Wpisy z tagiem: choroba

poniedziałek, 20 lutego 2012

Dużo już było o tej książce, ale i ja pozwolę sobie dołożyć swoje trzy grosze. Choć jak to grosze, nie będą się zbyt wiele różnić od innych. Motyl bowiem okazał się, zgodnie z oczekiwaniami, książką bardzo dobrą, choć odrobinę jednak kulejącą na poziomie emocji. 

Alice Howland to pięćdziesięcioletnia kobieta, stojąca właściwie u szczytu kariery i wykonująca swoją pracę oraz powierzone jej zadania najlepiej jak potrafi. Aż do czasu. Oto bowiem w jej życie wkrada się odrobina chaosu. Nagle zaczyna gubić wątki podczas prowadzenia wykładów, zapomina przepisów, z których korzysta niemal od zawsze, a punkty umieszczone na listach rzeczy do zrobienia tracą dla niej znaczenie, bo nie bardzo wie, co mogłyby oznaczać. Początkowo zwala to wszystko na stres, zmęczenie i menopauzę. Nie widząc jednak poprawy, postanawia wybrać się do lekarza, który przedstawia jednoznaczną diagnozę: Alzheimer o wczesnym początku.

Lisa Genova świetnie przedstawiła postać Alice. No właśnie. Niby świetnie, ale jakby czegoś mi tu zabrakło. Doskonale widać zagubienie bohaterki, widać jej strach, jej niepewność co do przyszłości, to wszystko się niby czuje, a jednak nie tak do końca. Nie potrafiłam wejść całkowicie w jej głowę, z drugiej strony może trochę się bałam. Nie mniej jednak, dla mnie ta straszna, straszliwa choroba, jest czymś co może człowieka zupełnie załamać, myślałam, że będę płakać podczas lektury jak dziecko, zwłaszcza, że ja w ogóle straszna płaczka książkowo-filmowa jestem, a jakby średnio mnie to ruszyło. Pomijając może kilka scen, w których faktycznie stanęły mi łzy w oczach, ale ich było naprawdę niewiele.

Nieważne. W każdym razie i tak za wielką zaletę uważam sam fakt, że autorka stanęła po tej drugiej stronie. Że postarała się oddać to, co siedzi w głowie człowieka, który dzień po dniu, zaczyna tracić wszystko. Człowieka, który zapomina o najważniejszych rzeczach, o swoich pasjach, marzeniach, planach, o swoich najbliższych. Owszem, kojarzę zarówno książki, jak i filmy, w których problem Alzheimera się pojawia, ale na ogół jest on tylko pewnym dodatkiem do fabuły, a jeśli już stanowi główny temat to przedstawiony zostaje z punktu widzenia opiekuna. 

Inna sprawa, że i u Genovy zainteresowali mnie niezmiernie właśnie opiekunowie. Te postacie stojące gdzieś na uboczu, na drugim planie i ich postawy prezentowane w zderzeniu z tak straszną chorobą. Myślę, że na uwagę zasługują zwłaszcza John, mąż Alicii oraz Lydia, jej najmłodsza córka. Ten pierwszy niedopuszczający do siebie myśli o tym, co spotyka jego żonę, niepotrafiący pogodzić się z tym, że powoli zaczyna ją bezpowrotnie tracić, rzucający się w wir pracy, próbujący właściwie cały czas odwracać głowę od problemu i zachowywać się tak, jakby nic się nie zmieniło. I ta druga, która mimo wszystkich nieporozumień jakie między nimi były, mimo tego, że Alicii nigdy nie podobały się jej życiowe wybory, mimo wiecznego niezadowolenia, nawiązuje z matką najbliższą więź, wspiera ją we wszystkim i stara się pomóc najlepiej jak potrafi. Szczerze, zafascynowało mnie to jak zaczęły niemalże odkrywać się na nowo, dopiero poznawać, w ogóle rozmawiać ze sobą.

