Wpisy z tagiem: czarna owca

wtorek, 19 października 2010

Ta książka zdecydowanie nie należy do kategorii przeczytaj i zapomnij. To książka po której człowiek zaczyna myśleć, analizować z nadmierną dokładnością swoje ciało i reakcje. Zaczyna się zastanawiać czy palce jego dłoni zaciskają się aby na pewno wystarczająco mocno, a skurcze w nodze są tylko wynikiem nadmiernego napięcia mięśni. A co jeśli to te początkowe, prawie niewidoczne objawy SLA, które zazwyczaj się ignoruje?

SLA, czyli stwardnienie zanikowe boczne to choroba, na którą cierpiała autorka książki. To choroba, która powoli pozbawia człowieka wszelkich podstawowych przyjemności, paraliżuje go, nie pozwalając na jedzenie ulubionych potraw czy przytulenie ukochanego dziecka, a w końcu i na oddychanie. To jedna z tych chorób, która przeraża tym bardziej im dłużej się o niej myśli. Ulla-Carin opisuje historię nie tylko swojego życia, ale i swojego umierania, które pełne jest smutków, ale i radości, bo paradoksalnie zaczynamy doceniać swoje życie i cieszyć się z najmniejszych drobnostek, wtedy dopiero gdy zaczynamy je tracić. Opowiada też o problemach związanych z otrzymaniem odpowiedniej opieki medyczne, choć tu akurat moim zdaniem Szwecji jako państwu należą się wielkie brawa, bo w porównaniu do naszych polskich realiów, tam człowiekowi umierającemu zapewnia się warunki na naprawdę wysokim poziomie. Myślami często wraca do wydarzeń sprzed kilku(nastu) lat.

Wiosłować bez wioseł należy do książek, które wzruszają. Tym bardziej, gdy pomyśli się o tym, że autora nie ma już wśród nas.

Ocena: 5/6

Ulla-Carin Lindquit, Wiosłować bez wioseł. Książka o życiu i śmierci, Warszawa, Jacek Santorski & CO, 2006.

czwartek, 02 września 2010

Jeśli chodzi o twórczość Gaardera to czytałam jego w zwierciadle, niejasno, które wypadło całkiem nieźle, potem przyszła kolej na dziewczynę z pomarańczami, która mnie zachwyciła, a teraz znów sięgnęłam po zamek w Pirenejach, po którym mam dość mieszane uczucia.

Zamek w Pirenejach to spisane w formie e-maili wspomnienia dwójki ludzi będących kiedyś parą i kochających się jak mało kto. Ludzi zupełnie różnych, o różnych poglądach, wyznających różne życiowe prawdy i próbujących przekonać tą drugą osobę koniecznie do swoich racji. Ludzi, którzy zaraz po rozstaniu bezskutecznie się szukając postanowili znaleźć kogoś innego, by móc ułożyć swoje życie na nowo, każde z nich na swój własny sposób. Po ponad trzydziestu latach od ich rozstania, a jednocześnie od tajemniczego zdarzenia, które do niego doprowadziło, a do poznania którego dążymy przez całą niemal lekturę, spotykają się oni dokładnie w tym miejscu, w którym widzieli się oni po raz ostatni. I znów zaczyna się przekonywanie, które powoli przeradza się we wspominanie, żałowanie, a wreszcie pogodzenie z tym co się stało.

Wiedziałam, że nagle zaczęliśmy myśleć zupełnie inaczej, ale nie umiałam pojąć, dlaczego nie da się z tym żyć. Nie byliśmy przecież pierwszą parą na świecie wierzącą w różne rzeczy.*

W pewnym momencie zaczęły mnie męczyć wywody Steinna na temat powstania świata i człowieka. Kwasy nukleinowe, makromolekuły czy protony niekoniecznie są tym o czym chciałabym czytać. Zresztą licząc na rozprawy naukowe nie sięgałabym raczej po powieść. Przyznam, że część z tego nawet sprytnie udało mi się ominąć, a skupiłam się na tym co interesowało mnie najbardziej. Kim była Borówkowa Pani? Dlaczego para, która potrafiła żyć ze sobą w najbardziej ekstremalnych warunkach tak po prostu się rozstała? I czy faktycznie razem z końcem ich związku miała koniec również ich miłość? I czy, jeśli byliby nadal razem, to ich miłość była by równie silna jak przed trzydziestu laty?

