Wpisy z tagiem: Novae Res

piątek, 16 września 2011

Jeśli jeszcze kiedyś będę zachwycać się jakąś okładką, proszę palnijcie mnie mocno w łeb. Choć w tym przypadku nie zwiodła mnie tylko i wyłącznie okładka, ale i opis i nawet tytuł. Ale po kolei.

Cofamy się do lat 60. i 70. XX wieku, bohaterką Niezatartych wspomnień sprzed lat jest Emilia, młoda dziewczyna, która wyjeżdża do Czech w poszukiwaniu pracy. Otrzymuje posadę w Fabryce Mebli Giętkich, zostaje też kierowniczką dziewczyn, które tak jak ona pochodzą z Polski. Jako owa kierowniczka zmuszona jest załatwiać dla dziewczyn różne sprawy, związanie z premiami, wyjazdami, biletami do kraju, większą wypłatą itp. I właściwie wokół Emilii i owych spraw kręci się cała książka. I może jeszcze wokół tego jaka to Emilia jest urodziwa, w końcu każdy facet na nią leci (może prócz tych, z którymi musi coś załatwić), a wszelkie jej niepowodzenia wynikają z zazdrości kobiet, które doprowadzały do intryg, co odbijało się na stosunkach w pracy. Bały się o swoich adoratorów, kochanków, mężów*.

Nudy, proszę państwa. Totalne nudy. Z pewnością nie tego nie spodziewałam. Wspomnienia w tytule wskazywały na książkę pełną emocji, wyjazd z ojczyzny wiąże się przecież z jakąś tęsknotą, nostalgią, musi się wiązać z jakimiś, jakimikolwiek uczuciami! Tymczasem tutaj wszystko jest jakieś takie suche. Ja się czułam się jakbym czytała jakieś sprawozdanie i brakowało mi tylko wypunktowania zdań. Tu zmienił się regulamin, tam ustawa, kierownictwo nic nie robi, a powinno, Emilia jedzie tam i siam, przyjeżdża z wizytą do domu, adoruje ją ten i tamten, ona nie wie co ma zrobić, dziewczyny zaczynają się wyżywać, nie chcą jej już za kierowniczkę, ona się stawia, nie będzie odchodzić, choć źle jej jak mało gdzie... W ten sposób, zgrzytając zębami i klnąc na swą naturę wzrokowca, dla którego ładna okładka w stonowanych kolorach jest już połową sukcesu, doszłam do 90. strony. Do 90., bo dalej nie dałam rady, przecież nie o to chodzi, żeby się z książką męczyć.

Hanna Maria Kasperska, Niezatarte wspomnienia sprzed lat, Gdynia, Wydawnictwo Novae Res 2010.

*Tamże, s. 80.

niedziela, 17 kwietnia 2011

Bohaterką Uciec przed cieniem jest kobieta, której imienia przez całą powieść nie mamy okazji poznać. Zresztą może to i lepiej, wszak nie imię jest w tym wszystkim najważniejsze. Urodzona w Jagniątkowie, gdzie spędziła, powiedzmy sobie szczerze, niezbyt udane dzieciństwo. Będąc dorosłą kobietą wyjechała do Wrocławia, nie tylko na studia, ale także w poszukiwaniu lepszego życia. Tam poznała swojego przyszłego męża, Tadeusza, śpiewaka operowego i tu znów zaczęła się jej droga przez mękę. Zdrady na które starała się nie zwracać uwagi, środowisko, w którym nie potrafiła się odnaleźć, towarzystwo, z którym nie potrafiła znaleźć wspólnego języka i wiecznie siedzący jej na głowie wujek Józio. Jeszcze gorzej zrobiło się, gdy padła decyzja o wyjeździe do Wiednia, gdzie bohaterka już zupełnie nie potrafiła się odnaleźć.

Cała książka stanowi zapis myśli tej jednej kobiety. Przyglądamy się całemu jej życiu, czasem przeskakując kilka lat do przodu, czasem wracając do okresu dzieciństwa i tragicznego wypadku, który rzucił cień na całe jej życie.

Uciec przed cieniem to książka, która stanowi doskonałe studium ludzkiej psychiki. Autorka bez zbędnego ubarwiania wnika w myśli swojej bohaterki, zarysowując jej postać tak wyraziście, że momentami zastanawiamy się czy nie pisze przypadkiem o sobie samej. Samotność i jednoczesny strach przed samotnością zdają się rządzić jej życiem. Ciągła stagnacja, ciągłe obawy przed podjęciem jakiejkolwiek decyzji, ciągłe pretensje do świata, do ludzi, wreszcie do samej siebie. Strach przed przywiązaniem do kogokolwiek, ale też potrzeba czułości, przywiązania i bycia zależnym od drugiego człowieka. I wreszcie niemożność ułożenia własnego życia po swojemu, gonienie za szczęściem, którego wcale nie chce złapać i ciągłe rozgrzebywanie przeszłości. Niesamowite jest to jak łatwo przychodzi autorce pisanie o tych wszystkich emocjach.