Trafiłam też w książce na fragment, który wyjątkowo mną wstrząsnął. Taki, który bardziej niż inne zmusił do myślenia. Chodzi mi o scenę, w której Alice zastanawia się nad tym czy nie wolałaby przypadkiem mieć raka. 

Podsumowując, książka Genovy to ważna książka, poruszająca ciężki temat, a jednak napisana z ogromną lekkością. Taką, która sprawia, że czytamy ją prawie niezauważalnie, z ciekawością przewracając kolejne strony, jakbyśmy czytali o czymś zupełnie innym. A jednocześnie sprawia, że robimy te kilka przystanków w momentach, które tego wymagają. W momentach, które sprawiają, że na chwilę przestajemy czytać, odkładamy książkę, łapiemy oddech i zastanawiamy się nad życiem swoim i swoich bliskich. 

Lisa Genova, Motyl, Słupsk, Papierowy Księżyc 2011.

sobota, 04 lutego 2012

Oto cała prawda o czasie: nigdy się nie zatrzymuje i nigdy się nie powtarza.*

Nie wiem czy byłabym w stanie wskazać rodzinę, w której choć jednej osoby nie zabrałby nowotwór. Na ogół wykrywany zbyt późno, na ogół atakujący więcej niż jeden organ... Moim zdaniem ta choroba za każdym razem boli tak samo, za każdym razem jest równie niesprawiedliwa, za każdym razem doprowadza nas do beznadziejnej wręcz bezradności, ale mam wrażenie, że im młodsze osoby dopada tym więcej jakoś jest w nas pretensji do świata, do losu, do Boga. A co jeśli atakuje sześcioletnie dziecko?

Elena Desserich była zupełnie zwyczajną dziewczynką. Kolor różowy był dla niej niemal podstawą ubioru, a ozdoby we włosach czymś zupełnie naturalnym. Choć często tęskniła za rodzicami to jednak uwielbiała spędzać czas w szkole. A dla młodszej siostrzyczki byłaby w stanie zrobić wszystko, opiekowała się nią najlepiej jak umiała i uczyła tego, czego sama nauczyła się stosunkowo niedawno. Aż do czasu. U Eleny bowiem wykryto pewnego dnia rzadki rodzaj guza mózgu. 

Wiadomość z nieba to pamiętnik rodziców Eleny, który początkowo stanowił zwykłe zapiski, mające być kiedyś pamiątką dla jej młodszej siostry. To opis nieustającej walki o życie ukochanego dziecka. To zapiski z kilku upadków, z wielu chwil wątpliwości, z dni, kiedy najtwardszy zupełnie opadłby z sił, ale i z tych wzlotów, małych wielkich radości, ogromnych nadziei i woli przetrwania. Obraz sześcioletniej dziewczynki jaki się z tych zapisków wyłania niewątpliwie robi wrażenie ze względu na dojrzałość, jaką powoli zaczynamy w niej dostrzegać, ale i mocno zasmuca, gdy dociera do nas jak bardzo Elena jest zmęczona tą całą sytuacją i jak bardzo pragnie zwykłego powrotu do normalności, której nie może jej zapewnić nawet realizacja najskrytszych marzeń.

Lekarstwa nie stoją na półkach z zabawkami i nie mają metek. I choć mamy każdą zabawkę o jakiej małe dziewczynki mogą tylko zamarzyć wiara jest teraz towarem deficytowym. Robimy więc co możemy, rozpieszczamy je, traktujemy jak księżniczki i kupujemy wszystko, czego chcą. W jakiś sposób jest to nagroda za to, że nasze dzieci mają raka. Nagle troszczymy się, kochamy, nagle kupujemy im świat. Jednak jest za późno. Jedyne czego chce Elena, to być normalna.**

Wiadomość z nieba to dla mnie też niesamowity obraz powolnego godzenia się z losem, znajdowania siły w tym co kilka miesięcy wcześniej byłoby w stanie totalnie nas wykończyć i uśmiechu na ustach mimo wszelkich przeciwności losu. Nigdy nie przestanę podziwiać osób, które w obliczu tragedii nie załamują rąk, nie poddają się, a wręcz przeciwnie - potrafią cieszyć się życiem dużo bardziej niż ci, którzy nie są zmuszeni do obcowania na co dzień z nieuleczalną chorobą.

