Wpisy z tagiem: homoseksualizm

piątek, 02 marca 2012

Aleksandra spotykamy w nie najlepszym momencie jego życia. Właśnie zginął jego brat bliźniak, którego pogrzeb staje się okazją do spotkania Alka z, przez lata niewidzianą, rodziną. Od swojej siostry dostaje dzienniki, które w dniu wyprowadzki z domu, zapomniał ze sobą zabrać. Dzięki nim główny bohater, a czytelnik wraz z nim, cofa się do przeszłości, mając okazję przyglądnąć się wydarzeniom, które miały decydujący wpływ na jego dalsze życie. Wydarzeniom, które pozwoliły mu w jakiś sposób się określić. Choć i może nie do końca...

Mam niestety wrażenie, że ta jego przeszłość przez większą część książki niemiłosiernie się ciągnęła i dopiero gdzieś tam przy końcówce zaczęła mnie autentycznie interesować i wciągnęła na tyle, że przy tych ostatnich pięćdziesięciu stronach zaczęłam się jakoś w życie Alka angażować.

Problem z tą książką polega na tym, że w moich oczach jest ona po prostu mało wiarygodna. Ciężko mi uwierzyć w to, że chłopak, który dopiero zaczyna się zastanawiać nad swoją seksualnością z miejsca leci do gejowskiego klubu i ląduje w łóżku z pierwszym facetem, który mu się tam nawinie. Ciężko mi też uwierzyć w to, że homoseksualiści, zamiast siąść i najpierw pogadać o tym, co się dzieje ze swoją rodziną czy najbliższymi przyjaciółmi, lecą na facebooka ogłosić to z miejsca całemu światu, zwłaszcza gdy w domu, ba, w tym samym pokoju, mają brata homofoba.

Niemniej jednak sam temat poruszany przez Onichimowską jest ważny. Dobrze, że zdecydowała się mu poświęcić swą powieść. Dobrze, że starała się pokazać to, że inność w żadnym stopniu nie oznacza bycia tym gorszym. Ciekawym zabiegiem okazało się też przeciwstawienie Alka kilku innym postaciom. Tak więc widzimy go jako homoseksualistę mieszkającego pod jednym dachem z zapalonym homofobem, który jednak prędzej czy później maksymalnie nas zaskoczy. Widzimy go też jako chłopaka, pochodzącego z raczej ubogiej rodziny, dla którego każdy grosz i okazja do jego zdobycia, jest na wagę złota i jego dziewczynę, dla której pieniądz w jakiś sposób zdążył swoją wartość stracić, przez to tylko, że ma go pod dostatkiem. 

Zastanawiam się odrobinę, czy gdyby książka ta ukazała się kilka lat wcześniej i czy gdybym ja kilka lat wcześniej po nią sięgnęła to mój odbiór byłby inny. I nie wiem. Hera, moja miłość Lot Komety swego czasu zrobiły na mnie wielkie wrażenie, może gdybym znów miała naście lat i Koniec gry wywołałby podobną reakcję, a może po prostu to jedna ze słabszych książek autorki. 

Anna Onichimowska, Koniec gry, Kraków, Wydawnictwo Znak 2012.

niedziela, 16 maja 2010

Chłopiec z Włoch / Philippe Besson ; przeł. Hanna Zdunikowska. – Warszawa : MUZA SA, 2004.- 198, [2] s. ; 21 cm. – ISBN 83-7319-552-1

Pewnego dnia na brzegu jednej z florenckich rzek policja odnajduje ciało młodego mężczyzny. Ciało Luki. Informują o tym jego rodziców i przyjaciółkę Annę, którą proszą o identyfikację. Podczas sekcji wykryte zostają u Luki środki nasenne, pojawia się więc podejrzenie o samobójstwo lub morderstwo. W międzyczasie z nekrologu zamieszczonego w gazecie o śmierci swego kochanka dowiaduje się także Leo. Zaczyna się dochodzenie i powolne odkrywanie tajemnic, które nie koniecznie chciałoby się odkryć. Pojawiają się pytania, na które niekoniecznie chcielibyśmy odpowiadać.

Czy możemy, a raczej czy powinniśmy ufać bezgranicznie najukochańszej osobie? Jak wiele są w stanie zmienić w naszych uczuciach skrywane przez nią tajemnice? Czy można naprawdę kochać jedną tylko osobę?

Narracja w książce prowadzona jest ze strony Anny, Lea, a także martwego, ale stanowiącego właściwie środek całej powieści, Luki. Swoją drogą jego wrażenia zza grobu, zwłaszcza te dotyczące rozkładu nie są zbyt przyjemne. Bardzo podobały mi się te relacje z trzech stron, tym bardziej, że uczucia Anny i Lea względem Luki były zupełnie różne. Każde z nich znało jego inną stronę, a więc każde musiało czuć coś zupełnie innego. To zadziwiające jak wiele naszych emocji zależy jednak od wiedzy.

