Wpisy z tagiem: 6

wtorek, 06 marca 2012

- Aniu, co dla ciebie znaczy "kochać"?
Bawię się koronką przy rękawach.
- To znaczy, że nie czuje się strachu.

Z wielką niecierpliwością czekałam na tę książkę. W końcu wiedziałam już czego mniej więcej mogę się po Wardzie spodziewać. I przez tą wiedzę, nie ukrywajmy, bardzo mocno podniosłam jej poprzeczkę. A autorka? No cóż, mało tego, że ją przeskoczyła. Ja w dodatku mam wrażenie, że zrobiła to bez najmniejszego wysiłku. 

Aaron i Ania to rodzeństwo właściwie idealne. Takie, które poszłoby za sobą, nie tylko na koniec świata, ale nawet i w ogień. Takie, które byłoby w stanie dla siebie nawzajem zrobić wszystko. Takie, które każdy z nas chciałby mieć.

I na tym wszystkie plusy się kończą, bo ich życie okazuje się jednym wielkim pasmem nieszczęść. I nawet poświęcenia, jakich są w stanie dokonać nie mogą tego zmienić. Matka, tkwiąca w depresji odkąd pamiętają, nieżyjący ojciec, który swoją drogą też miał swoje za uszami, ciotka, z jednej strony pragnąca nieść pomoc, a z drugiej patrząca na krzywdę z tak brutalną obojętnością, że serce się kraja i jej facet, najgorszy koszmar. 

Warda mocno gra na emocjach czytelnika. Wywołuje wstręt, oburzenie, współczucie, złość i taką beznadziejną bezradność. Wywołuje okropne wyrzuty sumienia, gdy zaczynamy sobie przypominać, że tak, gdzieś tam, kiedyś i w naszym otoczeniu był ktoś kto wyglądał i zachowywał się dziwnie, ktoś kto zawsze stał na uboczu. Jej opisy są bardzo sugestywne i choć nie o wszystkim pisze wprost to jednak robi to w taki sposób, że bez problemu byłam w stanie wyobrazić sobie najgorszą ze scen.  

Autorka stworzyła swe postacie w tak doskonały sposób, że aż chciałoby się, żeby gdzieś tam coś zazgrzytało, bo niemalże wchodzimy w skórę bohaterów, czujemy ich lęk, ich przerażenie, czujemy przejmujący ból, chcemy uwolnić się od tego wszystkiego, co ich spotyka. 

Wiem już, jak to jest, kiedy boli. Wiem, jak to jest, kiedy twoje ciało uderza o ścianę, kiedy nie masz nad nim kontroli, kiedy w gardle więźnie ci krzyk, łamiesz paznokcie, szorując nimi po podłodze, kiedy chcesz się bronić i nie moższ. Albo wtedy, gdy ktoś wbija ci kolano w plecy tak, że nie można się ruszyć, bije pięścią między łopatki, aż huczy ci w głowie, szarpie za włosy i wydaje komendy, których nie chcesz, naprawdę nie chcesz wykonać, ale musisz, bo inaczej wszystko będzie boleć o wiele bardziej. Już wiem.*

Pozwolę sobie pominąć zachowania zarówno Cecylii Budzisz, matki rodzeństwa, jak i ich ciotki Gabrysi, bo jakby mimochodem zwróciłam uwagę też na coś zupełnie innego. Uderzyło mnie to, jak mało w gruncie rzeczy mogły zrobić osoby postronne, nawet jeśli w jakiś sposób próbowały rodzeństwu pomóc. Jak wybrać co byłoby dla nich odpowiednie? Czy lepiej byłoby pozostawić Aarona i Anię w chorej sytuacji czy zgłosić ich przypadek do odpowiednich władz i rozdzielić ich, być może na zawsze?  

Jeszcze długo po skończeniu czytania, ile razy pomyślałam o tej książce, chciało mi się płakać. Nad losem tych dzieciaków, których ktoś z ogromną łatwością pozbawił tego, co w życiu najpiękniejsze. Ale też najbardziej dlatego, że choć Dziewczynka, która widziała zbyt wiele jest czystą fikcją, to ta historia mogła zdarzyć się naprawdę.

Małgorzata Warda, Dziewczynka, która widziała zbyt wiele, Warszawa, Prószyński i S-ka 2012.

*s. 36.

