Wpisy z tagiem: autobiografia / biografia / pamiętnik

wtorek, 07 lutego 2012

Trzymam na kolanach książkę, którą niedawno skończyłam czytać. Dotykam jej, jeszcze raz przeglądam zdjęcia, przebiegam wzrokiem po wybranych fragmentach tekstu i jestem przerażona. A w głowie mam jedno tylko pytanie: czy naprawdę gdzieś jeszcze można TAK żyć?

O Yoani Sánchez usłyszałam zupełnie przypadkiem, przy okazji pewnej pracy zaliczeniowej. Pisałam o blogach i blogerach, trafiłam na kilka artykułów dotyczących owej Kubanki i powiedzieć, że historia tej kobiety mnie zafascynowała to naprawdę mało.

Internet dla wielu z nas stał się czymś niemal naturalnym. To coś jak woda czy powietrze. Musimy przynajmniej raz dziennie zaglądnąć na kilka ulubionych stron, przynajmniej dwa razy, rankiem i wieczorem, sprawdzić pocztę. Często nie wiemy co ze sobą zrobić, gdy na parę dni, godzin, czasem nawet minut pozostajemy bez połączenia z siecią. 

Yoani Sánchez tego problemu nie ma. Na Kubie bowiem mało kto ma dostęp chociażby do komputerów. A jeśli już to są to zwolennicy reżimu, pracownicy ambasady albo... turyści. Owszem, czasem zdarzy się, że któryś z obywateli stanie się właścicielem własnoręcznie poskładanego lub zakupionego na czarnym rynku komputera, ale i w tym przypadku dostęp do Internetu pozostaje problemem, bo połączenie z siecią nie dość, że bardzo powolne, jest także na tyle drogie, że mało którego Kubańczyka stać by było na stałe łącze. 

Jak to więc możliwe, że Yoani udało się nie tylko założyć bloga, ale doprowadzić także do tego, że jej Generation Y, nadal istnieje, rozwija się i jest tłumaczony na kilka języków? Ano wystarczyła ciut jaśniejsza karnacja, podanie się za obcokrajowca i kilka hawańskich hoteli, umożliwiających wrzucenie zapisanych wcześniej notatek na serwer, w chwilach pełnych stresu i napięcia.

I możemy się zastanawiać po co właściwie tyle zachodu? Ale może właśnie te zapiski i odwaga zwykłej kobiety do zrobienia tego, co w jej kraju zakazane, pozwalają nam, kojarzącym Kubę z wyspą jak wulkan gorącą, przyjrzeć się jej prawdziwemu obliczu. A oblicze to wcale nie jest tak olśniewające, jak nam się wydaje. Dostęp do Internetu zarezerwowany tylko dla turystów to jeden z najmniejszych problemów. Do tego dochodzi szereg innych: mieszkania rozwalające się ze starości, z którymi nie można nic zrobić, bo stanowią własność państwa, które palcem kiwnąć w tej sprawie nie chce. Dziwny sposób oceniania na poziomie szkoły podstawowej, w której niekoniecznie ważna jest posiadana wiedza czy pewne talenty, które u nas nauczyciele starają się jednak dostrzegać i jakoś rozwijać, a przynajmniej właściwie ukierunkowywać. Brak pomocy dla ofiar tak częstych huraganów. Rozwijający się wciąż czarny rynek, istniejący głównie za sprawą idiotycznego rozróżnienia waluty kubańskiej na peso krajowe, w którym mieszkańcy wyspy dostają wypłatę oraz peso wymienialne, rzecz jasna droższe od krajowego, którym płaci się za wszystko. Nie zapominajmy oczywiście, że wszystko jest w tym przypadku pojęciem mocno naciągniętym. Mnie najbardziej rozśmieszyły, kartki na mleko przyznawane wyłącznie dzieciom do lat 7 i seniorom od 65 roku życia. Istna paranoja... 

Nie mogę zrozumieć, jak w miejscu zadedykowanym czytaniu i wiedzy - jakim powinny być targi książki - może istnieć obszar zakazany dla miejscowych. Jeszcze bardziej absurdalny jest fakt, że "sfera zastrzeżona" to drzwi do ogromnej biblioteki, archiwum i encyklopedii, jaką jest internet. Nie rozumiem, jak można w tej samej przestrzeni zachęcać do czytania i zabraniać dostępu do informacji, sprzedawać książki i cenzurować strony internetowe, propagować słowa i nie pozwalać nam korzystać z czatów, sprzedawać encyklopedie i nie pozwalać na konsultowanie Wikipedii.*

Sánchez pisze tak, że chce się ją czytać, po prostu. Widać, że słowo pisane jest jej wielką miłością, że czuje się z nim w jakiś sposób związana. Jej zapiski pełne są ironii i krytycznego spojrzenia na otaczającą ją rzeczywistość, a jednak da się w nich dostrzec przywiązanie jakim darzy swój kraj ze wszystkimi jego wadami. 

