Wpisy z tagiem: wyzwania

sobota, 19 lutego 2011

Ile bym dała, żeby moja psinka choć raz zechciała do mnie przemówić. Żeby przynajmniej poinformowała czy jest jej u nas dobrze czy może chciała by coś zmienić, czy coś zrobiliśmy kiedyś nie tak. I tak co Wigilię czekam sobie grzecznie, ponoć to ten wieczór kiedy i zwierzęta mówią ludzkim głosem, a ta jak nigdy nic, zawsze idzie po prostu spać. Jednak nigdy nie wątpiłam w to, że świadomość posiada i rozumie to co do niej mówię. Pewnie i jakieś zdanie na temat mój i moich rodziców posiada. Oby tylko zdanie to nie pokrywało się ze zdaniem Bolka na temat jego pierwszych właścicieli, bo oni zdecydowanie do najlepszych ludzi nie należeli. I o ile pana dało się jeszcze przeżyć, bo dawał jedzenie, a czasem i posmyrał za uchem, może nieświadomie, ale jednak, o tyle o pańci już nic miłego powiedzieć nie można, bo to właśnie ona przyczyniła się do wykopania Bolka z domu. Jednak, jak to mówią, nie ma tego złego co na dobre by nie wyszło i na swój sposób rezolutny jamnik winien był swej pańci wdzięczność, bo tylko i wyłącznie dzięki niej miał okazję trafić do Irmy. A tam czekał go prawdziwy psi raj, bo Irma, choć sama w życiu łatwo nie miała okazała się kobietą o złotym sercu.

Sumińska przedstawia nam wszystkie myśli Bolka, opisuje jego relacje z innymi zwierzętami zamieszkałymi u starszej pani i przeprowadza wnikliwą obserwacje zachowań ludzi, których jamnik w swoim życiu spotyka. A ludzie są różni, ich zachowania okazują się czasem śmieszne, czasem przerażające, czasem zupełnie zwyczajne. W większości jednak ze spostrzeżeniami Bolka trudno się nie zgodzić i aż głupio człowiekowi przyznać, że czasem i on sam się takich zachowań dopuszcza.

Jakby mimochodem Sumińska wplata w to wszystko historię Irmy. Tego wszystkiego co doprowadziło ją do punktu, w którym właśnie się znajduje, jej okrytego dotąd tajemnicą pochodzenia, jej życia podczas wojny, jej pierwszej wielkiej miłości. Z wyjątkowym naciskiem na to ostatnie, bo choć Władek już dawno opuścił ziemski padół to jednak w życiu codziennym Bolka staje się dość częstym gościem. W jakim celu przychodzi? O tym nie pisnę ani słówka, a jeśli jesteście ciekawi to możecie sami sprawdzić, bo w gruncie rzeczy to dość przyjemna lektura. Tyle tylko, że mi wyjątkowo nie przypadł mi do gustu sam styl autorki. Wiem, że cała książka miała być stylizowana na wypowiedzi psa, który zresztą wzbudził całe mnóstwo mojej sympatii, tyle że momentami cała opowieść wydała mi się zbyt słodka i dość głupiutka. Zaroiło się tu od typowych scen do śmiechu i do płaczu, które, ku własnemu zdziwieniu, mnie zupełnie nie ruszyły, bo przeszły jakoś tak szybko i niezauważalnie.

Po książki o zwierzętach lub pisane z ich punktu widzenia nadal będę sięgać z przyjemnością, Fluke na zawsze pozostanie jednym z moich ulubionych filmów, przy którym, nawet znając go niemalże na pamięć, zawsze będę płakać, ale po książki Sumińskiej z pewnością już nie wrócę, a i dwa razy się zastanowię czy po inne pozycje sięgnąć.