Chciałam też przytoczyć tu jakieś fragmenty książki, ale spisując któryś z kolei doszłam do wniosku, że nie ma to większego sensu, bo mogłoby się skończyć na przepisaniu całości. Na każdej stronie swej powieści Besson serwuje nam warte zapamiętania perełki, a każde zdanie, ba, każde słowo niesie ze sobą coś wyjątkowego.

Bardzo polecam, a sama z przyjemnością przeczytam także inne jego książki.

Ocena: 5/6

niedziela, 18 kwietnia 2010

Jasny słoneczny poranek / James Frey ; przeł. Urszula Szczepańska. - Warszawa : G+J Gruner + Jahr Polska, cop. 2009. – 585, [7] s. ; 21 cm. – (Seria kultowa). - ISBN 978-83-61299-41-7

Barry już jako dziecko marzył, by dawać ludziom radość i rozrywkę. Założył Putt Putt Bonanzę, sam zaprojektował tory golfowe, dzięki sporym zarobkom stopniowo rozbudowywał swoją firmę, miał duży ruch, dużo klientów, dużo pieniędzy, aż do momentu gdy wszystko zaczęło się psuć, Barry zaczął tracić klientów, nie miał pieniędzy na remonty, a Putt Putt Bonanza zaczęła upadać. Wayne ma trzydzieści siedem lat, sprząta w Bonanzie, nadal mieszka z ponad siedemdziesięcioletnią matką. TJ marzy, by wygrać mistrzostwa w golfa, gra po sześć godzin dziennie, przychodzi trenować do Bonanzy, trzy razy wziął nawet udział w zawodach, może kiedyś mu się uda.

Ricky nie ma pracy, na życie zarabia kupując broń przestępcom, którzy z powodu ciążących nad nimi wyroków sami nie mogą tego zrobić. Spiłowuje numery, aby policja w żaden sposób nie mogła do niego trafić. Młoda dwudziestosześcioletnia kobieta została zgwałcona na tylnym siedzeniu własnego samochodu, potem, nieprzytomną wyrzucona ją w pobliżu jakiegoś pobocza. Policja nie znalazła odcisków, ani DNA, kobieta sama postanawia wziąć los w swoje ręce.

Anika i LaShawn poznali się gdy byli w piątej klasie szkoły podstawowej. Ona skończyła studia medyczna, on odnosił sukcesy w futbolu, miał zamiar zająć się tym zawodowo. Wypadek samochodowy, spowodowany przez członków gangu połamał mu żebra i nogi, zabrał marzenia, zniszczył szansę na powrót do gry.

Mogłabym tak pisać i pisać, bo Frey co rusz wprowadza na karty swojej książki coraz nowsze postacie, czasem nadaje im imiona, czasem nie, czasem określa ich wiek, czasem zawód, czasem snuje opowieści o ich życiu, o nich samych nie mówiąc nic. Opowiada o wyścigach samochodowych, o gangach i zasadach ich funkcjonowania, opowiada o piciu i ćpaniu, o homoseksualiźmie, o wielkiej samotności, może opwiadać o każdym z nas. Mówi o ludziach pięknych, wyjątkowych, o Latynosach, Afroamerykanach, Amerykanach, o ludziach, którzy we własnym kraju są kimś, coś znaczą, coś mogliby osiągnąć i przyjeżdzają do Kalifornii, do LA za karierą, a przez to przestają być kimś wyjątkowym, a stają się ludźmi jakich są miliony, zamiast jako gwiazdy filmowe kończą jako kelnerki, barmani, bileterzy, prostytutki. Ale właściwie cała powieść opiera się na czterech historiach, czterech historiach pisanych naprzemiennie, przeplatanych historią Los Angeles, najzabawniejszymi i najstraszniejszymi faktami z życia miasta, i historiami innych ludzi.

Cała książka zaczyna się od historii Dylana i Maddie, która chyba najbardziej mnie wciągnęła, i którą śledziłam najuważniej. Mają po dziewiętnaście lat i są zakochani. Samotni, nie licząc siebie nawzajem. Początkowo nie znając jeszcze ich imion dowiadujemy się, że chłopak wyrywa dziewczynę z rąk jej matki, zakrwawioną, pobitą, postanawiają się od tego uwolnić, zacząć nowe życie, uciec jak najdalej, jak najdalej czyli do Kalifornii, do Los Angeles, miasta, które powinno zapewnić im szczęście. I zapewnia, przynajmniej na jakiś czas.