To zapiski blogowe głównie z roku 2007 i 2008, choć i kilka notek z 2009 tu znajdziemy, ułożone niestety tematycznie. Piszę niestety, bo o wiele wygodniej by mi się je czytało, gdyby były w kolejności chronologicznej, tak jak zostały umieszczane na blogu, tak by żadne wydarzenia się nie mieszały, nie zostały pominięte, ale też nie powtarzały się, bo o kilku sprawach Sánchez pisze wielokrotnie. 

Cuba Libre to książka ważna, z gatunku tych, które zdecydowanie warto jest poznać. A nieprzekonanych zapraszam na polską wersję Generation Y.

Yoani Sánchez, Cuba Libre. Notatki z Hawany, Warszawa, Wydawnictwo W.A.B. 2010.

*s. 86.

sobota, 04 lutego 2012

Oto cała prawda o czasie: nigdy się nie zatrzymuje i nigdy się nie powtarza.*

Nie wiem czy byłabym w stanie wskazać rodzinę, w której choć jednej osoby nie zabrałby nowotwór. Na ogół wykrywany zbyt późno, na ogół atakujący więcej niż jeden organ... Moim zdaniem ta choroba za każdym razem boli tak samo, za każdym razem jest równie niesprawiedliwa, za każdym razem doprowadza nas do beznadziejnej wręcz bezradności, ale mam wrażenie, że im młodsze osoby dopada tym więcej jakoś jest w nas pretensji do świata, do losu, do Boga. A co jeśli atakuje sześcioletnie dziecko?

Elena Desserich była zupełnie zwyczajną dziewczynką. Kolor różowy był dla niej niemal podstawą ubioru, a ozdoby we włosach czymś zupełnie naturalnym. Choć często tęskniła za rodzicami to jednak uwielbiała spędzać czas w szkole. A dla młodszej siostrzyczki byłaby w stanie zrobić wszystko, opiekowała się nią najlepiej jak umiała i uczyła tego, czego sama nauczyła się stosunkowo niedawno. Aż do czasu. U Eleny bowiem wykryto pewnego dnia rzadki rodzaj guza mózgu. 

Wiadomość z nieba to pamiętnik rodziców Eleny, który początkowo stanowił zwykłe zapiski, mające być kiedyś pamiątką dla jej młodszej siostry. To opis nieustającej walki o życie ukochanego dziecka. To zapiski z kilku upadków, z wielu chwil wątpliwości, z dni, kiedy najtwardszy zupełnie opadłby z sił, ale i z tych wzlotów, małych wielkich radości, ogromnych nadziei i woli przetrwania. Obraz sześcioletniej dziewczynki jaki się z tych zapisków wyłania niewątpliwie robi wrażenie ze względu na dojrzałość, jaką powoli zaczynamy w niej dostrzegać, ale i mocno zasmuca, gdy dociera do nas jak bardzo Elena jest zmęczona tą całą sytuacją i jak bardzo pragnie zwykłego powrotu do normalności, której nie może jej zapewnić nawet realizacja najskrytszych marzeń.

Lekarstwa nie stoją na półkach z zabawkami i nie mają metek. I choć mamy każdą zabawkę o jakiej małe dziewczynki mogą tylko zamarzyć wiara jest teraz towarem deficytowym. Robimy więc co możemy, rozpieszczamy je, traktujemy jak księżniczki i kupujemy wszystko, czego chcą. W jakiś sposób jest to nagroda za to, że nasze dzieci mają raka. Nagle troszczymy się, kochamy, nagle kupujemy im świat. Jednak jest za późno. Jedyne czego chce Elena, to być normalna.**

Wiadomość z nieba to dla mnie też niesamowity obraz powolnego godzenia się z losem, znajdowania siły w tym co kilka miesięcy wcześniej byłoby w stanie totalnie nas wykończyć i uśmiechu na ustach mimo wszelkich przeciwności losu. Nigdy nie przestanę podziwiać osób, które w obliczu tragedii nie załamują rąk, nie poddają się, a wręcz przeciwnie - potrafią cieszyć się życiem dużo bardziej niż ci, którzy nie są zmuszeni do obcowania na co dzień z nieuleczalną chorobą.