Tęsknota między ludźmi leżącymi w tym samym łóżku bywa czasami bardziej bolesna i bardziej dojmująca niż wtedy, gdy są na różnych kontynentach.**

Dużo bardziej podobały mi się e-maile pisane przez Solrun. Może też trochę dlatego, że jest kobietą, a może trochę dlatego, że przypomina mi mnie samą.

Tak było. Przechodziłaś od śmiechu do łez. Pod cienką powłoką niepohamowanej radości życia zawsze nosiłaś smutek. Ja także. Było nas dwoje. Przypuszczam jednak, że Twój smutek był głębszy niż mój. Tak jak Twój zachwyt i uniesienie.***

W jej wspomnieniach śmierć miesza się z życiem, a wszystko oplecione jest cienką linią tajemnicy. Zadziwiające jak wiele szczegółów sprzed kilkudziesięciu lat jest w stanie pomieścić ludzka pamięć. I na jakiej zasadzie właściwie zatrzymuje jedne zdarzenia po to by odrzucać inne.

Generalnie polecam, bo styl Gaardera powala po raz kolejny i z pewnością sięgnę po resztę jego książek, a fragmenty dotyczące ewolucji... jeśli kogoś nie zainteresują to przecież zawsze można odwrócić na następną stronę.

Ocena: 4,5/6

Jostein Gaarder, Zamek w Pirenejach, Warszawa, Wydawnictwo Czarna Owca, 2010.

*Jostein Gaarder, Zamek w Pirenejach, Warszawa, Wydawnictwo Czarna Owca, 2010, s. 7.

**Tamże, s. 158.

***Tamże, s. 36

czwartek, 29 października 2009

Na kilka miesięcy przed śmiercią Jan Olav zaczyna pisać list. Był nieuleczalnie chory, ale chciał, żeby jego syn w przyszłości poznał jego opowieść. Opowieść o Dziewczynie z Pomarańczami, o pierwszej, prawdziwej miłości z całą magią jej towarzyszącą, i wreszcie o najważniejszym – o jego życiu.

Gdy Georg ma 4 lata traci ojca. Jedenaście lat później ma okazję przeczytać list. List ukryty w poszewce starej spacerówki. List od ojca do swojego najlepszego przyjaciela.
Zawsze trudno jest mi mówić czy też pisać na temat rzeczy, które zrobiły na mnie wielkie wrażenie. A książka Gaardera niewątpliwie jest taką rzeczą. Nie pamiętam kiedy ostatni raz tak bardzo wzruszyłam się czytając książkę. Nie pamiętam już kiedy aż tak bardzo zaangażowałam się czytając jakąś książkę i kiedy sama udzielałam odpowiedzi na pytania zadane głównemu bohaterowi. Zwłaszcza na jedno, bardzo ważne pytanie.

Czy wybrałbym życie na Ziemi, mając świadomość, że zostanę nagle od niego oderwany, może w samym środku najszczęśliwszych chwil? Czy też już w punkcie wyjścia podziękowałbym za uczestnictwo w tej bezsensownej zabawie w „dawanie i odbieranie”? Bo przychodzimy na świat tylko jeden raz. Zostajemy wpuszczeni w tę wielką baśń. A potem… Psrtyk, i skończona bajka!

Gaarder w piękny a zarazem bardzo przystępny sposób pisze o prawdziwej miłości, o tym jak wiele można dla niej poświęcić i jak długo na nią czekać.

Porusza także bardzo trudny temat, jakim jest śmierć i utrata najbliższej osoby.