**s. 157.

poniedziałek, 16 stycznia 2012

Co za książka! Wstrząsająca, fantastyczna, genialna rzekłabym. Wciąż nie mogę się po niej otrząsnąć. Wciąż to wszystko we mnie siedzi, zmusza do myślenia. I... gdyby nie to, że tak bardzo chciałabym Was do niej zachęcić to notka ta w ogóle by nie powstała, bo siedzę nad nią już przeszło tydzień, dzień w dzień próbuję coś dodać, piszę i kasuję, i po prostu czuję, że brak mi słów, by wyrazić swój zachwyt.

John Harding przenosi nas do pewnego XIX-wiecznego angielskiego dworku. Już samo to miejsce wprowadza czytelnika w niesamowity klimat. Wyobraźcie to sobie: dom uważany za nawiedzony, wielki, pełen długich korytarzy, w których roi się od tajemniczych zakamarków, obrazów przodków i luster, w których zobaczyć można nie tylko własną twarz. Dom pozostawiony gdzieś tam, na zupełnym odludziu, z dala od cywilizacji, otoczony lasami. A w pobliżu pewne jeziorko, na którym utragiczniła się panna Whiteaker. Właśnie... Bo dwór ten choć może sprawiać wrażenie zupełnie opustoszałego wcale taki nie jest.

Florence i Giles to rodzeństwo zamieszkujące Blithe od urodzenia. Nie pamiętający swoich rodziców, pozostają pod ścisłą kontrolą wuja, którego w życiu nie widzieli na oczy. Kontrolą zabraniającą chociażby pobierać Flo jakąkolwiek naukę, no, chyba, że chodziłoby o lekcje haftowania, wtedy i owszem. Mimo tych drobnych zakazów, życie ich toczy się jednak dość beztrosko, przynajmniej do momentu, gdy to Giles rozpoczyna kształcenie. Flo zaczyna zaś odwiedzać Theo Van Hossier, patykowaty, cierpiący na ciągłe ataki astmy chłopak, mieszkający w sąsiednim dworze. Jej jedyny, jak się wkrótce okazuje, sprzymierzeniec w walce z panną Taylor, nową guwernantką.

Początkowo Siostrzycę bardzo ciężko mi się czytało, nie mogłam się przyzwyczaić do tego specyficznego języka tworzonego przez narratorkę, czasem musiałam zatrzymywać wzrok, domyślać się o co tak naprawdę chodziło. Ale okazało się, że im dalej, tym bardziej wyczekuję tego schodkowania, nocąchodzenia, uniwewygodnienia czy korytarzowania. Mało tego, im dalej czytałam, tym większy był mój podziw nie tyle dla autora, co przede wszystkim dla tłumaczki. 

Florence to młoda, rezolutna osóbka. To bohaterka, z typu tych, do których chcąc czy nie chcąc, pałamy sympatią od pierwszej strony. Głodna wiedzy, zatopiona w książkach od rana do nocy. Tą sympatię dodatkowo wzmagają opisy jej samodzielnej nauki pisania i czytania oraz pobytów w bibliotece, pełnej książek, ukrytej przed wzrokiem mieszkańców, gdzieś w głębi korytarza, pachnącej kurzem i wręcz całą sobą zachęcającej do zatopienia się w lekturze.  

John Harding od samego początku pozwala na wytworzenie pewnej więzi między czytelnikiem a narratorką. W końcu jak nie pokochać dziewczynki, która tak uwielbia czytanie, która robi wszystko, żeby móc obcować z książkami? Przez tę specyficzną więź w pewien sposób zaczynamy się z nią utożsamiać, wnikać głęboko w jej psychikę i tak jak ona... powoli wariować. 

Przyszedł taki moment podczas czytania, że sama zaczęłam się gubić. Straciłam poczucie rzeczywistości. Nie wiedziałam co jest prawda, a co wytworem wyobraźni. Czułam, że autor robi ze mną co chce. To wszystko z dołączoną w gratisie ostro przyspieszającą i zupełnie nieprzewidywalną akcją oraz świetnym zakończeniem, pozostawiającym tak wiele niedomówień daje nam zastrzyk niesamowitych emocji pod koniec. Emocji, po których długo nie można się otrząsnąć. 