Brooke i Keith Desserich, Wiadomość z nieba, Słupsk, Papierowy Księżyc 2011.

*s. 128

**s. 90-91.

poniedziałek, 26 grudnia 2011

Boże, użycz mi pogody ducha, abym godził się z tym, czego nie mogę zmienić, odwagi, abym zmieniał to, co mogę zmienić, i mądrości, abym odróżniał jedno od drugiego.

Liz Murray przedstawia nam historię swojego życia. To dzieciństwo spędzone z rodzicami, wiecznie zaćpanymi, wydającymi na narkotyki ostatnie pieniądze z zasiłku, który przeznaczony był na jedzenie dla całej rodziny. Dzieciństwo, gdy wielokrotnie chodziła spać głodna, gdy z powodu braku ciepłej wody i za przeproszeniem, syfu w całym domu, chodziła brudna i zaniedbana, a przez to była wyśmiewana i odrzucana przez rówieśników, co skutecznie zniechęciło ją do szkoły.

To młodość spędzona poza domem, na klatkach schodowych, w domach przyjaciół, na ulicy, gdy każdy dzień był wielką niewiadomą. Gdy zdobycie kilku groszy, w ten czy inny sposób, stawało się jej być albo nie być. To młodość spędzona u boku mężczyzny, który ją wyniszczał. To młodość podczas której zupełnie nie mogła liczyć na ojca, przebywającego w przytułku i matkę, chorą na AIDS i tak wyniszczoną, że nie dożyła nawet jej szesnastych urodzin. I to wreszcie młodość, podczas której zapragnęła zmienić swoje życie, być tą dziewczyną, która potrafi dokonać tego co wydaje się niemal niemożliwe. 

Przełamać noc to obraz życia fascynującej kobiety. Jestem pełna podziwu dla tego co udało jej się dokonać, mimo wszelkich przeciwności losu. To historia, która niejednokrotnie wzrusza, niejednokrotnie każe ocierać łzy, pokazująca jak wiele silnej woli, jak wiele samozaparcia potrafi mieć w sobie jeden mały człowiek. 

Przełamać noc to też emocjonalnie bardzo ciężka książka. Ja, przyznam, musiałam sobie robić dłuższe przerwy między rozdziałami. Musiałam nawet zrobić sobie przerwę trwającą kilka tygodni, stwierdzając, że nie dam rady tego doczytać, że to nie czas, nie miejsce, że nie mam w sobie tyle siły. Mam takie wrażenie, że choć wiemy co się dzieje na świecie, jak funkcjonują niektóre rodziny, to jednak na co dzień nie dopuszczamy do siebie tej myśli, że jakiekolwiek dziecko, a już tym bardziej swoje własne, można traktować z aż taką obojętnością. Choć z drugiej strony, w pewnym momencie zaczęłam myśleć, że może jednak obojętność nie jest taka zła, że może to lepsze niż okrucieństwo do jakiego niektórzy z rodziców są zdolni. Pomijając jednak tę kwestię, Murray pisze o wszystkim, co ją spotkało z tak rozbrajającą szczerością, że czytając o jej życiu ma się ochotę tę małą dziewczynkę, którą kiedyś była, po prostu przytulić.

Nie chcieli nas krzywdzić. To nie było tak, że w ciągu dnia uciekali gdzieś indziej, by być lepszymi rodzicami dla jakichś innych dzieci, a wieczorem wracali i dla nas byli okropni. Po prostu nie potrafili być rodzicami, jakich chciałam mieć. Jak więc mogłabym ich winić?**

Pokazanie przez Liz stosunku do rodziców, nie tylko jej własnego, ale i jej siostry pozwala nam spojrzeć na dwa zupełne odmienne podejścia. Mamy tu więc autorkę, która jako dziecko zabiegała o miłość, cieszyła się z każdego, choćby minimalnego, objawu rodzicielskiej czułości, była dla matki swego rodzaju ostoją. I mamy też jej siostrę, Lisę, wiecznie obrażoną, wiecznie rzucającą fochy, mającą pretensję do wszystkich, o wszystko i pragnącą mieć życie takie jak wszyscy, nie godzącą się na to, co dostaje od życia.