***

A tu mój własny rudy skarb co się Sonią zwie ;):

Ocena: 3,5/6

Dorota Sumińska, Świat według psa. Opowieść jamnika Bolka, Kraków, Wydawnictwo Literackie 2010.

poniedziałek, 17 stycznia 2011

Nie rozumiem poezji. Nigdy nie uważałam, że mogłabym ją zrozumieć. Mało tego lata szkolne skutecznie mnie do jej czytania zniechęciły, wmuszając we mnie interpretacje z którymi absolutnie się nie zgadzałam oraz analizując każdy wers po kolei, czego nie znosiłam i co było dla mnie zupełnie bez sensu. Moim zdaniem wiersz powinno się odbierać jako całość, nie zastanawiać się nad pojedyńczymi słowami, tylko po prostu czytać. I ja tak robię. Nie interpretuję każdego słowa, nie staram się za wszelką cenę wejść w głowę autorki, nie usiłuję udowodnić, że jestem mądrzejsza niż jestem, bo i komu, i po co miałabym udowadniać? Ja po prostu czytam, czytam i się zachwycam, delektuję się słowami, pozwalam im mnie przenikać. I wiadomo, że nie wszystkie utwory do mnie trafiają, nie wszystkie mają jednakową moc. Ale te przeczytam raz i już do nich nie wracam. A resztę? Resztę mogę czytać i czytać, i uczyć się ich na pamięć. A jeśli już o pamięci mowa…

 

Trudne życie z pamięcią

 

Jestem złą publicznością dla swojej pamięci.

Chce, żebym bezustannie słuchała jej głosu,

a ja się wiercę, chrząkam,

słucham i nie słucham,

wychodzę, wracam i znowu wychodzę.

 

Chce mi bez reszty zająć uwagę i czas.

Kiedy śpię, przychodzi jej to łatwo.

W dzień bywa różnie, i ma o to żal.

 

Podsuwa mi gorliwie dawne listy, zdjęcia,

porusza wydarzenia ważne i nieważne,

przywraca wzrok na prześlepione widoki,

zaludnia je moimi umarłymi.

 

W jej opowieściach jestem zawsze młodsza.

To miłe, tylko po co bez przerwy ten wątek.

Każde lustro ma dla mnie inne wiadomości.

 

Gniewa się, kiedy wzruszam ramionami.

Mściwie wtedy wywleka wszystkie moje błędy,

ciężkie, a potem lekko zapomniane.

Patrzy mi w oczy, czeka, co ja na to.

W końcu pociesza, że mogło być gorzej.

 

Chce, żebym żyła już tylko dla niej i z nią.

Najlepiej w ciemnym, zamkniętym pokoju,

a u mnie ciągle w planach słońce teraźniejsze,

obłoki aktualne, drogi na bieżąco. 

 

Czasami mam jej towarzystwa dosyć.

Proponuję rozstanie. Od dzisiaj na zawsze.

Wówczas uśmiecha się z politowaniem,

bo wie, że byłby to wyrok i na mnie.*

 

I nie myślę o Szymborskiej. Ani o jej życiu, o tym co ją skłoniło do napisania powyższych słów, w jakich okolicznościach powstał ten wiersz. Myślę o sobie. Tylko i wyłącznie. To jest moja chwila, mój krótki moment, a słowa autorki pomagają mi się uspokoić. Po prostu.

Nie rozumiem poezji, nigdy jej nie zrozumiem, ale wiem, że to przecież nie powód bym nie mogła się nią zachwycać.

Ocena: 5/6

Wisława Szymborska, Tutaj, Kraków, Wydawnictwo Znak, 2009.

*Tamże, s. 15-16.

niedziela, 16 stycznia 2011

Życie to syf. Każdy kawałek mógłby pasować do układanki, każde słowo mogłoby być miłe, a każde wydarzenie radosne, tyle że tak nie jest. Życie to syf. Ludzie ogólnie biorąc są do dupy.*

Najgłupszego anioła zdecydowałam się przeczytać w związku z wyzwaniem świątecznym, które właśnie wczoraj dobiegło końca. Mam nadzieję, że organizatorka nie pogniewa się na mnie za małe spóźnienie.