John Harding, Siostrzyca, Piastów, Mała Kurka 2011.

czwartek, 15 grudnia 2011

Postać Beatrix Potter fascynuje mnie chyba odkąd pamiętam. Jako dziecko marzyłam o tym, by na mojej półce stanęła cała kolekcja jej malutkich książeczek. A gdy kilka lat temu obejrzałam film o tej kobiecie (jeśli ktoś jeszcze nie widział to polecam!), potrafiącej tupnąć nóżką, sprzeciwiającej się XIX-wiecznym konwenansom i dążącej do realizacji własnych marzeń, zafascynowała mnie też nie tylko jako autorka, ale i jako kobieta. W obliczu tego wszystkiego nie powinno dziwić, że gdy ubiegłoroczne wydanie wszystkich opowiastek autorki trafiło w moje ręce nie potrafiłam przestać się nim cieszyć, zresztą co tu dużo mówić... dalej nie potrafię. Powracam więc, choć na chwilę, do krainy dzieciństwa i czytam, oglądam, głaszczę jak największy skarb. 

Niektóre z powiastek Beatrix Potter były mi już wcześniej znane, niektóre są dla mnie zupełną nowością, zresztą i dla totalnych fanów znajdzie się tu pewna niespodzianka, bo dopiero teraz kilka utworów po raz pierwszy ujrzało światło dzienne. Nie ma się też co martwić, że bajeczki o przygodach królika Piotrusia czy Tekli Kałużyńskiej okażą się przestarzałe. Mimo upływu ponad stu lat każdy z tych utworów jest w stanie zachwycić dziecko XXI wieku (nawet jeśli to dziecko ma już przeszło dwadzieścia lat, ale ciii ;)). Wielkim plusem są ilustracje zdobiące książkę, zachowane w oryginalnej formie, tak jak je tworzyła sama Beatrix Potter, a dla tych starszych dodatkową atrakcją z pewnością staną się krótkie notki poprzedzające każdy z utworów, a opisujące okoliczności ich powstania. 

Jeśli jeszcze nie macie odpowiedniego prezentu dla swojego szkraba Powiastki Beatrix Potter nadają się na tą okazję idealnie. I niech Was nie zraża przerażająca cena. Zdaję sobie sprawę, że niejednego rodzica może ona może przyprawić o zawrót głowy, ale wierzcie mi, to wydanie jest tego warte. A jeśli ciężko uwierzyć w moje słowa, idźcie do księgarni, weźcie tę książkę do rąk, obejrzyjcie kilka stron i... przekonajcie się sami jak wiele uroczych wieczorów może ona zapewnić nie tylko Waszym pociechom, ale i Wam samym. 

Beatrix Potter, Powiastki Beatrix Potter, Warszawa, Wydawnictwo Wilga 2010.

poniedziałek, 07 listopada 2011

Zawsze przy mnie stój wywołało we mnie multum pozytywnych emocji. Czytać skończyłam tydzień temu, a nadal ciężko zebrać mi myśli, nadal to we mnie siedzi, nadal się kotłuje. Nie wiem czemu, ale zawsze ciężko jest mi pisać o tym, co zrobiło na mnie ogromne wrażenie. A Zawsze przy mnie stój zrobiło. Przeogromne wręcz.

Margot zostaje zabita, nie wie dlaczego, nie wie przez kogo, ale dostaje kolejną szansę - wraca na ziemię jako Ruth. Staje się swoim własnym Aniołem Stróżem, ma okazję jeszcze raz przeżyć swe życie, będzie jej dane śledzić je dzień po dniu. Niestety, wraca w roli obserwatora i mimo szczerych chęci, bo taki życiorys, każdy z nas chciałby zmienić, nie może znacząco ingerować w swój los, choć wie doskonale co ją czeka nie ma wpływu na podejmowane przez Margot decyzji. Jedynym ratunkiem jest podsuwanie jej rozwiązań, szeptanie jej do ucha, śpiewanie pieśni dusz, ale sami powiedzcie... jak często słuchamy głosu serca?

Jess-Cooke stworzyła według mnie kawał dobrej powieści. Cała akcja toczy się płynnie i dynamicznie. Autorka wprowadziła wszelkie możliwe urozmaicenia, ale nie czuć tu ani żadnej przesady, ani chaosu, który przy takim natłoku zdarzeń mógłby mieć miejsce. Wszystkie wątki zgrabnie się ze sobą splatają, a książka wciąga od pierwszych stron i choć szkoda mi było ją kończyć, to im dalej tym trudniej mi się było od niej oderwać. Za każdym razem, gdy wydaje nam się, że jest już dobrze, że wszystko będzie szło po myśli Ruth, jej życie znów zaczyna się sypać i okazuje się, że jest gorzej niż było, choć wydawało się, że to nie możliwe.

