Wpisy z tagiem: Drzewo Babel

sobota, 05 lutego 2011

Całkiem beztrosko zaczyna się opowieść afrykańskiego chłopca. Spotkanie rodziców, cudowna przemiana ojca, który z wiecznie podpitego awanturnika staje się wzorowym obywatelem. Wreszcie dzieciństwo Williama, tak radosne, że aż chciałoby się, żeby trwało bez końca. Do tego dochodzą całkiem nieźle rozwijające się rodzinne interesy, pierwszy przyjaciel w postaci Khamby – psa towarzyszącego Willowi w każdej niemal czynności, piękne krajobrazy, afrykańska mentalność, ta odrobina magii towarzysząca Afrykanom na co dzień. Po prostu żyć, nie umierać.

Jednak pojawia się także pierwsza skaza na tym idealnym obrazku. Pierwsza śmierć w rodzinie, a wraz z nią problemy związane z plantacją tytoniu dotąd tak dobrze prosperującą, przynoszącą tyle zysku. W 2000 r. natomiast w Malawi zaczynają się powodzie, wypłukujące cały konieczny roślinom nawóz, potem robi się jeszcze gorzej, gdy nadchodzi susza, okrutna i bezwzględna, całkowicie niszcząca wszystkie w jakiś sposób ocalałe jeszcze plony. Zaczyna się wszechogarniający głód i walka o przetrwanie. Odrobina zbawiennego pokarmu może zadecydować o dalszym życiu, więc zdarzają się przypadki żebrania, kradzieży i wyrywania sobie ostatniego kęsu. Masakra, której większość z nas z pewnością nie jest w stanie sobie nawet wyobrazić.

Jakby tego było mało Williamowi niezbyt pomyślnie wychodzą także egzaminy decydujące o przyjęciu do szkoły średniej, w związku z czym zostaje przyjęty do najgorszej wśród regionalnych szkół. Wkrótce okazuje się jednak, że i uczęszczanie do niej stało się tylko niedoścignionym marzeniem, którego z powodu zbyt wysokiego czesnego zwyczajnie nie można zrealizować. Zwłaszcza w tak ciężkim dla rodziny Kamkwamba okresie.

William jednak ani myśli się poddawać. Biblioteka staje się jego nowym, ulubionym miejscem, podręczniki do fizyki najlepsza rozrywką, a powolne dążenie do zapewnienia rodzinie elektryczności życiowym celem.

Nigdy chyba nie przestanie mnie zadziwiać to z jaką łatwością ludzie piszą o tak strasznych przecież wydarzeniach. Jednak to chyba głównie dzięki tym prostym zdaniom książkę czyta się z zapartym tchem i nawet nie wiemy kiedy zaczynamy zbliżać się do końca. Kolejny raz jednak przekonałam się też o tym, że to jednak losy zwierząt interesują mnie, dotykają i wzruszają znacznie bardziej niż losy ludzi, bo o ile choroba matki Williama czy śmierć niektórych z jego szkolnych kolegów wywołała pojawienie się w moich oczach łez, o tyle przy wątku Khamby i jego śmierci zaczęłam autentycznie płakać i dosłownie nie mogłam się uspokoić. I nadal uważam, że takie wyjście, które wybrał William było okrutne i już lepiej byłoby Khambie ukręcić łeb. Ale może ja się nie znam, w końcu nigdy nie powodował mną głód.

Faktem jest, że były momenty, w których te wszystkie techniczne szczegóły zaczynały mnie nieco męczyć. Zdaję sobie jednak sprawę, że to właśnie one i osiągnięcia Williama miały być w założeniu głównym tematem książki. Dla mnie nie były. Dla mnie głównym tematem bez wątpienia stała się walka z własnym, zdawać by się mogło, przesądzonym już losem, dążenie do celu mimo wielu przeciwności, przekraczanie własnych granic. Ja tu widzę opowieść nie tylko o chłopcu, który ujarzmił wiatr, a tym samym polepszył życie swojej i swojej rodziny, ale przede wszystkim o chłopcu, który miał tyle odwagi i samozaparcia, by sprzeciwić się wszystkiemu wkoło i walczyć o własne marzenia, podczas, gdy ludziom w jego kraju większość życia upływa na niespełnionych marzeniach.*

Ocena: 4,5/6

William Kamkwamba, Bryan Mealer, O chłopcu, który ujarzmił wiatr, Warszawa, Drzewo Babel, 2010.