Brooke i Keith Desserich, Wiadomość z nieba, Słupsk, Papierowy Księżyc 2011.

*s. 128

**s. 90-91.

wtorek, 26 października 2010

Nigdy nie miałam problemów z matematyką. Owszem, nie byłam geniuszem, nie posiadałam wyobraźni przestrzennej przez co geometria szła mi średnio, ale z działaniami, jeśli tylko odpowiednio je sobie rozpisałam nigdy się nie męczyłam. No właśnie, jeśli odpowiednio sobie rozpisałam. Daniel Tammet rozpisywać sobie nie musi, bo mnożenie przez siebie chociażby czterocyfrowych liczb czy podnoszenie do załóżmy piątej potęgi liczby dwucyfrowej nie stanowi dla niego żadnego wyzwania. Właściwie samym liczeniem nie musi się trudzić, bo wynik, w postaci odpowiednich kształtów i obrazów pojawia się po prostu w jego głowie. Niesamowite, prawda? Ale to nie wszystko, bo Daniel pobił także rekord wymieniając cyfry występujące w liczbie pi do 22 514 miejsca po przecinku, co zajęło mu zresztą kilka dobrych godzin, a na naukę nowego języka, zupełnie od podstaw wystarczy mu... tydzień. Tak na przykład nauczył się islandzkiego. Dodatkowo stworzył własny język.

Daniel Tammet jest również chory. Ma autyzm i zespół Aspargera, dodatkowo w dzieciństwie miewał ataki epilepsji, które mogły wpłynąć na jego obecne zdolności. Wiele czynności musi wykonywać regularnie, z tą samą częstotliwością, tyle samo razy, inaczej może wpaść w szał.

Urodziłem się pewnego błękitnego dnia to pamiętnik autora opisujący jego życie właściwie od chwili urodzin do momentu, w którym udało mu się osiągnąć sukces. Nie znajdziemy tu zaskakującej i wciągającej fabuły. Nie tego powinniśmy w tej książce szukać, bo choć zdarzenia w niej momentami mogą nam się wydać niezwykłe, to to nadal tylko pamiętnik, momentami nawet nudny i trudny w zrozumieniu. Bo dla mnie objaśnienia rozwiązania zadań matematycznych, mimo, że mam wrażenie, wytłumaczone zostały jak krowie na rowie dla mnie nadal były ciężkie i musiałabym mocno pokombinować, żeby je ogarnąć.

Urodziłem się pewnego błękitnego dnia to wspomnienia osoby, mogłoby się wydawać zupełnie odmiennej od nas, a jednak w wielu aspektach bardzo nas przypominających. Nas, ludzi zdrowych. Bo Daniel mimo swoich upośledzeń nadal jednak odczuwa te same lęki, doświadcza tych samych smutków i radości, choć nie zawsze jest w stanie jednoznacznie je określić i nie w każdej sytuacji potrafi się odnaleźć, a przystosowanie się do życia w społeczeństwie zajęło mu naprawdę dużo czasu i kosztowało wiele pracy i wysiłku.

Dodatkowo w książce znaleźć możemy również informacje na temat stanu badań nad ludzkim mózgiem, wiadomości o epilepsji i sławnych epileptykach, a także rzeczach, które osiągnęli być może właśnie za sprawą swojej choroby.

A na koniec miła niespodzianka dla miłośników kotów, bo wiem, że troszkę Was tu wchodzi - w książce znajdzie się również miejsce na koci wątek.

Ocena: 4,5/6

Daniel Tammet, Urodziłem się pewnego błękitnego dnia. Pamiętnik nadzwyczajnego umysłu z zespołem Aspargera, Wołowiec, Wydawnictwo Czarne, 2010.

wtorek, 19 października 2010

Ta książka zdecydowanie nie należy do kategorii przeczytaj i zapomnij. To książka po której człowiek zaczyna myśleć, analizować z nadmierną dokładnością swoje ciało i reakcje. Zaczyna się zastanawiać czy palce jego dłoni zaciskają się aby na pewno wystarczająco mocno, a skurcze w nodze są tylko wynikiem nadmiernego napięcia mięśni. A co jeśli to te początkowe, prawie niewidoczne objawy SLA, które zazwyczaj się ignoruje?