Staruszek Joe mieszka w plażowej toalecie, jaj właściciel pozwolił mu na to dopóki utrzymuje w niej porządek i dopóki dnie spędza na plaży, pozwalając korzystać z toalety klientom budki z tacos. Ma niecałe czterdzieści lat, ale wygląda na ponad siedemdziesiąt. Pewnego dnia przy kontenerze za lodziarnią Joe znajduje Beatrice, młodą ćpunkę, pobitą, zakrwawioną, dziewczynę, która zmieni życie jego i jego przyjaciół. Niekoniecznie na lepsze.

Amberton i Casey Parker, obydwoje odebrali dobre wykształcenie, obydwoje zostali filmowymi gwiazdami, o które producenci się zabijają. Są dobrymi przyjaciółmi, najlepszymi jakich można mieć. Są małżeństwem, mają dzieci, tyle na zewnątrz. Naprawdę obydwoje są homoseksualistami, ukrywają to przed światem, aby nie niszczyć swojej kariery. Myślą, że za pieniądze mogą dostać wszystko.

Gracella i Jorge, Meksykanie, opuszczają swój kraj, jak wszyscy, w poszukiwaniu lepszego życia, rodzi im się dziecko, dziewczynka, piękna, inteligentna, odnosząca sukcesy w szkole, a przez to niezbyt lubiana przez rówieśników. Jej przekleństwem stają się grube uda, marnują jej życie. Za sprawą jednego wydarzenia rezygnuje z nauki, ze szkoły, z college’u, mimo, że szkołę średnią udało jej się ukończyć z wyróżnieniem, zaczyna pracę jako służąca.

Niestety, muszę przyznać, że chyba lepiej by mi się czytało, gdyby każda z tych czterech historii została wydana jako osobna książka, denerwowało mnie rozproszenie, poprzetykanie historiami, które dla mnie nie miały większego znaczenia, denerwowały mnie fakty z historii LA, a to wszystko wpłynęło na to, że książkę czytało mi się długo i ciężko. W dodatku styl Freya, który przy jego poprzednich książkach mnie zachwycał tutaj zaczął męczyć, chyba za bardzo się od niego odzwyczaiłam.

Ocena: 4/6

czwartek, 11 lutego 2010

 

Zapisane na ciele / Jeanette Winterson ; przeł. Hanna Mizerska. - Poznań : Dom wydaw. Rebis ; 1999. - 162 [6] s. ; 20 cm. - (Salamandra). - ISBN 83-7120-615-1

Narratorka powieści często zmienia partnerki, prawdopodobnie z tego względu, że szczególnie upodobała sobie mężatki, które prędzej czy później wracają do mężów. Zresztą tak naprawdę z żadną nie jest w stanie wytrzymać więcej niż pól roku, bo po tym właśnie czasie całe pożądanie gdzieś znika, pojawia się nuda i monotonia. Gdy poznaje Jacqueline ma nadzieje, że wszystko się zmieni, że ona w końcu się zmieni, ustatkuje, zacznie prowadzić normalne życie bez skakania z kwiatka na kwiatek. I mimo że w ich związku nie ma namiętności to naprawdę dobrze im się razem żyje. Aż do dnia, gdy na swojej drodze spotykają Louise, kolejną zamężną kobietę, która wywróci świat narratorki do góry nogami. Jednak i ich związek nie będzie mógł trwać wiecznie...

Być może to piękna opowieść o miłości, hołd złożony ukochanej osobie. Tak właśnie odbierałam tę książkę, przynajmniej do końca pierwszej części, bo gdy doszłam do części komórki, tkanki, układy i jamy ciała, dalej skóra, szkielet itp., gdy autorka zaczęła się rozwodzić nad każdym najmniejszym kawałeczkiem ludzkiego ciała stwierdziłam, że mam po prostu dość, że chyba jednak książka jest trochę przesadzona, że może jest napisana pięknym poetyckim językiem, ale dla mnie jakby za pięknym. Że chyba lepiej byłoby, gdyby skończyło się na tej setnej stronie, bo wtedy moja ocena byłaby dużo lepsza.

Ocena: 3,5/6

czwartek, 29 października 2009

Tak mało miłości jest na świecie.

Trzy opowieści o trzech kobietach, przedstawiające po jednym dniu z ich życia. Kobiety, których początkowo, na pozór nic nie łączy. Nic, prócz powieści Virginii Woolf Pani Dalloway. Pani Woolf jest właśnie w trakcie jej pisania, Laura, zauroczona z resztą lekturą, w trakcie czytania, natomiast życie Clarissy jest po prostu odzwierciedleniem tej powieści.