Choć z drugiej strony trzeba też przyznać, że momentami te przemyślenia bohaterki zaczynają drażnić, sprawiają, że ma się ochotę w końcu nią mocno potrząsnąć, bo zaczynamy się zastanawiać ile można? W życiu każdego z nas są takie momenty, kiedy mamy dosyć wszystkiego wkoło i do wszystkiego pałamy niechęcią, albo i nienawiścią. Tyle, że w większości to momenty przejściowe i trudno jest wierzyć, że całe życie może się składać wyłącznie z nich. I wolę wierzyć, że tak nie jest, że nikt nie żyje w ten sposób, bo co to by było za życie.

Ocena: 4,5/6

Ewa Kopsik, Uciec przed cieniem, Gdynia, Novae Res 2010.

czwartek, 10 marca 2011

Agnieszka Lingas-Łoniewska. Któż jeszcze o niej nie słyszał? Autorka czterech książek, z której każda następna jest lepsza od poprzedniej i wywołuję coraz więcej zachwytów. Ponoć. U mnie zachwytów niestety nie będzie, choć mam nadzieję, że nie wyjdzie też aż tak źle.

Książka zaczyna się dość niepozornie, żeby nie powiedzieć głupiutko. Kasia, na chwilę przed maturą zmuszona zostaje do zmiany szkoły i przeprowadzki do nowej żony ojca, a tym samym do codziennego oglądania Gośki, nowej siostrzyczki, z którą od pierwszych chwil nie może dojść do porozumienia. Żeby było śmieszniej w niedługim czasie zakochuje się w jej (byłym) chłopaku - Krzyśku. Dalszej części możemy się łatwo domyślić, ale schody zaczynają się gdy do szczęśliwego gniazdka, które Krzysiu z Katką próbują sobie uwić przedostają się powoli problemy z zewnątrz związane z nową rodzinką dziewczyny i po części także starszym bratem chłopaka – Łukaszem. Jeszcze gorzej robi się gdy okazuje się, że mimo wielkiej miłości zakochani nie potrafią żyć razem, a ich losy ponownie złączą się dopiero po kilkunastu latach, w dodatku w niezbyt sprzyjających okolicznościach.  

Zakręty losu z pewnością nie są żadnym literackim objawieniem. To raczej zwykła historia miłosna, jakich na rynku literackim wiele. I nawet wpleciony tu czy tam wątek narkotykowy tego nie zmieni, głównie dlatego, że na tle tych wszystkich scen miłosnych jest go po prostu za mało. A propos scen miłosnych… ile można? Jeden opis stosunku ze wszystkimi szczegółami jeszcze ujdzie, ale potem robi się to już po prostu nudne, bo to czy wszedł w nią na stojąco czy może jak już przenieśli się na podłogę średnio mnie interesowało. Chociaż może jak zwykle się czepiam, ale co poradzę jeśli wolę lekko zarysowane sceny erotyczne, gdzie niby wszystko pozostaje w domyśle, ale i tak jest lepsze niż opisanie każdego najmniejszego ruchu.

To co drażniło mnie jednak bardziej niż erotyczne scenki to słówko śliczna, pojawiające się dosłownie co chwilę. W pewnym momencie stwierdziłam, że jak jeszcze raz ujrzę tą śliczną to rzucę książką w kąt, nie mówiąc już o tym co mogłoby spotkać kogoś kto odważyłby się tak do mnie powiedzieć. Ja rozumiem wszystkie czułe słówka i naprawdę lubię, gdy mój M. mi słodzi, ale całe szczęście potrafimy zachować jakąś równowagę i wprowadzić w związek także trochę złośliwości, bo nie wiem czy strawiłabym piękności i śliczności na każdym kroku. Jak to mówią, co za dużo to nie zdrowo.

Mimo tego mojego drobnego czepialstwa nie mogę jednak napisać, że powieść mnie nie wciągnęła, bo i owszem prosty język i skomplikowanie losów głównych bohaterów sprawiło, że pochłonęłam ją błyskawicznie, mało tego, były momenty kiedy i łezka w oku mi się zakręciłam, a czasem i z niego wypłynęła. Podobało mi się również przedstawienie losów bohaterów na dwóch płaszczyznach czasowych, tu autorce należą się wielkie brawa za część drugą, tylko błagam o mniej seksu!

Co do bohaterów to o dziwo większą sympatią obdarzyłam tych stojących po ciemniejszej stronie mocy. Lukas czy Gośka byli dla mnie po prostu świetni i żałuję, że było ich tak mało, zastanawiając się jednocześnie ile Lukasa będzie w kolejnych częściach i czy warto po nie sięgnąć. Motyw Anki, matki, która zwalając winę na wszystkich wkoło nie potrafi sobie poradzić z własnym dzieckiem także zrobił na mnie duże wrażenie. I ta przemiana Krzyśka, aż szkoda, że tak łatwo dał się z powrotem złamać.