SLA, czyli stwardnienie zanikowe boczne to choroba, na którą cierpiała autorka książki. To choroba, która powoli pozbawia człowieka wszelkich podstawowych przyjemności, paraliżuje go, nie pozwalając na jedzenie ulubionych potraw czy przytulenie ukochanego dziecka, a w końcu i na oddychanie. To jedna z tych chorób, która przeraża tym bardziej im dłużej się o niej myśli. Ulla-Carin opisuje historię nie tylko swojego życia, ale i swojego umierania, które pełne jest smutków, ale i radości, bo paradoksalnie zaczynamy doceniać swoje życie i cieszyć się z najmniejszych drobnostek, wtedy dopiero gdy zaczynamy je tracić. Opowiada też o problemach związanych z otrzymaniem odpowiedniej opieki medyczne, choć tu akurat moim zdaniem Szwecji jako państwu należą się wielkie brawa, bo w porównaniu do naszych polskich realiów, tam człowiekowi umierającemu zapewnia się warunki na naprawdę wysokim poziomie. Myślami często wraca do wydarzeń sprzed kilku(nastu) lat.

Wiosłować bez wioseł należy do książek, które wzruszają. Tym bardziej, gdy pomyśli się o tym, że autora nie ma już wśród nas.

Ocena: 5/6

Ulla-Carin Lindquit, Wiosłować bez wioseł. Książka o życiu i śmierci, Warszawa, Jacek Santorski & CO, 2006.

sobota, 08 maja 2010

Tato, gdzie jedziemy? / Jean-Louis Fournier ; przeł. z franc. Bożena Sęk. – Katowice : Wydaw. Książnica, 2010. – 174, [2] s. ; 20 cm. – ISBN 978-83-245-7806-1

Czasem jest po prostu tak, że widzimy pewną książkę pierwszy raz i wiemy, że to właśnie ta, że właśnie ją chcemy przeczytać. Przyciąga nas okładka, tytuł, cokolwiek i nie możemy sobie wybaczyć, że wychodzimy z księgarni bez niej w ręce. Dla mnie taką książką była właśnie „Tato, gdzie jedziemy”. I doprawdy nie wiem co zwróciło moją uwagę, bo zarówno okładka, jak i tytuł niczym się nie wyróżniają. Wręcz przeciwnie, są proste, są zupełnie przeciętne, są takie same jak wiele innych. A jednak wiedziałam, że muszę ją kupić, muszę przeczytać.

„Tato, gdzie jedziemy?” należy też zdecydowanie do kategorii książek, które zachwycają już przy pierwszej stronie, a właściwie przy pierwszym zdaniu, słowie. I nie, nie jest napisana w sposób nadzwyczaj piękny, autor nie używa poetyckiego języka, wręcz przeciwnie piszę w sposób tak prosty, że prościej już chyba nie można. A mimo to, mimo całej prostoty jest w książce Fourniera jakąś swego rodzaju poezja, jakaś muzyka, jakaś magia. Przedstawia on swoich dwóch synów. Mówi nam: to jest Mathieu, a to jest Thomas, obaj ciężko upośledzeni. Trudno w to uwierzyć, prawda? Trudno, bo w życiu każdego z nas zdarzają się chwile kiedy człowiek myśli, że już gorzej być nie może, że teraz będzie już tylko z górki, że będzie coraz lepiej. I po narodzeniu Mathieu Fournier też tak właśnie myślał, a potem urodził się Thomas, drugie dziecko, które sprawiało wrażenie normalnego niemowlaka, lecz po diagnozie lekarzy świat zawalił się po raz drugi.

