Wpisy z tagiem: Indie

czwartek, 22 grudnia 2011

Gdy Europa czyta, Indie rozmawiają.* 

Niewiele czytałam dotąd o Indiach, nigdy w tym kraju nie byłam, bollywoodzkich produkcji właściwie nie oglądam, a jednak odkąd zobaczyłam tę książkę w zapowiedziach coś nieustannie mnie ku niej popychało. Co mogę napisać? Jeśli dzięki temu czemuś natknę się na więcej takich książek to proszę, niech pcha mnie jak najczęściej.

Bo jak się okazało Lalki w ogniu to świetna książka. Wciągająca i napisana tak, że Indie czuć niemal wszystkimi zmysłami. Czytając o targowiskach słyszę ich hałas, widzę feerię barw, którą ukazują, czuję zapach ryb i świeżych owoców. Zatrzymując się na rozdziale poświęconym jedzeniu cieszę się, że mój żołądek jest pełny, bo przesiąknięta zapachem smażonych warzyw i szafranu zaczęłabym się pewnie rozpaczliwie rozglądać chociażby za miseczką ryżu. Gdy autorka pisze o republice latryn czuję autentyczny wstręt i obrzydzenie, gdy wyobrażam sobie małe dzieci wyciągające rączki po kilka rupii w odruchu współczucia sięgam do własnej kieszeni. 

Wilk opisując Indie zestawia nowoczesność z tradycją, wielkie bogactwo z nędzą, czystość z wszędobylskim brudem. Dotyka niemalże wszystkich aspektów życia Hindusów. Przeczytamy tu o religii, tak dla nich ważnej, o bogach widocznych niemalże wszędzie, a także o wierze w liczne zabobony i potrzebie konsultowania się z astrologami przed podjęciem ważnych decyzji. Znajdziemy fragmenty mówiące o miłości, tak ciągle niedostępnej w kraju gdzie małżeństwa zawiera się ze względu na korzyści, które mogą przynieść rodzinie. Dużo uwagi autorka poświęca miejscu kobiety w indyjskiej społeczności, która wciąż bez mężczyzny przy boku pozostaje właściwie nikim, a nawet z mężczyzną powinna pozostać jakby niewidzialna. Podczas czytania zostaniemy zarażeni zachwytem targowiskami, na których dostaniemy można dosłownie wszystko: ryby oprawiane bezpośrednio na oczach kupca, wieprzowinę, sari, piękne, kolorowe materiały, biżuterię kurzącą blaskiem i sprawiającą wrażenie niezbędnej do życia.

Nie zabraknie tu też rozdziału o kolejach i wiecznie przepełnionych pociągach, tętniących życiem o każdej porze dnia i nocy. I o ulicach, na których nie obowiązują żadne zasady, a już na pewno nie te pisane, a które każdego dnia zamieniają się w jedną wielką łaźnię, w której dostrzec można setki mężczyzn oddających się porannej toalecie. Mnie natomiast chyba najbardziej zafascynował (i zmusił do własnych poszukiwać) fragment, niestety dość niewielki, o hidźrach, czyli transseksualistach, homoseksualistach, eunuchach tworzących w tym kraju zupełnie odrębną kastę.

Znajdzie się tu nawet niespodzianka dla każdego książkoholika, w postaci rozdziału poświęconego książkom właśnie. Bo choć w Indiach stopień analfabetyzmu wciąż jest całkiem spory to jednak i tam dostępne są budynki po brzegi wypełnione książkami, w których znaleźć można niemal wszystko, od Harry'ego Pottera po Mein Kampf Hitlera.

Zarzuty? Są! Oczywiście! Zbyt mało zdjęć na przykład. Teoretycznie, biorąc pod uwagę plastyczny język autorki, podczas czytania mamy to wszystko o czym pisze i tak przed oczami, ale ja bym tak chętnie sobie pooglądała te zdjęcia teraz, po zakończeniu lektury, albo w przerwach pomiędzy kolejnymi rozdziałami, a tu zaledwie cztery wkładki, na każdej dosłownie kilka fotografii. Mało mi.