*Tamże, s. 291

wtorek, 28 grudnia 2010

Dostaliście kasetę magnetofonową. Dostaniecie 50 euro jeśli nagracie na niej kilka słów dla Amerykanów. Nie musicie mówić długo, wystarczy kilka zdań, nie musi to być podniosły ton, to co powiecie nawet nie musi być szczere. Wystarczy, że po włączeniu kasety będziecie pleść co Wam ślina na język przyniesie. Tak też robią bohaterowie tej książki, gdy kasety wręczył im Wujek, który chciałby zostać pisarzem, ale ponieważ nie czuje się na siłach liczy na ciekawe opowieści własnej rodziny, z których będzie mógł coś poskładać.

Tak więc w książce wypowiada się jego siostra, czyli Mama dwóch Bliźniaków, pływających jeszcze zresztą w wodach płodowych, którzy to też w międzyczasie zabierają głos. Mówi także Babcia, czyli mama Mamy oraz Babunia czyli głowa rodziny, mama Babci. A swe trzy grosze dokłada i Dziadek, choć może lepiej byłoby gdyby milczał.

I w tym momencie, choć marudziłam, wiem, że cieszę się z tego, że wcześniej poznałam Miłość od ostatniego wejrzenia. To pozwoliło mi podejść do kolejnej książki Rudan o wiele swobodniej i może momentami z przymrużeniem oka, bo gdy na pytanie co to jest faking bicz, odpowiada się kobieta w amerykańskim filmie*, to ja nie umiem powstrzymać lekkiego uśmiechu. Wiedziałam już czego mogę się mniej więcej spodziewać, wiedziałam, że będzie się roić od wulgaryzmów, poznałam po części styl autorki, więc nie był mnie on już w stanie ani zadziwić ani tym bardziej zniesmaczyć, tak jak stało to się w przypadku poprzedniej lektury. I cieszę się, bo to pozwoliło mi na skupienie się na tym co ważne. A ważnych spraw jest tu mnóstwo. Bo jest opowieść o wojnie i o tym co się z człowiekiem dzieje po wojnie, a także w jej trakcie i wierzcie mi, że nie ma w tym nic dobrego. I jest o zdradzie, która może tak naprawdę wcale zdradą nie jest, bo właściwie co zrobić ma kobieta, która nie czuje się ani trochę kochana, której mąż nie ma ochoty nawet oglądać, że o dotykaniu już nie wspomnę. I jest też o aborcji. I o gwałtach, które człowiek stara się usprawiedliwiać. I o zabójstwach, i… i... i mogłabym tak siedzieć i wymieniać, bo Rudan na kartach swej powieści porusza wiele naprawdę istotnych problemów. I może w tym tkwi też sedno całej powieści, że tylko je porusza, sygnalizuje, nie wdając się przy tym w analizy, nie bawiąc w sędziego, pokazując nam to co warte uwagi, po to tylko by za chwilę przejść znów do plecenia o niczym, do zwykłego narzekania na swój kraj i ludzi wokół i do wspominania jak dobrze było kiedyś i jak źle jest teraz.

Ujęły mnie przede wszystkim dialogi Bliźniaków. Już dla nich samych warto po książkę sięgnąć, zapewniam. A co z tytułowymi Murzynami we Florencji? No cóż, w książce ich zbyt wielu nie ma, to tylko marzenie jednej z bohaterek. Ale ode mnie nie dowiecie się której, musicie sami przeczytać i się przekonać.

Przy okazji warto zwrócić uwagę na samą okładkę książki, która mi bardzo się podoba.  Wiem, że książki nie ocenia  czy też nie powinno się oceniać po okładce, ale to, żeby już na niej umieścić drzewo genealogiczne, żeby już na niej przedstawić czytelnikowi członków rodziny i jednocześnie bohaterów powieści jest po prostu świetnym pomysłem i zasługuje na słowa uznania.