Widzimy też ich stopniową przemianę, następującą wraz z dorastaniem, gdy Liz staje się nieodpowiedzialną dziewczyną, chcącą oderwać się od swojego życia, wpadającą w tarapaty, szukającą swego miejsca, a Lisa bierze na siebie cały ciężar związany z chorobą matki i utrzymaniem tego wszystkiego co ich otacza w stanie względnej normalności.

Dla mnie Przełamać noc jest też kolejną historią, która pokazuje jak ważni są dla nas inni ludzie. Jak bardzo mogą nas zniszczyć i ile mogą dla nas zrobić, często nie oczekując niczego w zamian, czasem nawet zupełnie nieświadomie. Kto wie, jak Liz poradziłaby sobie bez tej garstki przyjaciół, w której domach zawsze mogła znaleźć schronienie, co zrobiłaby bez tych kilku osób, na które zawsze mogła liczyć. Trudno nie dostrzec też przeogromnego wpływu nauczycieli z Humanistycznej Akademii Przygotowawczej, którzy to wskazali Murray właściwą drogę, pomogli na nią wkroczyć, nie narzucając jednak niczego. 

Myślę, że Przełamać noc jest książką, z rodzaju tych, które naprawdę warto poznać. Zwłaszcza w tych momentach, gdy sądzimy, że nasze życie jest beznadziejne, że nie może już być gorzej, i w takich, w których tracimy wiarę we własne możliwości, w których wydaje nam się, że jesteśmy beznadziejni i nic już z nas nie będzie. To książka, która pokazuje jak bardzo wyjątkowy jest każdy z nas  i jak wiele zależy od tego w jaki sposób postanowimy pokierować swoim życiem. Bo jak się okazuje, każdy, nawet najgorszy los można całkowicie odmienić.

Liz Murray, Przełamać noc, Bielsko-Biała, Wydawnictwo Rodzinne 2011.

*s. 419

**s. 68

środa, 08 czerwca 2011

Shaun Ellis wychował się na wsi, niedaleko Norfolk. Już w dzieciństwie miał styczność z dzikimi zwierzętami, lubił wymykać się z domu, aby podglądać lisy w ich naturalnym środowisku. Obserwował ich zwyczaje, uczył się ich zachowań, a nawet wziął pod opiekę młodego liska, który prawdopodobnie stracił matkę. To chyba właśnie wtedy narodziła się jego fascynacja wilkami, jako tymi zwierzętami postrzeganymi przez większość z ludzi za najniebezpieczniejsze. Albo może stało się to dużo wcześniej. Zresztą to tak naprawdę mało ważne.

Żyjący z wilkami to swego rodzaju autobiografia, w której autor, zaczynając właśnie od swego dzieciństwa, zapoznaje nas z kolejami własnego życia. Mamy więc okazję poczytać o jego karierze wojskowej, dzięki której nauczył się przetrwania w najtrudniejszych warunkach, ale też o jego pierwszych miłościach i zawodach miłosnych, kontaktach z matką i stosunku do ojca, miejsach w których dane mu było pracować oraz ludziach, których spotkał na swej drodze. Większość książki jednak, tak zresztą jak większość jego życia, poświęcona jest kontaktom z wilkami.

Zastanawiam się jak wielu ludzi zdobyłoby się na to, aby pewnego dnia sprzedać wszystko po to tylko, by jechać do innego stanu, aby zupełnie za darmo pomagać przy badaniach nad wilkami. Jak wiele osób zdobyłoby się na wejście na wybieg dla wilków, by spojrzeć im w oczy, by do niech podejść, by nawiązać z nimi jakikolwiek kontakt. I wreszcie jak wiele osób zdobyłoby się na zrezygnowanie ze wszelkich możliwych wygód po to, by żyć wśród wilków w ich naturalnym środowisku. Myślę, że niewiele. Shaun Ellis to zrobił. Przez ponad dwa lata mieszkał w lesie, żywiąc się wyłącznie tym, co udało mu się upolować. Najpierw tylko obserwując wilki, potem dołączając do stada. Co swoją drogą wcale łatwo nie było, bo zdobyć zaufanie wadery to, jak się okazuje, nie lada sztuka.

Jestem zachwycona, zauroczona, jestem zafascynowana. Tym człowiekiem, jego odwagą, jego determinacją, jego wolą przetrwania. Tym, że mimo wielu odniesionych ran nie poddał się, nie stracił zaufania do zwierząt. Tym, że nauczył się zachowywać jak wilk, myśleć jak wilk, żyć jak wilk. Tym, że mimo braku wykształcenia osiągnął tak wiele i bez zbędnych teorii, wie o zwierzętach  o wiele więcej niż niejedna osoba z papierkiem. Przede wszystkim zaś urzekła mnie historia pewnego autystycznego czternastolatka, która sprawiła, że już na początku książki miałam łzy w oczach.