Pine Cove to niewielkie, amerykańskie miasteczko, w którym wszyscy się znają. Wpisujące się w kategorię tych miasteczek, w którym każdy z nas choć raz w życiu chciałby się znaleźć. Mnie też małe, amerykańskie, spokojne miasteczka na ogół przyciągają i tym właśnie Pine Cove się wyróżnia - w nim osobiście znaleźć bym się nie chciała. Zwłaszcza nie na parę dni przed Wigilią, gdy stopniowo spokojne, małomiasteczkowe życie zamienia się w świąteczną masakrę.

A wszystko zaczyna się dość niepozornie. Mamy małżeństwo, a właściwie dwie osoby, które kiedyś były małżeństwem i które aktualnie nienawidzą się jak jasna cholera, a mimo tego w razie czego potrafią dojść do porozumienia. I mamy też sympatycznego policjanta, który od czasu do czasu lubi sobie zajarać trawkę, a w międzyczasie zajmuje się wiecznym uspokajaniem owego małżeństwa, ratując tą dwójkę kochających się przecież kiedyś ludzi przed popełnieniem zbrodni. Aż pewnego dnia...

Aż pewnego dnia siedmioletni Joshua wracając do domu widzi jak jakaś niedobra Pani morduje Mikołaja. Pamiętacie swoje rozczarowanie gdy rodzice ze smutnym wyrazem twarzy wyjaśnili Wam, że Mikołaj nie istnieje? Właśnie. To niewątpliwie było przykre, ale dobrze, że Wam powiedzieli, bo to na pewno dużo lepsze niż oglądanie Mikołaja z łopatą wbitą w szyję.

Wreszcie mamy tu tytułowego najgłupszego anioła. Serio, nie chciałabym go spotkać. A już na pewno nie chciałabym, żeby spełniał moje życzenia. Ani świąteczne ani żadne inne. To grozi śmiercią kilku niewinnych osób.

To nie pierwsza czytana przeze mnie książka Moore'a, wiedziałam więc mniej więcej czego mogę się spodziewać. Po wyśmienitym Baranku i trochę, ale jednak nie dużo gorszej Brudnej robocie miałam nadzieję na wiele niekontrolowanych wybuchów śmiechu i wielką poprawę humoru, a co dostałam? Sama nie wiem. Historyjkę bożonarodzeniową, którą ze Świętami łączy, mam wrażenie, tylko i wyłącznie postać Mikołaja. Jakoś mi mało tego Moore’owskiego humoru w Najgłupszym aniele. Albo może książka trafiła na tak zły czas kiedy zwyczajnie nie mogłam się zdobyć przy jej czytaniu na nic więcej niż głupkowaty uśmieszek.

W dodatku spotkała mnie niespodzianka, wcale nie należąca do tych najmilszych. Wyobraźcie sobie czytam tę książkę, już prawie kończę, dochodzę do 288 strony. I co? I nic, właśnie o to chodzi, że nic, bo powieść urwała mi się dosłownie w połowie rozdziału, a zaraz za nią zadrukowana była kolejna strona tytułowa, zaś na samej okładce już znalazła się powtórna strona 28. W tym momencie mogłam się już tylko cieszyć z tego, że żyję w świecie internetu pełnego wszelkich możliwych ebooków i że dzięki temu mogłam książkę spokojnie przeczytać.

Ocena: 3,5/6

Christopher Moore, Najgłupszy anioł. Podnosząca na duchu opowieść o bożonarodzeniowej grozie wersja 2.0, Warszawa, Wydawnictwo MAG, 2006.

