Wpisy z tagiem: komedia / komedia romantyczna

sobota, 24 grudnia 2011

Iris (Kate Winslet) jest od kilku lat szaleńczo zakochana w mężczyźnie, który jak się okazuje, właśnie postanowił się zaręczyć. Bynajmniej nie z nią. Amanda (Cameron Diaz) właśnie dowiedziała się o niewierności mężczyzny, z którym od kilku lat dzieli mieszkanie... i życie. Obie, nie potrafiąc odnaleźć się w obecnej sytuacji postanawiają odmienić swój los, rozpoczynając o zmiany miejsca zamieszkania. Przynajmniej na jakiś czas. Ot, choćby na dwa tygodnie, w okolicach Świąt Bożego Narodzenia.

Korzystając z internetowej strony pomagającej w zorganizowaniu tymczasowej wymiany domów, postanawiają wyjechać. W ten sposób Iris trafia do przeogromnego domu, ze wszystkimi możliwymi luksusami, w samym sercu Los Angeles. Amanda ląduje zaś w zabitej dechami wiosce, gdzieś w Anglii, w uroczym, przytulnym domku, w którym w wszelkie wygody (jak chociażby ogrzewanie) trzeba zadbać samemu. 

Obydwie postanawiają unikać facetów jak ognia. I obydwóm, jak łatwo się domyślić, to nie wychodzi. 

Na samym początku filmu pomyślałam sobie: oho, znów się zaczyna, będzie wielka miłość mnóstwo szczęścia i cukru aż do bólu. I... nie, nie pomyliłam się. Jest słodko (głównie za sprawą Diaz), jest uroczo, jest ciepło i radośnie, i... och, uległam temu klimatowi po prostu. Dałam się wciągnąć i choć przecież wiedziałam jak się skończy, bo to film z rodzaju tych zupełnie przewidywalnych, to oglądałam go z uśmiechem na twarzy. Świetna obsada, piękne widoczki, znakomita muzyka, a do tego bardzo ciekawy wątek Arthura Abotta (Eli Wallach), podstarzałego scenarzysty, sceptycznie nastawionego do tego co dzieje się we współczesnym Hollywood. To wszystko plus cudowne Olivia (Emma Pritchard) i Sophie (Miffy Englefield) jako córeczki Grahama (Jude Law), jego czarujący uśmiech, kilka zabawnych scen, dużo romantyzmu i mamy komedię romantyczną, którą warto polecać.

Więc ja polecam. Tym co słodzą dużo, a nawet tym co słodzić nie lubią, bo odrobinka słodkości nikomu jeszcze nie zaszkodziła. 

sobota, 12 listopada 2011

Nie trzeba być geniuszem, by dopatrzeć się podobieństw między Listami do M. i To właśnie miłość, już sam plakat żywo nawiązuje do brytyjskiej produkcji. Polscy producenci zdają się jednak tego nawiązania wcale nie wstydzić. Nie mają zresztą czego, bo okazuje się, że Listy do M. nie są tylko bezmyślną kopią, ale wzorowaniem się na tym co najlepsze.

To pięć sprawnie splatających się ze sobą historii, wśród których każdy znajdzie coś dla siebie. Czy to postać, z którą się utożsamimy, historię żywcem wyjętą z naszego życia, czy też bohatera, który wywoła szczególną sympatię. 

Znajdzie się więc tu miejsce dla Mikołaja (Maciej Stuhr), wciąż cierpiącego po odejściu żony i Doris (Roma Gąsiorowska), która dawno już przestała wierzyć w miłość, choć w głębi serca marzy o tym, by w świąteczny poranek obudzić się w ramionach ukochanego. Poznamy też historię wiecznie nieobecnego męża Szczepana (Piotr Adamczyk), który właśnie w Wigilię postanowi przypomnieć sobie o rodzinie, i jego żony Kariny (Agnieszka Dygant), która brakującego ciepła będzie szukać w ramionach innego mężczyzny. Do łez rozbawienia doprowadzi nas Melchior (Tomasz Karolak), pracujący jako Mikołaj w centrum handlowym. Wzruszeń dostarczy historia oschłej królowej Margot (Agnieszka Wagner) i jej męża Wojciecha (Wojciech Malajkat), starającego się sprostać oczekiwaniom żony. A gdzieś w tle pojawi się też wątek samotnej kobiety oczekującej dziecka (Katarzyna Zielińska) i faceta, który od lat ukrywa istnienie swej drugiej połówki (Paweł Małaszyński).