Niewątpliwym smaczkiem dla mnie okazał się też fakt, że Ellis prowadził badania także nad polskimi wilkami, pomagając uchronić gospodarstwa przed ich atakami. Dobrze, że trafił na takich, a nie innych Polaków, dzięki czemu zdobyliśmy opinię ludzi niezwykle gościnnych, otwartych i życzliwych, ceniących sobie dane komuś słowo.

Na wielki plus zasługuje także wydanie. Bardzo staranne pod względem językowym, w twardej oprawie. I szkoda tylko, że posiadające w gruncie rzeczy tak niewiele fotografii. 

Ocena: 6/6

Shaun Ellis, Penny Junor, Żyjący z wilkami, Warszawa, Wydawnictwo W.A.B. 2011.

sobota, 28 maja 2011

Włochy, ach te Włochy, aż ciężko zliczyć jak wielu książkom posłużyły za tło. Nic zresztą dziwnego, skoro, jak się okazuje, wystarczy do Włoch dodać jakiegoś przystojnego mężczyznę, który bohaterce (najczęściej będącej również autorką) zawrócił w głowie na tyle, że gotowa była na rezygnację z dotychczasowego życia i bestseller mamy murowany.

Spokojnie jednak, tym razem narzekania nie będzie, na szczęście niewiele tych rzekomych włoskich bestsellerów miałam okazję do tej pory czytać, toteż zamiast marudzić na nudę i wtórność mam prawo trochę się pozachwycać. Zwłaszcza, że naprawdę jest czym.

Gdy Penny i Alfonso trafiają na Procidę, zakochując się w atmosferze tego miejsca niemal od pierwszego spojrzenia. Błękit morza, intensywność zapachu, drzewa uginające się od świeżych owoców to coś, co nie pozwala im opuścić wyspy. Coś, co sprawia, że postanawiają zostać na niej przynajmniej na rok. A w przyszłości może zamieszkać tam na stałe.

Zachwyciły mnie realia Procidy, tej małej wysepki na północ od Capri, jej wąskie uliczki, domki rozbudowywane w miarę rozrostu rodziny i niesamowicie ciepły klimat, spowodowany nie tylko słoneczną pogodą. Zachwyciła mnie społeczność, która tam zamieszkuje, ludzie, jak się okazało, dość nieufni i ostrożni w kontaktach z nowoprzybyłymi, ale za to niezwykle serdeczni i otwarci w stosunku do swoich. Zresztą to właśnie ludzie są przecież niezbędnym składnikiem do prowadzenia szczęśliwego życia, nie tylko na małej włoskiej wysepce, ale w każdym zakątku świata. Green właściwie w każdym rozdziale pozwala sobie na przywołanie, czasem dość osobistych, historii swoich znajomych czy przyjaciół. Często są one zabawne, momentami dość wzruszające, ale jak odnosimy wrażenie, zawsze wywierające jakiś wpływ na zachowanie autorki, w jakiś sposób oddziaływujące na jej życie czy choćby dodające otuchy i zmuszające do dalszego działania.

Kolejnym ważnym w tej książce elementem, który nigdy chyba nie przestanie mnie zachwycać, a którego przy powieści osadzonej na tle włoskiej kultury po prostu nie mogło zabraknąć, jest oczywiście jedzenie. Nierozerwalnie zresztą związane ze społecznością Procidy, dla której zorganizowanie kolacji dla osiemnastu osób zdaje się nie stanowić najmniejszego wyzwania. To cudowne z jakim nabożeństwem traktuje się przygotowanie każdej z potraw, jak wielką radość sprawia wyspiarzom gotowanie i jak łatwo przychodzi im znalezienie okazji do wspólnych posiłków. Święto karczocha, święto chleba, święto mandarynek… momentami miałam wrażenie, że każdy ze składników włoskiej kuchni ma swoje święto, podczas którego w centrum miasteczka można cieszyć się posiłkiem z nim w roli głównej.