Autorka pięknie według mnie ukazała miłość Toby'ego do Margot. Przedstawiła ją w taki sposób, w jaki chciałaby być kochana chyba każda kobieta. Może odrobinę to wszystko wyidealizowała, może z Toby'ego uczyniła zbyt dobrego człowieka, ale dla mnie to jakby mało ważne.

Ruth obserwująca swoje życie, śledząca je od samego początku uświadomiła mi jak wiele wymazujemy z własnej pamięci, czasem już na zawsze, nigdy więcej o pewnych wydarzeniach nie myśląc. Najgorsze, że nie możemy wybrać tego co chcemy zachować w pamięci, a co wymazać, które dni zapamiętać, które barwy, zapachy, smaki i dźwięki... To zadziwiające jak małą pojemność w gruncie rzeczy ma nasza pamięć, jak wiele rzeczy każdego dnia schodzi na coraz dalszy plan, abyśmy w końcu całkowicie o nich zapomnieli. Ja już teraz nie potrafię sobie przypomnieć tylu dni, które kiedyś przecież wydawały mi się tak ważne. Już teraz, a co będzie za dziesięć lat, dwadzieścia, trzydzieści?

Kolejna rzecz nasuwająca się po lekturze to taka mała refleksja nad tym jak wiele błędnych decyzji podejmujemy każdego dnia, jak bardzo na naszym życiu może zaważyć pójście w drugą stronę i jak bardzo to wpływa nie tylko na nasz los, ale także naszych bliskich. I odwrotnie, jak wielkie znaczenie mają na nas ludzi, z którymi przebywamy na co dzień, ale też ci których spotykamy przypadkiem, w takich czy innych okolicznościach i tacy, którzy pojawiają się w naszym życiu dosłownie na chwilę, po to tylko, by przewrócić je do góry nogami.

I jeszcze nawiązując do tych kluczowych decyzji, czasem podejmowanych dość nieświadomie, obserwując poczynania Ruth, zaczęłam się zastanawiać co ja sama byłabym w stanie zrobić, co poświęcić, by zmienić bieg wydarzeń, by zapobiec pewnym wypadkom, by zmienić przyszłość, jeśli wiedziałabym, że stanie się w niej coś tak złego, albo by w ogóle całkowicie zmienić swoje życie.

Wielki, ogromny wręcz plus za zakończenie, jakie zaserwowała autorka. Brawa dla niej, że nie poszła w cukierkowe rozwiązanie, że obyło się bez słodkości, że sprawiła, że opadła mi szczęka. Do ostatnich stron wierzyłam w to, że zakończy się tak, jak kończy się zawsze, że czeka na nas cudowny happy end, jakiego wszyscy się spodziewają. Jakiego ja się spodziewałam, bo ja, zapewne jak większość czytelników, też chciałam żeby było dobrze, żeby było słodko, żeby wszystko się ułożyło, żeby było jak w bajkach. Myślę, że dzięki temu moje wrażenia są tak dobre.

Czy są tu jakieś minusy? Są! Jest ich pewnie całe multum. Tylko, że dla mnie zawsze najważniejsze będą emocje towarzyszące lekturze. I Zawsze przy mnie stój mogłoby być uznane za największy gniot roku, a ja i tak bym się zachwycała. Dawno już żadna książka nie wywołała we mnie tylu uczuć, dawno o żadnej tyle nie myślałam i nie mówiłam, dawno nie zaangażowałam się aż tak bardzo w losy bohaterów, żeby za każdym razem drżeć o ich życie, gdy dzieje się źle i dawno się tak nie napłakałam. 

Cudowna książka, jeśli ktoś nie miał jeszcze okazji jej czytać - polecam z całego serca! A ja mam nadzieję, że uda mi się prędzej czy później zdobyć własny egzemplarz.

Carolyn Jess-Cooke, Zawsze przy mnie stój, Kraków, Wydawnictwo Otwarte 2011.

sobota, 01 października 2011

Zazdroszczę tej kobiecie, nie tylko tylu wypraw, tylu przygód, ale przede wszystkim jej odwagi i tego, że nie zawaha się przed niczym, a nawet jak się zawaha... to i tak jest w stanie pokonywać swoje granice.