Ogromną rolę odgrywają tu postacie dziecięce, bo Listy do M. nie byłyby tym samym bez przeuroczej Tosi (Julia Wróblewska) szukającej własnego domu, nad wiek dojrzałego Kostka (Jakub Jankiewicz) czy na pozór zadziornego Kacpra (Adam Tyniec). Mam wrażenie, że to właśnie młodsi aktorzy stanowią siłę napędową tego filmu i sprawiają, że ogląda się go z przyjemnością.

Listy do M. to film pełen ciepła, słodkości pomieszanej z niewielką nutką goryczy i miłości sączącej się z każdej strony. Pełen banalnych rozwiązań, zdaje się jednak wybijać na tle innych polskich komedii romantycznych. Przyjemne obrazy połączone ze świetną obsadą i idealnie wprost dobraną ścieżką dźwiękową sprawiają, że film oglądamy z wyrazem błogiego uśmiechu na twarzy, przetykanym niepohamowanymi wybuchami śmiechu i łzami, ocieranymi gdzieś ukradkiem.

Szkoda tylko, że premierę zaplanowano tak szybko, bo mam wrażenie, że im bardziej zbliżać się będziemy do magicznego okresu Świąt, tym bardziej wartość Listów do M. będzie dla nas wzrastać.

niedziela, 07 sierpnia 2011

Nie powinnam tego robić, naprawdę nie powinnam, bo to beznadziejny film. Tyle, że przy całej swojej beznadziejności jest też tak absurdalnie śmieszny, że po prostu muszę go polecić.

Dwie przyjaciółki, Ewa (Dominika Kluźniak) i Maja (Maja Hirsch) w ramach zasłużonego wypoczynku wybierają się na weekend do SPA, gdzie poznają masażystkę (czy też chemiczkę… a może tancerkę?) Kornelię (Magdalena Boczarska), która próbuje ukrywać się przed swoim byłym szefem Jerry’m Rzeźnikiem. Ewa i Maja postanawiają pomóc nowopoznanej kobiecie nie tylko w ukryciu, ale i w unieszkodliwieniu mężczyzny, który w piwnicy pod swoją fabryką wyciska… kobiety.

Brzmi śmiesznie? Makabrycznie? Jest bezsensownie. Naprawdę, jeśli wziąć pod uwagę samą fabułę to film leży, kwiczy i podnieść się nie może. Za to podnoszą go świetnie dialogi i świetni aktorzy, a właściwie aktorki osadzone w rolach głównych. Dominika Kuźniak po prostu wymiata. Powiem szczerze, że dotąd kojarzyłam ją głównie z rolą Izabeli w BrzydUli, no ok, przewinęła się też w międzyczasie przez jakieś tam inne filmy, ale biorąc pod uwagę jej talent komediowy (ogromny!) powinna być częściej obsadzana w rolach głównych. Co tu dużo mówić, swoim blaskiem właściwie przyćmiła resztę obsady, nawet Mecwaldowskiego (tym razem w roli przygłupiego właściciela przetwórni mięsnej), który w normalnych warunkach byłby pewnie dla mnie, jak zawsze, numerem jeden.

Więc tak, o fabule napisałam, o aktorach nadmieniłam, a najlepsza rekomendacją niech będzie to, że jak się pozbyć cellulitu oglądnęłam już dwa razy. Raz – sama, drugi raz – z M., któremu po prostu musiałam go pokazać. Oglądnę go pewnie jeszcze przynajmniej raz, w końcu i z koleżankami dobrze się pośmiać. Zwłaszcza, że jest z czego. Co zadziwiające oglądając znów te same sceny, i to w niewielkim odstępie czasu, nie czułam się zmęczona czy znudzona. Nie, ja śmiałam się znów tak samo, a może nawet jeszcze bardziej.

Powiem tak: nie lubię ambitnych filmów. Tych, które to ponoć są takie mądre i przekazują mnóstwo wartości, tyle że naprawdę są nudne jak flaki z olejem, większość widzów i tak nie wie o co chodzi, ale wszyscy się zachwycają, bo tak trzeba. Jak się pozbyć cellulitu zdecydowanie do ambitnego kina nie należy, jest śmieszny, jest dynamiczny, nikt się pewnie nie zachwyci, bo to same debilizmy, ale… w gruncie rzeczy i tu nie wiadomo o co chodzi. A, w tym przypadku, jak nie wiadomo o co chodzi, to chodzi o dobrą rozrywkę. Ta jest zagwarantowana.