I choć nie sądzę bym kiedykolwiek odważyła się na sałatkę z ośmiornicy czy pastę z dodatkiem mątwy to Green opisuje każde z dań w tak smakowity sposób, że wielką nieostrożnością, żeby nie powiedzieć głupotą, jest zasiadanie do lektury z pustym żołądkiem. Żeby nie było, że nie ostrzegałam! Dużą niespodzianką i zapewne wielkim plusem dla osób lubiących trochę poeksperymentować w kuchni, są przepisy zamieszczone na końcu każdego z rozdziałów. Nie odmówię sobie wypróbowania kilku z nich.

Cieszę się też, że wydawnictwo zdecydowało się na uzupełnienie opowieści Green kilkoma zdjęciami, ale nie rozumiem dlaczego są to zdjęcia czarno-białe. Świeże cytryny i karczochy, obiad w ogrodzie, wybrzeże wyspy to wszystko aż prosi się o pokazanie w rzeczywistych, intensywnych kolorach.

Recenzja opublikowana na kobieta20.pl

Ocena: 5/6

Penelope Green, Na północ od Capri, Warszawa, Prószyński i S-ka 2011.

sobota, 05 lutego 2011

Całkiem beztrosko zaczyna się opowieść afrykańskiego chłopca. Spotkanie rodziców, cudowna przemiana ojca, który z wiecznie podpitego awanturnika staje się wzorowym obywatelem. Wreszcie dzieciństwo Williama, tak radosne, że aż chciałoby się, żeby trwało bez końca. Do tego dochodzą całkiem nieźle rozwijające się rodzinne interesy, pierwszy przyjaciel w postaci Khamby – psa towarzyszącego Willowi w każdej niemal czynności, piękne krajobrazy, afrykańska mentalność, ta odrobina magii towarzysząca Afrykanom na co dzień. Po prostu żyć, nie umierać.

Jednak pojawia się także pierwsza skaza na tym idealnym obrazku. Pierwsza śmierć w rodzinie, a wraz z nią problemy związane z plantacją tytoniu dotąd tak dobrze prosperującą, przynoszącą tyle zysku. W 2000 r. natomiast w Malawi zaczynają się powodzie, wypłukujące cały konieczny roślinom nawóz, potem robi się jeszcze gorzej, gdy nadchodzi susza, okrutna i bezwzględna, całkowicie niszcząca wszystkie w jakiś sposób ocalałe jeszcze plony. Zaczyna się wszechogarniający głód i walka o przetrwanie. Odrobina zbawiennego pokarmu może zadecydować o dalszym życiu, więc zdarzają się przypadki żebrania, kradzieży i wyrywania sobie ostatniego kęsu. Masakra, której większość z nas z pewnością nie jest w stanie sobie nawet wyobrazić.

Jakby tego było mało Williamowi niezbyt pomyślnie wychodzą także egzaminy decydujące o przyjęciu do szkoły średniej, w związku z czym zostaje przyjęty do najgorszej wśród regionalnych szkół. Wkrótce okazuje się jednak, że i uczęszczanie do niej stało się tylko niedoścignionym marzeniem, którego z powodu zbyt wysokiego czesnego zwyczajnie nie można zrealizować. Zwłaszcza w tak ciężkim dla rodziny Kamkwamba okresie.

William jednak ani myśli się poddawać. Biblioteka staje się jego nowym, ulubionym miejscem, podręczniki do fizyki najlepsza rozrywką, a powolne dążenie do zapewnienia rodzinie elektryczności życiowym celem.

Nigdy chyba nie przestanie mnie zadziwiać to z jaką łatwością ludzie piszą o tak strasznych przecież wydarzeniach. Jednak to chyba głównie dzięki tym prostym zdaniom książkę czyta się z zapartym tchem i nawet nie wiemy kiedy zaczynamy zbliżać się do końca. Kolejny raz jednak przekonałam się też o tym, że to jednak losy zwierząt interesują mnie, dotykają i wzruszają znacznie bardziej niż losy ludzi, bo o ile choroba matki Williama czy śmierć niektórych z jego szkolnych kolegów wywołała pojawienie się w moich oczach łez, o tyle przy wątku Khamby i jego śmierci zaczęłam autentycznie płakać i dosłownie nie mogłam się uspokoić. I nadal uważam, że takie wyjście, które wybrał William było okrutne i już lepiej byłoby Khambie ukręcić łeb. Ale może ja się nie znam, w końcu nigdy nie powodował mną głód.