Wyobraź sobie, Georg, wyobraź sobie, że również na tym drugim brzegu byłaby jakaś dłoń, której można by się złapać! Ale ja nie wierzę w istnienie jakiejś drugiej strony. Jestem tego niemal całkiem pewien. Wszystko, co istnieje, trwa dopóty, dopóki wszystko się nie skończy. Ale często ostatnią rzeczą, której człowiek się trzyma, bywa czyjaś dłoń.

Jak dotąd to dopiero druga książka tego autora, którą czytałam (pierwszą było W zwierciadle, niejasno) i niewątpliwie na tym moja przygoda z nim się nie zakończy. Myślę, że do Dziewczyny z pomarańczami jeszcze kiedyś wrócę.

Przed chwilą podszedłeś do mnie i spytałeś, co piszę na komputerze. Odpowiedziałem Ci, że to list do mojego najlepszego przyjaciela. Może zdziwił Cię smutek w moim głosie, gdy Ci to wyjaśniałem, bo spytałeś: - To do mamy?
Chyba pokręciłem głową. – Mama to moja ukochana – odparłem. – Ato jest coś zupełnie innego.
- A ja kim jestem? – spytałeś wtedy.
Złapałeś mnie w pułapkę. Ale wziąłem Cię tylko na kolana, nie odchodząc od komputera, mocno przytuliłem i powiedziałem, że jesteś moim najlepszym przyjacielem.
Na szczęście o nic więcej nie pytałeś. Nie przyszło Ci do głowy, że ten list może być do Ciebie. Również ja z trudem mogłem sobie wyobrazić,że pewnego dnia być może go przeczytasz/
Czas, Georg. Czym jest czas?


Ocena: 6/6

Wystarczy przyjrzeć się okładce książki. Spojrzeć na tytuł, popatrzeć na szmacianą lalkę, która znajduje się zaraz pod nim, a już wiemy o czym jest ta książka.

I może dobrze było by przymknąć oczy i przejść koło niej obojętnie, zapomnieć, udawać, że się nie widziało.

Ale bez względu na to ile osób przejdzie obok takie rzeczy się dzieją. A Halszka Opfer przedstawia nam je z brutalną szczerością. Ona to przeżyła. I w końcu po ponad trzydziestu latach milczenia odważyła się zabrać głos. I może warto na chwilę się zatrzymać i posłuchać tego co ma nam do powiedzenia.

Często zastanawiałam się, czy w moim życiu były jakieś dobre chwile, które wspominałabym z tęsknotą.
Doszłam do absurdalnego wniosku, że wtedy i tylko wtedy, kiedy moje życie wisiało na włosku. Tylko wtedy czułam autentyczną troskę rodziców.


Odkąd Halszka skończyła 3 lata ojciec regularnie ją molestował. Z resztą nie tylko ojciec, potem do tego grona dołączyli również ksiądz, lekarz, kolega z klasy. Halszka jak magnes przyciągała wszystkich zboczeńców.

I mimo tego, że właściwie o tym traktuje ta książka. O wykorzystywaniu seksualnym, to w moim odczuciu o wiele gorszym przewinieniem było to, co tej małej bezbronnej dziewczynce zrobiła własna matka. I co to właściwie za matka, która nie dostrzega co się dzieje z jej dziećmi, która nie chce tego dostrzegać? Matka, która swoje dzieci głodzi, upokarza na każdym kroku, wyżywa się na nich po awanturach z mężem, a wreszcie matka, która po kąpieli zanosi swoją maleńką córeczkę do łóżka jej kata.

Czytając tę książkę myślałam tylko o tym jak to możliwe, że całe to zło mogło spotkać tylko jedną osobę. I ile siły w sobie musiała mieć, żeby to wszystko znieść.

Link do wywiadu z autorką

Ocena: 5/6

Tagi
Teksty umieszczone na stronie są mojego autorstwa,proszę o niekopiowanie ich bez mojej zgody!

Czytadełko
on Google+