Ocena: 4,5/6

czwartek, 01 lipca 2010

Plakat reklamujący ten film widziałam kilka miesięcy temu, pomyślałam sobie wtedy: Robin Williams, John Travolta, wow, zapowiada się ciekawie, trzeba obejrzeć. Minęło jednak kilka tygodni, plakat z przystanku został zdjęty, a ja o filmie zapomniałam zupełnie. Cóż, tytuł chyba do mnie nie przemówił. Przypomniałam sobie o nim kolejny raz, podczas wybierania przez M. rozrywki na jakieś miłe, leniwe, weekendowe popołudnie, gdy od filmów nie wymaga się niczego poza wywołaniem małego uśmiechu.

Charlie (John Travolta) i Dan (Robin Williams) to kawalerowie w podeszłym wieku, zajęci karierą, stawiający przede wszystkim na dobrą zabawę, którzy pewnego dnia dostają pod opiekę dwójkę bliźniaków i zmuszeni są choć na kilka chwil zamienić się w dorosłych, poważnych, dających przykład panów. Bliźniacy ci okazują się zresztą dziećmi Dana, spłodzonymi podczas beztroskich wakacji, gdy szukał on pocieszenia po rozwodzie z żoną.

Jak dla mnie film po prostu świetny, nie pamiętam kiedy ostatni raz aż tak bym się śmiała, więc zadanie jakie mu stawiałam spełnił w stuprocentowo, Williams i Travolta jak dla mnie wypadli przezabawnie. Jak dla mnie zdecydowanie najlepiej wypadły te sceny po zażyciu przez panów leków pomieszanych przez dzieci, które wywołały dość nieprzeyjemne skutki uboczne. Popłakałam się ze śmiechu, a to rzadko mi się zdarz. Polecam!

Ocena: 5,5/6

wtorek, 01 czerwca 2010

Sama nie wiem co mnie skłoniło do oglądnięcia tego filmu. Może to, że uwielbiam Hugh Granta i nastawiłam się na niezłą komedię, przy której będę się dobrze bawić. Oczywiście, jakt to zwykle z moim liczeniem bywa, troszkę się przeliczyłam, bo poza paroma fajnymi tekstami, które wywołały uśmiech, było po prostu nudno.

Paul (Hugh Grant) i Meryl (Sarah Jessica Parker) Morgan przechodzą kryzys małżeński spowodowany brakiem wierności Paula, który jednak stara się ratować swój związek zapraszając żonę na romantyczną kolację zakończoną równie romantycznym spacerem podczas którego nieszczęśliwie, a może i szczęśliwie, jak się wkótce okaże, zostają świadkami mordestwa. Policja chcąc chronić małżeństwo przed pewną śmiercią z rąk zabijaki-zawodowca obejmuje ich programem ochrony świadków i wysyła do przytulnego miasteczka Ray, gdzieś na końcu świata, gdzie czas płynie jakby wolniej. Tu przyzwyczajeni do wszelkich luksusów Paul i Meryl muszą pogodzić się z brakiem tak podstawowych gadżetów jak komórka czy komputer i przyzwyczaić się do małomiasteczkowego sposobu bycia, co początkowo stanowi dla nich nie lada wyzwanie. Jak można się jednak domyślić, już na początku filmu, szybko zdołają pokochać Ray i jego mieszkańców, a nawet uratować swoje małżeństwo.

Jak to podsumował M.: miała być fajna komedia, a wyszedł film o niczym. I ja się z tym w pełni zgadzam i wydaje mi się, że nie muszę nic więcej dodawać, może poza tym, że choć Hugh był oczywiście słodki i uroczy jak zawsze to niestety nawet on nie był w stanie uratować sytuacji.

Ocena: 2,5/6

piątek, 16 kwietnia 2010

Czytanie przygód zakupoholiczki zaczęłam trochę od... nie od tej strony co trzeba ;), bo od części czwartej (druga i trzecia nadal nie została wydana po polsku), która podobała mi się szalenie, a uśmiałam się przy niej jak norka, dopiero jakiś czas później dowiedziałam się, że czytam od końca, że pierwsza część także została wydana, postanowiłam więc po nią sięgnoć, no i tu już było trochę gorzej, bo w połowie zaczęłam się zwyczajnie nudzić, mimo tego, gdy nadażyła się okazja postanowiliśmy obejrzeć ekranizację tej właśnie części...