*Tamże, s. 269.

poniedziałek, 10 stycznia 2011

Co można podarować osobie, która ma już wszystko: wspaniały dom, wymarzoną pracę, ustalone cele i rodzinę, jakiej niejeden człowiek mógłby jej zazdrościć? Wydawałoby się, że nic. A jednak…

Lou Suffern jest właśnie taką osobą. Ma wszystko, absolutnie wszystko o czym reszta ludzkości może sobie marzyć, a przy tym jednocześnie można by powiedzieć, że nie ma nic. I z pewnością nie jest szczęśliwy. Wiecznie zabiegany, wyznaczający sobie coraz to nowsze cele, rywalizujący z kolegami z pracy, pragnący wciąż być w dwóch miejscach naraz, zrobić wszystko byleby tylko zadowolić szefa, i niestety pozostawiający własną rodzinę gdzieś tam, daleko z tyłu. Daje pięcioletniej córeczce tajemnice bez pokrycia, nie potrafi uspokoić swojego rocznego synka, mało tego, nie potrafi nawet wziąć go na ręce, bo tak rzadko go widuje, że dziecko się go po prostu boi. Nie dostrzega piękna i dobroci własnej żony, za to wciąż rozgląda się za nowymi nabytkami do i tak już licznej kolekcji kochanek. Zapomina o starszych już rodzicach, kpi z rodzeństwa, uważając się za kogoś lepszego.

Jak to mówią, wszystko się może zmienić. W życiu Lou pojawia się Gabe. Bezdomny, którego mijał dotąd codziennie w drodze do pracy, aż pewnego dnia zauważa go, przystaje, żeby zamienić kilka słów, daje kubek kawy, załatwia pracę, a przy tym, co dziwne, po raz pierwszy w życiu nie oczekuje niczego w zamian. A jednak coś dostaje, i to o wiele więcej niż mógłby się spodziewać.

To historia jakich wiele, chciałoby się powiedzieć, że banalna. Od lat jesteśmy przecież zasypywani  produkcjami o cudownych przemianach dokonujących się w świątecznym czasie, a jednak jest w tej książce coś niezwykłego. Jest coś co każe nam czytać dalej, niemalże pcha przez kolejne rozdziały, choć wydaje nam się, że doskonale znamy koniec. I co najważniejsze est w niej ta odrobina magii, której czasem próżno szukać we własnym życiu.

Lou denerwował mnie na tyle, że gdyby stał zaraz obok to na pewno dostałby po tym zakutym łbie, przysięgam. Waliłabym ile wlezie dopóki coś by mu się nie poprzestawiało. Szkoda mi było jego żony, dzieci, rodziców. A w końcu mimo wszystkiego zrobiło mi się żal także jego samego.

Miałam nadzieję, że Podarunek skończy się tak jak kończą się wszystkie takie historie, przemiana się dokona, główny bohater stanie się wreszcie dobrym człowiekiem, mimo wszelkich przeciwieństw dostanie awans i wszyscy będą żyli długo i szczęśliwie. A jednak nie, nie ma tu typowego happy endu i nie wszystko idzie po naszej myśli, a tekst na ostatnich stronach dosłownie rozmazywał mi się od łez. I nie były to bynajmniej łzy czystego, radosnego wzruszenia, a raczej łzy bezsilności i tego, że życie niekoniecznie jest kolorowe, a my musimy w końcu zacząć doceniać to co mamy. Zanim zabraknie nam czasu…

Ocena: 5,5/6

Cecelia Ahern, Podarunek, Warszawa, Świat Książki, 2010.

piątek, 07 stycznia 2011

Powinien być jakiś zakaz kończenia powieści w taki sposób, pozostawiania czytelnika z własnymi myślami, niedopowiedzeniami, niepewnościami. Nie powinno się tak robić zwłaszcza, gdy czytelnik nie ma pojęcia kiedy będzie mógł sobie pozwolić na kolejną część i wszystko mu się wywraca na myśl, że nie może w tej chwili biec na złamanie karku po kolejną część.

Już pierwsza scena sprawia, że powieść całkowicie nas pochłania. Korek na autostradzie, łańcuch stojących ciasno samochodów, a w taksówce dźwięki rozlegającej się Sinfonietty Janáčka i kobieta martwiąca się o to, że nie zdąży na ważne, służbowe spotkanie. Zachwyca czytelnika od samego momentu poznania. I później, ta sama kobieta schodząca po nieużywanych zwykle schodach przeciwpożarowych, elegancka, dostojna. To Aomame.