Po Zapiski (pod)różne sięgnęłam jednak z lekką niepewnością, bojąc się, że krótkie notatki, czasem zajmujące dosłownie dwie strony, nie będą w stanie mnie wciągnąć ani wywołać żadnych emocji. Bałam się, że to będą jakieś nic nieznaczące fragmenty, zupełnie wyrwane z kontekstu i zebrane w jedną całość, tylko i wyłącznie... dla zarobku.

Jakże się myliłam, Wojciechowska pisze świetnie, ja bawiłam się doskonale, wciągnęłam od pierwszej strony, każdy fragment stanowi idealną całość, a zarobek, no cóż, mam nadzieję, że będzie duży, a z pewnością w pełni zasłużony.

Wraz z autorką znajdziemy się więc na rytuale oczyszczania u napalonego szamana, pod wodą pływając między rekinami, w zatłoczonym indyjskim przedziale dla panów albo w etiopskim areszcie. Razem z nią będziemy wybierać piękne sari, lepić garnki, wściekać się przy wyplataniu panamy i polować na czterometrową anakondę. A przy tym nie obejdzie się bez śmiechu, pozwalającego spalić trochę zbędnych kalorii, ale i kilku wzruszeń.

W te wszystkie zapiski Wojciechowska zgrabnie wplata własne przemyślenia. O ludziach, o zwyczajach, o swoich własnych wyborach, o strachu przed zmianami, o marzeniach, tych spełnionych i nie, o bliskich za którymi tęskni, a którym nie zawsze zdąży powiedzieć wszystko co by chciała. Dużo uwagi poświęca również różnicom kulturowym, które czasem są naprawdę ogromne. Przy czytaniu o nich naprawdę cieszyłam się, że żyję tu gdzie żyję, że nie musiałam w wieku 14 lat wyjść za mężczyznę, którego nie kocham, że nie muszę codziennie zbierać kilkunastu kilogramów alg za które dostanę marne kilka centów.

Do tego autorka raczy nas mnóstwem ciekawostek. Przykład? No cóż, nie wiem jak wy, ale ja nie miałam pojęcia, że tak naprawdę więcej ludzi zostaje zaatakowanych przed delfiny niż rekiny albo że islandzka książka telefoniczna jest właściwie nie do opanowania dla kogoś spoza tego kraju, bo członkowie tej samej rodziny mogą mieć zupełnie różne nazwiska.

Bardzo podobał mi się styl Wojciechowskiej, nie ma w tej książce silenia się na sztywny, inteligencki ton, Martyna pisze prosto, bez unikania potocznych zwrotów, mam wrażenie, że po prostu tak jak czuje. A przez to możemy sobie wyobrazić, że siedzimy zaraz obok niej, że uczestniczymy w tych wszystkich wydarzeniach, że jesteśmy tam: w Japonii, w Indiach, w Mongolii, w Nepalu (choć tu akurat może niekoniecznie chcielibyśmy się znaleźć).

Książkę uzupełniają oczywiście fotografie, nie tak liczne jakby mi się marzyło, ale ja-maruda zawsze liczę na dużo więcej. Choć wydaje mi się, że przy takiej cenie jest ich w sam raz. O, właśnie - cena też wypada na plus. Niecałe 25 zł za wydanie w twardej oprawie, na kredowym papierze i ze zdjęciami to naprawdę niewiele. 

Czas spędzony przy zapiskach (pod)różnych uważam za jak najbardziej udany, tych którzy wahają się przed zakupem książki zapewniam, że nie ma przed czym, a sama z wielką chęcią sięgnę po pozostałe książki Wojciechowskiej.

Martyna Wojciechowska, Zapiski (pod)różne, Warszawa, Wydawnictwo G+J 2011.

sobota, 02 lipca 2011

Naprawdę nieczęsto się zdarza, żebym po przeczytaniu książki nie miała pojęcia co o niej napisać. Mimo kłębiących się we mnie emocji, mimo tysiąca myśli na minutę, zupełnie nie wiem od czego zacząć. Jak oddać każde ze wzruszeń, jak opowiedzieć o własnym strachu, o napięciu, które towarzyszyło mi przez całą powieść, jak napisać o tych krótkich chwilach radości? Jak to zrobić, uważając jednocześnie, by nie zdradzić zbyt wiele?