Becky Bloomwood marzy o pracy w jednym z najznakomitszych magazynów mody, jednak zamiast tego dostaje posadę w magazynie finansowym, w którym ma doradzać czytelniczkom, w jaki sposób mogą oszczędzać, z tym, że sama nie bardzo umie się do swoich rad stosować, a jej największą pasją, ulubionym zajęciem, rzeczą, która zawsze potrafi poprawić humor są zakupy. A jeśli już coś kupować, to niech to będzie jak najlepsze, a co się z tym wiąże też jak najdroższe. I właściwie nic nie zmienia fakt, że od dłuższego czasu wydzwania do niej komornik, a długi zaczynają narastać. Tak więc Becky na własną prośbę zaczyna pakować się w kłopoty, z których nie łatwo będzie jej wyjść.

I właściwie sama nie wiem co myśleć o filmie. Fakt było parę momentów śmiesznych, nawet bardzo śmiesznych, z tym, że filmowa Becky jakoś nie przypadła mi do gustu. Mam wrażenie, że w książce została przedstawiona jako kobieta bardzo sympatyczna, nie potrafiąca za bardzo radzić sobie z żądzą zakupów, ale mimo wszystko nie taka aż znowu głupia, wydaje mi się, choć może pamięc mnie już zawodzi, że czasem nawet przejawiającą oznaki inteligencji, w filmie natomiast została wykreowana na totalną idiotkę niepotrafiącą sobie poradzić z najdrobniejszą rzeczą.

Średnio, naprawdę średnio, może lepiej wyszłoby gdyby dobór aktorów do głównych rol był inny, a może po prostu nie warto z każdej książki robić zaraz filmu.

Ocena: 3/6

sobota, 13 lutego 2010

1. Duchy moich byłych (Ghost of Girlfriends Past) reż. Mark Waters

Connor (Matthew McConaughey) ponad wszystko inne ceni sobie wolność. Jego największa słabość to kobiety. Uwielbia przebywać w ich towarzystwie... byle nie za długo z jedną. Wśród znajomych (i nie tylko) znany jest jako lekkoduch dla którego najważniejsza jest zabawa, a zaraz potem cała reszta, z rodziną gdzieś na samym, szarym końcu. Wszystko zmienia się podczas ślubu jego młodszego brata, na którym spotyka swoją pierwszą wielką miłość (Jennifer Garner) oraz duchy swoich byłych, których w większości nawet nie pamięta. To właśnie dzięki nim mamy okazję dowiedzieć się dlaczego Connor stał się taki jaki jest.

Film niewątpliwie przywodzi na myśl Opowieść wigilijną za sprawą duchów, z których pierwszą jest pierwsza dziewczyna Connora pokazująca mu przeszłość, kobieta, która znajduje się przy nim w teraźniejszości ukazująca to co dzieje się teraz i trzecia kobieta, która nie zamieniwszy z nim ani słowa pokazuje mu przyszłość, czyli coś co najbardziej nim wstrząsa.

Uwielbiam Matthew McConaughey'a, uwielbiam komedie romantyczne, a przy okazji lubię Opowieść wigilijną, i wszelkie jej adaptacje, choćby tak odbiegające od pierwowzoru jak ta, więc chyba normalne wydaje się, że film polecam z całego serca ;).

Ocena: 6/6

 

2. Oświadczyny po irlandzku (Leap Year) reż. Anand Tucker

Anna (Amy Adams) jest związana ze swoim chłopakiem od czterech lat, właśnie planują kupno wspólnego mieszkania uważa więc, że to najlepsza pora na oświadczyny. Niestety Jeremy (Adam Scott) jest zupełnie innego zdania i odwleka moment oświadczyn w nieskończoność, dlatego Anna postanawia wziąć los w swoje ręce. W Irlandii panuję tradycja, że 29 lutego, w ten jeden jedyny dzień to właśnie kobieta może oświadczyć się mężczyźnie, a ten nie ma prawa odmówić. Jednak los najwidoczniej zwrócił się przeciwko niej, bo z powodu złej pogody zamiast w Dublinie ląduje w Walii, gdzie poznaje Declana (Matthew Goode), potrzebującego pieniędzy, gburowatego mężczyznę, który za niemałą sumkę ma jej pomóc w dostaniu się do ukochanego.