Co nie zmienia faktu, że Lalki w ogniu to jedna z lepszych książek, jakie czytałam w tym roku i polecam ją po stokroć, a każdemu kto się jeszcze waha z zakupem radzę szybciutko biec do księgarni.

Paulina Wilk, Lalki w ogniu. Opowieści z Indii, Warszawa, Carta Blanca 2011.

s. 152

Strona autorki

wtorek, 03 maja 2011

Pierwszą książką Beaty Pawlikowskiej którą przeczytałam była Blondynka śpiewa w Ukajali. Czytana krótko po książce Cejrowskiego wypadała co najmniej blado. Cóż, jeśli chodzi o ten niepowtarzalny, gawędziarski styl, ciężko mu dorównać. Denerwowałam się wtedy strasznie, że autorka próbuje pisać z humorem, a zamiast tego wychodzi jej to wszystko mdło, sztucznie i na siłę. W dodatku miałam wrażenie, że nic tylko narzeka, a to na upał, a to na wilgoć, a to na owady. Piszę o tym wszystkim dlatego, że zastanawiam się teraz, czy to jej styl się polepszył, czy może moje podejście do jej książek się zmieniło.

Sięgając po Blondynkę w Indiach obawiałam się trochę, że znów postawię Pawlikowskiej te same zarzuty. Jednak nie, tym razem uśmiech miałam przylepiony do twarzy, kilka razy parsknęłam śmiechem, a książeczkę przeczytałam błyskawicznie, nie tylko ze względu na niewielką objętość, ale i sposób pisania, od którego, jak się okazało, jednak ciężko się oderwać.

Indie zawsze kojarzyły mi się w feerią barw, królestwem intensywnych smaków i zapachów. I to by się zgadzało. Nie zgadza się natomiast temperatura, która wbrew pozorom niekoniecznie jest tak wysoka jak zawsze to sobie wyobrażałam. 

Wielkim problemem w Indiach, nie dla tubylców rzecz jasna, ale dla przyjezdnych, staje się przejście na drugą stronę ulicy. Ruch drogowy pozbawiony żadnych zasad, oprócz tej, że pierwszeństwo ma ten, który jest większy i silniejszy, sprawia, że pokonanie nawet kilku metrów zdaje się graniczyć z cudem. Chyba, że jest się na tyle odważnym, by lawirować bez zawahania między rozpędzonymi samochodami.

W swoim mini-dzienniku, jak go nazwałam, Pawlikowska przedstawia nam krótką historię Taj Mahal, mauzoleum powstałego w wyniku wielkiej miłości i opowiada o wrażeniach z pobytu w Świątyni Szczurów, do której raczej nie odważyłabym się wejść. Zabiera nas też na teren indyjskiej pustyni, gdzie zmierzyć jej się przyszło ze stadem dzikich wielbłądów oraz do jednej z najmniejszych osad jakie dane jej było zobaczyć, gdzie mimo trudności związanych ze zdobyciem wody, tubylcy bez wahania poczęstowali ją herbatą.

Książka łatwa i przyjemna, napisana z przymrużeniem oka, uzupełniona mnóstwem zdjęć, które oglądam wciąż i wciąż, a do tego sprzedawana w przystępnej cenie. Czegóż chcieć więcej?

Ocena: 4,5/6

Beata Pawlikowska, Blondynka w Indiach, Warszawa, National Geographic 2011.

czwartek, 30 września 2010

Czy biedny kelner może wziąć udział w teleturnieju, odpowiedzieć poprawnie na dwanaście pytań, wygrać miliard i spokojnie odejść z tą właśnie sumą? Nie, nie może. Bo po pierwsze twórcy programu tego nie przewidzieli, nie mają więc jak mu zapłacić, pierwszą wygraną zaplanowali sobie dopiero na ośmy miesiąc trwania programu. Druga sprawa, że biedny kelner zazwyczaj równa się tępemu chłopakowi, który przecież nie miał prawa znać odpowiedzi na zadane pytania, skoro nie wie nawet jak nazywa się chociażby stolica Francji. Co znaczy, że na pewno oszukiwał, a jeśli nie chce się do tego przyznać po dobroci to oświadczenie takie należy wyciągnąć z niego siłą, biciem i torturami.