Faktem jest, że były momenty, w których te wszystkie techniczne szczegóły zaczynały mnie nieco męczyć. Zdaję sobie jednak sprawę, że to właśnie one i osiągnięcia Williama miały być w założeniu głównym tematem książki. Dla mnie nie były. Dla mnie głównym tematem bez wątpienia stała się walka z własnym, zdawać by się mogło, przesądzonym już losem, dążenie do celu mimo wielu przeciwności, przekraczanie własnych granic. Ja tu widzę opowieść nie tylko o chłopcu, który ujarzmił wiatr, a tym samym polepszył życie swojej i swojej rodziny, ale przede wszystkim o chłopcu, który miał tyle odwagi i samozaparcia, by sprzeciwić się wszystkiemu wkoło i walczyć o własne marzenia, podczas, gdy ludziom w jego kraju większość życia upływa na niespełnionych marzeniach.*

Ocena: 4,5/6

William Kamkwamba, Bryan Mealer, O chłopcu, który ujarzmił wiatr, Warszawa, Drzewo Babel, 2010.

*Tamże, s. 291

czwartek, 03 lutego 2011

Zaczęło się naprawdę dobrze. Pagnol niemalże rozkochał mnie w swoim pisarstwie już samą przedmową porównując pisanie dramatu z pisaniem prozą, opisując czytelnika, który jest prawie zawsze przyjacielem. Poszedł wybrać książkę, wziął ją do rąk, zaprosił do siebie. Będzie ją czytał w ciszy , siedząc w ulubionym kącie*, dalej jednak zaznacza też, że ten czytelnik-przyjaciel wcale nie musi danej książki polubić. I tak było ze mną, choć początkowo myślałam, że rozpłynę się w zachwytach jak cała reszta czytelników.

Chwała mojego ojca. Zamek mojej matki to dwa pierwsze tomy cyklu Wspomnienia z dzieciństwa, które pierwotnie wydane były jako dwie osobne książki, co musiało być dla czytelników bardzo niewygodne ze względu na to, że między tymi dwoma utworami nie ma wyznaczonej wyraźnej granicy, stanowią one jedność i gdyby nie swego rodzaju karta tytułowa Zamku mojej matki w życiu nie domyśliłabym się, że Chwała mojego ojca już się skończyła.

Wszystko zaczyna się od spotkania rodziców Marcela, okoliczności jego porodu, dopiero potem autor sprawnie przechodzi do czasów, które już sam mógłby pamiętać. Do czasów swojego szczęśliwego dzieciństwa spędzonego na południu Francji. I tak razem z kilkuletnim Pagnolem mamy okazję towarzyszyć cioci Róży w spacerach, a zwłaszcza w tym spacerze na którym poznaje przyszłego męża, śledzimy również okazyjne zakupy jego ojca Józefa. Odkrywamy jego pierwsze fascynacje literackie znajdujące odzwierciedlenie w zabawach z bratem Pawełkiem. I wreszcie razem z tym niesfornym chłopcem spędzamy pierwsze wakacje na Wzgórzu, udajemy się na pierwsze polowanie, poznajemy jego pierwszego prawdziwego przyjaciela i tak samo mocno pragniemy uniknąć powrotu do szkoły posuwając się nawet do ucieczki z domu.

Niby wszystko piękne, ładnie. Jest to ciepło, dziecięca naiwność, która sprawia, że od czasu do czasu zdarzyło mi się uśmiechnąć i ta sielankowość, która, trzeba przyznać, zostaje jednak trochę zaburzona w końcowych rozdziałach. I brak tylko jakiegoś polotu, czegoś co by tą książkę w moich oczach wyróżniło na tle tylu innych. Zabrakło u mnie jakiegokolwiek stopnia wciągnięcia, a tym samym emocji, które tak sobie cenię przy czytaniu. I o ile pierwsza część okazała się jeszcze w miarę interesująca, o tyle druga w pewnym momencie zaczęła mnie zwyczajnie nudzić, bo droga pokonywana przez bohaterów co chwilę, mimo, że stała się stounkowo krótsza i z powodu nowych postaci na niej spotykanych powinna stać się ciekawsza mnie wymęczyła tak, że chciałam, aby Bouzigue zabrał im wreszcie ten klucz ułatwiający drogę. Całość dokończyłam raczej z poczucia obowiązku niż z ciekawości i szczerze wątpię bym sięgnęła po kolejne tomy cyklu jeśli zostaną wydane.

Cóż, widocznie nie moja bajka. I tylko przedmowa skłania mnie ku temu, by sięgnąć po tak głośną już Żonę piekarza, bo może faktycznie Pagnol w dramacie wypada dużo lepiej.

