Wpisy z tagiem: Francja
czwartek, 05 kwietnia 2012
Bobasy to film, o którym gdyby nie blogi, chyba bym nie usłyszała. Mogłabym więc odesłać Was tylko tu i tu i po sprawie, ale skoro już zaczęłam pisać, to pozwolę sobie dodać coś więcej ;) Dokument opowiadający o jednym roku z życia czwórki maleńkich bohaterów jest po prostu czarujący. Mamy okazję obserwować Ponijao z Namibii, Marię z Tokio, Bayara z Mongolii oraz Hattie z San Francisco od momentu ich narodzin aż do ich pierwszych kroków. Przy okazji widzimy także bardzo wyraźnie różnice kulturowe między tymi krajami. Poczynając chociażby od zwykłej kąpieli, a kończąc na amerykańskiej trosce o dziecko i lęku przed śmiercią łóżeczkową i przeciwstawionej temu afrykańskiej dziewuszce, która śpi jak chce, chodzi gdzie chce, pije wodę prosto z rzeki i absolutnie nic się jej nie dzieje. Niezaprzeczalnie zachwyciły mnie te fragmenty, które przedstawiały właśnie obrazy z Namibii i Mongolii, zapewne dlatego, że są tak mi obce, tak niewyobrażalne właściwie. Ilość słodyczy wypływająca z ekranu jest wręcz zatrważająca, ale o dziwo nie mdli. Wręcz przeciwnie, patrzymy w ekran przez półtorej godziny, w ekran, na którym koniec końców niewiele się przecież dzieje. Wgapiamy się w obraz pozbawiony właściwie jakichkolwiek dialogów (poza kilkoma amerykańskimi, bo reszta, nawet jeśli się pojawia i tak zostaje nieprzetłumaczona), skupiony raczej na wesołym gaworzeniu czwórki brzdąców i jesteśmy absolutnie zauroczeni. Przynajmniej ja byłam, a ci, którzy mnie znają wiedzą dobrze, że za dziećmi nie przepadam, bo i nie mam z nimi za bardzo styczności (poza tą, gdy na ulicy mijam kobietę z wózkiem) i sama tej styczności na ogół nie szukam. Sam fakt więc, że ja siedząc i oglądając Bobasy byłam zachwycona, zasłodzona i zaczęłam myśleć nad tym, jak bardzo chciałabym takiego małego Murzynka (no co poradzić, to dzieciątko było akurat najsłodsze!) już o czymś świadczy. Polecam wszystkim: rodzicom, przyszłym rodzicom i tym, którzy rodzicami zostać absolutnie nie planowali.
Mamma Mia! cóż za cudowny film! I dlaczego ja tyle zwlekałam z jego oglądnięciem? Właściwie chcieliśmy na niego iść z M. już wtedy, gdy wchodził do kin, ale a to nie było czasu, a to pieniędzy, potem kilka razy planowaliśmy obejrzeć, ale tu znów, a to czasu brak, a to ochoty, odpowiedniego nastroju i w końcu się udało! A kiedy z głośników popłynęło I Have A Dream, wiedziałam już, że jestem absolutnie kupiona. Sophie jest dziewczyną wychowywaną samotnie przez matkę, nigdy nie poznała swego ojca, nigdy nawet nie dowiedziała się kim on jest. Znajdując więc przypadkiem pamiętnik matki i wyłuskując z niego trzech kandydatów na ojca postanawia zaprosić ich na własne wesele, licząc na to, że gdy zobaczy swego ojca z całą pewnością będzie wiedziała, że to właśnie on. Meryl w roli Donny jak zwykle zachwyca (przecież nic w tym dziwnego), trójka jej dawnych, filmowych amantów: Harry Bright (Colin Firth), Sam Carmichael (Pierce Brosnan) oraz Bill (Stellan Skarsgård), tworzą dla niej doskonałe tło (no przepraszam, w obliczu Meryl blakną wszyscy po kolei), a Amanda Seyfried okazała się posiadaczką całkiem niezłego głosiku. Fabuła do najbardziej skomplikowanych zdecydowanie nie należy. Ale za to podczas oglądania można się pośmiać, można popłakać, a co najważniejsze można głośno śpiewać razem z bohaterami, bo większość kultowych piosenek ABBY znają chyba wszyscy. Polecam więc z całego serca. |
Archiwum
Zakładki:
*
Całkowita liczba wyświetleń
Dla czytelnika
Mole książkowe
Strony autorów
Współpracuję
Wyzwania
Tagi
Czytadełko on Google+ |