I choć zdawać by się mogło, że to beznadziejne smutna książka i że obraca się wokół użalań autora na to jak ciężkie jest życie z takimi dziećmi, to wcale tak nie jest. Książka jest pełna optymizmu i pełna humoru, bo właśnie tak Fournier postanowił reagować na nieszczęście. Śmiać się mu prosto w twarz. I my, czytając książkę, śmiejemy się razem z nim. Jeśli normalne dziecko zrobi coś głupiego to ludzie śmieją się i klaszczą w ręce, więc czemu odbieramy ten przywilej dzieciom upośledzonym? Przecież one też mają prawo do tego, żeby śmieszyć, do tego, żeby dawać ludziom radość. Tak więc, za przykładem Foruniera, nie powinniśmy rezygowaćy z uśmiechu, gdy widzimy człowieka niepełnosprawnego, on przecież też, może nawet bardziej niż inni, potrzebuje odrobiny ludzkiego ciepła.

Książkę bardzo polecam, nie zajmie wiele czasu, za to może dużo wnieść do naszego życia.

Ocena: 5,5/6

poniedziałek, 03 maja 2010

Przemiana / Jodi Picoult ; przeł. Katarzyna Kasterka. – Warszawa : Prószyński i S-ka, 2010. – 43 s. ; 20 cm. – ISBN 978-83-7648-312-2

Jodi Picoult to autorka, która fascynowała mnie właściwie od momentu, gdy pierwszy raz o niej usłyszałam. Było to przy okazji ukazania się pierwszego wydania „Bez mojej zgody”. Od tego czasu minęło kilka lat, co rusz ukazuje się jej nowa książka, a ja pozostawałam wciąż tylko przy czytaniu recenzji kolejnych powieści, nabyłam trzy z nich nadal nie mogąc się zdecydować od czego właściwie zacząć. Tak właśnie los zdecydował za mnie, gdy do kolejkowa jedna z dziewczyn dodała najnowszą (tak, wiem, że niedługo kolejna, ale wtedy jeszcze nie wiedziałam), „Przemianę”. Postanowiłam więc, że tak rozpocznie się moje spotkanie z pisarstwem Jodi. I z pewnością na tym się nie skończy.

Picoult pisze o tak wielu rzeczach, że właściwie nie bardzo wiem od czego powinnam zacząć.

Gdy Elizabeth Nealon miała dwa latka straciła ojca w wypadku samochodowym spowodowanym przez pijanego kierowcę. Jej matka, June, związała się wkrótce po tym z policjantem, które wyciągnął je obydwie z rowu. Pięc lat później gdy June zaszła ponownie w ciążę, potrzebny był remont mieszkania, ale niestety nie miał kto go dokończyć, gdyż majster zatrudniony przez Nealonów zmuszony był wyjechać. I wtedy, właściwie znikąd, w życiu June pojawił się cieśla. I tu już pojawia się pierwsze pytanie, bo czy naprawdę powinniśmy wpuszczać do swego życia zupełnie obcych ludzi tylko dlatego, że wyglądają na miłych. Gdy po siedmiu miesiącach dochodzi do morderstwa w którym ginie Kurt i Elizabeth, June całkowicie zaczyna wątpić w ludzi. Dochodzi do rozprawy sądowej, w której po raz pierwszy, od ponad sześćdziesięciu lat człowiek zostaje skazany na karę śmierci. Mija kolejne jedenaście lat, egzekucja nieubłagalnie się zbliża, a druga córka June na gwałt potrzebuje serca, które może jej dać właśnie Shay, jeśli tylko Maggie, jego adwokatka, zdoła przekonać sędziego, że każdy skazany ma prawo do wyboru rodzaju stracenia. Sprawy komplikują się jeszcze bardziej, gdy w więzeniu dochodzi do serii cudów na miarę Jezusa: woda zamienia się w wino, ożywa zabity ptak, a sąsiadujący z Shayem więzień, Lucius, nagle zostaje cudownie uzdrowiony, po latach życia z AIDS. Przewodnikiem duchowym Bourne’a na ostatnim odcinku jego drogi zostaje Michael Wright, ksiądz, który jedenaście lat wcześniej, jako ówczesny student matematyki, wraz z jedenastoma innymi przysięgłymi skazał Shaya na śmierć.