Jasper Jones to wyrzutek, mieszaniec, półsierota. Wychowywany przez ojca alkoholika, trwoniącego ostatnie pieniądze. Przez wiecznie towarzyszący głód zmuszany do drobnych kradzieży.  Przez mieszkańców miasteczka, sąsiadów, ludzi, którym wydaje się, że wiedzą wszystko, utożsamiany z czystym złem.

Gdy pewnego dnia Jasper, w miejscu znanym tylko dwóm osobom, w swoim miejscu, znajduje martwą Laurę Wishart zupełnie nie wie co robić. Wie za to, że gdy tylko ludzie ją znajdą wszelkie podejrzenia padną właśnie na niego. Nie będzie sprawiedliwych sądów, nie będzie żadnych pytań, wszyscy zgodnie uznają, że wszystkiemu winny jest Jones. Chcąc tego uniknąć postanawia rozwikłać tę sprawę na własną rękę. Wiedząc, że sam może nie dać rady, o pomoc prosi Charlesa Bucktina. To właśnie Charles stanie się narratorem powieści, osobą dzięki której dane nam będzie poznać całą historię.

Jestem zachwycona bohaterami stworzonymi przez Silveya. Oddanie ich wszystkich lęków, słabości, pokazanie złożoności ludzkiej natury wyszło mu naprawdę świetnie. Dawno nie czytałam książki, w której portrety psychologiczne postaci byłyby tak genialnie odwzorowane.

Zbrodnia mimo, że cały czas obecna w powieści jest jednak tylko wyjściem do innych problemów poruszanych przez autora. Kwestia nietolerancji, rasizmu, dręczenia słabszych od siebie... Mam wrażenie, że właśnie to stało się dla Silveya impulsem do stworzenia Jaspera Jonesa. Dodatkowo poruszył też trudne kwestie rodzinne. Tajemnice odkrywane po kilkunastu latach, zaniedbanie, zdrada, przemoc na tle seksualnym. Wciąż się zastanawiam jak on to zrobił. Jak to możliwe, że poruszając tyle tematów udało mu się nie pogubić, a wręcz przeciwnie: połączył wszystko zgrabnie, przez całą lekturę trzymał mnie w napięciu, a przy tym zakończył wszystko doskonałymi wręcz rozwiązaniami.

Żeby nie było jednak zbyt przygnębiająco znajdziemy w powieści też chwile radości. To małe zwycięstwa, sprawiające, że życie staje się lepsze. To pierwsze miłości, tak niewinne w swojej prostocie. To przyjaźnie, dla których jest się w stanie poświęcić spokój ducha.

Wielkim atutem powieści było dla mnie przywołanie kilku, jak się okazało, autentycznych zbrodni. Swoją drogą sam fakt poszukiwania przeze mnie informacji, dodatkowo, zupełnie poza lekturą, powinien świadczyć o jej wielkiej wartości. Aż ciężko uwierzyć w to, do czego ludzie są zdolni. Ludzie, co trzeba dodać, na pozór prowadzący normalne życie.

Jasper Jones zdaje się też prawdziwą kopalnią wiedzy jeśli chodzi o znanych i cenionych pisarzy amerykańskich. Kerouac, Lee, Kesey, Sallinger, Twain… to tylko niektóre z nazwisk pojawiających się na kartach powieści. Zresztą pisarstwo jako takie odgrywa też niemałą rolę w całości książki.

Podsumowując: Jasper Jones wywołuje w czytelniku ogrom emocji. Jasper Jones boli, Jasper Jones wzrusza, Jasper Jones zmusza czytelnika do zastanowienia się nad tym, gdzie przebiegają pewne granice, jeśli w ogóle jeszcze istnieją.

Poruszanie zbyt wielu problemów na kartach jednej powieści rzadko wychodzi aż tak dobrze. Przy nagromadzeniu wielu wątków niektóre się zaczyna się traktować po macoszemu, inne rozwija bardziej niż na to zasługują. Mam wrażenie, że u Silveya wszystko jest dokładnie wyważone, proporcje idealnie zachowane. Oszczędność słów, genialny styl, krótkie, rzeczowe zdania, które mówią więcej niż tysiące słów, to coś co sprawia, że bez wahania sięgnę po kolejne książki autora, jeśli tylko ukażą się na polskim rynku.