Z opresji chłopaka ratuje młoda adwokatka, która ma zamiar go bronić pod warunkiem, że Ram Mohammad Thomas opowie jej jak to było naprawdę. Więc opowiada, o właściwie całym swoim życiu, które bezpośrednio łączy się z jego wiedzą na temat pytań zadanych podczas teleturnieju.

Tak więc przybliża nam chociażby postać sąsiada – astronoma, dzięki któremu wiedział, która planeta układu słonecznego jest najmniejsza, nauczyciela śpiewu uczącego go utworów Surdasa, niewidomego poety wyznającego Krysznę, czy pracodawczyni – aktorki, będącej niegdyś Królową Tragedii. Ukazuje nam również obraz współczesnych Indii, od tej najgorszej zresztą strony, czyli jako kraj pełen brudu, smrodu i ubóstwa. Szkoda, bo może i nigdy nie kojarzyłam sobie tego obszaru z jakimś wielkim bogactwem, ale z pięknymi widokami i feerią barw i owszem, teraz ten mój obraz jakoś mi tak zszarzał.

Chciałabym napisać, że to dobra książka, że przyjemnie się czytało, bo zarówno początek, jak i koniec są naprawdę interesujące. Tyle, że środek kuleje strasznie. Jest nudno, rozwlekle i jakoś w ogóle traci się ochotę na poznanie histori Thomasa do końca. Aż chciałoby się wyciąć tych kilka środkowych pytań i z dwunastu zrobić na przykłąd sześć, bo przy dwunastu życie Thomasa wydaje się zupełnie nieprawdopodobne, przynajmniej biorąc pod uwagę jego młody wiek. Może gdyby żył jeszcze raz tyle to łatwiej byłoby czytelnikowi uwierzyć w to wszystko, co autor próbował nam wcisnąć.

Książki jakoś szczególnie nie polecam, ale też nie odradzam absolutnie, mało tego jeśli już zaczniecie czytać nie zrażajcie się środkiem i dobrnijcie do końca, bo to właśnie przy końcowych pytaniach wszystko się na dobrze rozkręca i ładnie łączy. Bo to naprawdę ciekawa historia, tyle tylko, że wolałabym by Kto wygra miliard? miał mniej pytań.

Ocena: 3,5/6

Vikas Swarup, Kto wygra miliard?, Warszawa, Prószyński i Sk-a, 2006.

czwartek, 29 października 2009

Myślę, że można kogoś kochać z czystej potrzeby bycia częścią czegoś, przynależności do kogoś, żeby przegonić samotność.

Nalini od najmłodszych lat uwielbiała przebywać w kuchni. Będąc małą dziewczynką od swojej matki Ammu uczyła się tajników indyjskiej kuchni. Wtedy jeszcze nie zdawała sobie sprawy jak bardzo jej to pomoże w dorosłym życiu.

Maja jest zupełnie inna. Od kiedy wraz z rodzicami i bratem przeprowadziła się do Londynu stara się wyprzeć z pamięci wszelkie wspomnienia z Indii. Jak ognia unika też indyjskiej kuchni, a matkę zmusza do gotowania dla niej osobnego obiadu.

Przepaść między matką a córką powiększa jeszcze odejście Raula – ojca Nalini, a także wszelkie kłamstwa, które stopniowo zaczynają wychodzić na wierzch.

To niezwykła opowieść o poszukiwaniu nie tylko przebaczenia, ale i prawdziwej miłości, a przede wszystkim o poszukiwaniu samego siebie.

Polecam!

Ocena: 5,5

Tagi
Teksty umieszczone na stronie są mojego autorstwa,proszę o niekopiowanie ich bez mojej zgody!

Czytadełko
on Google+