Picoult serwuje nam dużą dawkę emocji, zasypuje nas ważnymi pytaniami: ile warte jest życie ludzkie? Kto ma prawo decydowania o życiu i śmierci? Dlaczego niektóre czyny są gorsze od innych i kto może je hierarchizować i właściwie czy ktoś może w ogóle? Zmusza do chwili refleksji, zastanowienia się nad własnymi poglądami, być może nawet do ich zmiany. Pisze też dobrze, prosto, wciągająco, bardzo podobała mi się narracja prowadzona przez różnych bohaterów, żałuję tylko trochę, że Shay został tu pominięty. Czegoś mi jednak u Picoult zabrakło, coś było nie tak i może też zbyt wiele się spodziewałam, dlatego troszkę się rozczarowałam. Może to ta narracja zmieniana często, czasem zbyt często, zbyt szybko. Może za wiele ważnych pytań postawionych naraz, za wiele poruszanych jednocześnie kwestii. Jednakże jest ona autorką, z którą na pewno chcę się zapoznać lepiej. I mam nadzieję, że każde kolejne spotkanie będzie coraz lepsze.

Ocena: 4,5/6

wtorek, 13 kwietnia 2010

Tony Takitani / Haruki Murakami ; przeł. z jap. Anna Zielińska-Elliott. –  Warszawa : Muza SA , 2007. – 29, [3] s. ; 20 cm.

Ojciec Tony’ego był muzykiem, z Japonii przeniósł się do Chin, dzięki temu uniknął udziału w wojnie, jednak zaraz po jej zakończeniu trafił do więzienia. Jako jeden z niewielu nie został rozstrzelany. Matka Tony’ego zmarła trzy dni po porodzie, więc chłopiec nie miał najmniejszych szans na jej poznanie. Co do samego Tony’ego, no cóż, z powodu imienia został odrzutkiem, odmieńcem, zawsze samotny, zawsze z boku, nauczył się żyć z samotnością, mało tego, polubił ją i pewnie trwał by w niej do końca, gdyby w jego biurze pewnego dnia nie zjawiła się kobieta idealna, w której bez pamięci się zakochał.

Dobre to opowiadanie, naprawdę bardzo dobre. Uczucie wielkiej samotności, wielkiej miłości, strachu przed utratą drugiego człowieka, strachu przed nadmiernym przywiązywaniem się do rzeczy czy ludzi, miłości do muzyki, do malowania. To wszystko aż prosi się o to, żeby napisać więcej. Dla mnie wszystko działo się za szybko, czułam się jakbym gdzieś biegła nie patrząc, zupełnie nie zwracając uwagi na to co jest dookoła, a skupiając się tylko i wyłącznie na celu do którego dobiec muszę. Wszystko zostało pięknie nakreślone, tylko jakby rozwinięcia brak. Jakby zabrakło Tony’emu paru lat życia, jakby zostały wydarte. Tylko utwierdziłam się w przekonaniu, że jeśli chodzi o Murakamiego to jednak wolę jego dłuższe formy.

Ocena: 4,5/6

wtorek, 30 marca 2010

Przypomnij sobie / Elina Hirvonen ; przeł. Iwona Kosmowska. – Warszawa : Wydaw. W.A.B., 2008. – 178, [6] s. ; 20 cm. – (Seria z miotłą). - ISBN 978-83-7414-399-8

Ian jest czetrdziestoletnim wykładowcą literatury. Po zamachu 11 września wyjeżdża ze swej ojczyzny, z nadzieją, że w innym kraju będzie miał szansę rozpocząć nowe życie i zapomnieć, nie tylko o ataku na World Trade Center, ale także o swoim ojcu, który postradał zmysły po powrocie z wojny w Wietnamie, a którego matka oddała do domu wariatów i którego idealny obraz, Ian jako młody mężczyzna musiał sobie zbudować, aby mieć szansę przetrwać i samemu nie zwariować.