Recenzja opublikowana na kobieta20.pl

Ocena: 6/6

Craig Silvey, Jasper Jones, Poznań, Dom Wydawniczy Rebis 2011.


wtorek, 14 czerwca 2011

Mam wrażenie, że o ile temat drugiej wojny światowej został w literaturze (i filmie) wykorzystany na milion różnych sposobów, o tyle książek, którym pierwsza wojna światowa posłużyła choćby za tło, ciągle na naszym rynku jakoś brakuje. Louisa Young zdaje się, choć po części, zapełniać tę lukę. Trzeba dodać, że robi to w naprawdę imponujący sposób, bo dodając do realiów wojny odrobinę miłości i tęsknoty, udało jej się stworzyć wyśmienitą porcję prozy.

Riley Purefoy to chłopak z dość ubogiej rodziny. Na kilka lat przed wojną spotyka Nadine. Kobietę, z którą, jest tego pewien, chce spędzić resztę życia. Różnice pochodzenia odgrywają tu niestety niemałą rolę i rodzice dziewczyny sprzeciwiają się ich związkowi. Riley zaś, bardziej pod wpływem impulsu albo powodowany chęcią ucieczki, zaciąga się do armii. Niedługo potem zmuszony jest wyjechać na front, gdzie poznaje swojego przywódcę Johna Locka, który zostawił w domu młodą żonę. Żonę, która codziennie przygotowuje dom na jego powrót, która nie wie co ma ze sobą zrobić i bez męża przy boku zaczyna się zupełnie gubić.

Young zastosowała w swojej powieści różne sposoby narracji. Czasem stoi z boku, ze stoickim niemal spokojem relacjonując nam wydarzenia z frontu czy szpitala wojskowego. Czasem posługuje się formą listu, próbując przedstawić na ogół dość sprzeczne emocje, które targają jej bohaterami. W końcu nie wszystko da się w liście napisać, z drugiej strony też nie o wszystkim pisać można, bo po co też dokładać komukolwiek własnych trosk?

To jednak, co moim zdaniem wychodzi jej najlepiej to posługiwanie się narracją personalną. Wyjątkowo trafnie opisuje uczucia wykreowanych przez siebie postaci, momentami nawet urywając ich myśli w połowie zdania. Wnika w ich głowy tak głęboko, że czasami aż boli.

W ogóle wywołuje w czytelniku masę sprzecznych uczuć. Od radości z otrzymanego przez bohaterów listu, szczęścia gdy widzą najukochańszą osobę. Poprzez wielki podziw, a z drugiej strony, momentami też odrazę do zachowania niektórych bohaterów. Aż do rozpaczy, którą wywołuję utrata kolejnego człowieka i płaczu z tęsknoty, za tym co zdaje się wymykać z rąk. Płaczu z powodu głęboko siedzącej w nas świadomości, że to co było nigdy już nie wróci, bo pewne zdarzenia zmieniają życie na zawsze. Tak, często podczas tej lektury, musiałam ocierać łzy z oczu.

Kochanie chcę ci powiedzieć nie jest z pewnością lekturą łatwą. To nie książka, którą połyka się w kilka godzin i zapomina o niej raz na zawsze. Mimo tego, że napisana prostym, czasem nawet dość potocznym językiem, zawiera w sobie tak ogromny ładunek emocji, że chociażby ze strachu przed wybuchem, trzeba ją co kilka stron odkładać. Żeby znaleźć chwilę na oddech, na pozbieranie myśli, a przede wszystkim na oswojenie się w odczuciami bohaterów.

To opowieść o miłości, ale nie tylko takiej, którą przeważnie mamy na myśli, gdy o niej słyszymy. Choć miłości aż po grób, niewinnej, cierpliwej, wręcz idealnej, która potrafi uskrzydlać i dawać nadzieję na lepsze jutro jest w powieści pełno, to znajdziemy też tu tą powoli dogasającą miłość. Zagubioną, pokonaną przez trudy życia w warunkach wojennych, które tak niesamowicie piękne uczucie potrafią sprowadzić tylko do fizycznego aktu.

To też opowieść o wojnie. Strasznej, wyniszczającej, I nie chodzi tu bynajmniej o wojnę z wrogimi państwami, ale raczej o wojnę z samym sobą, która jest o zdecydowanie trudniejsza do wygrania. Nadzieja chowająca się coraz głębiej, tam gdzie nie można jej już znaleźć. Przymus zabicia drugiego człowieka. Tęsknota za normalnym życiem. Nieustające wybory pomiędzy tym co dobre, a tym co konieczne. Ciągłe postępowanie wbrew własnemu sumieniu. I wieczne, wieczne, niekończące się bitwy toczone we własnych myślach.