Ocena: 3,5/6

Marcel Pagnol, Chwała mojego ojca. Zamek mojej matki, Kraków, Wydawnictwo Esprit, 2010.

*Tamże, s. 11.

***

Został mi już tylko jeden egzamin, ciężki, bo ciężki, ale mam cały tydzień na naukę, a perspektywa dwóch wolnych tygodni dodatkowo mnie do niej motywuje. Cała reszta już pozaliczana, ze wszystkim jestem do przodu, więc powoli zaczynam wracać do czytania dla czystej przyjemności. Jakie to miłe uczucie... ;)

piątek, 12 listopada 2010

Nie dziwię się Cejrowskiemu, że był przeciwny napisaniu i wydaniu tej biografii. Nikt nie lubi, gdy grzebie się w jego życiu, gdy wystawia się je na pokaz, wreszcie, gdy poddaje się je opinii publicznej. Tyle, że z drugiej strony nie dziwię się również ani Brzozowiczowi, że tę książkę napisał ani Wydawnictwu Czarne i Czerwone, że ją wydali. Każdy liczy na jak najszybszy i jak największy zarobek, a co jak co, ale myślę, że biografia akurat tego pana będzie sprzedawać się jak świeże bułeczki. Tym bardziej, że naprawdę było w czym grzebać, bo Cejrowski jest postacią tak wszechstronną, żei jeden rok z jego życia nadał by się na książkę. Zresztą, nie oszukujmy się, prędzej czy później i tak została by napisana i wydana. Życie i działalność takiej osoby nie mogły przejść bez echa.

Grzegorz Brzozowicz książkę swą rozpoczyna od przedstawienia nam przodków WC i to tych z dość odległych czasów, bo sięga aż do XVII wieku. Powiem szczerze, że przy tej części przeżywałam chwile zwątpienia, bo pradziadkom, dziadkom, a w końcu ojcu Cejrowskiego, który swoją drogą, był również dość znaną i cenioną osobistością autor poświęcił mniej więcej jedną trzecią całej książki. A przecież siegając po tą pozycję wcale nie o nich chcemy czytać, bo o ile o rodzicach WC dobrze byłoby wiedzieć, o tyle już XVII-wieczny dziadzia, choćby nie wiem co zrobił dla historii obchodzi mnie średnio i wolałabym, żeby dalsze wątki dotyczące już bezpośrednio bohatera biografii były dużo bardziej rozwinięte. Zwłaszcza wątek podróżniczy, bo on interesował mnie najbardziej, a przy tym biorąc pod uwagę ilośc krajów, które odwiedził uważam, że został on naprawdę zbyt mocno okrojony.

Co nie znaczy oczywiście, że autor się nie napracował, bo owszem, zgromadził masę informacji, uzupełniając je wypowiedziami osób bliższych i dalszych, tyle tylko, że ja naiwnie liczyłam na coś jednak lepszego, na mniej polityki w tym wszystkim, a dodatkowo denerwował mnie momentami styl Brzozowicza, bo miałam wrażenie, że na siłe usiłuje być zabawny, przybrać ten gawędziarki ton swojego bohatera, tyle, że po prostu mu to nie wychodziło.

Na pochwałę zasługuje oczywiście cudowne wydanie. Kredowy papier i liczne zdjęcia sprawiają, że z przyjemnością stawia się taką pozycję na własnej półce. A przy tym zdjęcia pięcioletniego Wojtusia są po prostu bezcenne.  

Tak więc jeśli chcecie wiedzieć w jaki sposób WC dostał się do szkoły aktorskiej i dlaczego z niej zrezygnował, co takiego zrobił, że udało mu się pojechać pierwszy raz do Meksyku i dlaczego tak bardzo pokochał to miasto to po przeczytaniu tej książki z pewnością się tego dowiecie, ale nie wierzcie do końca zapewnieniom wydawcy. Nawet po przeczytaniu biografii nie dowiecie się kim tak naprawdę jest Wojciech Cejrowski. Myślę, że ta wiedza zarezerwowana jest tylko i wyłącznie dla jego bliskich.

Ocena: 4/6

Grzegorz Brzozowicz, Cejrowski. Biografia, Poznań, Zysk i S-ka, Czerwone i Czarne, 2010.

 
1 , 2 , 3
Tagi
Teksty umieszczone na stronie są mojego autorstwa,proszę o niekopiowanie ich bez mojej zgody!

Czytadełko
on Google+