Kolejna scena przedstawia mężczyznę, przed którego oczami regularnie pojawia się jedno wspomnienie. Wspomnienie, którego realności nawet nie jest pewien, a przedstawiające jego matkę dopuszczającą się zdrady z obcym mu zupełnie mężczyzną. I on sam leżący w łóżeczku, prawdopodobnie odwrócony nawet w drugą stronę. To Tengo.

W ten sposób Murakami zaczyna swą kolejną powieść i tak prowadzi ją już do końca. Dwutorowo, rozdziały parzyste przypisując mężczyźnie, nieparzyste kobiecie. Pozwala nam się dowiedzieć coraz więcej. Aomame okazuje się więc płatną zabójczynią. Usuwającą mężczyzn znęcających się nad żyjącymi przy ich boku kobietami. Oddającą się przypadkowo spotkanym mężczyzną, koniecznie starszym i koniecznie łysiejącą. A przy tym wzruszająco pielęgnującą w sobie miłość do chłopca, teraz już prawie trzydziestoletniego mężczyzny, który stanął kiedyś w jej obronie. Tengo zaś to niedoszły pisarz, wykładający matematykę na kursach przygotowawczych i pracujący jako redaktor w piśmie literackim. Bojący się jakiejkolwiek bliskości, która mogłaby zaszkodzić jego spokojnemu jestestwu, w razie czysto ludzkiej potrzeby spotykający się ze swoją, starszą o dziesięć lat kochanką. Pewnego dnia od swojego przełożonego dostaje nietypową propozycję. Mianowicie ma poprawić jedną z przysłanych na konkurs debiutantów prac. Powietrzną poczwarkę, która treścią zachwyciła ich obu.

Tak oto dochodzimy do postaci siedemnastoletniej Fukaeri , która zafascynowała mnie od pierwszego momentu, w którym się pojawiła. To właśnie ona napisała Powietrzą poczwarkę, jeśli można tak powiedzieć, bo jak się okazuje jest dyslektyczką, a więc zarówno z pisaniem, jak i z czytaniem ma spore problemy. Jej przeszłość, jej osobliwy sposób bycia, dość specyficzna maniera wypowiadania się, bez stosowania wielkich liter czy znaków przestankowych, cała jej postać, którą tak doskonale nakreślił nam autor jest absolutnie niesamowita. I to głównie z jej powodu nie mogę się wprost doczekać tomu drugiego.

Murakami, ach ten Murakami. Ciężko wyrazić mój zachwyt nad jego pisarstwem. Co bym nie próbowała napisać to zawsze coś przecież pominę. Zachwycam się więc tylko tym jego jakby naturalnym tworzeniem równoległych światów i nietypowych, nieznanych nam zupełnie postaci, po których niewiadomo czego możemy się tak naprawdę spodziewać. I zachwycam się tym jego przechodzeniem z rzeczy błahych, codziennych do tematów ciężkich, bo przecież nie można powiedzieć, że łatwo jest cokolwiek napisać na temat przemocy czy sekt i związków zachodzących między ich członkami. A jemu się to przychodzi tak łatwo. I tak płynnie wychodzi mu przechodzenie z narracji trzecioosobowej do pierwszoosobowej i z czasu przeszłego do teraźniejszego. Co mi więc pozostaje poza czystym podziwem i odrobiną zazdrości?

Niestety, jest też w książce w końcu element, którego przyczepić się muszę. Mianowicie literówki, a raczej cała masa literówek. Przeważnie staram się nawet nie zwracać na to uwagi, ale w momencie gdy pojawiają się na co drugiej stronie, a momentami brakuje nie tylko literki, ale i całego słowa to prędzej czy później musi to zacząć drażnić. Zdaję sobie sprawę, że wszechogarniający pośpiech może zrobić swoje, w końcu nowa powieść Murakamiego była jedną z najbardziej oczekiwanych książek tej jesieni. Tylko czy fanom naprawdę zrobiłyby różnicę te kilka dni czekania dłużej?