Książkę przeczytałam dzięki portalowi nakanapie.pl.

Ocena: 6/6

Louisa Young, Kochanie chcę ci powiedzieć, Warszawa, Prószyński i S-ka 2011.

środa, 08 czerwca 2011

Shaun Ellis wychował się na wsi, niedaleko Norfolk. Już w dzieciństwie miał styczność z dzikimi zwierzętami, lubił wymykać się z domu, aby podglądać lisy w ich naturalnym środowisku. Obserwował ich zwyczaje, uczył się ich zachowań, a nawet wziął pod opiekę młodego liska, który prawdopodobnie stracił matkę. To chyba właśnie wtedy narodziła się jego fascynacja wilkami, jako tymi zwierzętami postrzeganymi przez większość z ludzi za najniebezpieczniejsze. Albo może stało się to dużo wcześniej. Zresztą to tak naprawdę mało ważne.

Żyjący z wilkami to swego rodzaju autobiografia, w której autor, zaczynając właśnie od swego dzieciństwa, zapoznaje nas z kolejami własnego życia. Mamy więc okazję poczytać o jego karierze wojskowej, dzięki której nauczył się przetrwania w najtrudniejszych warunkach, ale też o jego pierwszych miłościach i zawodach miłosnych, kontaktach z matką i stosunku do ojca, miejsach w których dane mu było pracować oraz ludziach, których spotkał na swej drodze. Większość książki jednak, tak zresztą jak większość jego życia, poświęcona jest kontaktom z wilkami.

Zastanawiam się jak wielu ludzi zdobyłoby się na to, aby pewnego dnia sprzedać wszystko po to tylko, by jechać do innego stanu, aby zupełnie za darmo pomagać przy badaniach nad wilkami. Jak wiele osób zdobyłoby się na wejście na wybieg dla wilków, by spojrzeć im w oczy, by do niech podejść, by nawiązać z nimi jakikolwiek kontakt. I wreszcie jak wiele osób zdobyłoby się na zrezygnowanie ze wszelkich możliwych wygód po to, by żyć wśród wilków w ich naturalnym środowisku. Myślę, że niewiele. Shaun Ellis to zrobił. Przez ponad dwa lata mieszkał w lesie, żywiąc się wyłącznie tym, co udało mu się upolować. Najpierw tylko obserwując wilki, potem dołączając do stada. Co swoją drogą wcale łatwo nie było, bo zdobyć zaufanie wadery to, jak się okazuje, nie lada sztuka.

Jestem zachwycona, zauroczona, jestem zafascynowana. Tym człowiekiem, jego odwagą, jego determinacją, jego wolą przetrwania. Tym, że mimo wielu odniesionych ran nie poddał się, nie stracił zaufania do zwierząt. Tym, że nauczył się zachowywać jak wilk, myśleć jak wilk, żyć jak wilk. Tym, że mimo braku wykształcenia osiągnął tak wiele i bez zbędnych teorii, wie o zwierzętach  o wiele więcej niż niejedna osoba z papierkiem. Przede wszystkim zaś urzekła mnie historia pewnego autystycznego czternastolatka, która sprawiła, że już na początku książki miałam łzy w oczach.

Niewątpliwym smaczkiem dla mnie okazał się też fakt, że Ellis prowadził badania także nad polskimi wilkami, pomagając uchronić gospodarstwa przed ich atakami. Dobrze, że trafił na takich, a nie innych Polaków, dzięki czemu zdobyliśmy opinię ludzi niezwykle gościnnych, otwartych i życzliwych, ceniących sobie dane komuś słowo.

Na wielki plus zasługuje także wydanie. Bardzo staranne pod względem językowym, w twardej oprawie. I szkoda tylko, że posiadające w gruncie rzeczy tak niewiele fotografii. 

Ocena: 6/6

Shaun Ellis, Penny Junor, Żyjący z wilkami, Warszawa, Wydawnictwo W.A.B. 2011.

 
1 , 2 , 3 , 4
Tagi
Teksty umieszczone na stronie są mojego autorstwa,proszę o niekopiowanie ich bez mojej zgody!

Czytadełko
on Google+