Nie ukrywam, że bez wątpienia nabrałam wielkiej ochoty na zapoznanie się z twórczością pani Woolf, choćby ze względu na to, aby móc porównać te dwie powieści.

Ale wracając do Godzin. Clarissa mieszka w Londynie. Swoje życie stara się dzielić między Sally, która jest jej kochanką od 18 lat, a Richarda, któremu poświęciła swoje życie. Mężczyznę w tej chwili nieuleczalnie chorego. Zmagającego się z tak trudną chorobą jaką jest AIDS. To właśnie on zaczął mówić na nią - pani Dalloway. Dzień, który został opisany w powieści, Clarissa poświęca na przygotowanie wieczornego przyjęcia na część Richarda, który właśnie dostał nagrodę za swoje pisarskie osiągnięcia.

Laura żyje w toksycznym związku. Wciąż czuje się winna, z powodu uczucia jakim darzy ją mąż. Właśnie oczekuje drugiego dziecka. Ma już jednego, trzyletniego synka o imieniu Richie. Dzień opisany przez Cunninghama jest dniem urodzin jej męża. Niezadowolona początkowo z tortu, a jak się okazuje i z całego swego życia szuka spokojnego miejsca, w którym mogłaby się oddać lekturze ulubionej książki.

Co do Virginii, żyje z mężem na przedmieściach Londynu, gdzie przeprowadzili się w celu jej wyzdrowienia. Wciąż marzy o tym by wrócić do jego centrum. Właśnie rozpoczyna pracę nad nową książką. Jest znerwicowana, zaczynają się pojawiać u niej myśli samobójcze.

Początkowo denerwował mnie styl autora, musiałam strasznie się skupiać nad tym co on właściwie miał do przekazania, myślałam, że przez książkę nie dam rady przebrnąć. I fakt faktem, w niektórych momentach, do samego końca, nie wiedziałam o co tak naprawdę chodzi, ale historie tych kobiet same w sobie strasznie mnie wciągnęły. Najbardziej chyba losy Clarissy. I nie mogę sobie wybaczyć, że do samego końca nie umiałam jakoś pokojarzyć ze sobą faktów, które były tak oczywiste. Chodzi mi oczywiście o postać Richiego. Nie wiem, może przez chorobę, może przez ogólny nastrój, ale myślę, że właściwie z drugiej strony to bardzo dobrze, bo dzięki temu zakończenie całkowicie mnie zaskoczyło.

Na półce czeka na mnie jeszcze Dom na krańcu świata i z pewnością bardzo chętnie przeczytam i tą książkę, mając nadzieję, że sprawi mi równie dużo przyjemności.

Ocena: 4,5/6

Dziewczyny, wyjdźcie z szafy to zbiór kilkunastu wywiadów,  które autorka, Anna Laszuk przeprowadziła z kobietami na pozór zupełnie różnymi. Różnią się wiekiem, wykonywanym zawodem, zainteresowaniami, poglądami, właściwie wszystkim. Łączy ich tylko jedno – orientacja seksualna. Wszystkie, co do jednej, są lesbijkami i wszystkie w taki czy inny sposób walczą o to, aby w Polsce żyło się lepiej.

Książka zrobiła na mnie bardzo duże wrażenie. Osobiście nie znam żadnych homoseksualistów, ewentualnie nie wiem o tym, że ich znam, więc miło było poczytać co te kobiety myślą o różnych aspektach naszego życia. Czasem się z nimi zgadzałam, innym razem nie. A i trochę moje poglądy w czasie lektury się zmieniły. Na przykład ten o posiadaniu dzieci przez pary homoseksualne. Po przeczytaniu myślę, że właściwie czemu nie. Skoro dziecko ma być szczęśliwe i kochane, to chyba lepiej żeby żyło w takim związku niż w rodzinie normalnej i było bite i poniżane na wszelkie możliwe sposoby.

Mitem okazała się też opinia, z która spotkałam się nieraz „Kiedyś TEGO nie było”. Otóż jak się okazuje – było. I pięćdziesiąt, i sześćdziesiąt lat temu, a zapewne i jeszcze wcześniej. W książce wypowiadają się kobiety starsze, które w swojej orientacji nie były odosobnione, miały partnerki. Więc było jak jest, tylko może mniej się o tym mówiło.

Moim zdaniem jest to lektura obowiązkowa dla wszystkich, a zwłaszcza dla tych którzy wygłaszają obraźliwe opinie, nie wiedząc o tym, że lesbijka może przecież stać zaraz obok…

Ocena: 4,5/6

 

Tagi
Teksty umieszczone na stronie są mojego autorstwa,proszę o niekopiowanie ich bez mojej zgody!

Czytadełko
on Google+