Matka kupowała na uniwersytecie i w antykwariacie stare książki, a Ian pożerał każdą z nich. Uważał, że dopóki będzie mógł co wieczór zanurzać się w kolejnych opowieściach, w jego własnym życiu będzie mogło się dziać cokolwiek, a on to na pewno wytrzyma. Wytrzyma poranny ból brzucha i drogę do szkoły, podczas której ktoś może się za nim skradać i rzucać mu w plecy kamieniami. Przerwy, podczas których nikt z nim nie rozmawiał. Szkolne korytarze i ciemne kąty, skąd w każdej chwili mogła wyrosnąć ręka, która pchnie jego głowę prosto na wieszak. 

Jest i Anna, dwudziestoletnia studentka, narratorka powieści która związuje się z Ianem i stopniowo wtajemnicza zarówno jego, jak i nas, czytelników w tajemnice dotyczące jej życia, jej rodziny, szczególnie skupiając się na swym bracie Jonaszu, opisując szczegółówo zwłaszcza dzień, gdy ich ojciec spowodował wypadek, po którym matka wylądowała w szpitalu, dzień, od którego Jonasz zaczyna wyobrażać sobie ojca jako chcącego zgładzić całą rodzinę tyrana, dzień, który na zawsze miał odmienić życie ich wszystkich.

Każda z tych dwóch osób powoli rozlicza się ze swojej przeszłości, przypominając sobie o rzeczach, o których tak naprawdę nikt nie chce pamiętać, o których najlepiej byłoby zapomnieć, wyrzucić, zamienić w coś co nigdy się nie wydarzyło. Nawzajem pozwalają sobie przypomnieć najgorsze chwile, móc się nimi podzielić, pomagają sobie, dzieląc się miłością i zrozumieniem.

Miał na sobie tylko cienki wełniany sweter i oplótł ramiona rękoma, żeby się ogrzać. Był kochany, wyrozumiały, zagubiony i samotny, a ja zapragnęłam zamknąć go w butelce i wcisnąć do kieszonki na piersi, by już zawsze słyszał bicie mojego serca i żeby nic nie mogło go zranić.

Relacje narratorki poprzetykane są listami Jonasza, pisanymi w większości już zza murów szpitala psychiatrycznego.

To opowieść przede wszystkim o wielkiej samotności, z która musi się zmagać każdy z nas, każdego dnia, mimo, że wokół nas jest wiele innych ludzi.

Chciał mieć przyjaciela, u którego mógłby się zwalić na sofę, który by go poczęstował winem albo ciastkami, albo zimnym makaronem i zrozumiał odjeżdżającą taksówkę, obce miasto i samotność, i wojnę, i manifestację, i poczucie winy, które nie miało początku ani donikąd nie prowadziło. 

Autorka daje nam również do zrozumienia, że nie tylko w naszym życiu są rzeczy o których chcielibyśmy zapomnieć, a przypominamy je sobie wciąż i wciąż. To problem każdego człowieka, każdy skrywa w sobie jakąś tajemnice, którą może się podzelić zaledwie z garstką ludzi, a bywają i takie z którymi nie chcemy się dzielić z nikim. Skupia się też dość mocno na problemie szpitalów psychiatrycznych i ludzi chorych, pokazując nam nie tylko bezradność samego chorego, ale także całej rodziny, pokazując ból, który towarzyszy im, gdy patrząc na najbliższą osobę, za nic nie potrafią jej pomóc.

Chcę siedzieć na ogrzanej słońcem ławce, pod którą pachnie świeża trawa, nad którą pochyla się klon. Czytać w książce o diable, czytać okrągłe zdania i myśleć, że może rozumiem. Siedzieć tutaj, wąchać wiatr i wiedzieć, że wkrótce nadejdzie lato, a morze się ociepli.

Ocena: 5/6

 
1 , 2 , 3
Tagi
Teksty umieszczone na stronie są mojego autorstwa,proszę o niekopiowanie ich bez mojej zgody!

Czytadełko
on Google+