Ocena: 5,5/6

Haruki Murakami, 1Q84 T. 1, Warszawa, MUZA SA, 2010.

wtorek, 19 października 2010

Ta książka zdecydowanie nie należy do kategorii przeczytaj i zapomnij. To książka po której człowiek zaczyna myśleć, analizować z nadmierną dokładnością swoje ciało i reakcje. Zaczyna się zastanawiać czy palce jego dłoni zaciskają się aby na pewno wystarczająco mocno, a skurcze w nodze są tylko wynikiem nadmiernego napięcia mięśni. A co jeśli to te początkowe, prawie niewidoczne objawy SLA, które zazwyczaj się ignoruje?

SLA, czyli stwardnienie zanikowe boczne to choroba, na którą cierpiała autorka książki. To choroba, która powoli pozbawia człowieka wszelkich podstawowych przyjemności, paraliżuje go, nie pozwalając na jedzenie ulubionych potraw czy przytulenie ukochanego dziecka, a w końcu i na oddychanie. To jedna z tych chorób, która przeraża tym bardziej im dłużej się o niej myśli. Ulla-Carin opisuje historię nie tylko swojego życia, ale i swojego umierania, które pełne jest smutków, ale i radości, bo paradoksalnie zaczynamy doceniać swoje życie i cieszyć się z najmniejszych drobnostek, wtedy dopiero gdy zaczynamy je tracić. Opowiada też o problemach związanych z otrzymaniem odpowiedniej opieki medyczne, choć tu akurat moim zdaniem Szwecji jako państwu należą się wielkie brawa, bo w porównaniu do naszych polskich realiów, tam człowiekowi umierającemu zapewnia się warunki na naprawdę wysokim poziomie. Myślami często wraca do wydarzeń sprzed kilku(nastu) lat.

Wiosłować bez wioseł należy do książek, które wzruszają. Tym bardziej, gdy pomyśli się o tym, że autora nie ma już wśród nas.

Ocena: 5/6

Ulla-Carin Lindquit, Wiosłować bez wioseł. Książka o życiu i śmierci, Warszawa, Jacek Santorski & CO, 2006.

niedziela, 10 października 2010

Już przy okazji Dewey’a pisałam, że uwielbiam koty. I choć od kilkunatu lat towarzyszy mi kochana, poczciwa psinka to przez moje nie tak znowu długie życie przewinęły się dwa kocury i głęboko wierzę w to, że kiedyś jeszcze kota będę mieć. Najlepiej grubego, leniwego i rudego. Od dawna mi się taki marzy. Doris Lessing umożliwiła mi obcowanie z tymi cudownymi stworzeniami choć przez kilka godzin, i tak jak Piąte dziecko podeszło mi średnio, tak O kotach uwiodło mnie całkowicie. Zdaję sobie sprawę, że fragmenty o zabijaniu dopiero co narodzonych kociąt dla wielu czytelników mogą być wstrząsające, wielu mogą zniechęcić do dalszej lektury, dla mnie jednak to było sygnałem, że autorka zamierza pisać o wszystkim, zamierza być ze mną całkowicie szczera, niczego nie zatajać. Z wielką miłością, ale bez zbędnej tkliwości opowiedzieć o przygodach kotów, zarówno tych którym dane było u niej zamieszkać tylko przez jakiś czas, jak i tych które w jej domu spędziły u niej całe życie.