Bardzo przyjemna komedia, bardzo przyjemne widoki, w szczególności ruiny zamku, na których ma miejsce jedna z najbardziej romantycznych scen. Polecam.

Ocena: 5/6

 

3. Raj dla par (Couples Retreat) reż. Peter Billingsley

Joey (Jon Favreau) i Lucy (Kristin Davis) pobrali się bardzo wcześnie, byli ze sobą jeszcze zanim skończyli liceum, obydwoje marzą tylko o tym, żeby w końcu się rozstać, móc poszaleć i zrobić wiele rzeczy, których zrobić nie mogli ze względu ma córkę, która urodziła się, gdy byli bardzo młodzi.. Shane (Faizon Love) niedawno rozstał się z żoną, pocieszenia szukając w ramionach dziewczyny mogącej być jego córką. Dave (Vince Vaughn) i Ronnie (Malin Akerman) udają, że w ich związku wszystko jest ok, choć tak naprawdę boją się cokolwiek zmieniać, żeby nie zniszczyć tego co budowali przez kilka lat. Oraz Jason (Jason Bateman) i Cynthia (Kristen Bell) para, która wydaję się najbardziej idealna z nich wszystkich, a jednak to właśnie oni planują rozwód. I to za ich właśnie sprawą cała ósemka trafia na wyspę, która początkowo wydaje się rajem, przynajmniej do momentu w którym okazuje się, że każda z par musi podjąć terapię małżeńską.

Bardzo przyjemny film. No i ta wyspa, marzenie. Sama chętnie bym na taką pojechała, nawet jeśli musiałabym przechodzić terapię ;).

Ocena: 4/5

 

4. Baby mama reż. Michael McCullers

Kate Holbrook (Tina Fey) jest wiceprezesem dobrze prosperującej firmy. Ma 37 lat i marzy o tym, żeby w końcu zostać matką. Poddaje się zabiegowi in vitro, który kończy się porażką, ze względu na wiek i problemy zdrowotne, myśli nad adopcją, ale zdając sobie sprawę ile mogą trwać procesy adopcyjne wybiera inne, jej zdaniem najlepsze, rozwiązanie. Postanawia wynająć matkę zastępczą, kobietę, która przez dziewięć miesięcy będzie nosić jej dziecko, a po narodzinach po prostu zniknie. Sprawy komplikują się, gdy Angie (Amy Poehler) rozstaje się z chłopakiem i wprowadza do Kate.

Film jest dosyć przewidywalny, już w połowie, a może i wcześniej, można się domyślić jakie będzie zakończenie, ale warto obejrzeć, bo jest naprawdę zabawny. Amy Poehler w roli Angie jest po prostu boska. Po ciężkim dniu pracy polecam, na rozluźnienie :).

Ocena: 4/5

czwartek, 29 października 2009

Dr Emma Lloyd (Uma Thurman) jest lekarką do spraw sercowych. Prowadzi program radiowy w ramach którego co dnia udziela setką kobiet porad. Przy okazji jest szczęśliwie zakochana i niedługo ma poślubić Richarda (Colin Firth).

Patrick Sullivan (Jeffrey Dean Morgan) ma już wkrótce zostać szczęśliwym mężem. Na jego nieszczęście Sophie, jego narzeczona uwielbia program Emmy, a niedługo sama dzwoni po poradę, gdyż dopadają ją wątpliwości co do wyboru kandydata na męża. Pani doktor naturalnie odradza ślub. Patrick chcąc się zemścić wprowadza mały błąd, który na zawsze ma odmienić życie Emmy. Mianowicie zostaje jej… mężem.

Film bardzo mi się podobał. Jak chyba każda kobieta uwielbiam komedie romantyczne i historie ze szczęśliwym zakończeniem. Przy okazji lubię też gdy na filmie mogę się uśmiać ale wzruszyć. A na tym z pewnością mogłam.

Oczywiście polecam! Zwłaszcza na jeden z tych zimnych, jesiennych wieczorów.

 

 

Ocena: 4/6

Tagi
Teksty umieszczone na stronie są mojego autorstwa,proszę o niekopiowanie ich bez mojej zgody!

Czytadełko
on Google+