Wpisy z tagiem: Oficynka

sobota, 18 grudnia 2010

Weronikę Daglewską poznajemy w przełomowym momencie jej życia. Właśnie skończyła trzydzieści lat, porzucił ją facet, a szef wręczył wymówienie, choć była naprawdę niezłą redaktorką rubryki kryminalnej. Co robić w takiej sytuacji? Jak nic gnać do wróżki, która jeśli nawet nie rozwiąże wszystkich problemów to może przynajmniej częściowo poprawi samopoczucie. Nic bardziej mylnego! Bo wróżka nie tylko nie poprawi humoru, ale z pomocą tarota wkopie w dół jeszcze większy niż ten w którym właśnie się człowiek znajduje. A przynajmniej tak było z Weroniką, której Semiramida nie dość, że nie powiedziała nic miłego to jeszcze przepowiedziała niebezpieczeństwo i kazała sobie za to słono zapłacić. Na szczęście Weronika to kobieta silna i nieprzejmująca się byle bzdetami, a o zbliżającym się niebezpieczeństwie prawie zapomina, aż do momentu gdy dowiaduje się o nieszczęśliwym wypadku, w którym ginie Semiramida i zostaje poproszona przez męża tarocistki o rozwiązanie zagadki tej tajemniczej śmierci.

Tak to już chyba zostanie, że polskie kryminały kojarzyć mi się będą z książkami napisanymi w sposób przyjemny i bardzo humorystyczny. Krótkie zdania, ogromna ilość dialogów i wciągająca akcja sprawiają, że książkę czyta się naprawdę dobrze. I aż za szybko, bo spędziłabym jeszcze trochę czasu w towarzystwie Weroniki i Damiana, choć wizja założenia przez nich własnej agencji detektywistycznej niesie nadzieje na kolejne części. Podobało mi się świetne zestawienie wątku kryminalnego z romantycznym. Podobała mi się scena miłosna przedstawiona tak subtelnie, że chciałoby się by nie miała końca. W dodatku wzruszył mnie wątek Steni. Każdy może mówić co chce, myśleć i oceniać ją jak najgorzej. Ja jej po prostu współczuje. Wyobrażam sobie jak ciężko stać zawsze w cieniu, być tą brzydszą, głupszą, mniej wartościową, wreszcie mniej kochaną. I choć nie pochwalam jej czynów w żadnym stopniu, to nie potępiam też ich aż tak jak powinnam. Dla mnie to po prostu starsza, zagubiona, samotna i głęboko skrzywdzona kobieta, która nie potrafiła poradzić sobie z życiem.

Wielkim minusem niewątpliwie jest niewielka objętość książki i to, że czytelnik bardzo szybko domyśla się jaki będzie finał. Jednak liczę na to, że kolejne książki z Weroniką w roli głównej po pierwsze w ogóle się pojawią, a po drugie będą dłuższe i na tyle pogmatwane, bym na samym końcu mogła powiedzieć Och, więc to on zabił, jak mogłam się tego nie domyślić?

Ocena: 4,5/6

Anna Klejzerowicz, Ostatnią kartą jest śmierć, Kraków, Oficynka, 2010.

***

Edytowane: 29.03.2011

Ponieważ nie chciałabym, żeby ta krótka wymiana zdań zaginęła w czasoprzestrzeni pozwoliłam ją sobie przekopiować z mojej fejsbukowej strony :)

Anna Klejzerowicz Aha, i chciałabym serdecznie podziękować, że wzięła Pani w obronę Stenię :-) Chyba tylko Pani, nikt inny! Ja też uważam, że to postać tragiczna, a nie samo zło wcielone... Nikt jakoś tego nie zauważał, dla wszystkich była to po prostu zła raszpla, wredny babsztyl i morderczyni. Więc tym bardziej uznanie, że odgadła Pani trafnie moje intencje :-)

izusr Stenia, no nie napiszę, że nie była wrednym babsztylem, ale była też biedną kobietą i ja te jej motywy po części rozumiałam. Takim ludziom można przecież tylko współczuć...

Anna Klejzerowicz Racja. Powiedzmy, morderczych skłonności nie da się oczywiście rozgrzeszyć, ale usprawiedliwić czasem... można :-)

izusr Aaaa właściwie jak tak pomyślę o Semiramidzie to i morderstwo mogłabym rozgrzeszyć ;D

Anna Klejzerowicz Coś w tym jest, Semiramida to była dopiero wredna baba! ;-D

sobota, 06 listopada 2010

Dobra książka z założenia powinna nas wciągnąć już od pierwszych stron i dostarczyć tyle przyjemności i rozrywki ile to tylko możliwe. Przynajmniej ja tak zawsze zakładam i tego właśnie od dobrej książki wymagam, a już w szczególności od dobrego kryminału. Ale żeby aż tak? Żeby tak od razu, od samego, samiuśkiego początku wciągnąć mnie tak, bym zapomniała o całym świecie? Żebym, o zgrozo, po raz pierwszy w życiu o mały włos przegapiła swój przystanek? W domu tak, w domu często przy czytaniu pozwalam sobie na chwileczkę zapomnienia, ale w tramwaju? Przecież tak na dobrą sprawę mogli by mnie okraść, a ja zadowolona dalej wgłębiałabym się w losy Apoloniusza. Ano właśnie, bo to wszystko jego wina!