Spośród trzech opowiadać zamieszczonych w książce starałam się wybrać to, które podobało mi się najbardziej. I klops, nie potrafię. Każda z tych historii ma swój czar. Albo inaczej, każdy z tych kotów ma swój czar i ja nie umiem, a może też nie chce, faworyzować żadnego z nich, bo każdy jest w pewien sposób niezwykły. Szara kotka lubiąca psoty i pieszczoty, walcząca jak lwica o swą pozycje w domu, nie potrafiąca zajmować się własnymi dziećmi, a na starość przyprowadzająca do domu zupełnie obcego kota, tylko po to, by miała w czyim towarzystwie posiedzieć. I jej współlokatorka – zupełne przeciwieństwo: kotka czarna – idealna mama dla swoich kociąt, znająca swoje miejsce w domu, która wzruszyła mnie tym jak nauczała swoje potomstwo jeść z miski czy korzystać z kuwety. Charles próbujący zrozumieć jak działają cuda techniki, kot który gada przez całą drogę ze schodów do ogrodu i z powrotem, komentuje wszystko, co się dzieje w domu*. Rufus, rudy przybłęda, mruczący tak głośno, że mieszkańcy domu zmuszeni byli przygłaśniać telewizor,Rufus, którego każdy kolejny krok był dokładnie przemyślany i który zanim zrobił cokolwiek obmyślał dokładne plany swego działania i wreszcie Rufus, który aż do końca nie był w stanie ponownie zaufać człowiekowi. I El Magnifico – kot wspaniały, największy z miotu, pełniący rolę ojca zamiast brata, wymuszający kaszel, by zwrócić na siebie uwagę i zachowujący dumę, nawet w chwilach, w których mógłby się poddać najtwardszy człowiek.

Doris Lessing dzięki tej książce przekonała mnie znów do swojego pisarstwa, mało tego sprawiła, że w nogach czułam ciepło i wibracje, a w uszach słyszałam mruczenie. Może to Rufus dziękował tak głośno, że słychać go było, aż tutaj u mnie.

Ocena: 5/6

Doris Lessing, O kotach, Warszawa, Prószyński i S-ka, 2008.

*s. 159

niedziela, 05 września 2010

Lise była kiedyś zwyczajną kobietą, piszącą książki dla dzeci, mająca u boku kochanego męża i dwójkę potomków. Właśnie, była. Aż do momentu gdy za jedną ze swoich książek zdobyła nagrodę Akademii. Wtedy zaczęła się sława, ludzie o niej usłyszeli, a jej życie zaczęło się psuć. Chociaż nie, nie wiem czy to był ten moment gdy wszystko uległo zmianie, Lise pewnie też tego nie wie. Czy ktokolwiek potrafi wskazać ten jeden, jedyny moment od którego wszystko się zaczęło? Albo skończyło. Ja nie potafię jednoznacznie określić w którym ułamku sekundy coś się w moim życiu na zawsze zmieniło.

Tak więc u Lise zmieniło się wszystko. Zaczęła wyczuwać spisek ze strony męża i pomocy domowej, potem ze strony dzieci, wreszcie przestała ufać najlepszej przyjaciółce. Zaczęła słyszeć głosy, zaczęła mieć halucynacje, stopniowo zaczęła się staczać, a wreszcie nie potrafiła już wskazać różnicy między rzeczywistością, a wytworami swojego chorego umysłu, co doprowadziło ją do podjęcia samobójczej próby i w efekcie zamienienia swego lokum na szpital psychiatryczny.

Mało jest książek, które potrafią wywołać we mnie aż tak silne emocje, mało jest książek, które potrafią sprawić, że ja sama się gubię, że nie potrafię odróżnić prawdy od fałszu, jawy od wytworów wyobraźni, że zaczynam się bać tego co zobaczę na natępnej stronie. Mało jest utworów, które potrafią sprawić, że razem z bohaterką wariuję od samego czytania, jednocześnie ciesząc się, że po przeczytaniu otatniego słowa i zamknięcia książki raz na zawsze wszystko wróci do normalności. Więc jeśli ktoś potrafi pisać w taki sposób, że ja, leżąc we własnym łóżku zaczynam czuć i przeżywać to co bohater, jeśli tak samo się boję i tak samo pragnę uciszyć to wszystko wokół, albo najlepiej uciec gdzieś daleko to znaczy to tylko tyle, że to naprawdę znakomity pisarz.

Polecam, bo to mocna rzecz i książka naprawdę godna uwagi.

Ocena: 6/6

Tove Ditlevsen, Twarze, Warszawa, KOJRO, 2007.

 
1 , 2 , 3
Tagi
Teksty umieszczone na stronie są mojego autorstwa,proszę o niekopiowanie ich bez mojej zgody!

Czytadełko
on Google+