagi zostało poświęcone majorkańskim przysmakom, a ponieważ Kerr najwidoczniej za cel obrał sobie użycie jak największej liczby przymiotników przy ich opisywaniu to są one tak wyraziste, że czujemy ich niepowtarzalne zapachy, ostry, słodki, gorzki, czasem też kwaśny smak na języku i niemalże widzimy jak pięknie prezentują swe kolory na talerzach. Cóż, zdecydowanie nie jest to książka dla kogoś przebywającego obecnie na diecie, wszystkim innym natomiast z czystym sumieniem polecam tę krótką podróż w okolice Andratx, które jak się okazuje nie zawsze zalane jest słońcem. Mimo tego zapewniam, że będzie to podróż niezwykle ciepła, owocująca w masę zabawnych sytuacji, dzięki którym uśmiech ani na moment nie zejdzie Wam z twarzy.

Oficjalna strona autora.

Ocena: 5/6

Peter Kerr, Pomarańcze w śniegu. Pierwsza zima na Majorce, Warszawa, Carta Blanca 2010.

Tagi
Teksty umieszczone na stronie są mojego autorstwa,proszę o niekopiowanie ich bez mojej zgody!

Czytadełko
on Google+