I tu właściwie mogłabym zakończyć podsumowując całość jako dość przeciętną książkę, ale nie, nie zrobię tego i jestem niemal pewna, że każdy kto zdecyduje się sięgnąć po Zakręty losu i dotrwa do ostatniej strony zmieni zdanie o całości choć odrobinę, bo to właśnie podczas zakończenia autorka grając nam na nosie i wbijając w fotel zdaje się mówić: wydawało Ci się, że jestem taka słaba? No to patrz!

Uważam, że Lingas-Łoniewska ma naprawdę świetne pomysły i szkoda, że tym najlepszym poświęca najmniej uwagi. Gdyby tak nie skupiać się na wątku miłosnym całość mogłaby naprawdę wypaść o wiele lepiej.

Ocena: 3/6

Strona autorki.

Blog autorki.

Agnieszka Lingas-Łoniewska, Zakręty losu, Gdynia, Novae Res 2010.

piątek, 26 listopada 2010

O samej fabule pisano już dużo, więc pozwólcie, że ograniczę się do kilku krótkich zdań.

Ewa, niezadowolona z posady nauczyciela postanawia pójść w drugą stronę i podejmuje pracę w agencji fotograficznej. To też nie bardzo spełnia jej wymagania, bo okazuje się, że i w agnecji jest nudno, a ona dostaje same banalne zlecenia, aż do czasu, gdy pewna Francuzka postanowi wynająć koniecznie kobietę do sfotografowania swojej rodzinnej kwiaciarni. Wszak tylko kobieta potrafi ująć i zrozumieć w pełni kwiatowy urok. Ewa więc czym prędzej pakuje walizkę i udaje się do słonecznej Prowansji i to jest chyba najlepsza rzecz jakiej się w życiu podjęła, bo okazuje się, że Francja nie tylko pomoże Ewie co nieco zmienić swoje życie, ale także poznać siebie samą z zupełnie innej strony.

Uwielbiam kobiecie powieści, podkreślałam to nieraz. I nieważne czy to zwykłe babskie czytadła czy sagi rodzinne, w których główną rolę odgrywa właśnie płeć piękna, bo obydwa typy uwielbiam i zawsze czytam z wielką radością. A jeśli jedna książka łączy w sobie cechy tych obu to już w ogóle jest cudownie. A Zamówienie z Francji zdecydowanie to łączy, bo mamy i rodzinne historie, zagmatwane, poplątane, okraszone tajemnicą, i kobiety odgrywające w tej historii główną rolę, sprawujące władzę, pełniące najważniejszą funkcję w rodzinie. Ale mamy też to co dla mnie od zawsze charakteryzowało literaturę typowo babską, czyli zdrady, zauroczenia, niepewności, niezdecydowania, zakochania i przede wszystkim przyjemny styl, dzięki któremu wsiąkamy w powieść i naprawdę ciężko jest nam ją odłożyć. Do tego wszystkiego możemy dodać niezwykła zdolność Ewy, która pozwala nie tylko na widzenie przeszłości, ale również przeczuwanie tego co zdaży się wkrótce. Zresztą, jak się okazuje nie ona jedna w swej rodzinie takie zdolności posiada. No i do tego, niczym wisienka na torcie pojawia się ta Prowansja, słoneczna Prowansja ze wszystkimi jej zaletami. Z mnóstwem przestrzeni, z polami lawendy, z winnicami, ze wszystkimi jej zapachami, smakami i barwami. Aż chciałoby się wskoczyć w karty powieści i po prostu się tam przenieść.   

Wielkim plusem okazały się postacie. Wyraziste, każda zupełnie inna, a przy tym tak łudząco podobne. Moją zdecydowaną faworytką stała się Sophie. To dla mnie kobietka tak niewinna, subtelna i urocza, że gdybym była facetem, z pewnością bym się w niej zakochała.

Po przeczytaniu tej książki aż zaczynam żałować, że nie mam wielkiej rodziny. Zresztą zawsze było mi przykro, że nie dość, że tak nas mało to nawet w tak małym gronie nie potrafimy się ze sobą dogadać. No cóż, jak to mówią z rodziną najlepiej wychodzi się na zdjęciach. Albo w powieści.

Ocena:  5/6

Blog autorki.

Anna J. Szepielak, Zamówienie z Francji, Gdynia, Novae Res, 2010.

 

Ps. Jak widać wystarczy mi trochę słońca przebijającego zza chmur i wolny dzień, a od razu wracam do życia. Przynajmniej do następnego poniedziałku ;)

Tagi
Teksty umieszczone na stronie są mojego autorstwa,proszę o niekopiowanie ich bez mojej zgody!

Czytadełko
on Google+