Ocena: 4,5/6

Vedrana Rudan, Murzyni we Florencji, Warszawa, Drzewo Babel, 2010.

*Tamże, s. 22

niedziela, 26 września 2010

Małżeństwo. Mój mąż, moja żona. Pięknie brzmi, prawda? Większość kobiet marzy o ślubie, większość dziewczynek marzy o tym jednym dniu, kiedy w końcu będzie mogła poczuć się jak prawdziwa księżniczka, gdy w pięknej białej sukni stanie przed ołtarzem, a wszyscy wokół skupiać będą uwagę tylko na niej. Jeśli tak jak ja lubicie komedie romantyczne to dobrze wiecie jak większość z nich się kończy. Ślub lub zaręczyny, sceny przy których łza kręci się w oku, szczyt szczęścia, do którego prowadzą nas te pierwsze niewinne uśmiechy, spojrzenia, wzajemne pożądanie. Tyle, że jakoś mało kto mówi o tym co dzieje się po przekroczeniu tej magicznej granicy. Co dzieje się, gdy emocje związane ze ślubem opadają, gdy trzeba posprzątać, wyprać brudne gacie, ugotować obiad i przyzwyczaić się do tego, że oddech mężczyzny przy którym budzisz się codziennie rano wcale nie pachnie fiołkami, a on sam jakoś stracił formę i zamiast budzić pożądanie zaczyna budzić wstręt.

I o tym właśnie pisze Vedrana Rudan. W międyczasie wplatając w to jeszcze trudne dzieciństwo, w którym główną rolę gra tatuś znęcający się nad dzieckiem, mamusia mająca wszystko głęboko i babcia nie potrafiąca zbyt wiele zdziałać, choćby nawet chciała. Potem jest ta wielka miłość i próba usidlenia ideału, a skoro nie działa osobisty urok to już na pewno zadziałać musi nagłe odłożenie pigułek, tłumaczone zapomnieniem i ciąża, która powinna rodziców do siebie zbliżyć, a zdaje się oddala ich jeszcze bardziej. Tyle, że dziecko w drodze, więc ślub musi być. A potem? Potem jest już tylko gorzej. Mąż, który Cię nie podnieca, dziecko, którego mogłoby nie być, bo nie obchodzi Cię ani trochę. Wzajemne pretensje, poniżanie, bicie, zdrady, zupełna obojętność, a nawet nienawiść. Choć sama nie wiem co w tym przypadku jest gorsze. I jakoś ani małżeństwo ani mąż już nie brzmi tak pięknie. I choć w trakcie czytania chciałoby się powiedzieć: nie, stop, przecież to wszystko nieprawda, bo po ślubie dalej jest pięknie i różowo to gdzieś tam jakiś głosik cichutko mówi, że nie wszystko zawsze jest kolorowe i że są małżeństwa, które kończą się właśnie w ten sposób. I zostaje tylko nadzieja, że gdy już doczekam się tego dnia, jednego z najważniejszych, to będzie on równie udany jak ta reszta życia, która mi po nim zostanie.

Książka porusza naprawdę ważny problem i chciałabym, bardzo bym chciała, napisać, że jest świetna. Niestety, nie napiszę, bo styl Rudan zupełnie mi nie podszedł. Monolog narratorki momentami wydawał mi się jednym wielkim bełkotem, a wyzierające z każdej strony śmierdzące fiuty i cipy średnio zachęcały do dalszej lektury. Może to miało służyć wyrazistości, podkreśleniu tematu, ale mnie nie przekonało i wiem, że można było inaczej. I naprawdę mocno muszę się zastanowić, czy nadal chcę sięgnąć po Murzynów z Florencji

Ocena: 2,5/6

Vedrana Rudan, Miłość od ostatniego wejrzenia, Warszawa, Drzewo Babel, 2005.

Tagi
Teksty umieszczone na stronie są mojego autorstwa,proszę o niekopiowanie ich bez mojej zgody!

Czytadełko
on Google+