Apoloniusz, zblazowany agent ubezpieczeniowy, o życiu nudnym jak flaki z olejem pewnego dnia udaje się na domową wizytę, która raz na zawsze to życie odmieni, bo oto drzwi otwiera mu roznegliżowana pani domu, która mi osobiście do złudzenia przypominała kilerową Gabrysie i za każdym razem wywoływała szeroki uśmiech na mojej twarzy. I kiedy już, już mogłoby dojść do czegoś ciekawego, na przykład... podpisania umowy, nagle do domu wraca ukochany mężczyzna, pan domu, Konrad Z. czy też Mucha, jak kto woli, ukrywający w bagażniku ciało. Biedny Apoloniusz chcąc czy nie chcąc staje się świadkiem  dobicia bagażnikowego pasażera, a wiadomo co osoby takie jak Mucha robią ze świadkami. Tak więc żegnamy nudne życie, witamy urozmaicenia! I tu się zaczynają ucieczki, niepewność, strach, panika, szaleństwo i szukanie pomocy, a w końcu i kombinowanie, bo skoro nie można się od gangstera uwolnić to trzeba znaleźć sposób, żeby go pokonać. A to nie takie znowu trudne jakby się mogło wydawać. Wystarczy znaleźć jednego kumpla gotowego zaryzykować własnym życiem i drugiego, który byłby w stanie załatwić kilka niezbędnych gadżetów. I męczyć, dręczyć, nagabywać, straszyć, doprowadzać do skraju rozpaczy i uważnie śledzić jak nieustraszony Kondziu dostaje szału.

Cała książka utrzymana jest w zabawnym stylu, a przy tym wciąga niesamowicie, bo koniecznie trzeba wiedzieć na jaki to szalony pomysł wpadnie nasz bohater na kolejnych stronach. Pierwszoosobowa narracja sprawia, że odczuwamy niemalże dokładnie to co Apoloniusz, razem z nim się boimy i zastanawiamy co by tu jeszcze można było zrobić, żeby było dobrze. Albo chociaż, żeby nie było aż tak źle.

Jako, że już naprawdę dawno nie miałam okazji obejrzeć dobrej polskiej komedii to po cichutku będę sobie liczyć na to, że może Mucha zostanie kiedyś tam sfilmowana. A sama postanawiam nadrobić braki w polskich kryminałach, bo jeśli wszystkie albo chociaż większośc z nich prezentuje się tak jak ten... to cóż, nic tylko siąść i czytać.

Ocena: 5,5/6

Jacek Skowroński, Mucha, Kraków, Oficynka, 2010.

wtorek, 28 września 2010

Napiszę od razu, że zawsze odczuwałam awersję w stosunku do powieści historycznych. Nigdy nie lubiłam historii, nie potrafiłam wykuwać rządków cyferek uważanych za istotne daty i niestety, z wielkim żalem muszą przyznać, że do tej pory nie znam dokładnych dat wydarzeń, które powinno się znać, a zajęcia z historii kultury książki są dla mnie wielką męczarnią. Piszę o tym wszystkim, aby podkreślić, że dla miłośników historii, szczególnie zainteresowanymi osiemnastowiecznymi Włochami Konklawe może być świetną rozrywką. Dla mnie niestety nie było, wręcz przeciwnie, wymęczyłam się przy tej książce strasznie.

Riziero zostaje wezwany do Rzymu za sprawą swojego brata. W Kurii Papieskiej ma pełnić funkcje księgowego, choć o księgowości wie tyle co nic, a może nawet mniej. Zbliża się konklawe, a jego przełożony, a niedługo potem także inny współpracownik zostają wypchnięci przez okno. Riziero postanawia rozwiązać zagadkę ich śmierci, a jego jedynym tropem staje się połowa kartki, na której widnieje dość duża suma.

W ogóle nie ruszyła mnie ta książka, nie wywołała żadnych emocji z mojej strony,  ani trochę zainteresowania. W trakcie czytania nie zaczęłam snuć żadnych własnych teorii, jak to zawsze czynię przy czytaniu sensacji. Jakakolwiek akcja zaczęła się rozwijać dopiero w okolicach 80 strony, a to jak dla mnie zdecydowanie za późno. Nie zauważyłam też bynajmniej brawurowych pościgów i namiętnych romansów, chyba, że nazwiemy tak te parę, pożal się Boże, scen erotycznych. W zamian za to wszystko czego oczekiwałam, czego przecież miałam prawo oczekiwać, dostałam jakąś nijaką historię z mnóstwem zupełnie niepotrzebnych, rozwlekłych opisów, które być może właśnie byłyby interesujące dla miłośników historii, a dla mnie były po prostu nudne. I aż kolejny raz odbiór książki chciałoby się zwalić na pogodę, bo za oknem deszcz i szaruga, przez co nastrój już nie ten.

Ocena: 1,5/6

Fabrizio Battisteli, Konklawe, Kraków, Oficynka, 2010.

Tagi
Teksty umieszczone na stronie są mojego autorstwa,proszę o niekopiowanie ich bez mojej zgody!

Czytadełko
on Google+